Posts Tagged With: Sakrament

Próbna spowiedź? A co to jest w ogóle?

Ogromnymi krokami zbliżamy się do maja, który jest miesiącem pierwszych komunii. Już dziś mój blog przeszukują głównie ludzie, którzy zastanawiają się nad tym, jak się do komunii przygotować albo jakie prezenty kupić. I ja, jako nauczyciel w klasach trzecich (i ojciec trzecioklasisty) obserwuję sytuację na rynku komunijnym. Niestety, moje odczucia to głównie zdziwienie i zażenowanie.

CZYTAJ TAKŻE: Co powinien chrzestny na komunii?

Pisałem już o próbach pierwszej komunii, które dzieci muszą przeżywać popołudniami przez miesiąc do dwóch przed samą uroczystością. „W życiu czasem trzeba wiedzieć kiedy stać a kiedy siedzieć” – jak śpiewali sławni T-Raperzy znad Wisły i na tym właśnie te próby polegają. Jak wejść do kościoła, kto z kim ma usiąść, kto mówi wierszyk, kto czyta czytanie, kto śpiewa psalm, kto spędza pół godziny dziękując księżom i katechetom za piękne przygotowanie, kto komu i dlaczego daje kwiaty. Jednej rzeczy (a właściwie Osoby) w tym wszystkim nie ma: Jezusa Chrystusa. No nie ma, to jasne, bo pierwsza komunia święta to taki moment, w którym On dopiero pierwszy raz przychodzi, kiedy przyjmuje się Go po raz pierwszy. Pytanie tylko, jakie On ma znaczenie przy tych wszystkich próbach, sprawdzianach, odpowiedziach, wierszykach? Ale dzieci chodzą na próby, przez co nagle mają zajęte popołudnia, w czasie których mieli inne zajęcia (np. dodatkowy angielski) i trzeba je odwoływać. Jestem przekonany, że u większości dzieci Pan Jezus zajmuje jedno z ostatnich miejsc w całym tym przygotowaniu.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Top 10 prezentów na pierwszą komunię.

Nie jest to jednak wszystko. Ostatnio pojawił się w mojej świadomości temat próbnej spowiedzi świętej. Wiadomo, czym jest spowiedź – wyznaniem grzechów, ukorzeniem się przed Bogiem i prośbą o wybaczenie. Ale nie, przecież nie o to chodzi. Dzieci przed pierwszą spowiedzią muszą nauczyć się na pamięć odpowiedniej formułki. I tę formułkę zapamiętać (często w ogóle bez zrozumienia) po to, żeby powiedzieć ją w konfesjonale. I tak dzieci w nerwach uczą się formułki na pamięć, powtarzają ją w głowach i na głos, a – co jeszcze ciekawsze – „próbują” się w spowiadaniu z księdzem w czasie lekcji religii. Nie, to jeszcze nie wszystko. Są parafie, które organizują również próbne spowiedzi w kościele, przy konfesjonale. Wszystko jak trzeba, tylko bez wyznania grzechów. Bo co tu jest najważniejsze? Najważniejsze jest, by dobrze klęknąć, dobrze pozdrowić księdza i powiedzieć, że się więcej grzechów nie pamięta i się za nie żałuje. Ale grzechy? Nie, one nie są najważniejsze. One pojawią się dopiero na właściwej spowiedzi. Z tym, że przecież całkowicie nie o to chodzi ani w pierwszej spowiedzi, ani w pierwszej komunii świętej.

W obu tych sakramentach najważniejszy musi być Jezus Chrystus. W pierwszym – bo jest miłosierny, otwarty na nas i wybacza nam nasze grzechy. Które znamy i których żałujemy, do czego ani odrobinę nie jest nam potrzebna żadna formułka spowiedzi, choćby sam Jan Paweł II ją napisał. W drugim istotą sakramentu jest prawdziwy, żywy Chrystus przychodzący do nas w swoim Ciele i Krwi. Nie wierszyki, czytania (których w ogóle dzieci w trzeciej klasie nie powinny tykać) i kwiaty. W próbie spowiedzi próbuje się wszystko, poza spowiedzią. W próbie komunii próbuje się wszystko, poza komunią.

Ostatnio jedna z grup moich uczniów w trzeciej klasie miała zagwozdkę. Byli u spowiedzi, choć pierwsza komunia jest u nich dopiero za kilka tygodni. I dziewczynki dyskutowały z chłopcami: czy to była próba, czy prawdziwa spowiedź. Chłopcy twierdzili uparcie, że to była próba. Dziewczynki – że to była pierwsza właściwa spowiedź, a drugą mają mieć dzień przed komunią. Dziewczynki za swoim stwierdzeniem podały argument, że przecież dostali dyplom z napisem „Pamiątka pierwszej spowiedzi”, co znaczy, że to była prawdziwa spowiedź. Ale jakie to jest przygotowanie dziecka do pierwszego przyjęcia sakramentów, skoro oni nawet nie są pewni, czy już byli u pierwszej spowiedzi, czy tylko na (kolejnej) próbie…?

Jeszcze jedna anegdota. Dzieci z czwartych klas przygotowują się do rocznicy pierwszej komunii świętej… Tak, również chodzą na próby. Co ciekawsze, jeden z moich uczniów miesiąc w miesiąc chodzi do kościoła w pierwszy piątek, bo katechetka powiedziała, że jak nie odprawią pierwszych piątków, to ich… nie dopuści do rocznicy. Do czego ich nie dopuści? Do rocznicy? Jak oni już od roku (mam nadzieję) chodzą co niedziela do kościoła i przyjmują Ciało Chrystusa. Zatem jakie ma niby znaczenie to, czy ktoś ich dopuści czy nie dopuści do rocznicy? Czym w ogóle jest ta rocznica i dlaczego nie obchodzi się jej co roku? Czemu ma służyć, skoro nie wnosi zupełnie nic nowego do życia dzieci, chyba że powinno się liczyć kolejne próby, kolejne wierszyki i kolejne kwiaty.

CZYTAJ DALEJ: Nie ma obowiązku odprawienia pierwszych piątków.

Próby komunii i próby spowiedzi to rzeczy w ogóle nie potrzebne. Nie powinny mieć miejsca w czasie przygotowania dzieci do przyjęcia sakramentów. Są niezwykle sztucznym tworem służącym do odwrócenia uwagi dziecka od tego, co tak naprawdę jest ważne. Dziecko nie zapamięta łaski sakramentu, nie zapamięta ulgi po wyznaniu grzechów, nie zapamięta momentu przyjęcia Jezusa do serca. Zapamięta regułki, wierszyki i ustawienie w ławce. A przygotowanie do pierwszej komunii i spowiedzi powinno wyglądać inaczej. Dzieci muszą rozumieć istotę sakramentów i wzbudzić w sobie pragnienie serca, by do tych sakramentów dążyć. Muszą rozumieć, czym jest żal za grzechy i czym jest moment otrzymania Chleba do ust. To może dokonać się w każdym momencie, w czasie każdej przeciętnej mszy świętej. I choć zrozumiała jest potrzeba celebrowania sakramentu, nie może ona przesłonić tej istoty. A to niestety zdarza się nagminnie – i to wcale nie koniecznie z winy rodziców. Najbardziej winni są katecheci, księża i nie wiadomo skąd biorące się potrzeby, by wszystko pięćset razy przećwiczyć.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie ze strony Foter: Isidr☼ Cea on Foter.com / CC BY-NC-ND

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Wiara, modlitwa i łaska Boża to nie są żadne magiczne sztuczki

Mój poprzedni artykuł wywołał pewne poruszenie, ponieważ skrytykowałem w nim modlitwę pacierzową, jako odmawianie serii pozbawionych znaczenia regułek i przeciwieństwo modlitwy. Warto w związku z powyższym wytłumaczyć, że nie krytykuję pacierza jako takiego – samego w sobie. Moja krytyka dotyka tylko bezmyślnego odklepywania wyuczonych wierszyków, bo ktoś pomógł nam tak bardzo uwierzyć w konieczność tego procederu, że – nawet pozbawieni wiary – nie moglibyśmy zasnąć bez odmówienia pacierza.

Sama „modlitwa pacierzowa” ma swoje mocne zakorzenienie w Piśmie Świętym i w nauczaniu Chrystusa. „Ojcze nasz” to modlitwa, której swoich uczniów nauczył sam Jezus. Jej wartość jest nieoceniona. „Zdrowaś Mario” to w połowie słowa, którymi archanioł Gabriel powitał Marię z Nazaretu, gdy przybył, aby poinformować ją o tym, że będzie matką Boga. Każda z tych modlitw, podobnie jak „Aniele Boży”, czy „Wierzę w Boga” posiada nieocenioną wartość i – dobrze zrozumiana – przybliża prawdy wiary i wyjaśnia nasze umiejscowienie w świecie. Dlatego nigdy i nikogo nie chcę odwodzić od uczenia dzieci modlitw pacierzowych, od tłumaczenia im ich, wyjaśniania zawartych w nich słów. Argument, że dzieci przygotowujące się do pierwszej komunii, które są w domu nauczone modlitw, mają łatwiej z zaliczaniem ich – jest jak najbardziej zasadny. Kiedyś sam byłem w pewnym sensie przeciwnikiem obowiązku zaliczania wszystkich modlitw przed komunią – stawiałem na osobistą, prawdziwą wiarę danego dziecka bardziej, niż na wyuczenie się regułek. Dziś wiem, że te regułki – tylko kiedy są dobrze wyjaśnione – stanowią podstawy wiary tychże dzieci. Ale – znowu – tylko wtedy, kiedy zaliczanie ich nie opiera się na starym mechanizmie 3xZ (zakuć, zdać, zapomnieć), lecz wprowadza dzieci w prawdy wiary o Chrystusie.

Pacierz jest formą modlitwy, nie gorszą od modlitwy spontanicznej. Choć nie wyobrażam sobie – jako członek Domowego Kościoła – powiedzieć na dzieleniu się zobowiązaniami, że wprawdzie nie robiłem namiotu spotkania (osobista rozmowa z Bogiem na wzór Mojżesza), ale za to odmawiałem codzienne różaniec albo koronkę do miłosierdzia, a w czasie namiotu spotkania odmawiałem pacierz. Różaniec jest dla mnie cenną modlitwą, ale zdaję sobie sprawę, jak trudno jest odmówić go w skupieniu. Kilka razy odprawiałem nowennę pompejańską – ale traktowanie jej jako magicznej formuły, która sprawi, że na 100% spełni się intencja w której się modliłem, jest mieszaniem wiary z czarodziejskim podejściem do niej.

Wiele osób, które argumentują za odmawianiem pacierza, za nowenną pompejańską, za wczesną komunią świętą, wydaje się mieć niesamowicie magiczne podejście do łaski Bożej. Odmawianie pacierza traktuje jako element zaczepienia z Panem Bogiem, nawet gdy wszystkie inne elementy wiary już zniknęły. Tymczasem dla wielu jest to element przyzwyczajenia, który – być może – wywoła w pewnym momencie refleksję nad własną wiarą, ale jako seria odklepywanych po wielokroć modlitw nie sprawi, że będziemy bliżej Boga. Podobnie ma się sprawa z pierwszą komunią, zwłaszcza na wczesnym etapie życia. Nie jestem przeciwnikiem wczesnej komunii. Jest ona dla mnie wspaniałą możliwością, jeśli dziecko przeżywa ogromną tęsknotę za Bogiem, popartą prawdziwą wiarą. Czy taka wiara może dotyczyć dziecka pięcioletniego? Sądzę, że może. Ale niech to będzie właśnie wiara, a nie podejście rodziców do Ciała Chrystusa jako do magicznego amuletu, który ochroni ich dziecko przed wszelkimi nieszczęściami, a już na pewno przed grzechem ciężkim. Nie, tak nie będzie. Również dziecko, które przyjęło komunię na wczesnym etapie, będzie grzeszyć. Ważne, by jego osobista świadomość pozwalała mu na szybki powrót do Boga.

Znajoma przypomniała mi ostatnio znakomity cytat z filmu „Evan Wszechmogący”. Są to słowa postaci Boga z tegoż filmu: „Jeśli ktoś modli się o cierpliwość, czy Bóg mu ją daje, czy raczej daje szansę na bycie cierpliwym? Jeśli ktoś modli się o odwagę, Bóg daje mu odwagę, czy szansę na to, by był odważny? A jeśli ktoś modli się o to, by rodzina się ze sobą zbliżyła, czy Bóg daje ciepłe uczucia, czy szansę by się pokochali?”. Cytat ten znakomicie oddaje to, co próbuję przekazać w niniejszym artykule. Że łaska Boża to nie jest magiczna moc, która w cudowny sposób uzdalnia nas do wielkich czynów. Jest to raczej stawianie nam na drodze wielu sposobności, byśmy mogli tych czynów dokonywać. Bóg daje nam talenty – owszem. Ale to od nas zależy jak i do czego te talenty wykorzystamy. Owszem, jeśli nasza wiara byłaby choćby wielkości ziarna gorczycy, moglibyśmy góry przenosić. Ale to nie oznacza, że otoczymy cudowną opieką nasze dzieci przez to, że poniekąd zmusimy je do wcześniejszej komunii, wyślemy na serię pierwszych piątków miesiąca i wyuczymy je serii modlitw pacierzowych, których im nie wyjaśnimy.

Wiara to podstawa naszego zbawienia. Co do tego mamy pewność. Nasza wiara nie daje w magiczny sposób pewności zbawienia naszym dzieciom. Ich zbawienie zależy od ich osobistej wiary. Dlatego „Ojcze nasz” odmawiane z wiarą i komunia święta przyjmowana z wiarą obdarzają łaskami, których nie jesteśmy w stanie ocenić. Bez wiary jednak to wszystko jest perłami rzucanymi przed wieprze. I żadna magia tego nie zmieni.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Nie warto się spieszyć z pierwszą komunią

Przy okazji poprzedniego wpisu na blogu, dotyczącego przygotowania do pierwszej komunii świętej, pojawiły się komentarze sugerujące, że ze względu na lepsze przeżycie tego wydarzenia w życiu dziecka warto podjąć decyzję o tzw. wcześniejszej pierwszej komunii. To znaczy – zdaniem niektórych – powinno się przygotować dzieci do całkowitego spotkania z Panem Jezusem wcześniej, niż kiedy przyjęło się to robić (obecnie w 3 klasie szkoły podstawowej). Ja jednak, jako katolik, teolog, mąż i ojciec trójki dzieci (w tym jednego, które właśnie szykuje się do spotkania z Panem Jezusem w komunii) szczerze odradzam ten tok myślenia. I postaram się wykazać, dlaczego.

Kiedy próbowałem dowiedzieć się czegoś na temat wczesnej komunii, natrafiłem na kilka ciekawych argumentów. Po pierwsze podobno wielu świętych przystępowało do komunii wcześniej, niż ich rówieśnicy. Joanna Beretta Molla czy Łucja z Fatimy przystąpiły do wcześniejszej komunii. Nie można jednak dowodzić, że ten właśnie fakt sprawił, że później zostały one świętymi. Ich świętość wynikała z całości życia, z życia wiarą w ich rodzinach. To – oczywiście – pociągało za sobą również fakt, że rodzice zdecydowali o ich wcześniejszym przystąpieniu do komunii. I nie mam wątpliwości, że podobne podejście kieruje postępowaniem większości współczesnych rodziców decydujących się na wczesną komunię. Żyją oni wiarą, budują tę wiarę w swoich dzieciach i chcą pozwolić im na budowanie silnych więzi z Chrystusem. Traktują przy tym Ciało i Krew Chrystusa jako lekarstwo – zgodnie z zaleceniem nauki Kościoła – które pozwala gładzić grzechy powszednie i napełnia łaską. Warto jednak uniknąć przy tym podejścia, które traktowałoby komunię niczym amulet, mający chronić nasze dzieci przed złem tego świata (oraz tym, które rodzi się w nich samych). Sakramenty, także prawdziwe Ciało i prawdziwa Krew Chrystusa, są źródłem prawdziwej, żywej łaski, ale nie są substancjami, które w „magiczny” sposób przemienią nasze dzieci w ludzi świętych. O ile zatem logiczne jest, że chrzest święty zmywa grzech pierworodny z każdego, nawet najmłodszego człowieka, o tyle przystąpienie do Eucharystii zakłada już używanie rozumu. I na tym przede wszystkim powinni skupić się rodzice, których dzieci mają przygotowywać się do pierwszej komunii.

Papież Pius X, który 7 sierpnia 1910 roku zatwierdził dekret „Quam singulari Christus amore”, czyli dekret o wczesnym dopuszczeniu dzieci do komunii świętej, bardzo gorliwie walczył o zdjęcie z dzieci obowiązku przekroczenia obowiązującego wówczas wieku 12, a w niektórych miejscach nawet 14 lat przed przystąpieniem do komunii świętej. Zdecydował więc, że komunia święta – no właśnie – powinna być „wczesna” i dotyczyć dzieci, które potrafią już używać rozumu nie w stopniu doskonałym, lecz zaledwie w pewnym. W dekrecie wyraźnie zapisano, że powinny znać podstawowe zasady i umieć odróżnić Ciało Pańskie od zwykłego chleba. Zapisano tam wyraźnie, że „Wiekiem rozeznania tak co do spowiedzi jak i co do Komunii jest wiek, w którym dziecko zaczyna rozumować, czyli mniej więcej rok siódmy, niekiedy nieco później, niekiedy nawet wcześniej. Od tego czasu zaczyna obowiązywać dziecko przykazanie dotyczące spowiedzi i Komunii świętej”. I owszem, Joanna Beretta Molla przystąpiła do komunii jako pięciolatka – a potem codziennie uczestniczyła we mszy świętej ze swoją matką. Ale tego typu sytuacje należy zaliczyć do wyjątków. Jeśli ktoś pragnie, by jego dziecko było jak Joanna Beretta Molla, niech zapyta najpierw samego siebie, czy życie jego rodziny naprawdę jest takie, jak życie rodziny tej świętej kobiety.

Problemem jednak nie jest kwestia wieku. Przecież w Polsce już tych siedem lat uważane jest za wiek wczesny, a siedmiolatek, którego rodzice postanowili przygotować do pierwszej komunii, idzie do komunii „wczesnej”. Jest to spowodowane tym, że polski episkopat ustalił granicę używania rozumu na 9 lat – co sprawia, że do komunii tradycyjnie idą dzieci będące teraz w trzeciej klasie (a więc dziesięcio- i dziewięcioletnie). Mimo tego rodzic, który uznaje, że jego dziecko w wieku siedmiu lat jest już gotowe na przyjęcie Chrystusa, powinien mieć swobodę przygotowania go do pierwszej komunii – która, według dokumentów Kościoła, wcale nie jest już „wczesna”. Problem, moim zdaniem, wynika z czegoś innego, niż ze zbyt młodego wieku. Tym problemem jest widoczna wśród zaangażowanych katolickich rodzin moda na „antysystemowość”.

Pisząc o „antysystemowości” nie mam na myśli kwestii politycznych – choć, jak teraz o tym myślę, muszę przyznać, że wśród wielu moich katolickich znajomych dało się zauważyć fascynację Pawłem Kukizem czy Januszem Korwin-Mikkem w okresie wyborczym 2015. Mam na myśli bunt przeciw normom narzucanym w pewnym sensie przez państwo, ale i przez system kościelny w Polsce. Dotyka to głównie trzech aspektów, które najczęściej w mniejszym czy większym stopniu łączą się ze sobą. Chodzi o bunt przeciw medycynie, systemowi edukacji i normom kościelnym właśnie. A – żeby być precyzyjnym – konkretnie o szczepienia, szkolnictwo sensu stricte oraz właśnie „masowe” przystępowanie do pierwszej komunii. I zauważa się pewne tendencje, że rodzice zafascynowani unikaniem szczepienia swoich dzieci również często postanawiają uczyć je w domu, oraz posyłają do wcześniejszej komunii świętej. Nie jest to związane często ani z ogromną wiarą panującą w rodzinie, ani z wielkim zaufaniem Bogu. Często dotyka to raczej sfery własnego „ja”, a dokładniej – „ja wiem lepiej”. Tzn. ja wiem lepiej, co jest dobre dla mojego dziecka. I tu, oczywiście, nie mogę zabronić nikomu myśleć w ten sposób. Sam z premedytacją zapisałem dzieci do szkoły innej, niż masowa (ale o tradycyjnym profilu edukacyjnym) i przygotowuję je do komunii inaczej, niż poprzez uczenie się wierszyków i równego stania w kościele. Więc wyraźnie sam mam podejście, że wiem lepiej co jest dobre. Ale nie walczę z „systemem”, by zrobić dobrze moim dzieciom. Nie idę za modą nieszczepienia, nieszkonictwa i wczesnej komunii. I sugeruję jednak zastanowienie się nad tym, by podejmować decyzję logicznie i mądrze, z Bożym rozeznaniem, a nie wchodzić w nowy modny system antysystemowości.

Mój syn pójdzie do pierwszej komunii w wieku 9 lat (poszedł do szkoły jako sześciolatek). Wówczas jego siostra będzie miała skończone 6 lat. Przygotowuje się do pierwszej komunii razem z bratem, uczestnicząc we mszy, chodząc z nami do ołtarza kiedy przyjmujemy Ciało Pana Jezusa. I widzimy jej pewne zainteresowanie tą kwestią. Wiemy jednak, że czasami dużo lepszym rozwiązaniem jest nauka cierpliwości. Jest to nauka dla dziecka, ale i dla nas samych. Dla rodziców, którzy wszystko chcieliby jak najszybciej i najlepiej. A przecież nasze dziecko do wszystkiego samo musi dojrzeć. Samo musi dorosnąć i podjąć decyzję, że chce zjednoczyć się z Bogiem. Musi zrozumieć czym naprawdę jest ten biały Chlebek. Nie wystarczy, że ono chce Go zjeść. I owszem, z całą pewnością są siedmio- czy sześciolatkowie, którzy są gotowi, by przystąpić do Ołtarza Pańskiego. Ale dużo większą wartością jest osiągnięcie dojrzałości, by zrobić to z pełną świadomością. Nie wolno nam oczywiście wracać do czasów, kiedy komunii po raz pierwszy udzielano nastolatkom – zapadającym się już w nałogi ciężkich grzechów. Ale pozwólmy naszym dzieciom dorosnąć do wieku, w którym przyjęcie Chrystusa będzie dla nich nie tylko przeżyciem emocjonalnym, ale przede wszystkim duchowym.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay, za: https://pixabay.com/pl/komunia-gospodarz-chrystusa-jezus-2110404/

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Jak przygotować dziecko do pierwszej komunii

Zaczyna się – w maju i czerwcu trzecioklasiści masowo przystąpią do sakramentu komunii świętej po raz pierwszy. Już dziś dziewczynki chwalą się tym, jakie sukienki będą miały, a chłopcy z zakłopotaniem kolejny już rok nie rozumieją, czemu mają nosić alby. No i zaczynają się rozważania nad tym, jakie i gdzie będzie przyjęcie. U tej będzie klaun, u tamtej pani prowadząca zabawy dla dzieci. Oczywiście nie obejdzie się też bez rozmyślania nad tym, jakie kto może dostać prezenty (babcie i mamy już obiecały swoje) i co zrobi z pieniędzmi.

Moje najstarsze dziecko w tym roku szkolnym przystąpi po raz pierwszy do komunii świętej. Nie wiem, czy to kwestia wychowania, czy towarzystwa, w jakim się rozwija – temat prezentów i pieniędzy w ogóle nie wypływa. Nie wiemy jeszcze gdzie będzie organizowane przyjęcie – jakieś będzie na pewno, bo uważamy, że życie sakramentalne należy celebrować – w domu, czy w restauracji. Wiemy natomiast, że w sercu naszego dziecka powinniśmy teraz zaszczepić Jezusa Chrystusa. I najlepiej, żeby nie zaczynało się to „od teraz”. Najlepszym rozwiązaniem byłoby zaczęcie od urodzenia.

Ten tekst kieruję do wszystkich, którzy zachodzą w głowę, co zrobić z dzieckiem, które ma przystąpić do Najświętszego Sakramentu. Ale nie tylko do tych, dla których Pan Bóg jest jednym z domowników, albo choćby stałych gości. Choć oni mają z pewnością łatwiej, kiedy chodzi o prawdziwe przygotowanie dziecka do komunii świętej. Dlaczego? Dlatego, że komunia święta wieloma rzeczami nie jest, a jedną jest na pewno. Najpierw powiem o tym, czym nie jest. Nie jest okazją do robienia imprezy. Nie jest przyczyną do rozdawania prezentów, czyli do materializmu. Nie jest dobrą chwilą na rewię mody. Nie jest też konkursem talentów (czytanie czytań, śpiewanie psalmów, mówienie wierszyków). Jednym, czym komunia jest z całą pewnością, jest Jezus Chrystus.

Eucharystia, Najświętszy Sakrament, to jest Jezus Chrystus, prawdziwy Bóg, który samego siebie zamknął w kawałku chleba i w kielichu wina. Jest to cała istota Jego Bóstwa, którą przekazał nam, byśmy Go spożywali. By stawał się częścią nas – naszego ciała i duszy. I ten rok jest rokiem, w którym nasze dzieci po raz pierwszy będą mogły doznać tego przebóstwienia, które jest następstwem spożywania Ciała Pana. Dlatego sam jestem szczęśliwy, że nasz syn przygotowuje się do pierwszej komunii nie poprzez rozmyślania nad garniturami i prezentami, lecz poprzez czytanie Pisma Świętego i rodzinne rozmowy o Jezusie.

Na spotkaniu organizacyjnym w związku z pierwszą komunią, w którym wraz z synem uczestniczyliśmy, ksiądz zwrócił uwagę na trzy rzeczy, które sprawią, że jego udział w przygotowaniu dzieci do przyjęcia sakramentu nie będzie w ogóle potrzebny. Pierwsza z nich to coniedzielny rodzinny udział we mszy świętej. Czyli wdrażanie dzieci przez rodziców w coś, co jest najbardziej naturalną praktyką tygodnia – w odwiedzanie Pana w Jego domu i przyjmowanie Jego Ciała przez rodziców. Druga to codzienna modlitwa rodzinna. Moment, w którym cała rodzina – rodzice i dzieci – spotykają się, by klęknąć przed Panem i zwrócić się do Niego jak do przyjaciela. By dzieci wiedziały, że Bóg jest prawdziwy – i jest najważniejszy. Trzecia to udział rodziców w życiu sakramentalnym, zwłaszcza w sakramencie pokuty i pojednania. Czyli częste spowiadanie się. Wtedy, kiedy są z dziećmi i dzieci mogą widzieć, że rodzice przepraszają Boga za to, co złego zrobili. Te trzy punkty sprowadzają się do jednego: do rodzinnego życia chrześcijańskiego. I są odpowiedzią na słowa z przysięgi małżeńskiej, w której małżonkowie przysięgają przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, którym Bóg ich obdarzy. Jeśli Wasze dziecko przystępuje w tym roku szkolnym do pierwszej komunii, a te trzy praktyki nie są w waszym życiu normą, wprowadźcie je od dziś. Albo poczekajcie z pierwszą komunią dziecka, nie spieszcie się. Niech ona nie będzie okazją do rodzinnej imprezy i rozdawnictwa, lecz niech będzie prawdziwym, duchowym przeżyciem.

Co do prezentów, co warto dziecku kupić z okazji komunii, już kiedyś pisałem. Jeśli jesteście zainteresowani, zapraszam TUTAJ. Najlepiej, jeśli prezenty na komunię będą przedłużeniem samego przyjęcia Chrystusa. Niech o Nim przypominają, a nie odwodzą od Niego. My, w dniu chrztu świętego naszego dziecka, postanowiliśmy, że z okazji pierwszej komunii przygotujemy paczkę, w której zmieścimy pamiątki chrztu syna i damy mu je w prezencie. Nie twierdzę, że to będzie wszystko – ale wiem, że będzie to prezent ukazujący ciągłość sakramentów. I tym lepiej podkreślający istotę wszystkich sakramentów, którą jest Chrystus.

Dzieci muszą też zaliczyć serię modlitw i zasad Kościoła. Kiedyś wydawało mi się to bezsensowne. Dziś, kiedy widzę, jak mój syn uczy się przykazań, kiedy wraz z żoną możemy usiąść i wyjaśnić mu, o co w tym wszystkim chodzi, zauważam głęboki sens. Ponieważ zaliczanie tych modlitw jest związane z poznawaniem Kościoła, w którym dziecko żyje. I my, obok księdza katechety, możemy przekazywać dziecku wiedzę o społeczności i instytucji, która w naszym wspólnym życiu odgrywa kluczową rolę. Podchodzenie do kolejnych modlitw będzie pozbawione sensu, jeśli potraktujemy to jako kolejną głupią rzecz do zaliczenia. Ale zyska sens, kiedy zrozumiemy to jako wtajemniczenie w wartości, które nas rozwijają.

Jestem dumny, że w naszej rodzinie jest cotygodniowa, wspólna msza święta, codzienna modlitwa i spowiedź rodziców – w słabszych momentach raz na kilka miesięcy (w lepszych co miesiąc). Jestem zadowolony, że komunia święta w klasie naszego syna odbędzie się podczas jednej z niedzielnych mszy świętych – bez szczególnej oprawy, która zabija sam moment przyjęcia Jezusa. Ale nie wszystkim będzie to dane, dlatego mam nadzieję, że Pan pomoże Wam przygotować swoje dziecko do tego duchowego przeżycia. Zapomnijcie o laptopach, sukienkach i wódce na komunijnym przyjęciu. Pamiętajcie o Chrystusie.

____________________________________

We wpisie przedstawione zdjęcie pochodzące ze strony, za: https://pixabay.com/pl/eucharystia-cia%C5%82o-chrystusa-ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82-1591663/

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

W czym jest lepsza pierwsza komunia od bierzmowania?

Jeden raz byłem świadkiem przy bierzmowaniu. Doskonale pamiętam ten dzień i moment, w którym – tuż przed samą ceremonią – przypominałem mojemu „podopiecznemu”, że od tej pory będzie już w pełni dojrzałym chrześcijaninem i musi pamiętać, że taki człowiek oddaje życie za wiarę i Chrystusa. Potem była msza święta oraz sam akt udzielenia sakramentu przez biskupa i nadania nowego imienia, które wybiera dla siebie sam bierzmowany. Po zakończeniu uroczystości wyszliśmy z kościoła i wraz z moim już dojrzałym chrześcijańsko znajomym oraz jego mamą (zdziwiło mnie, że nikogo więcej nie było) powędrowaliśmy w stronę ich domu. Doszliśmy na miejsce, tam pozdrowiono mnie serdecznie, otworzono drzwi i powędrowano ku mieszkaniu. Zostałem sam, przed klatką schodową, i stałem tak przez chwilę, oniemiały, zanim zdecydowałem się odwrócić i jak w letargu pomaszerować do własnego domu. Jeśli sądzicie, że spodziewałem się zaproszenia na obiad, albo chociaż na herbatę, to tak – macie rację.

Ta historia spowodowała, że zadałem sobie pytanie – i ono powraca zawsze, kiedy w parafiach udziela się młodzieży bierzmowania – co jest gorszego w bierzmowaniu w stosunku do pierwszej komunii? Obie uroczystości odbywają się raz w życiu (wprawdzie komunię można później przyjmować częściej, ale nie po raz pierwszy), obie w podobnym okresie roku. Dlaczego pierwsza komunia święta stała się taką tradycją, że jej organizacja zakrawa niemal o małe wesele? Dlaczego – nomen omen – wesele, następujące po sakramencie małżeństwa, jest zazwyczaj tak bardzo wystawne? Dlaczego również i chrzciny (czyli świętowanie sakramentu chrztu) bywają równie uroczyste? Jeśli dlatego, że taka jest właśnie tradycja – że celebruje się przyjęcie poszczególnych sakramentów – to dlaczego zupełnie inaczej jest z bierzmowaniem?

Bierzmowanie to w tradycji katolickiej ostatni z sakramentów wtajemniczenia chrześcijańskiego – właśnie po chrzcie i Eucharystii. Chrzest włącza człowieka we wspólnotę Kościoła i obmywa go z grzechu. Eucharystia jednoczy z Chrystusem poprzez przyjęcie Jego Ciała. Bierzmowanie wreszcie wprowadza w dojrzałość chrześcijańską i obdarza darami Ducha Świętego (jak uczniów w dniu Pięćdziesiątnicy). Każdy z tych ustanowionych przez Chrystusa sakramentów jest kolejnym krokiem na drodze do dojrzałej wiary i bycia świadkiem Jezusa. Jeśli w życiu wspinamy się na jakiś szczyt i pokonujemy poszczególne odcinki drogi, to cieszymy się wprawdzie z pojedynczych etapów, ale najbardziej świętujemy osiągnięcie szczytu. Jeżeli więc wtajemniczenie w chrześcijaństwo obejmuje trzy etapy, to logiczne wydaje się, że ten trzeci, ostatni, powinien być świętowany w sposób najbardziej uroczysty. To przecież ostatni już element w drodze do świętości – żaden kolejny sakrament nie zmienia już nic w kwestii bliskości z Bogiem. Przynajmniej nie w sensie otwierania kolejnych tajemnic, kolejnych drzwi wiary. Kapłaństwo czy często bardzo huczne małżeństwo to tylko wybór sposobu bycia z Bogiem w codzienności – a istnieją i sposoby niesakramentalne, jak życie samotne lub zakonne. To właśnie bierzmowanie jest tym, co zakańcza naszą drogę, daje nam dary Ducha i pomaga głosić dalej ewangelię. Zastanawiam się więc, dlaczego z okazji bierzmowania nie zwykło się robić przyjęć i zapraszać rodziny – co najwyżej chrzestnych, dziadków i świadka zaprasza się na kawę i ciasto.

Nie potrafię znaleźć logicznej odpowiedzi na pytanie, dlaczego bierzmowanie traktuje się po macoszemu. W ten sposób traktuje je przecież również część młodzieży, nazywając „oficjalnym pożegnaniem z Kościołem w obecności biskupa”. Niektórzy traktują je dosłownie jako zakończenie drogi chrześcijańskiej – tylko zamiast wskazywać tę drogę innym, postanawiają zamknąć furtkę, ale najpierw przez nią wyjść. Być może jedno wynika z drugiego – brak uroczystego podejścia do bierzmowania sprawia, że młodzież traktuje je jak niewiele znaczący rytuał. Z kolei to, że młodzież tak je widzi sprawia, że nikomu się nie chce bierzmowania świętować. Ot, trzeba pójść, bo potem ze ślubem może być kłopot. Ale przecież można inaczej! Ba, powinno się! Sakrament bierzmowania nie jest ani odrobinę mniej ważny, niż pozostałe sakramenty, a z wielu powodów może być uważany za ważniejszy. W wielu kulturach etap wejścia w dojrzałość świętuje się w wyjątkowy sposób. Kultura chrześcijańska jest wyjątkową kulturą, a to sprawia, że powinna szczególnie się na tym skupić.

Zorganizowanie nieco bardziej uroczystego obiadu – tak, jak robiło się to z okazji chrztu i komunii – jest jak najbardziej wskazane. Obdarowanie bierzmowanego prezentem, mającym związek z tym świętem (Pismo Święte, brewiarz itp) lub czymś, co pozwoli mu myśleć o sobie jako o dojrzałym człowieku (np. jakaś droższa pomoc naukowa, jak teleskop czy mikroskop) sprawi, że sam młodzieniec lub młoda kobieta przeżyją ten dzień w sposób wyjątkowy i nie zapomną o nim długo. Podkreślenie ważności tego dnia – zaproszenie gości, zorganizowanie przyjęcia, zwolnienie się z pracy (najczęściej nie bierzmuje się w sobotę czy w niedzielę) może doprowadzić do tego, że dorastające dziecko rzeczywiście poczuje, że dzieje się coś cudownego, że te dary Ducha Świętego to nie jest żadna ściema.

Dlatego też zachęcam do traktowania wszystkich sakramentów na tym samym poziomie. Nie proponuję wprawdzie robić imprezy z okazji pierwszej spowiedzi świętej (zwłaszcza że najczęściej idzie w parze z komunią), ale jednak sądzę, że warto położyć większy nacisk na sakrament bierzmowania, aby Kościół naprawdę stawał się pełny dojrzałych chrześcijan.

____________________________________

We wpisie zastosowano zdjęcie wykonane w czasie udzielania sakramentu bierzmowania, Photo credit: Ania i Artur Nowaccy via Foter.com / CC BY-SA

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Pierwsza komunia: komercja, duchowość czy prawdziwy show?

Właśnie teraz trzecioklasiści intensywnie przygotowują się do przystąpienia do pierwszej komunii świętej. Odczuwam to jako lektor języka angielskiego, kiedy okazuje się, że grupa trzecioklasistów nie będzie mogła przychodzić w maju na zajęcia, ponieważ akurat we wtorki i czwartki mają próby do komunii… W szkole to czas intensywnego zakuwania i zaliczania modlitw. Po szkole – czas przymierzania alb, ćwiczenia wierszyków i czytań mszalnych, a przede wszystkim ustawiania się równo, w szeregach, próbowania się we wchodzeniu i wychodzeniu z kościoła. A potem jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze raz.

W sercach wielu dzieci to czas oczekiwania. Niecierpliwego, nerwowego oczekiwania na to, co ma nastąpić. Pierwszy smartfon, pierwszy tablet, a może nawet pierwszy laptop? Zegarek, rower. Własne pieniądze (czasem nawet całe tysiące), za które będzie można pojechać do Disneylandu albo chociaż kupić najnowszą konsolę do gier. Impreza niemal weselna. Niektórzy będą mieli to szczęście i przejadą się w towarzystwie kolegów czy koleżanek prawdziwą limuzyną!

Tak oto dzieci, zatapiając się w marzeniach o elektronice i pieniądzach, jakoś próbują się przemęczyć przez te wszystkie ciągnące się próby prostego wchodzenia, prostego stania i prostego siadania. Warto się przemęczyć, jeśli na koniec dostanie się tak wielką nagrodę! Dla wielu z nich liczą się prezenty – przecież niektórzy w normalnych warunkach nawet nie chodzą do kościoła. Dla rodziców, a chyba jeszcze częściej dla księży i katechetów, liczy się teatr. Wszystko ma być podniosłe, uroczyste i dopracowane w najmniejszym szczególe. Dziecko, które czyta najlepiej, musi idealnie przeczytać czytanie z lekcjonarza. Dziewczynki muszą pięknie zaśpiewać psalm. Każdy musi powiedzieć jakiś wierszyk, choć nie przypominam sobie, by gdziekolwiek w liturgii było miejsce na wierszyki. A na koniec, przy ogłoszeniach, dzieci muszą jeszcze bardzo spontanicznie podziękować wszystkim księżom i katechetom, którzy przyczynili się do zaistnienia tego wspaniałego święta.

Tak łatwo przy tym wszystkim gubi się istotę dnia pierwszej komunii świętej. Fakt, że jest to pierwszy dzień, w którym trzecioklasiści będą mogli po raz pierwszy w pełni uczestniczyć we mszy świętej. W pełni, to znaczy: wraz z przyjęciem Ciała Chrystusa. I od tej pory już zawsze będą mogli Ciało Chrystusa przyjmować. To jest dzień, w którym młodzi ludzie mogą po raz pierwszy doskonale odczuć, co znaczyły słowa Jezusa: „Oto ja jestem z wami, aż do skończenia świata”. Bo właśnie wtedy mogą oni skupić się na tej Chrystusowej obecności. To niestety musi zginąć w fali składającej się z dwóch pozostałych elementów: komercji i teatru.

Jedna z sieci sklepów sprzedających sprzęt RTV i AGD kilka lat temu reklamowała się plakatami z hasłem „KOMUnijne prezenty?”. Doskonale wiedziała, w czyje gusta może w ten sposób trafić. Z kolei rok temu antenę radiową podbijała inna reklama, w której dzieci śmiały się z rodziców, bo ci kłócili się o to, kto pierwszy wpadł na pomysł, by prezenty na komunię kupić w tym konkretnym sklepie. Głowy dzieci ma zaprzątnąć żądza prezentów – a rodzice, krewni i znajomi królika też mają pamiętać, gdzie trzeba się w związku z tą uroczystością wyposażyć. Ten pęd materialny dałoby się przyhamować, gdyby nie to, że osoby odpowiedzialne za duchowe przygotowanie dzieci do komunii wymagają częściej znajomości pięciu kościelnych przykazań, niż posiadania żywej wiary. Potrzebują, by dzieci wiedziały, jak mają stanąć i jak powiedzieć wierszyk, a nie by rozumiały istotę mającego nastąpić wydarzenia.

A wszystko powinno wyglądać zupełnie inaczej! Owszem, pierwsza komunia święta jest podniosłą uroczystością. Niczym złym nie jest ani przyjęcie pokomunijne, ani nawet odpowiednio dobrane do tej okazji prezenty (nie laptopy jednak, nie konsole i nie telefony). Ale dziecko powinno wiedzieć i rozumieć, że ta uroczystość ma miejsce dlatego, że ono po raz pierwszy przytuli się całym sobą do Jezusa Chrystusa. I dlatego wcale nie powinno być tak istotne, w co dzieci będą ubrane i kto za kim będzie stał. Próby do pierwszej komunii nie muszą przecież wcale odbywać się przez okrągły miesiąc. Dałoby się wręcz zrobić tak, że do liturgii służyliby rodzice dzieci pierwszokomunijnych (którzy lepiej rozumieją to, co czytają z lekcjonarza), a poszczególne osoby przystępowałyby po raz pierwszy do stołu Pańskiego wraz ze swoją rodziną – tak, jak będzie to wyglądało w codzienności – a nie w klasowym ustawieniu „pod linijkę”.

Nie należy także zapominać, że mogą istnieć – i z pewnością istnieją – dzieci, które w trzeciej klasie nie są jeszcze duchowo gotowe, by przyjąć Pana Jezusa. Nie należy się w takich przypadkach wahać przed odroczeniem tychże dzieci na kolejny termin. Komunia święta nie jest obowiązkowa, nie jest bezwzględnie potrzebna do zbawienia. A już na pewno nie musi być przyjmowana w trzeciej klasie, w idealnym dwuszeregu i po kilku tygodniach ćwiczeń.

____________________________________

Artykuł ukazał się na portalu wRodzinie.pl
W artykule wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony http://www.finanse.egospodarka.pl/80554,Pierwsza-Komunia-skromna-oferta-bankow,1,48,1.html

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Wierząca żona, wierzący mąż

Kiedy człowiek wchodzi w dorosłość i zaczyna się zastanawiać nad związaniem się na stałe z innym człowiekiem, zadaje pytania o priorytety. Jakie cechy powinny łączyć go z potencjalnym współmałżonkiem? Podobne zainteresowania, jednakowe wykształcenie, a może samodzielność i niezależność? Wielokrotnie – zwłaszcza wśród katolików – pada też pytanie o wiarę. Czy człowiek, z którym chcę wiązać przyszłość, powinien być wierzący? Niejednokrotnie spotkać można osoby wprawdzie mocno zaangażowane w życie Kościoła, ale upierające się jednocześnie, że nie mają zamiaru wiązać się z „fanatykami religijnymi”. Jeśli bowiem ktoś się naprawdę podoba, to kwestia wiary nie jest barierą. Czy mają rację?

W pierwszej kolejności powinno się samemu posegregować to, co w życiu ważne. Każdy logicznie myślący wierzący człowiek musi dojść do wniosku, że o ile z naszej perspektywy „wiara” stanęłaby być może gdzieś między „miłością” a „wiernością” (lub dowolną inną cechą), o tyle zupełnie inaczej wygląda to z perspektywy Boga. Miłość, jak wiemy, jest największa (większa jest od wiary i nadziei, jak pisał święty Paweł), ale prawdziwa miłość nie może istnieć bez Boga. Przy dłuższym zastanowieniu trzeba przyznać, że nic tak naprawdę nie może istnieć bez Boga. Ludzie, wielcy w swoich oczach, pozostają pojedynczymi ziarnami piasku na pustyni przy ogromie Bożych mocy i Bożego stworzenia. Jeśli zatem my, myśląc po ludzku, ustawiamy sobie kwestię wiary jako jedną z wielu cech, które weźmiemy pod uwagę przy wyborze małżonka, to nie może już ona być jedną z wielu, gdy przyjdzie nam stanąć przed Panem twarzą w twarz.

Ludzkie życie jest tylko chwilą w porównaniu do wieczności u boku Boga. Zajmujemy tylko nic nieznaczącą przestrzeń wobec nieskończoności, do której powołał nas Pan. Wkładanie wiary między inne cechy świadczy o przywiązaniu człowieka do ziemskich spraw. Naturalne zaś, skoro nasze życie ma być drogą do zbawienia, jest ustawianie wiary jako podstawowej cechy osoby, z którą będzie trzeba tę drogę przejść. Ponieważ z osobą, z którą wejdziemy w związek małżeński, będziemy musieli spędzić resztę życia, to przede wszystkim powinno to być życie, w ciągu którego nawzajem prowadzimy się drogą do nieba.

Człowiek, który ma zostać naszym życiowym partnerem, może posiadać mnóstwo pozytywnych cech. Może być piękny lub przystojny, bogaty, mądry, zaradny, oczytany. Ale ponieważ będzie towarzyszył nam już zawsze, musi pomagać nam, a nie przeszkadzać w dążeniu do spotkania z Bogiem w niebie. Dlatego warto, przy poszukiwaniu małżonka skupić się najpierw na tym, czy jest wierzący i czy – kiedy już przyjmiemy sakrament małżeństwa – będzie dobrym towarzyszem w wierzeniu Bogu i ufaniu Mu.

Aby nie pozostawać tylko w sferze spraw pozaziemskich, warto spojrzeć perspektywicznie także na ludzką doczesność. Jest to nic w porównaniu z wiecznością, ale jednocześnie wszystko, na co mamy wpływ i cała nasza droga ku owej wieczności. Dlatego bardzo ważne jest zastanowienie się nad tym, jak nasze życie będzie wyglądało, gdy zwiążemy je z kimś niewierzącym. Kłopoty pojawią się już prawdopodobnie w czasie narzeczeństwa. Będą one dotyczyły zapewne zachowania czystości do ślubu – ponieważ człowiek nie mający w sercu Boga często nie rozumie potrzeby wstrzemięźliwości „skoro się kochamy”. Problemy katolików mogą nawarstwiać się w momencie samej celebracji sakramentu, kiedy to sakrament jest udzielany jednostronnie, a dla współmałżonka często nie ma praktycznego znaczenia. Następnie mogą pojawić się kłopoty z pożyciem małżeńskim, jako że ludzie niezwiązani z Kościołem w sposób bardzo ścisły najczęściej nie potrafią pojąć chrześcijańskiej etyki seksualnej (dotyczy do zwłaszcza odrzucenia antykoncepcji). Może się okazać, że aby utrzymać dobre relacje małżeńskie, osoba wierząca będzie musiała zrelatywizować swoje podejście do wierności Bogu, a przez to przestawi kwestię zbawienia na dalszy plan.

Jeszcze więcej trudności bywa spowodowanych różnicami w poglądach na wychowanie dzieci. Nie-katolicy często nie chcą chrzcić dziecka, sądząc że powinno ono samo podjąć decyzję o swojej przynależności religijnej. Jeśli jednak nawet zgodzą się na sakrament, mogą nie zgadzać się lub przynajmniej utrudniać regularne uczestnictwo potomka we mszy świętej. Bywa tak, że rodzic, dbając o wychowanie i edukację swoich dzieci, chce zapisać je do szkoły katolickiej. Spotyka jednak silny opór drugiego z rodziców, który sprzeciwia się „indoktrynowaniu” dzieci. Na koniec może okazać się, że dziecko odbierze zachowanie niewierzącego rodzica jako „fajniejsze” i będzie wolało pójść w jego ślady – na przykład grać w niedzielę na konsoli, zamiast iść do kościoła.

Szereg doczesnych kłopotów mogących wynikać z wybrania sobie niewierzącego małżonka należy przeciwstawić korzyściom płynącym z faktu, że zarówno mąż, jak i żona, są wierzący. Potwierdzone jest, że ludzie naprawdę żyjący wiarą dużo rzadziej się rozstają, bardziej się wspierają i w bardziej konstruktywny sposób przeżywają porażki lub nieszczęścia (takie jak choroba dziecka, a nawet zdrada małżeńska). Badania przeprowadzone jakiś czas temu przez amerykańską psycholog Mercedes Arzur Wilson pozwalają nam dojść do wniosku, że liczba rozwodów wśród osób naprawdę wierzących (i stosujących metody naturalnego planowania rodziny) jest bardzo niska. O ile bowiem ogólnie rozwodzi się w USA 50% małżeństw, o tyle wśród katolickich małżeństw sakramentalnych jest to już tylko 33%. Jeśli małżeństwa te chodzą co niedzielę do kościoła, rozwodzą się tylko w 2% przypadków. Te zaś, które oprócz tego modlą się codziennie i przestrzegają zasad etyki chrześcijańskiej, rozwodzą się tylko w 1 przypadku na 1429 (czyli 0,07%).

Warto zatem uświadomić sobie, że skoro najważniejszym celem człowieka jest zbawienie, to powinien on podejmować wszystkie swoje decyzje, myśląc o zbawieniu. Zwłaszcza te decyzje, które dotyczą całego jego dalszego życia. I trzeba sobie postawić pytanie, czy mój współmałżonek ma mi być przeszkodą, czy pomocą w dążeniu do tego celu? Czy lepiej, byśmy szli wspólnie, ramię w ramię ku Bogu, czy bym to ja musiał dźwigać jego, przy aktywnym jego oporze, narażając się nie tylko na porażki, ale i na własną utratę wiary. A utrata wiary oznacza decyzję o odrzuceniu zbawienia. Warto o tym pamiętać.

____________________________________

Tekst ukazał się na stronie internetowej wRodzinie.pl.

We wpisie zastosowano zdjęcie autorstwa victoriagoldveber ze strony internetowej Foter.com / CC BY-SA

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Moda chrzcielna

Byłem na Święta w moim rodzinnym domu i miałem przyjemność obserwować kilkoro dzieci obmywanych z grzechu pierworodnego – troje w każdy dzień Bożego Narodzenia. Przy okazji również udało mi się zaobserwować ciekawy trend modowy wśród osób te dzieci do chrztu przynoszących. Nie jest już bowiem tylko tak, że matka rodzona z matką chrzestną ścigają się ze sobą na długość sukienek (ta wygrywa, która ma krótszą). To nawet nie jest aż taka tragedia, jak się może zdawać – krótka sukienka jest bowiem dla wielu niezorientowanych osób czymś w rodzaju wyznacznika elegancji, a to oznacza, że kobiety mimo wszystko próbują być eleganckie na chrzcie swego dziecka czy chrześniaka. O wiele gorsze okazują się być trendy panujące ostatnio wśród mężczyzn. Oni bowiem postanawiają często odrzucać to, co nazywa się elegancją.

Na sześć chrztów obserwowanych ostatnio w przynajmniej połowie z nich brali udział ojcowie czy ojcowie chrzestni, którzy mieli na sobie jeansy. Przy czym z pewnością zdarzyło się, że byli to obaj panowie. Do tego brak marynarki i – najczęściej – koszula niekoniecznie „wyjściowa”. Brak butów garniturowych rekompensowały adidasy. Przy jednym chrzcie asystowała również (będąca prawdopodobnie jednocześnie babcią chrzczonego dziecka) chrzestna ubrana w spodnie, wcale nie od eleganckiego kostiumu. Kiedy widzę taką rewię mody, przypomina mi się pewien – wcale wierzący – ojciec, który na chrzcie własnego dziecka występował we flanelowej koszuli w kratkę. Tak, miał brodę. Drwale teraz są na topie, ale nawet drwal powinien umieć się ubrać na chrzest swojego potomka…

formal-1drwalPojęcie „elegancja” zniknęło ze słownika współczesnej ludzkości. Można to łatwo zaobserwować na rozpoczęciu czy zakończeniu roku szkolnego, gdzie już nie tylko uczniowie nie ubierają się „na galowo”, ale wielokrotnie są to również nauczyciele. Dziewczęta, którym przypomina się o założeniu spódnic, często wybuchają śmiechem. A ta postawa przekłada się później na dorosłe życie – także na niedzielne wizyty w kościele czy chrzest własnego dziecka. Jak jednak powinni ubrać się rodzice i chrzestni, którzy zamierzają przynosić dziecko do chrztu? Stwierdzenie „na galowo” mogłoby wyjaśniać wszystko, ale chyba już nie w dzisiejszych czasach. Zatem zacznijmy od panów.

Panowie – ojcowie i ojcowie chrzestni – powinni mieć buty garniturowe, spodnie „w kant” i marynarkę. Jak ktoś jest bardziej wysublimowany, może założyć frak albo surdut. Jak lubi – może i kamizelkę. Nie jest to ubranie, które sugeruję zakładać na siebie zawsze, gdy się idzie do kościoła, ale na chrzest dziecka warto się lepiej ubrać. Koszula i krawat dopełnią szyku – oczywiście z zaznaczeniem, że koszula musi być elegancka i pasować do garnituru.

Panie najlepiej jeśli założą sukienkę lub spódnicę, ale nie sięgającą wyżej, niż nieco nad kolano. Wiele osób wciąż promuje styl, w którym pani ma mieć na tyle długie odzienie, by zakrywało kolana kiedy stoi i kiedy siedzi. Osobiście jednak uważam, że nie ma takiej konieczności – to nie kolana sprawiają, że mężczyźni zamiast na mszy, skupiają się na wdziękach matek chrzestnych. Bluzka – elegancka – nie powinna mieć głębokiego dekoltu. Oczywiście w przypadku pań mamy do czynienia z wieloma możliwościami dostosowania odzienia. Każda sukienka, spódnica, bluzka, każdy żakiet są inne. Ważne jednak, by kobiecy ubiór pozostawał skromny i ładny. Nawet jeśli panie nie są w stanie założyć spódnicy i muszą zamiast tego wybrać spodnie, powinny to być eleganckie spodnie, najlepiej „w kant” jak u mężczyzn.

Zatem – Panowie i Panie! – jeśli wybieracie się na chrzest własnego dziecka czy chrześniaka, ubierzcie się ładnie, elegancko i dostojnie. A nie modnie i wyzywająco. A image drwala (to szczególnie do panów) zostawcie sobie na inną okazję.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Mężczyzna w garniturze, zdjęcie za: http://secondhanddandy.pl/2015/08/jak-ubrac-sie-na-wesele-jako-gosc-mezczyzna-facet.html
2. Drwal, zdjęcie za: https://pl.pinterest.com/explore/lumberjacks/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Jak zorganizować dziecku wesele?

Choć wakacje się już skończyły, czas ślubom sprzyjający trwa. Ludzie czytający blogi szukają odpowiedzi na pytanie jak zorganizować wesele. Niektórzy, bardziej samodzielni, rozglądają się za własnymi rozwiązaniami, za tych mniej samodzielnych decydują rodzice. Powrót do tematyki ślubu i wesela związany jest u mnie również z niedawnymi komentarzami zachęcającymi do polemiki, a napisanymi w związku z moimi perypetiami przedślubnymi. Myślę, że kilka rzeczy warto wyjaśnić.

Ślub wziąłem i udzieliłem mojej Żonie dokładnie 5 lat temu. Perspektywa to niezbyt długa, ale wystarczająca, by dojść do pewnych wniosków, zrozumieć co było dobrze, co było nie tak i co bym zrobił, gdybym miał organizować wszystko jeszcze raz. Do osobistego doświadczenia dochodzi jeszcze fakt, że dwóch moich najbliższych przyjaciół brało ślub w ciągu ubiegłego miesiąca i u każdego z nich kwestia poślubnego przyjęcia wyglądała inaczej, w obu przypadkach raczej niekonwencjonalnie.

Postaram się odpowiedzieć dziś rodzicom dorosłych już dzieci, które postanowiły opuścić gniazdo i pójść swoją drogą, na pytania o organizację wesela. Mam nadzieję, że moje przemyślenia pomogą Państwu w podejmowaniu dobrych decyzji.

Kto jest najważniejszy w dniu ślubu?

Pierwsze i podstawowe pytanie, które właściwie cały problem wesela wstawia na właściwe tory. W dniu ślubu najważniejsi są oczywiście państwo młodzi, a więc narzeczeni, a później małżonkowie. To jest ich dzień, być może najważniejszy w ich życiu i oni mają prawo do tego, by ten dzień był udany. Może to dziwnie brzmieć, ale prawda jest taka, że państwo młodzi, którzy danego dnia biorą ślub, mają prawo do tego, by wszystko szło po ich myśli. By mogli dobrze, radośnie przeżyć wstąpienie w związek małżeński.

Są oczywiście tendencje do stwierdzenia, że najważniejsi, zwłaszcza na weselu, są goście. Jeden z komentatorów mojej dawnej notki, od niedawna również małżonek i piszący z własnej perspektywy, stwierdził, że wesele jest po to, by podziękować gościom za przybycie. Nie zgadzam się z nim, co później postaram się wytłumaczyć, ale jednocześnie sądzę, że ma rację. Na weselu bowiem dla niego najważniejsi są goście. A ponieważ to właśnie on jest panem młodym – ma prawo decydować kto jest na jego ślubie, na jego weselu najważniejszy. Ponieważ najważniejsi są zawsze państwo młodzi – i to oni decydują o priorytetach. Nie zgadzam się z tym komentatorem tylko i wyłącznie dlatego, że pragnął, bym zastosował warunki, które podyktował na swoim weselu do mojego. Zapomniał, że na tamtym to on był panem młodym, a na moim ja.

Co jest najważniejsze w dniu ślubu?

W dniu ślubu nie jest najważniejsza pogoda, udana atmosfera, sukienka, dobre wino ani nawet sami państwo młodzi. W dniu ślubu najważniejszy jest ślub – a więc wzajemne ofiarowanie się sobie aż do śmierci, i złożenie swojego wspólnego życia na ofiarę Panu Bogu. Nie jest prawdą, jak twierdzą niektórzy, że ślub jest dla państwa młodych, a wesele dla gości. Ponieważ w dniu ślubu najważniejszy jest sakrament, wszystko co dzieje się przedtem i potem musi być bezpośrednio temu sakramentowi podporządkowane. Wesele nie powinno być czymś obok, czymś potem – ono może być tylko naturalnym przedłużeniem świętowania zawarcia sakramentu małżeństwa. Oczywiście mówię tu wyłącznie o kościelnym związku, nie o cywilnym – osoby które łączą się z pomocą takiego węzła na moim blogu odpowiedzi na swoje pytania nie znajdą.

Najważniejszy jest sakrament, a najważniejszymi osobami są małżonkowie. Dlatego oni, którzy się sobie wzajemnie ofiarowują, mają moc decyzyjną.

Czy, jeśli płacę za wesele, mam prawo stawiać warunki?

Wielu rodziców stawia sobie takie pytania. Choć pewnie się mylę – wielu rodziców nie stawia sobie wcale takiego pytania, ponieważ z góry zakładają, że skoro to ich dzieci biorą ślub, a oni na to dają pieniądze, to mają prawo ustawić wszystko po swojemu. Niestety, jest to jedna z największych krzywd, jakie w dniu ślubu można swoim dzieciom wyrządzić.

Po pierwsze gdy używamy słowa „dzieci”, mamy na myśli dwoje dorosłych ludzi, którzy właśnie zaczynają drogę swojego wspólnego życia. Ich ślub i ich wesele nie są ostatnim aktem teatru urządzanego przez rodziców, po chrzcinach, urodzinach, przyjęciu komunijnym, osiemnastce. To jest pierwszy akt teatru urządzanego przez nowożeńców. Nowożeńcy mają prawo poprosić rodziców o pomoc w zorganizowaniu uroczystości. Rodzice mogą nawet czuć się w obowiązku do zorganizowania tej uroczystości samemu, z odłożonych specjalnie na tę okazję pieniędzy. Nie neguję tej potrzeby, musimy jednak pamiętać, że to nie jest nasza uroczystość, nie uroczystość rodziców, lecz uroczystość nowożeńców: męża i żony. Uroczystość więc powinna odbyć się na warunkach tychże nowożeńców, nawet jeśli rodzice chcą wspomóc wszystko finansowo lub organizacyjnie.

Niektórym ludziom wydaje się, że jeśli się płaci, to się wymaga. Jeśli się coś organizuje, to ma się prawo zaprosić tego, kogo się chce. Spróbujmy jednak zmienić perspektywę i zastanówmy się nad tym, jak przeżyją to dzieci, które pragną przeżyć ten dzień najpiękniej jak to możliwe. Jak zareagują na konieczność zapraszania osób, które ich rodzice chcą obok siebie widzieć, niezależnie od ich stosunków z biorącymi ślub. Jeśli potrafimy sobie siebie wyobrazić w sytuacji państwa młodych, szybko zrozumiemy, że nie mamy prawa organizować przyjęcia według własnej modły. To jest oczywiście trudne do zrozumienia, kiedy państwo młodzi mają inną wizję swojej uroczystości, niż my. Pamiętajmy jednak, że to jest ich uroczystość, a nie nasza, i nawet jeśli dobrowolnie (bo przecież nikt nas nie może do tego zmusić) dajemy na jej organizację pieniądze, nie jest to nigdy argumentem za ustawianiem wszystkiego pod siebie.

Kogo powinno się zaprosić na wesele?

Z perspektywy wielu rodziców „powinno się” odgrywa bardzo dużą rolę. Powinno się więc zaprosić wszystkich kuzynów, wszystkie ciotki i wujków, świekrostwo (a więc współteściów, czyli rodziców małżonków swoich wcześniej pożenionych dzieci), wybranych sąsiadów i najlepiej jeszcze tego, kogo życzy sobie babcia pana lub pani młodej. „Powinno się” więc poinformować o tym państwa młodych i nakazać im wysłania zaproszeń do tych wszystkich osób, albo najlepiej dostarczenia ich osobiście. Zaproszenia oczywiście powinny być podpisane przez państwa młodych, choć to my, rodzice decydujemy o tym, kogo się zaprosi – często stawiając przed faktem dokonanym.

Rozumiem sytuację, bo sam mam bliskich znajomych, których w przyszłości chciałbym widzieć na przyjęciu poślubnym moich dzieci. Rozumiem też tych rodziców, którzy kierują się w życiu pojęciem „tak wypada”, a więc „tak wypada” zaprosić tych, którzy nas zapraszali, którzy mogą nas zaprosić, albo którzy mogą się obrazić jeśli się ich nie zaprosi. Spróbujmy jednak znów stanąć na miejscu państwa młodych, którzy w tym dniu są najważniejsi. Zrozumiemy wówczas, że nikogo nie „powinno się” zaprosić, bo „tak wypada”. O tym, kto i z jakich powodów zjawi się na ślubie, a kto na weselu, decydują państwo młodzi, bo to jest ich dzień! Nie można w czasie rozmowy z młodymi używać słów „Wujek będzie na weselu”, „Państwo Śmacy będą na weselu”, a potem patrzeć na ręce, czy równo wypisuje się zaproszenia. To bowiem młodzi decydują o gościach, którzy są ich gośćmi. Zanim zdecydujemy, że ktoś powinien być obecny zastanówmy się, czy ten ktoś jest ważny dla naszych dzieci, które biorą ślub. Czy w perspektywie swojego życia i wychowania naszych pociech zadbaliśmy, by ten ktoś był na tyle ważny dla naszych dzieci, by chciały go widzieć na swoim przyjęciu. To bowiem już nie jest tak, że my wydajemy nasze dziecko za mąż czy je żenimy i musimy się pochwalić, więc spraszamy wszystkich ziomków. Nie, nie wydajemy nikogo – to oni oddają się sobie wzajemnie i Panu Bogu w sakramencie małżeństwa. I równie dobrze mogą to zrobić za naszymi plecami, nikogo nigdzie nie zapraszając.

Co jednak jeśli zależy nam na obecności kogoś, kto dla państwa młodych nie jest kimś przesadnie ważnym? Nie zapominajmy, że to jest ich dzień i to są ich goście. To oni podpiszą się pod zaproszeniami do ludzi, których będą potem oglądać na zabawie. Dlatego jeśli chcemy, by obecnym był ktoś mało znaczący w życiu naszych „pociech” zapomnijmy o używaniu argumentów „Ja organizuję wesele i zaproszę kogo będę chciała” albo „Oczywiście, że oni też będą”. Wejdźmy z przyszłymi małżonkami w dialog, bo to już nie są dzieci, którym się stawia warunki. To są dorośli ludzie u progu swego oddzielnego od nas życia. Chcemy, żeby na weselu był obecny wujek Zbigniew, usiądźmy więc obok narzeczonych i z pokorą zapytajmy ich, czy zgodzą się zaprosić wujka Zbigniewa, bo nam zależy na jego obecności. Mogę powiedzieć, że w ten sposób z ogromnym prawdopodobieństwem osiągniemy zamierzony cel, nie wprowadzając jednocześnie przyszłych nowożeńców we frustrację i konflikt interesów. A co, jeśli odmówią? Cóż, trzeba się będzie z tym pogodzić. To jest ich ślub i ich wesele, oni mają prawo decydować.

Wesele, przyjęcie czy obiad?

Wbrew pozorom nie jest to bez znaczenia. Wesele kojarzy się z wielką imprezą na 200 osób. Przyjęcie to już coś skromniejszego, obiad zaś to takie małe przyjęcie. Pytanie więc która z tych rzeczy będzie najlepsza… musi pozostać bez odpowiedzi. Dlaczego? Ponieważ to państwo młodzi są tu najważniejsi, to państwo młodzi decydują jakie i czy w ogóle chcą mieć przyjęcie po ślubie.

Jeden z moich przyjaciół, z tych którzy brali ślub w zeszłym miesiącu pragnął zorganizować obiad dla najbliższych (na 30 osób). Z tego powodu nie robił wielkiej imprezy i, mimo że to jego rodzicie finansowali zabawę, odmówił zaproszenia kilkorga proponowanych przez nich gości, którzy nie należeli do grona najbliższych. Zdecydowało o tym również to, że rodzice panny młodej pragnęli zaproszenia odpowiedników tychże gości od strony panny młodej (chodziło o tzw. swatów, a tych swatów było w sumie 3 pary), więc młodzi zgodnie odmówili. Ale zostali wcześniej zapytani – nikt nie kazał im się wykłócać, nie stawiał ich przed faktem dokonanym, a prawdą jest, że wielu rodziców sądzi, że ma do tego prawo. Dodam jeszcze, że tenże przyjaciel został poproszony o zaproszenie dodatkowej dwójki bliskich przyjaciół swoich rodziców i przystał na tę propozycję.

Drugi mój przyjaciel, u którego na ślubie byłem świadkiem, nie organizował żadnego przyjęcia w ogóle. Zapraszał tylko rodziców na lampkę wina, a co ważniejszych gości na tydzień później, na grilla. Osobiście czułem się dość dziwnie, gdy po ślubie i zebraniu koszów z prezentami wpakowałem rodzinę do samochodu i pojechałem do domu. To nie ma jednak znaczenia, bo to nie ja, lecz mój przyjaciel brał ślub i zorganizował go dokładnie tak, jak chciał tego on i jego żona. Przyjęcia nie było. Ja zorganizowałbym chociaż mały poczęstunek. Ale to naprawdę nie jest moja sprawa.

A więc na pytanie: wesele, przyjęcie czy obiad odpowiedź może być tylko jedna: cokolwiek sobie państwo młodzi zażyczą. To jest ich dzień i oni mają prawo o tym zdecydować. Jeśli warunki stawiane przez rodziców będą niekorzystne, mogą natomiast spokojnie odmówić współpracy i zrobić całkowicie po swojemu.

Czy na weselu musi być alkohol?

Pytanie wydaje się być oczywiste, ale wcale takie nie jest, jeśli wstawimy w to miejsce słowo „mięso”, „sałatka” albo „tort”. Albo „poprawiny” czy „obiad na drugi dzień, bo nie wypada puszczać gości na głodnego”. Odpowiedź na nie brzmi: nie, nie musi! Nie musi nie dlatego, że jest wolne państwo i każdemu wolno, tylko dlatego, że to jest wesele państwa młodych i tylko oni mają prawo zdecydować, czy będzie na nim mięsko, tort, alkohol czy cokolwiek innego. Mnóstwo ludzi martwi się kiedy młodzi mają fanaberię, że nie chcą alkoholu na swoim przyjęciu, bo goście nie będą się dobrze bawić, bo będzie drętwo, itp. Mam na to jedną odpowiedź: no i co z tego? To nie jest nasze, rodziców przyjęcie – to przyjęcie naszych dzieci, tak naprawdę już dorosłych i decydujących za siebie i w kwestii swojego przyjęcia. Nie chcą oczepin – nie będzie oczepin. Nie chcą disco polo – nie będzie disco polo! Nie chcą alkoholu? Nic mi do tego – to ich przyjęcie, a nie moje. W ostateczności, jeśli jest to dla mnie nie do zniesienia, mogę nie przychodzić. Nie mam obowiązku, tak jak państwo młodzi nie mają obowiązku dostosowywać się do stawianych przeze mnie warunków.

Zmiana perspektywy

Jestem pięć lat po ślubie i muszę przyznać, że tamten moment był momentem stosunkowo udanym. Wiele rzeczy, które chcieliśmy z Małżonką widzieć, udało nam się przeforsować. Zmiana perspektywy polega na tym, że gdybym dzisiaj brał ślub, niczego bym nie forsował. Sytuacja była niezręczna. Żeby zgodnie z naszym postanowieniem na przyjęciu (które pierwotnie miało być obiadem) nie było alkoholu, musiałem zagrozić, że w przeciwnej sytuacji nie będzie nas. Część zaproszonych gości nie przyjechało, ponieważ w kwestii zapraszania niektórych z nich byliśmy stawiani przed faktem dokonanym, podpisując się oczywiście pod zaproszeniami, ale żale wylewając na blogu.

Zmiana perspektywy nastąpiła tak naprawdę rok później, gdy urodził się nasz Synek. Ponieważ jestem zwolennikiem świętowania przyjętych sakramentów, organizowania małych przyjęć celem radowania się z „sakramentariuszem” – bo to jest główny cel przyjęcia – postanowiłem zorganizować obiad po chrzcie świętym. Zrobiłem to sam, za niewielką odłożoną sumkę wynająłem salę restauracyjną i zaprosiłem niczego niespodziewających się bliskich, spośród których niektórzy, nieświadomi moich planów, już zaczynali snuć własne w dalszej perspektywie czasowej. Sytuacja z Córką była już inna – bliscy zostali wcześniej poinformowani i nawet wciągnięci w przygotowania. Ale nauczeni przykładem pierwszego chrztu wiedzieli już, że kwestia decyzyjności należy do mnie i mojej Małżonki. Z trzecim dzieckiem będzie podobnie.

Zmieniona perspektywa wygląda tak, że gdybym miał brać ślub jeszcze raz (acz z tą samą kobietą), odłożyłbym podobną sumkę pieniężną i wynajął podobną salkę restauracyjną, zapraszając na obiad po ślubie podobną liczbę osób. Dziś nie kłóciłbym się z nikim o alkohol – alkoholu nie ma na chrzcinach, nie byłoby go też na obiedzie poślubnym. Nie wchodziłbym w wirtualne konflikty rodzinne, ponieważ zaprosiłbym tylko te osoby, z którymi naprawdę pragnąłbym się cieszyć naszym szczęściem. Gdyby zaś ktoś próbował dziś naciskać na mnie, bym wysłał zaproszenie do kogoś, kto „oczywiście, że będzie”, nie wysłałbym go. Mógłbym się jedynie przychylić do prośby o możliwość zaproszenia.

Zmiana perspektywy ogarnęła całą rodzinę. To nie jest nic dziwnego – ja byłem pierwszy. Ja przetarłem szlaki, bo pierwszy brałem ślub. Ja wszedłem w konflikt z najróżniejszymi osobami, by później kolejne osoby idące za mną nie musiały już zapraszać nikogo, kogo w praktyce prawie nie znały. I nawet jeśli ktoś z bliskich mi osób będzie chciał urządzić sobie przyjęcie weselne, na które zaprosi wszystkich, bo tak wypada – to jest tylko i wyłącznie jego wola. Będzie miał bowiem zdecydowanie łatwiej przeforsować swoje zdanie. Bredzę? Nieprawda. Mam przykład, że to się sprawdza. Drugi w kolejce do ślubu już o wiele więcej „może”, a o wiele mniej „musi”.

Podsumowanie

Nie biorę ślubu ponownie, choć myślę o jakimś uroczystym odnowieniu przyrzeczeń w perspektywie kolejnych pięciu lat. Jestem pięć lat po ślubie i jestem szczęśliwy. Nie wszystko wtedy poszło tak, jak sobie wymarzyliśmy, ale mogło być zdecydowanie gorzej. Część gości do dziś ma do mnie żal o to, co się wydarzyło – ale dziś wiem, że rozwiązałbym to inaczej. Nie rozwiążę, bo jestem pięć lat po ślubie. Jedyne, co mogę zrobić, to powiedzieć innym rodzicom organizującym wesele swoim dzieciom, w jakim świetle najlepiej to widzieć.

Po pierwsze więc nie wesele jest najważniejsze, lecz ślub – a od ślubu wszystko wychodzi i wokół niego się skupia. Wesele, jeśli jest, jest wyrazem radości z przyjęcia sakramentu małżeństwa. Po drugie zatem najważniejsi są nowożeńcy. Nie my, nie goście, lecz państwo młodzi właśnie. Oni zapraszają gości na ślub i na przyjęcie, by wspólnie cieszyć się radością sakramentalną. Wesele nie jest po to by dziękować gościom za prezenty, za przybycie. Ono jest po to, by goście mieli udział w radości państwa młodych. Jeśli goście przywieźli prezenty, to z miłości do państwa młodych, a nie z chęci popicia i potańczenia. Jeśli ich podejście jest inne – nie musimy się przecież takimi gośćmi przejmować. Przecież i dla nasz, rodziców, szczęście naszych dzieci ślub biorących jest stokroć ważniejsze, niż dobre samopoczucie gości.

Po trzecie wreszcie, skoro ślub jest centrum, a państwo młodzi są najważniejsi, to właśnie oni decydują o tym, kogo zaproszą, czy i jakie przyjęcie zorganizują, do której i na ile osób, czy będzie jedzenie, muzyka albo alkohol. My, rodzice, jeśli pragniemy dołożyć się do tego finansowo, traktujmy to jako prezent, jako udział w radości państwa młodych, a nie jako bilet to decydowania o kształcie imprezy.

Mam zaiste nadzieję, że choć część z Was zrozumie tę różnicę, tę zmianę perspektywy. I że ja za tych 20 lat będę myślał wciąż tak samo.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 17 Komentarzy

Godzina w tygodniu, dzień w miesiącu, tydzień w roku

Rodzina to mąż, żona i dzieci. Taka jest skrócona i nienaukowa, ale prawdziwa definicja. Od definicji małżeństwa definicję rodziny odróżnia fragment „i dzieci”, małżeństwo to bowiem mąż i żona. Mąż i żona zaś to mężczyzna i kobieta połączeni sakramentem małżeństwa. Wprowadzam te pojęcia na początku, ponieważ chcę uwypuklić coś, o czym sam słyszę wielokrotnie, a mianowicie to, że bardzo ważna jest rodzina, ale zdecydowanie ważniejsze jest małżeństwo.

Musimy dbać o nasze dzieci, bo małżeństwo powołane jest do tego, by przyjąć i po katolicku wychować potomstwo. Przede wszystkim jednak musimy dbać o małżeństwo, ponieważ to swoją żonę wybrał sobie mąż na partnerkę na całe życie; to swojego męża wybrała dla siebie żona. Oni są parą, która wspomaga Boga w procesie stwórczym i otrzymuje potomstwo jako zadanie, ale ponieważ właśnie są parą (a nie pojedynczą osobą), muszą robić wszystko, co w ich mocy, by działać jak para, żyć jak para, kochać się jak para. Najbardziej na świecie.

Przeczytałem niegdyś w książce traktującej o wychowaniu dzieci („Rodzice w akcji” Moniki i Marcina Gajdów), że aby dobrze wychować dzieci, na dobrych i szczęśliwych ludzi, przede wszystkim należy zadbać o swoje małżeństwo. Mąż i żona bowiem, kiedy zapominają o sobie i o swoim szczęściu, starając się jak najlepiej zająć swoimi dziećmi, tracą tak naprawdę tę możliwość. Prawdą bowiem jest to, co głoszą nowoczesne, feministyczne hasełka, że nieszczęśliwa matka to nieszczęśliwe dziecko. Dodam od siebie więcej – nieszczęśliwy ojciec to także nieszczęśliwe dziecko. Feministyczne hasełka tego już nie głoszą, bowiem ich zdaniem na szczęście matki składać się powinno: dziecko w żłobku, realizowanie się w pracy przez długie godziny, wychodzenie z koleżansiami na browca w każdym możliwym momencie no i oczywiście odpowiedni partner, następny partner lub jeszcze jeden partner, zwłaszcza gdy z ojcem dziecka jest nieszczęśliwa. Tymczasem to wszystko zawsze tylko pozory szczęścia, bowiem szczęście dziecka wypływa i rodzi się nie ze szczęścia matki jako indywiduum, nie ze szczęścia ojca jako indywiduum, lecz ze szczęścia ich obojga, jako pary złączonej sakramentem, jako małżeństwa. Małżonkowie, którzy się kochają, w doskonalszy sposób kochają też dzieci. Małżonkowie, którzy są ze sobą szczęśliwi, dają dzieciom wzór szczęścia. Także wzór miłości, wzór małżeństwa i prawidłowej rodziny.

Rodzice muszą więc czasem zapomnieć o dzieciach. To brzmi głupio i jest głupie, bo tak naprawdę wcale nie należy zapominać o dzieciach. Dzieci trzeba zagospodarować z kimś zaufanym i upewnić się, że spędzą czas we wspaniały sposób. Dzieci należy zostawić tak, by mąż mógł spędzić czas ze swoją żoną, a żona ze swoim mężem. I tu pojawia się wzór, który dla mnie stanowi tytuł wpisu. Godzina w tygodniu, dzień w miesiącu, tydzień w roku. Wynika z tego, że nie żadnym wyjątkiem, lecz prawidłowością powinna być małżeńska randka raz na tydzień. Kino, kolacja, teatr, opera. Oczywiście, będzie tego kapkę więcej niż godzina, ale ta „godzina” pada tutaj raczej umownie. Ważne, by zabezpieczyć dzieci tak, aby nie musieć się nigdzie spieszyć.

Randka raz na tydzień to świetny pomysł, ale dopiero początek. Ideał sięga wyżej, dając małżonkom dzień w miesiącu. Widzę to jako „weekend z babcią” dla dzieci. Rodzice zostawiają dzieci u swoich rodziców rano, noc spędzają w hotelu, wracają następnego dnia. Po śniadaniu. Albo po obiedzie. Ale to jeszcze nie wszystko. Pozostaje bowiem tydzień w roku. Czyli wspólny urlop. Czas, w którym dzieci na dłużej pozostają pod opieką dziadków, lub innych bliskich osób, by w tym czasie rodzice mogli zająć się sobą. Wyjechać. Wczasy z dziećmi to bardzo ważna, potrzebna dla budowania więzi rodzinnych rzecz. Ale nie możemy zapominać o tym, że to małżeństwo jest najważniejsze, że my, jako dorośli ludzie, też potrzebujemy spędzać czas w swoim towarzystwie. Że potrzebujemy przypominać sobie lata swojego narzeczeństwa, kiedy jeszcze nie było dzieci, kiedy byliśmy tylko dla siebie. Czasem musimy być tylko dla siebie. Z myślą o sobie i swoich dzieciach.

Kiedy ma się dzieci starsze niż 10 lat (wszystkie) takie rozwiązanie jest z pewnością możliwe. Powtarzamy je każdemu, kogo spotkamy (a zasłyszeliśmy je na jednej z konferencji na jednych z rekolekcji), ale sami nie do końca się stosujemy. Kwestia jest logiczna – nie da się, bo nasze dzieci są jeszcze za małe. Wcześniej, kiedy był tylko Syn, randkowaliśmy regularnie. Teraz z Córką raz na tydzień jest marzeniem. Raz w miesiącu – to i tak dobrze. Czasem za mało. Ale wystarczy. „Dzień w miesiącu” mieliśmy właściwie tylko raz. W Walentynki, kiedy Synek miał rok i osiem miesięcy. Jego można było zostawić w każdym wieku z kimkolwiek. Wtedy się udało – piękny weekend, choć nie wyjechaliśmy z Warszawy. Mam nadzieję, że uda się kiedyś powtórzyć.

Gdy piszę te słowa, siedzimy wraz z Żoną w autokarze wiozącym nas na drugi w naszym życiu „tydzień w roku”, odkąd urodziło się pierwsze dziecko. Poprzednio wyjechaliśmy po 3 latach związku, po roku od urodzenia Synka. Teraz jedziemy po kolejnych 3 latach, po roku od urodzenia Córki. Nie jest tydzień w roku, ale jest około dwa na trzy lata. Też dobrze. Tym razem przed nami Paryż. Jedziemy zaleczyć nasze małżeństwo, choć wcale nie miewa się źle. Zaleczanie polega na odpoczynku, na wspólnym byciu, na spaniu do późna, na łażeniu do późna. Ważne. I potrzebne.

Kochamy nasze dzieci. Całą trójeczkę (trzecie, siłą rzeczy, musi jechać z nami). Nie chcemy ich opuszczać, zostawiać. Pragniemy, by spędziły czas z dziadkami najlepiej jak to możliwe. Wyjeżdżamy dla nich, by lepiej się nimi zajmować, by więcej im z siebie dawać. By odnowić naszą miłość, którą potem przekażemy im. Jedziemy, ponieważ by dobrze dbać o rodzinę, trzeba najpierw dobrze zadbać o małżeństwo. Bo – przeczytałem to we wspomnianej już wcześniej książce Gajdów – nie ma sakramentu rodziny. Jest sakrament małżeństwa.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy