Posts Tagged With: Sakrament

Jak przygotować dziecko do pierwszej komunii

Zaczyna się – w maju i czerwcu trzecioklasiści masowo przystąpią do sakramentu komunii świętej po raz pierwszy. Już dziś dziewczynki chwalą się tym, jakie sukienki będą miały, a chłopcy z zakłopotaniem kolejny już rok nie rozumieją, czemu mają nosić alby. No i zaczynają się rozważania nad tym, jakie i gdzie będzie przyjęcie. U tej będzie klaun, u tamtej pani prowadząca zabawy dla dzieci. Oczywiście nie obejdzie się też bez rozmyślania nad tym, jakie kto może dostać prezenty (babcie i mamy już obiecały swoje) i co zrobi z pieniędzmi.

Moje najstarsze dziecko w tym roku szkolnym przystąpi po raz pierwszy do komunii świętej. Nie wiem, czy to kwestia wychowania, czy towarzystwa, w jakim się rozwija – temat prezentów i pieniędzy w ogóle nie wypływa. Nie wiemy jeszcze gdzie będzie organizowane przyjęcie – jakieś będzie na pewno, bo uważamy, że życie sakramentalne należy celebrować – w domu, czy w restauracji. Wiemy natomiast, że w sercu naszego dziecka powinniśmy teraz zaszczepić Jezusa Chrystusa. I najlepiej, żeby nie zaczynało się to „od teraz”. Najlepszym rozwiązaniem byłoby zaczęcie od urodzenia.

Ten tekst kieruję do wszystkich, którzy zachodzą w głowę, co zrobić z dzieckiem, które ma przystąpić do Najświętszego Sakramentu. Ale nie tylko do tych, dla których Pan Bóg jest jednym z domowników, albo choćby stałych gości. Choć oni mają z pewnością łatwiej, kiedy chodzi o prawdziwe przygotowanie dziecka do komunii świętej. Dlaczego? Dlatego, że komunia święta wieloma rzeczami nie jest, a jedną jest na pewno. Najpierw powiem o tym, czym nie jest. Nie jest okazją do robienia imprezy. Nie jest przyczyną do rozdawania prezentów, czyli do materializmu. Nie jest dobrą chwilą na rewię mody. Nie jest też konkursem talentów (czytanie czytań, śpiewanie psalmów, mówienie wierszyków). Jednym, czym komunia jest z całą pewnością, jest Jezus Chrystus.

Eucharystia, Najświętszy Sakrament, to jest Jezus Chrystus, prawdziwy Bóg, który samego siebie zamknął w kawałku chleba i w kielichu wina. Jest to cała istota Jego Bóstwa, którą przekazał nam, byśmy Go spożywali. By stawał się częścią nas – naszego ciała i duszy. I ten rok jest rokiem, w którym nasze dzieci po raz pierwszy będą mogły doznać tego przebóstwienia, które jest następstwem spożywania Ciała Pana. Dlatego sam jestem szczęśliwy, że nasz syn przygotowuje się do pierwszej komunii nie poprzez rozmyślania nad garniturami i prezentami, lecz poprzez czytanie Pisma Świętego i rodzinne rozmowy o Jezusie.

Na spotkaniu organizacyjnym w związku z pierwszą komunią, w którym wraz z synem uczestniczyliśmy, ksiądz zwrócił uwagę na trzy rzeczy, które sprawią, że jego udział w przygotowaniu dzieci do przyjęcia sakramentu nie będzie w ogóle potrzebny. Pierwsza z nich to coniedzielny rodzinny udział we mszy świętej. Czyli wdrażanie dzieci przez rodziców w coś, co jest najbardziej naturalną praktyką tygodnia – w odwiedzanie Pana w Jego domu i przyjmowanie Jego Ciała przez rodziców. Druga to codzienna modlitwa rodzinna. Moment, w którym cała rodzina – rodzice i dzieci – spotykają się, by klęknąć przed Panem i zwrócić się do Niego jak do przyjaciela. By dzieci wiedziały, że Bóg jest prawdziwy – i jest najważniejszy. Trzecia to udział rodziców w życiu sakramentalnym, zwłaszcza w sakramencie pokuty i pojednania. Czyli częste spowiadanie się. Wtedy, kiedy są z dziećmi i dzieci mogą widzieć, że rodzice przepraszają Boga za to, co złego zrobili. Te trzy punkty sprowadzają się do jednego: do rodzinnego życia chrześcijańskiego. I są odpowiedzią na słowa z przysięgi małżeńskiej, w której małżonkowie przysięgają przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, którym Bóg ich obdarzy. Jeśli Wasze dziecko przystępuje w tym roku szkolnym do pierwszej komunii, a te trzy praktyki nie są w waszym życiu normą, wprowadźcie je od dziś. Albo poczekajcie z pierwszą komunią dziecka, nie spieszcie się. Niech ona nie będzie okazją do rodzinnej imprezy i rozdawnictwa, lecz niech będzie prawdziwym, duchowym przeżyciem.

Co do prezentów, co warto dziecku kupić z okazji komunii, już kiedyś pisałem. Jeśli jesteście zainteresowani, zapraszam TUTAJ. Najlepiej, jeśli prezenty na komunię będą przedłużeniem samego przyjęcia Chrystusa. Niech o Nim przypominają, a nie odwodzą od Niego. My, w dniu chrztu świętego naszego dziecka, postanowiliśmy, że z okazji pierwszej komunii przygotujemy paczkę, w której zmieścimy pamiątki chrztu syna i damy mu je w prezencie. Nie twierdzę, że to będzie wszystko – ale wiem, że będzie to prezent ukazujący ciągłość sakramentów. I tym lepiej podkreślający istotę wszystkich sakramentów, którą jest Chrystus.

Dzieci muszą też zaliczyć serię modlitw i zasad Kościoła. Kiedyś wydawało mi się to bezsensowne. Dziś, kiedy widzę, jak mój syn uczy się przykazań, kiedy wraz z żoną możemy usiąść i wyjaśnić mu, o co w tym wszystkim chodzi, zauważam głęboki sens. Ponieważ zaliczanie tych modlitw jest związane z poznawaniem Kościoła, w którym dziecko żyje. I my, obok księdza katechety, możemy przekazywać dziecku wiedzę o społeczności i instytucji, która w naszym wspólnym życiu odgrywa kluczową rolę. Podchodzenie do kolejnych modlitw będzie pozbawione sensu, jeśli potraktujemy to jako kolejną głupią rzecz do zaliczenia. Ale zyska sens, kiedy zrozumiemy to jako wtajemniczenie w wartości, które nas rozwijają.

Jestem dumny, że w naszej rodzinie jest cotygodniowa, wspólna msza święta, codzienna modlitwa i spowiedź rodziców – w słabszych momentach raz na kilka miesięcy (w lepszych co miesiąc). Jestem zadowolony, że komunia święta w klasie naszego syna odbędzie się podczas jednej z niedzielnych mszy świętych – bez szczególnej oprawy, która zabija sam moment przyjęcia Jezusa. Ale nie wszystkim będzie to dane, dlatego mam nadzieję, że Pan pomoże Wam przygotować swoje dziecko do tego duchowego przeżycia. Zapomnijcie o laptopach, sukienkach i wódce na komunijnym przyjęciu. Pamiętajcie o Chrystusie.

____________________________________

We wpisie przedstawione zdjęcie pochodzące ze strony, za: https://pixabay.com/pl/eucharystia-cia%C5%82o-chrystusa-ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82-1591663/

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

W czym jest lepsza pierwsza komunia od bierzmowania?

Jeden raz byłem świadkiem przy bierzmowaniu. Doskonale pamiętam ten dzień i moment, w którym – tuż przed samą ceremonią – przypominałem mojemu „podopiecznemu”, że od tej pory będzie już w pełni dojrzałym chrześcijaninem i musi pamiętać, że taki człowiek oddaje życie za wiarę i Chrystusa. Potem była msza święta oraz sam akt udzielenia sakramentu przez biskupa i nadania nowego imienia, które wybiera dla siebie sam bierzmowany. Po zakończeniu uroczystości wyszliśmy z kościoła i wraz z moim już dojrzałym chrześcijańsko znajomym oraz jego mamą (zdziwiło mnie, że nikogo więcej nie było) powędrowaliśmy w stronę ich domu. Doszliśmy na miejsce, tam pozdrowiono mnie serdecznie, otworzono drzwi i powędrowano ku mieszkaniu. Zostałem sam, przed klatką schodową, i stałem tak przez chwilę, oniemiały, zanim zdecydowałem się odwrócić i jak w letargu pomaszerować do własnego domu. Jeśli sądzicie, że spodziewałem się zaproszenia na obiad, albo chociaż na herbatę, to tak – macie rację.

Ta historia spowodowała, że zadałem sobie pytanie – i ono powraca zawsze, kiedy w parafiach udziela się młodzieży bierzmowania – co jest gorszego w bierzmowaniu w stosunku do pierwszej komunii? Obie uroczystości odbywają się raz w życiu (wprawdzie komunię można później przyjmować częściej, ale nie po raz pierwszy), obie w podobnym okresie roku. Dlaczego pierwsza komunia święta stała się taką tradycją, że jej organizacja zakrawa niemal o małe wesele? Dlaczego – nomen omen – wesele, następujące po sakramencie małżeństwa, jest zazwyczaj tak bardzo wystawne? Dlaczego również i chrzciny (czyli świętowanie sakramentu chrztu) bywają równie uroczyste? Jeśli dlatego, że taka jest właśnie tradycja – że celebruje się przyjęcie poszczególnych sakramentów – to dlaczego zupełnie inaczej jest z bierzmowaniem?

Bierzmowanie to w tradycji katolickiej ostatni z sakramentów wtajemniczenia chrześcijańskiego – właśnie po chrzcie i Eucharystii. Chrzest włącza człowieka we wspólnotę Kościoła i obmywa go z grzechu. Eucharystia jednoczy z Chrystusem poprzez przyjęcie Jego Ciała. Bierzmowanie wreszcie wprowadza w dojrzałość chrześcijańską i obdarza darami Ducha Świętego (jak uczniów w dniu Pięćdziesiątnicy). Każdy z tych ustanowionych przez Chrystusa sakramentów jest kolejnym krokiem na drodze do dojrzałej wiary i bycia świadkiem Jezusa. Jeśli w życiu wspinamy się na jakiś szczyt i pokonujemy poszczególne odcinki drogi, to cieszymy się wprawdzie z pojedynczych etapów, ale najbardziej świętujemy osiągnięcie szczytu. Jeżeli więc wtajemniczenie w chrześcijaństwo obejmuje trzy etapy, to logiczne wydaje się, że ten trzeci, ostatni, powinien być świętowany w sposób najbardziej uroczysty. To przecież ostatni już element w drodze do świętości – żaden kolejny sakrament nie zmienia już nic w kwestii bliskości z Bogiem. Przynajmniej nie w sensie otwierania kolejnych tajemnic, kolejnych drzwi wiary. Kapłaństwo czy często bardzo huczne małżeństwo to tylko wybór sposobu bycia z Bogiem w codzienności – a istnieją i sposoby niesakramentalne, jak życie samotne lub zakonne. To właśnie bierzmowanie jest tym, co zakańcza naszą drogę, daje nam dary Ducha i pomaga głosić dalej ewangelię. Zastanawiam się więc, dlaczego z okazji bierzmowania nie zwykło się robić przyjęć i zapraszać rodziny – co najwyżej chrzestnych, dziadków i świadka zaprasza się na kawę i ciasto.

Nie potrafię znaleźć logicznej odpowiedzi na pytanie, dlaczego bierzmowanie traktuje się po macoszemu. W ten sposób traktuje je przecież również część młodzieży, nazywając „oficjalnym pożegnaniem z Kościołem w obecności biskupa”. Niektórzy traktują je dosłownie jako zakończenie drogi chrześcijańskiej – tylko zamiast wskazywać tę drogę innym, postanawiają zamknąć furtkę, ale najpierw przez nią wyjść. Być może jedno wynika z drugiego – brak uroczystego podejścia do bierzmowania sprawia, że młodzież traktuje je jak niewiele znaczący rytuał. Z kolei to, że młodzież tak je widzi sprawia, że nikomu się nie chce bierzmowania świętować. Ot, trzeba pójść, bo potem ze ślubem może być kłopot. Ale przecież można inaczej! Ba, powinno się! Sakrament bierzmowania nie jest ani odrobinę mniej ważny, niż pozostałe sakramenty, a z wielu powodów może być uważany za ważniejszy. W wielu kulturach etap wejścia w dojrzałość świętuje się w wyjątkowy sposób. Kultura chrześcijańska jest wyjątkową kulturą, a to sprawia, że powinna szczególnie się na tym skupić.

Zorganizowanie nieco bardziej uroczystego obiadu – tak, jak robiło się to z okazji chrztu i komunii – jest jak najbardziej wskazane. Obdarowanie bierzmowanego prezentem, mającym związek z tym świętem (Pismo Święte, brewiarz itp) lub czymś, co pozwoli mu myśleć o sobie jako o dojrzałym człowieku (np. jakaś droższa pomoc naukowa, jak teleskop czy mikroskop) sprawi, że sam młodzieniec lub młoda kobieta przeżyją ten dzień w sposób wyjątkowy i nie zapomną o nim długo. Podkreślenie ważności tego dnia – zaproszenie gości, zorganizowanie przyjęcia, zwolnienie się z pracy (najczęściej nie bierzmuje się w sobotę czy w niedzielę) może doprowadzić do tego, że dorastające dziecko rzeczywiście poczuje, że dzieje się coś cudownego, że te dary Ducha Świętego to nie jest żadna ściema.

Dlatego też zachęcam do traktowania wszystkich sakramentów na tym samym poziomie. Nie proponuję wprawdzie robić imprezy z okazji pierwszej spowiedzi świętej (zwłaszcza że najczęściej idzie w parze z komunią), ale jednak sądzę, że warto położyć większy nacisk na sakrament bierzmowania, aby Kościół naprawdę stawał się pełny dojrzałych chrześcijan.

____________________________________

We wpisie zastosowano zdjęcie wykonane w czasie udzielania sakramentu bierzmowania, Photo credit: Ania i Artur Nowaccy via Foter.com / CC BY-SA

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Pierwsza komunia: komercja, duchowość czy prawdziwy show?

Właśnie teraz trzecioklasiści intensywnie przygotowują się do przystąpienia do pierwszej komunii świętej. Odczuwam to jako lektor języka angielskiego, kiedy okazuje się, że grupa trzecioklasistów nie będzie mogła przychodzić w maju na zajęcia, ponieważ akurat we wtorki i czwartki mają próby do komunii… W szkole to czas intensywnego zakuwania i zaliczania modlitw. Po szkole – czas przymierzania alb, ćwiczenia wierszyków i czytań mszalnych, a przede wszystkim ustawiania się równo, w szeregach, próbowania się we wchodzeniu i wychodzeniu z kościoła. A potem jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze raz.

W sercach wielu dzieci to czas oczekiwania. Niecierpliwego, nerwowego oczekiwania na to, co ma nastąpić. Pierwszy smartfon, pierwszy tablet, a może nawet pierwszy laptop? Zegarek, rower. Własne pieniądze (czasem nawet całe tysiące), za które będzie można pojechać do Disneylandu albo chociaż kupić najnowszą konsolę do gier. Impreza niemal weselna. Niektórzy będą mieli to szczęście i przejadą się w towarzystwie kolegów czy koleżanek prawdziwą limuzyną!

Tak oto dzieci, zatapiając się w marzeniach o elektronice i pieniądzach, jakoś próbują się przemęczyć przez te wszystkie ciągnące się próby prostego wchodzenia, prostego stania i prostego siadania. Warto się przemęczyć, jeśli na koniec dostanie się tak wielką nagrodę! Dla wielu z nich liczą się prezenty – przecież niektórzy w normalnych warunkach nawet nie chodzą do kościoła. Dla rodziców, a chyba jeszcze częściej dla księży i katechetów, liczy się teatr. Wszystko ma być podniosłe, uroczyste i dopracowane w najmniejszym szczególe. Dziecko, które czyta najlepiej, musi idealnie przeczytać czytanie z lekcjonarza. Dziewczynki muszą pięknie zaśpiewać psalm. Każdy musi powiedzieć jakiś wierszyk, choć nie przypominam sobie, by gdziekolwiek w liturgii było miejsce na wierszyki. A na koniec, przy ogłoszeniach, dzieci muszą jeszcze bardzo spontanicznie podziękować wszystkim księżom i katechetom, którzy przyczynili się do zaistnienia tego wspaniałego święta.

Tak łatwo przy tym wszystkim gubi się istotę dnia pierwszej komunii świętej. Fakt, że jest to pierwszy dzień, w którym trzecioklasiści będą mogli po raz pierwszy w pełni uczestniczyć we mszy świętej. W pełni, to znaczy: wraz z przyjęciem Ciała Chrystusa. I od tej pory już zawsze będą mogli Ciało Chrystusa przyjmować. To jest dzień, w którym młodzi ludzie mogą po raz pierwszy doskonale odczuć, co znaczyły słowa Jezusa: „Oto ja jestem z wami, aż do skończenia świata”. Bo właśnie wtedy mogą oni skupić się na tej Chrystusowej obecności. To niestety musi zginąć w fali składającej się z dwóch pozostałych elementów: komercji i teatru.

Jedna z sieci sklepów sprzedających sprzęt RTV i AGD kilka lat temu reklamowała się plakatami z hasłem „KOMUnijne prezenty?”. Doskonale wiedziała, w czyje gusta może w ten sposób trafić. Z kolei rok temu antenę radiową podbijała inna reklama, w której dzieci śmiały się z rodziców, bo ci kłócili się o to, kto pierwszy wpadł na pomysł, by prezenty na komunię kupić w tym konkretnym sklepie. Głowy dzieci ma zaprzątnąć żądza prezentów – a rodzice, krewni i znajomi królika też mają pamiętać, gdzie trzeba się w związku z tą uroczystością wyposażyć. Ten pęd materialny dałoby się przyhamować, gdyby nie to, że osoby odpowiedzialne za duchowe przygotowanie dzieci do komunii wymagają częściej znajomości pięciu kościelnych przykazań, niż posiadania żywej wiary. Potrzebują, by dzieci wiedziały, jak mają stanąć i jak powiedzieć wierszyk, a nie by rozumiały istotę mającego nastąpić wydarzenia.

A wszystko powinno wyglądać zupełnie inaczej! Owszem, pierwsza komunia święta jest podniosłą uroczystością. Niczym złym nie jest ani przyjęcie pokomunijne, ani nawet odpowiednio dobrane do tej okazji prezenty (nie laptopy jednak, nie konsole i nie telefony). Ale dziecko powinno wiedzieć i rozumieć, że ta uroczystość ma miejsce dlatego, że ono po raz pierwszy przytuli się całym sobą do Jezusa Chrystusa. I dlatego wcale nie powinno być tak istotne, w co dzieci będą ubrane i kto za kim będzie stał. Próby do pierwszej komunii nie muszą przecież wcale odbywać się przez okrągły miesiąc. Dałoby się wręcz zrobić tak, że do liturgii służyliby rodzice dzieci pierwszokomunijnych (którzy lepiej rozumieją to, co czytają z lekcjonarza), a poszczególne osoby przystępowałyby po raz pierwszy do stołu Pańskiego wraz ze swoją rodziną – tak, jak będzie to wyglądało w codzienności – a nie w klasowym ustawieniu „pod linijkę”.

Nie należy także zapominać, że mogą istnieć – i z pewnością istnieją – dzieci, które w trzeciej klasie nie są jeszcze duchowo gotowe, by przyjąć Pana Jezusa. Nie należy się w takich przypadkach wahać przed odroczeniem tychże dzieci na kolejny termin. Komunia święta nie jest obowiązkowa, nie jest bezwzględnie potrzebna do zbawienia. A już na pewno nie musi być przyjmowana w trzeciej klasie, w idealnym dwuszeregu i po kilku tygodniach ćwiczeń.

____________________________________

Artykuł ukazał się na portalu wRodzinie.pl
W artykule wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony http://www.finanse.egospodarka.pl/80554,Pierwsza-Komunia-skromna-oferta-bankow,1,48,1.html

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Wierząca żona, wierzący mąż

Kiedy człowiek wchodzi w dorosłość i zaczyna się zastanawiać nad związaniem się na stałe z innym człowiekiem, zadaje pytania o priorytety. Jakie cechy powinny łączyć go z potencjalnym współmałżonkiem? Podobne zainteresowania, jednakowe wykształcenie, a może samodzielność i niezależność? Wielokrotnie – zwłaszcza wśród katolików – pada też pytanie o wiarę. Czy człowiek, z którym chcę wiązać przyszłość, powinien być wierzący? Niejednokrotnie spotkać można osoby wprawdzie mocno zaangażowane w życie Kościoła, ale upierające się jednocześnie, że nie mają zamiaru wiązać się z „fanatykami religijnymi”. Jeśli bowiem ktoś się naprawdę podoba, to kwestia wiary nie jest barierą. Czy mają rację?

W pierwszej kolejności powinno się samemu posegregować to, co w życiu ważne. Każdy logicznie myślący wierzący człowiek musi dojść do wniosku, że o ile z naszej perspektywy „wiara” stanęłaby być może gdzieś między „miłością” a „wiernością” (lub dowolną inną cechą), o tyle zupełnie inaczej wygląda to z perspektywy Boga. Miłość, jak wiemy, jest największa (większa jest od wiary i nadziei, jak pisał święty Paweł), ale prawdziwa miłość nie może istnieć bez Boga. Przy dłuższym zastanowieniu trzeba przyznać, że nic tak naprawdę nie może istnieć bez Boga. Ludzie, wielcy w swoich oczach, pozostają pojedynczymi ziarnami piasku na pustyni przy ogromie Bożych mocy i Bożego stworzenia. Jeśli zatem my, myśląc po ludzku, ustawiamy sobie kwestię wiary jako jedną z wielu cech, które weźmiemy pod uwagę przy wyborze małżonka, to nie może już ona być jedną z wielu, gdy przyjdzie nam stanąć przed Panem twarzą w twarz.

Ludzkie życie jest tylko chwilą w porównaniu do wieczności u boku Boga. Zajmujemy tylko nic nieznaczącą przestrzeń wobec nieskończoności, do której powołał nas Pan. Wkładanie wiary między inne cechy świadczy o przywiązaniu człowieka do ziemskich spraw. Naturalne zaś, skoro nasze życie ma być drogą do zbawienia, jest ustawianie wiary jako podstawowej cechy osoby, z którą będzie trzeba tę drogę przejść. Ponieważ z osobą, z którą wejdziemy w związek małżeński, będziemy musieli spędzić resztę życia, to przede wszystkim powinno to być życie, w ciągu którego nawzajem prowadzimy się drogą do nieba.

Człowiek, który ma zostać naszym życiowym partnerem, może posiadać mnóstwo pozytywnych cech. Może być piękny lub przystojny, bogaty, mądry, zaradny, oczytany. Ale ponieważ będzie towarzyszył nam już zawsze, musi pomagać nam, a nie przeszkadzać w dążeniu do spotkania z Bogiem w niebie. Dlatego warto, przy poszukiwaniu małżonka skupić się najpierw na tym, czy jest wierzący i czy – kiedy już przyjmiemy sakrament małżeństwa – będzie dobrym towarzyszem w wierzeniu Bogu i ufaniu Mu.

Aby nie pozostawać tylko w sferze spraw pozaziemskich, warto spojrzeć perspektywicznie także na ludzką doczesność. Jest to nic w porównaniu z wiecznością, ale jednocześnie wszystko, na co mamy wpływ i cała nasza droga ku owej wieczności. Dlatego bardzo ważne jest zastanowienie się nad tym, jak nasze życie będzie wyglądało, gdy zwiążemy je z kimś niewierzącym. Kłopoty pojawią się już prawdopodobnie w czasie narzeczeństwa. Będą one dotyczyły zapewne zachowania czystości do ślubu – ponieważ człowiek nie mający w sercu Boga często nie rozumie potrzeby wstrzemięźliwości „skoro się kochamy”. Problemy katolików mogą nawarstwiać się w momencie samej celebracji sakramentu, kiedy to sakrament jest udzielany jednostronnie, a dla współmałżonka często nie ma praktycznego znaczenia. Następnie mogą pojawić się kłopoty z pożyciem małżeńskim, jako że ludzie niezwiązani z Kościołem w sposób bardzo ścisły najczęściej nie potrafią pojąć chrześcijańskiej etyki seksualnej (dotyczy do zwłaszcza odrzucenia antykoncepcji). Może się okazać, że aby utrzymać dobre relacje małżeńskie, osoba wierząca będzie musiała zrelatywizować swoje podejście do wierności Bogu, a przez to przestawi kwestię zbawienia na dalszy plan.

Jeszcze więcej trudności bywa spowodowanych różnicami w poglądach na wychowanie dzieci. Nie-katolicy często nie chcą chrzcić dziecka, sądząc że powinno ono samo podjąć decyzję o swojej przynależności religijnej. Jeśli jednak nawet zgodzą się na sakrament, mogą nie zgadzać się lub przynajmniej utrudniać regularne uczestnictwo potomka we mszy świętej. Bywa tak, że rodzic, dbając o wychowanie i edukację swoich dzieci, chce zapisać je do szkoły katolickiej. Spotyka jednak silny opór drugiego z rodziców, który sprzeciwia się „indoktrynowaniu” dzieci. Na koniec może okazać się, że dziecko odbierze zachowanie niewierzącego rodzica jako „fajniejsze” i będzie wolało pójść w jego ślady – na przykład grać w niedzielę na konsoli, zamiast iść do kościoła.

Szereg doczesnych kłopotów mogących wynikać z wybrania sobie niewierzącego małżonka należy przeciwstawić korzyściom płynącym z faktu, że zarówno mąż, jak i żona, są wierzący. Potwierdzone jest, że ludzie naprawdę żyjący wiarą dużo rzadziej się rozstają, bardziej się wspierają i w bardziej konstruktywny sposób przeżywają porażki lub nieszczęścia (takie jak choroba dziecka, a nawet zdrada małżeńska). Badania przeprowadzone jakiś czas temu przez amerykańską psycholog Mercedes Arzur Wilson pozwalają nam dojść do wniosku, że liczba rozwodów wśród osób naprawdę wierzących (i stosujących metody naturalnego planowania rodziny) jest bardzo niska. O ile bowiem ogólnie rozwodzi się w USA 50% małżeństw, o tyle wśród katolickich małżeństw sakramentalnych jest to już tylko 33%. Jeśli małżeństwa te chodzą co niedzielę do kościoła, rozwodzą się tylko w 2% przypadków. Te zaś, które oprócz tego modlą się codziennie i przestrzegają zasad etyki chrześcijańskiej, rozwodzą się tylko w 1 przypadku na 1429 (czyli 0,07%).

Warto zatem uświadomić sobie, że skoro najważniejszym celem człowieka jest zbawienie, to powinien on podejmować wszystkie swoje decyzje, myśląc o zbawieniu. Zwłaszcza te decyzje, które dotyczą całego jego dalszego życia. I trzeba sobie postawić pytanie, czy mój współmałżonek ma mi być przeszkodą, czy pomocą w dążeniu do tego celu? Czy lepiej, byśmy szli wspólnie, ramię w ramię ku Bogu, czy bym to ja musiał dźwigać jego, przy aktywnym jego oporze, narażając się nie tylko na porażki, ale i na własną utratę wiary. A utrata wiary oznacza decyzję o odrzuceniu zbawienia. Warto o tym pamiętać.

____________________________________

Tekst ukazał się na stronie internetowej wRodzinie.pl.

We wpisie zastosowano zdjęcie autorstwa victoriagoldveber ze strony internetowej Foter.com / CC BY-SA

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Moda chrzcielna

Byłem na Święta w moim rodzinnym domu i miałem przyjemność obserwować kilkoro dzieci obmywanych z grzechu pierworodnego – troje w każdy dzień Bożego Narodzenia. Przy okazji również udało mi się zaobserwować ciekawy trend modowy wśród osób te dzieci do chrztu przynoszących. Nie jest już bowiem tylko tak, że matka rodzona z matką chrzestną ścigają się ze sobą na długość sukienek (ta wygrywa, która ma krótszą). To nawet nie jest aż taka tragedia, jak się może zdawać – krótka sukienka jest bowiem dla wielu niezorientowanych osób czymś w rodzaju wyznacznika elegancji, a to oznacza, że kobiety mimo wszystko próbują być eleganckie na chrzcie swego dziecka czy chrześniaka. O wiele gorsze okazują się być trendy panujące ostatnio wśród mężczyzn. Oni bowiem postanawiają często odrzucać to, co nazywa się elegancją.

Na sześć chrztów obserwowanych ostatnio w przynajmniej połowie z nich brali udział ojcowie czy ojcowie chrzestni, którzy mieli na sobie jeansy. Przy czym z pewnością zdarzyło się, że byli to obaj panowie. Do tego brak marynarki i – najczęściej – koszula niekoniecznie „wyjściowa”. Brak butów garniturowych rekompensowały adidasy. Przy jednym chrzcie asystowała również (będąca prawdopodobnie jednocześnie babcią chrzczonego dziecka) chrzestna ubrana w spodnie, wcale nie od eleganckiego kostiumu. Kiedy widzę taką rewię mody, przypomina mi się pewien – wcale wierzący – ojciec, który na chrzcie własnego dziecka występował we flanelowej koszuli w kratkę. Tak, miał brodę. Drwale teraz są na topie, ale nawet drwal powinien umieć się ubrać na chrzest swojego potomka…

formal-1drwalPojęcie „elegancja” zniknęło ze słownika współczesnej ludzkości. Można to łatwo zaobserwować na rozpoczęciu czy zakończeniu roku szkolnego, gdzie już nie tylko uczniowie nie ubierają się „na galowo”, ale wielokrotnie są to również nauczyciele. Dziewczęta, którym przypomina się o założeniu spódnic, często wybuchają śmiechem. A ta postawa przekłada się później na dorosłe życie – także na niedzielne wizyty w kościele czy chrzest własnego dziecka. Jak jednak powinni ubrać się rodzice i chrzestni, którzy zamierzają przynosić dziecko do chrztu? Stwierdzenie „na galowo” mogłoby wyjaśniać wszystko, ale chyba już nie w dzisiejszych czasach. Zatem zacznijmy od panów.

Panowie – ojcowie i ojcowie chrzestni – powinni mieć buty garniturowe, spodnie „w kant” i marynarkę. Jak ktoś jest bardziej wysublimowany, może założyć frak albo surdut. Jak lubi – może i kamizelkę. Nie jest to ubranie, które sugeruję zakładać na siebie zawsze, gdy się idzie do kościoła, ale na chrzest dziecka warto się lepiej ubrać. Koszula i krawat dopełnią szyku – oczywiście z zaznaczeniem, że koszula musi być elegancka i pasować do garnituru.

Panie najlepiej jeśli założą sukienkę lub spódnicę, ale nie sięgającą wyżej, niż nieco nad kolano. Wiele osób wciąż promuje styl, w którym pani ma mieć na tyle długie odzienie, by zakrywało kolana kiedy stoi i kiedy siedzi. Osobiście jednak uważam, że nie ma takiej konieczności – to nie kolana sprawiają, że mężczyźni zamiast na mszy, skupiają się na wdziękach matek chrzestnych. Bluzka – elegancka – nie powinna mieć głębokiego dekoltu. Oczywiście w przypadku pań mamy do czynienia z wieloma możliwościami dostosowania odzienia. Każda sukienka, spódnica, bluzka, każdy żakiet są inne. Ważne jednak, by kobiecy ubiór pozostawał skromny i ładny. Nawet jeśli panie nie są w stanie założyć spódnicy i muszą zamiast tego wybrać spodnie, powinny to być eleganckie spodnie, najlepiej „w kant” jak u mężczyzn.

Zatem – Panowie i Panie! – jeśli wybieracie się na chrzest własnego dziecka czy chrześniaka, ubierzcie się ładnie, elegancko i dostojnie. A nie modnie i wyzywająco. A image drwala (to szczególnie do panów) zostawcie sobie na inną okazję.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Mężczyzna w garniturze, zdjęcie za: http://secondhanddandy.pl/2015/08/jak-ubrac-sie-na-wesele-jako-gosc-mezczyzna-facet.html
2. Drwal, zdjęcie za: https://pl.pinterest.com/explore/lumberjacks/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Jak zorganizować dziecku wesele?

Choć wakacje się już skończyły, czas ślubom sprzyjający trwa. Ludzie czytający blogi szukają odpowiedzi na pytanie jak zorganizować wesele. Niektórzy, bardziej samodzielni, rozglądają się za własnymi rozwiązaniami, za tych mniej samodzielnych decydują rodzice. Powrót do tematyki ślubu i wesela związany jest u mnie również z niedawnymi komentarzami zachęcającymi do polemiki, a napisanymi w związku z moimi perypetiami przedślubnymi. Myślę, że kilka rzeczy warto wyjaśnić.

Ślub wziąłem i udzieliłem mojej Żonie dokładnie 5 lat temu. Perspektywa to niezbyt długa, ale wystarczająca, by dojść do pewnych wniosków, zrozumieć co było dobrze, co było nie tak i co bym zrobił, gdybym miał organizować wszystko jeszcze raz. Do osobistego doświadczenia dochodzi jeszcze fakt, że dwóch moich najbliższych przyjaciół brało ślub w ciągu ubiegłego miesiąca i u każdego z nich kwestia poślubnego przyjęcia wyglądała inaczej, w obu przypadkach raczej niekonwencjonalnie.

Postaram się odpowiedzieć dziś rodzicom dorosłych już dzieci, które postanowiły opuścić gniazdo i pójść swoją drogą, na pytania o organizację wesela. Mam nadzieję, że moje przemyślenia pomogą Państwu w podejmowaniu dobrych decyzji.

Kto jest najważniejszy w dniu ślubu?

Pierwsze i podstawowe pytanie, które właściwie cały problem wesela wstawia na właściwe tory. W dniu ślubu najważniejsi są oczywiście państwo młodzi, a więc narzeczeni, a później małżonkowie. To jest ich dzień, być może najważniejszy w ich życiu i oni mają prawo do tego, by ten dzień był udany. Może to dziwnie brzmieć, ale prawda jest taka, że państwo młodzi, którzy danego dnia biorą ślub, mają prawo do tego, by wszystko szło po ich myśli. By mogli dobrze, radośnie przeżyć wstąpienie w związek małżeński.

Są oczywiście tendencje do stwierdzenia, że najważniejsi, zwłaszcza na weselu, są goście. Jeden z komentatorów mojej dawnej notki, od niedawna również małżonek i piszący z własnej perspektywy, stwierdził, że wesele jest po to, by podziękować gościom za przybycie. Nie zgadzam się z nim, co później postaram się wytłumaczyć, ale jednocześnie sądzę, że ma rację. Na weselu bowiem dla niego najważniejsi są goście. A ponieważ to właśnie on jest panem młodym – ma prawo decydować kto jest na jego ślubie, na jego weselu najważniejszy. Ponieważ najważniejsi są zawsze państwo młodzi – i to oni decydują o priorytetach. Nie zgadzam się z tym komentatorem tylko i wyłącznie dlatego, że pragnął, bym zastosował warunki, które podyktował na swoim weselu do mojego. Zapomniał, że na tamtym to on był panem młodym, a na moim ja.

Co jest najważniejsze w dniu ślubu?

W dniu ślubu nie jest najważniejsza pogoda, udana atmosfera, sukienka, dobre wino ani nawet sami państwo młodzi. W dniu ślubu najważniejszy jest ślub – a więc wzajemne ofiarowanie się sobie aż do śmierci, i złożenie swojego wspólnego życia na ofiarę Panu Bogu. Nie jest prawdą, jak twierdzą niektórzy, że ślub jest dla państwa młodych, a wesele dla gości. Ponieważ w dniu ślubu najważniejszy jest sakrament, wszystko co dzieje się przedtem i potem musi być bezpośrednio temu sakramentowi podporządkowane. Wesele nie powinno być czymś obok, czymś potem – ono może być tylko naturalnym przedłużeniem świętowania zawarcia sakramentu małżeństwa. Oczywiście mówię tu wyłącznie o kościelnym związku, nie o cywilnym – osoby które łączą się z pomocą takiego węzła na moim blogu odpowiedzi na swoje pytania nie znajdą.

Najważniejszy jest sakrament, a najważniejszymi osobami są małżonkowie. Dlatego oni, którzy się sobie wzajemnie ofiarowują, mają moc decyzyjną.

Czy, jeśli płacę za wesele, mam prawo stawiać warunki?

Wielu rodziców stawia sobie takie pytania. Choć pewnie się mylę – wielu rodziców nie stawia sobie wcale takiego pytania, ponieważ z góry zakładają, że skoro to ich dzieci biorą ślub, a oni na to dają pieniądze, to mają prawo ustawić wszystko po swojemu. Niestety, jest to jedna z największych krzywd, jakie w dniu ślubu można swoim dzieciom wyrządzić.

Po pierwsze gdy używamy słowa „dzieci”, mamy na myśli dwoje dorosłych ludzi, którzy właśnie zaczynają drogę swojego wspólnego życia. Ich ślub i ich wesele nie są ostatnim aktem teatru urządzanego przez rodziców, po chrzcinach, urodzinach, przyjęciu komunijnym, osiemnastce. To jest pierwszy akt teatru urządzanego przez nowożeńców. Nowożeńcy mają prawo poprosić rodziców o pomoc w zorganizowaniu uroczystości. Rodzice mogą nawet czuć się w obowiązku do zorganizowania tej uroczystości samemu, z odłożonych specjalnie na tę okazję pieniędzy. Nie neguję tej potrzeby, musimy jednak pamiętać, że to nie jest nasza uroczystość, nie uroczystość rodziców, lecz uroczystość nowożeńców: męża i żony. Uroczystość więc powinna odbyć się na warunkach tychże nowożeńców, nawet jeśli rodzice chcą wspomóc wszystko finansowo lub organizacyjnie.

Niektórym ludziom wydaje się, że jeśli się płaci, to się wymaga. Jeśli się coś organizuje, to ma się prawo zaprosić tego, kogo się chce. Spróbujmy jednak zmienić perspektywę i zastanówmy się nad tym, jak przeżyją to dzieci, które pragną przeżyć ten dzień najpiękniej jak to możliwe. Jak zareagują na konieczność zapraszania osób, które ich rodzice chcą obok siebie widzieć, niezależnie od ich stosunków z biorącymi ślub. Jeśli potrafimy sobie siebie wyobrazić w sytuacji państwa młodych, szybko zrozumiemy, że nie mamy prawa organizować przyjęcia według własnej modły. To jest oczywiście trudne do zrozumienia, kiedy państwo młodzi mają inną wizję swojej uroczystości, niż my. Pamiętajmy jednak, że to jest ich uroczystość, a nie nasza, i nawet jeśli dobrowolnie (bo przecież nikt nas nie może do tego zmusić) dajemy na jej organizację pieniądze, nie jest to nigdy argumentem za ustawianiem wszystkiego pod siebie.

Kogo powinno się zaprosić na wesele?

Z perspektywy wielu rodziców „powinno się” odgrywa bardzo dużą rolę. Powinno się więc zaprosić wszystkich kuzynów, wszystkie ciotki i wujków, świekrostwo (a więc współteściów, czyli rodziców małżonków swoich wcześniej pożenionych dzieci), wybranych sąsiadów i najlepiej jeszcze tego, kogo życzy sobie babcia pana lub pani młodej. „Powinno się” więc poinformować o tym państwa młodych i nakazać im wysłania zaproszeń do tych wszystkich osób, albo najlepiej dostarczenia ich osobiście. Zaproszenia oczywiście powinny być podpisane przez państwa młodych, choć to my, rodzice decydujemy o tym, kogo się zaprosi – często stawiając przed faktem dokonanym.

Rozumiem sytuację, bo sam mam bliskich znajomych, których w przyszłości chciałbym widzieć na przyjęciu poślubnym moich dzieci. Rozumiem też tych rodziców, którzy kierują się w życiu pojęciem „tak wypada”, a więc „tak wypada” zaprosić tych, którzy nas zapraszali, którzy mogą nas zaprosić, albo którzy mogą się obrazić jeśli się ich nie zaprosi. Spróbujmy jednak znów stanąć na miejscu państwa młodych, którzy w tym dniu są najważniejsi. Zrozumiemy wówczas, że nikogo nie „powinno się” zaprosić, bo „tak wypada”. O tym, kto i z jakich powodów zjawi się na ślubie, a kto na weselu, decydują państwo młodzi, bo to jest ich dzień! Nie można w czasie rozmowy z młodymi używać słów „Wujek będzie na weselu”, „Państwo Śmacy będą na weselu”, a potem patrzeć na ręce, czy równo wypisuje się zaproszenia. To bowiem młodzi decydują o gościach, którzy są ich gośćmi. Zanim zdecydujemy, że ktoś powinien być obecny zastanówmy się, czy ten ktoś jest ważny dla naszych dzieci, które biorą ślub. Czy w perspektywie swojego życia i wychowania naszych pociech zadbaliśmy, by ten ktoś był na tyle ważny dla naszych dzieci, by chciały go widzieć na swoim przyjęciu. To bowiem już nie jest tak, że my wydajemy nasze dziecko za mąż czy je żenimy i musimy się pochwalić, więc spraszamy wszystkich ziomków. Nie, nie wydajemy nikogo – to oni oddają się sobie wzajemnie i Panu Bogu w sakramencie małżeństwa. I równie dobrze mogą to zrobić za naszymi plecami, nikogo nigdzie nie zapraszając.

Co jednak jeśli zależy nam na obecności kogoś, kto dla państwa młodych nie jest kimś przesadnie ważnym? Nie zapominajmy, że to jest ich dzień i to są ich goście. To oni podpiszą się pod zaproszeniami do ludzi, których będą potem oglądać na zabawie. Dlatego jeśli chcemy, by obecnym był ktoś mało znaczący w życiu naszych „pociech” zapomnijmy o używaniu argumentów „Ja organizuję wesele i zaproszę kogo będę chciała” albo „Oczywiście, że oni też będą”. Wejdźmy z przyszłymi małżonkami w dialog, bo to już nie są dzieci, którym się stawia warunki. To są dorośli ludzie u progu swego oddzielnego od nas życia. Chcemy, żeby na weselu był obecny wujek Zbigniew, usiądźmy więc obok narzeczonych i z pokorą zapytajmy ich, czy zgodzą się zaprosić wujka Zbigniewa, bo nam zależy na jego obecności. Mogę powiedzieć, że w ten sposób z ogromnym prawdopodobieństwem osiągniemy zamierzony cel, nie wprowadzając jednocześnie przyszłych nowożeńców we frustrację i konflikt interesów. A co, jeśli odmówią? Cóż, trzeba się będzie z tym pogodzić. To jest ich ślub i ich wesele, oni mają prawo decydować.

Wesele, przyjęcie czy obiad?

Wbrew pozorom nie jest to bez znaczenia. Wesele kojarzy się z wielką imprezą na 200 osób. Przyjęcie to już coś skromniejszego, obiad zaś to takie małe przyjęcie. Pytanie więc która z tych rzeczy będzie najlepsza… musi pozostać bez odpowiedzi. Dlaczego? Ponieważ to państwo młodzi są tu najważniejsi, to państwo młodzi decydują jakie i czy w ogóle chcą mieć przyjęcie po ślubie.

Jeden z moich przyjaciół, z tych którzy brali ślub w zeszłym miesiącu pragnął zorganizować obiad dla najbliższych (na 30 osób). Z tego powodu nie robił wielkiej imprezy i, mimo że to jego rodzicie finansowali zabawę, odmówił zaproszenia kilkorga proponowanych przez nich gości, którzy nie należeli do grona najbliższych. Zdecydowało o tym również to, że rodzice panny młodej pragnęli zaproszenia odpowiedników tychże gości od strony panny młodej (chodziło o tzw. swatów, a tych swatów było w sumie 3 pary), więc młodzi zgodnie odmówili. Ale zostali wcześniej zapytani – nikt nie kazał im się wykłócać, nie stawiał ich przed faktem dokonanym, a prawdą jest, że wielu rodziców sądzi, że ma do tego prawo. Dodam jeszcze, że tenże przyjaciel został poproszony o zaproszenie dodatkowej dwójki bliskich przyjaciół swoich rodziców i przystał na tę propozycję.

Drugi mój przyjaciel, u którego na ślubie byłem świadkiem, nie organizował żadnego przyjęcia w ogóle. Zapraszał tylko rodziców na lampkę wina, a co ważniejszych gości na tydzień później, na grilla. Osobiście czułem się dość dziwnie, gdy po ślubie i zebraniu koszów z prezentami wpakowałem rodzinę do samochodu i pojechałem do domu. To nie ma jednak znaczenia, bo to nie ja, lecz mój przyjaciel brał ślub i zorganizował go dokładnie tak, jak chciał tego on i jego żona. Przyjęcia nie było. Ja zorganizowałbym chociaż mały poczęstunek. Ale to naprawdę nie jest moja sprawa.

A więc na pytanie: wesele, przyjęcie czy obiad odpowiedź może być tylko jedna: cokolwiek sobie państwo młodzi zażyczą. To jest ich dzień i oni mają prawo o tym zdecydować. Jeśli warunki stawiane przez rodziców będą niekorzystne, mogą natomiast spokojnie odmówić współpracy i zrobić całkowicie po swojemu.

Czy na weselu musi być alkohol?

Pytanie wydaje się być oczywiste, ale wcale takie nie jest, jeśli wstawimy w to miejsce słowo „mięso”, „sałatka” albo „tort”. Albo „poprawiny” czy „obiad na drugi dzień, bo nie wypada puszczać gości na głodnego”. Odpowiedź na nie brzmi: nie, nie musi! Nie musi nie dlatego, że jest wolne państwo i każdemu wolno, tylko dlatego, że to jest wesele państwa młodych i tylko oni mają prawo zdecydować, czy będzie na nim mięsko, tort, alkohol czy cokolwiek innego. Mnóstwo ludzi martwi się kiedy młodzi mają fanaberię, że nie chcą alkoholu na swoim przyjęciu, bo goście nie będą się dobrze bawić, bo będzie drętwo, itp. Mam na to jedną odpowiedź: no i co z tego? To nie jest nasze, rodziców przyjęcie – to przyjęcie naszych dzieci, tak naprawdę już dorosłych i decydujących za siebie i w kwestii swojego przyjęcia. Nie chcą oczepin – nie będzie oczepin. Nie chcą disco polo – nie będzie disco polo! Nie chcą alkoholu? Nic mi do tego – to ich przyjęcie, a nie moje. W ostateczności, jeśli jest to dla mnie nie do zniesienia, mogę nie przychodzić. Nie mam obowiązku, tak jak państwo młodzi nie mają obowiązku dostosowywać się do stawianych przeze mnie warunków.

Zmiana perspektywy

Jestem pięć lat po ślubie i muszę przyznać, że tamten moment był momentem stosunkowo udanym. Wiele rzeczy, które chcieliśmy z Małżonką widzieć, udało nam się przeforsować. Zmiana perspektywy polega na tym, że gdybym dzisiaj brał ślub, niczego bym nie forsował. Sytuacja była niezręczna. Żeby zgodnie z naszym postanowieniem na przyjęciu (które pierwotnie miało być obiadem) nie było alkoholu, musiałem zagrozić, że w przeciwnej sytuacji nie będzie nas. Część zaproszonych gości nie przyjechało, ponieważ w kwestii zapraszania niektórych z nich byliśmy stawiani przed faktem dokonanym, podpisując się oczywiście pod zaproszeniami, ale żale wylewając na blogu.

Zmiana perspektywy nastąpiła tak naprawdę rok później, gdy urodził się nasz Synek. Ponieważ jestem zwolennikiem świętowania przyjętych sakramentów, organizowania małych przyjęć celem radowania się z „sakramentariuszem” – bo to jest główny cel przyjęcia – postanowiłem zorganizować obiad po chrzcie świętym. Zrobiłem to sam, za niewielką odłożoną sumkę wynająłem salę restauracyjną i zaprosiłem niczego niespodziewających się bliskich, spośród których niektórzy, nieświadomi moich planów, już zaczynali snuć własne w dalszej perspektywie czasowej. Sytuacja z Córką była już inna – bliscy zostali wcześniej poinformowani i nawet wciągnięci w przygotowania. Ale nauczeni przykładem pierwszego chrztu wiedzieli już, że kwestia decyzyjności należy do mnie i mojej Małżonki. Z trzecim dzieckiem będzie podobnie.

Zmieniona perspektywa wygląda tak, że gdybym miał brać ślub jeszcze raz (acz z tą samą kobietą), odłożyłbym podobną sumkę pieniężną i wynajął podobną salkę restauracyjną, zapraszając na obiad po ślubie podobną liczbę osób. Dziś nie kłóciłbym się z nikim o alkohol – alkoholu nie ma na chrzcinach, nie byłoby go też na obiedzie poślubnym. Nie wchodziłbym w wirtualne konflikty rodzinne, ponieważ zaprosiłbym tylko te osoby, z którymi naprawdę pragnąłbym się cieszyć naszym szczęściem. Gdyby zaś ktoś próbował dziś naciskać na mnie, bym wysłał zaproszenie do kogoś, kto „oczywiście, że będzie”, nie wysłałbym go. Mógłbym się jedynie przychylić do prośby o możliwość zaproszenia.

Zmiana perspektywy ogarnęła całą rodzinę. To nie jest nic dziwnego – ja byłem pierwszy. Ja przetarłem szlaki, bo pierwszy brałem ślub. Ja wszedłem w konflikt z najróżniejszymi osobami, by później kolejne osoby idące za mną nie musiały już zapraszać nikogo, kogo w praktyce prawie nie znały. I nawet jeśli ktoś z bliskich mi osób będzie chciał urządzić sobie przyjęcie weselne, na które zaprosi wszystkich, bo tak wypada – to jest tylko i wyłącznie jego wola. Będzie miał bowiem zdecydowanie łatwiej przeforsować swoje zdanie. Bredzę? Nieprawda. Mam przykład, że to się sprawdza. Drugi w kolejce do ślubu już o wiele więcej „może”, a o wiele mniej „musi”.

Podsumowanie

Nie biorę ślubu ponownie, choć myślę o jakimś uroczystym odnowieniu przyrzeczeń w perspektywie kolejnych pięciu lat. Jestem pięć lat po ślubie i jestem szczęśliwy. Nie wszystko wtedy poszło tak, jak sobie wymarzyliśmy, ale mogło być zdecydowanie gorzej. Część gości do dziś ma do mnie żal o to, co się wydarzyło – ale dziś wiem, że rozwiązałbym to inaczej. Nie rozwiążę, bo jestem pięć lat po ślubie. Jedyne, co mogę zrobić, to powiedzieć innym rodzicom organizującym wesele swoim dzieciom, w jakim świetle najlepiej to widzieć.

Po pierwsze więc nie wesele jest najważniejsze, lecz ślub – a od ślubu wszystko wychodzi i wokół niego się skupia. Wesele, jeśli jest, jest wyrazem radości z przyjęcia sakramentu małżeństwa. Po drugie zatem najważniejsi są nowożeńcy. Nie my, nie goście, lecz państwo młodzi właśnie. Oni zapraszają gości na ślub i na przyjęcie, by wspólnie cieszyć się radością sakramentalną. Wesele nie jest po to by dziękować gościom za prezenty, za przybycie. Ono jest po to, by goście mieli udział w radości państwa młodych. Jeśli goście przywieźli prezenty, to z miłości do państwa młodych, a nie z chęci popicia i potańczenia. Jeśli ich podejście jest inne – nie musimy się przecież takimi gośćmi przejmować. Przecież i dla nasz, rodziców, szczęście naszych dzieci ślub biorących jest stokroć ważniejsze, niż dobre samopoczucie gości.

Po trzecie wreszcie, skoro ślub jest centrum, a państwo młodzi są najważniejsi, to właśnie oni decydują o tym, kogo zaproszą, czy i jakie przyjęcie zorganizują, do której i na ile osób, czy będzie jedzenie, muzyka albo alkohol. My, rodzice, jeśli pragniemy dołożyć się do tego finansowo, traktujmy to jako prezent, jako udział w radości państwa młodych, a nie jako bilet to decydowania o kształcie imprezy.

Mam zaiste nadzieję, że choć część z Was zrozumie tę różnicę, tę zmianę perspektywy. I że ja za tych 20 lat będę myślał wciąż tak samo.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 17 Komentarzy

Godzina w tygodniu, dzień w miesiącu, tydzień w roku

Rodzina to mąż, żona i dzieci. Taka jest skrócona i nienaukowa, ale prawdziwa definicja. Od definicji małżeństwa definicję rodziny odróżnia fragment „i dzieci”, małżeństwo to bowiem mąż i żona. Mąż i żona zaś to mężczyzna i kobieta połączeni sakramentem małżeństwa. Wprowadzam te pojęcia na początku, ponieważ chcę uwypuklić coś, o czym sam słyszę wielokrotnie, a mianowicie to, że bardzo ważna jest rodzina, ale zdecydowanie ważniejsze jest małżeństwo.

Musimy dbać o nasze dzieci, bo małżeństwo powołane jest do tego, by przyjąć i po katolicku wychować potomstwo. Przede wszystkim jednak musimy dbać o małżeństwo, ponieważ to swoją żonę wybrał sobie mąż na partnerkę na całe życie; to swojego męża wybrała dla siebie żona. Oni są parą, która wspomaga Boga w procesie stwórczym i otrzymuje potomstwo jako zadanie, ale ponieważ właśnie są parą (a nie pojedynczą osobą), muszą robić wszystko, co w ich mocy, by działać jak para, żyć jak para, kochać się jak para. Najbardziej na świecie.

Przeczytałem niegdyś w książce traktującej o wychowaniu dzieci („Rodzice w akcji” Moniki i Marcina Gajdów), że aby dobrze wychować dzieci, na dobrych i szczęśliwych ludzi, przede wszystkim należy zadbać o swoje małżeństwo. Mąż i żona bowiem, kiedy zapominają o sobie i o swoim szczęściu, starając się jak najlepiej zająć swoimi dziećmi, tracą tak naprawdę tę możliwość. Prawdą bowiem jest to, co głoszą nowoczesne, feministyczne hasełka, że nieszczęśliwa matka to nieszczęśliwe dziecko. Dodam od siebie więcej – nieszczęśliwy ojciec to także nieszczęśliwe dziecko. Feministyczne hasełka tego już nie głoszą, bowiem ich zdaniem na szczęście matki składać się powinno: dziecko w żłobku, realizowanie się w pracy przez długie godziny, wychodzenie z koleżansiami na browca w każdym możliwym momencie no i oczywiście odpowiedni partner, następny partner lub jeszcze jeden partner, zwłaszcza gdy z ojcem dziecka jest nieszczęśliwa. Tymczasem to wszystko zawsze tylko pozory szczęścia, bowiem szczęście dziecka wypływa i rodzi się nie ze szczęścia matki jako indywiduum, nie ze szczęścia ojca jako indywiduum, lecz ze szczęścia ich obojga, jako pary złączonej sakramentem, jako małżeństwa. Małżonkowie, którzy się kochają, w doskonalszy sposób kochają też dzieci. Małżonkowie, którzy są ze sobą szczęśliwi, dają dzieciom wzór szczęścia. Także wzór miłości, wzór małżeństwa i prawidłowej rodziny.

Rodzice muszą więc czasem zapomnieć o dzieciach. To brzmi głupio i jest głupie, bo tak naprawdę wcale nie należy zapominać o dzieciach. Dzieci trzeba zagospodarować z kimś zaufanym i upewnić się, że spędzą czas we wspaniały sposób. Dzieci należy zostawić tak, by mąż mógł spędzić czas ze swoją żoną, a żona ze swoim mężem. I tu pojawia się wzór, który dla mnie stanowi tytuł wpisu. Godzina w tygodniu, dzień w miesiącu, tydzień w roku. Wynika z tego, że nie żadnym wyjątkiem, lecz prawidłowością powinna być małżeńska randka raz na tydzień. Kino, kolacja, teatr, opera. Oczywiście, będzie tego kapkę więcej niż godzina, ale ta „godzina” pada tutaj raczej umownie. Ważne, by zabezpieczyć dzieci tak, aby nie musieć się nigdzie spieszyć.

Randka raz na tydzień to świetny pomysł, ale dopiero początek. Ideał sięga wyżej, dając małżonkom dzień w miesiącu. Widzę to jako „weekend z babcią” dla dzieci. Rodzice zostawiają dzieci u swoich rodziców rano, noc spędzają w hotelu, wracają następnego dnia. Po śniadaniu. Albo po obiedzie. Ale to jeszcze nie wszystko. Pozostaje bowiem tydzień w roku. Czyli wspólny urlop. Czas, w którym dzieci na dłużej pozostają pod opieką dziadków, lub innych bliskich osób, by w tym czasie rodzice mogli zająć się sobą. Wyjechać. Wczasy z dziećmi to bardzo ważna, potrzebna dla budowania więzi rodzinnych rzecz. Ale nie możemy zapominać o tym, że to małżeństwo jest najważniejsze, że my, jako dorośli ludzie, też potrzebujemy spędzać czas w swoim towarzystwie. Że potrzebujemy przypominać sobie lata swojego narzeczeństwa, kiedy jeszcze nie było dzieci, kiedy byliśmy tylko dla siebie. Czasem musimy być tylko dla siebie. Z myślą o sobie i swoich dzieciach.

Kiedy ma się dzieci starsze niż 10 lat (wszystkie) takie rozwiązanie jest z pewnością możliwe. Powtarzamy je każdemu, kogo spotkamy (a zasłyszeliśmy je na jednej z konferencji na jednych z rekolekcji), ale sami nie do końca się stosujemy. Kwestia jest logiczna – nie da się, bo nasze dzieci są jeszcze za małe. Wcześniej, kiedy był tylko Syn, randkowaliśmy regularnie. Teraz z Córką raz na tydzień jest marzeniem. Raz w miesiącu – to i tak dobrze. Czasem za mało. Ale wystarczy. „Dzień w miesiącu” mieliśmy właściwie tylko raz. W Walentynki, kiedy Synek miał rok i osiem miesięcy. Jego można było zostawić w każdym wieku z kimkolwiek. Wtedy się udało – piękny weekend, choć nie wyjechaliśmy z Warszawy. Mam nadzieję, że uda się kiedyś powtórzyć.

Gdy piszę te słowa, siedzimy wraz z Żoną w autokarze wiozącym nas na drugi w naszym życiu „tydzień w roku”, odkąd urodziło się pierwsze dziecko. Poprzednio wyjechaliśmy po 3 latach związku, po roku od urodzenia Synka. Teraz jedziemy po kolejnych 3 latach, po roku od urodzenia Córki. Nie jest tydzień w roku, ale jest około dwa na trzy lata. Też dobrze. Tym razem przed nami Paryż. Jedziemy zaleczyć nasze małżeństwo, choć wcale nie miewa się źle. Zaleczanie polega na odpoczynku, na wspólnym byciu, na spaniu do późna, na łażeniu do późna. Ważne. I potrzebne.

Kochamy nasze dzieci. Całą trójeczkę (trzecie, siłą rzeczy, musi jechać z nami). Nie chcemy ich opuszczać, zostawiać. Pragniemy, by spędziły czas z dziadkami najlepiej jak to możliwe. Wyjeżdżamy dla nich, by lepiej się nimi zajmować, by więcej im z siebie dawać. By odnowić naszą miłość, którą potem przekażemy im. Jedziemy, ponieważ by dobrze dbać o rodzinę, trzeba najpierw dobrze zadbać o małżeństwo. Bo – przeczytałem to we wspomnianej już wcześniej książce Gajdów – nie ma sakramentu rodziny. Jest sakrament małżeństwa.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy

Reforma sakramentalna

Zwróciłem uwagę, że ostatnio kilka tematów interesuje mnie w sposób szczególny i piszę głównie o nich. Poza liturgiką najczęściej są to sakramenty. Nie dziwię się temu, ponieważ sakrament jest sposobem, w który Bóg objawia się nam na codzień, w normalnym życiu. Życie sakramentalne jest właśnie namacalnym życiem w bliskości z Bogiem. I dlatego właśnie, ze względu na tę bliskość, ale i na łatwość profanacji, niepokoi mnie z każdym momentem coraz bardziej podejście do sakramentów w Kościele.

Nie chodzi mi wyłącznie o Kościół w Polsce, trzeba jednak podkreślić, że tę część Kościoła jest mi najłatwiej obserwować, bo właśnie w Polsce mieszkam. Moi stali czytelnicy wiedzą już, co denerwuje mnie w tym wszystkim najbardziej. Najbardziej denerwuje mnie spęd osobników w określonym wieku, dwa razy w życiu, celem przyjęcia albo Eucharystii, albo bierzmowania. Denerwuje mnie podejście, dotyczące wcale nie tylko rodziców, wcale nie tylko dziadków i wiejskich tradycji, lecz przede wszystkim biskupów i kapłanów, że „tak się robi”. Tak się robi – wysyła się dzieci w wieku 9 lat do Pierwszej Komunii. Wysyła się młodzież w późnym gimnazjum, wczesnym liceum (czy innej szkole średniej) do bierzmowania. Nie zważa się na nic, wysyła się, bo tak już jest, bo tak się robi. Zazwyczaj „tak się robi” wiąże się w tradycyjnym rozumieniu z chrztem albo z małżeństwem – ale odpowiedź na pytanie „dlaczego?” jest prosta. Ponieważ zarówno sakrament chrztu, jak i małżeństwa, pozostaje w tradycji katolickiej (a przynajmniej w polskiej tradycji katolickiej) w indywidualnej gestii rodziców (chrzest) i narzeczonych (małżeństwo). To oni, młodzi ludzie, wielokrotnie przychodzą do kościoła prosić o sakrament, bo „tak się robi”. Tymczasem jeśli chodzi o Eucharystię i bierzmowanie, są one udzielane dzięki współuczestnictwu katechetów, szkół i parafii. Oczywistym tu jest, że tak się robi i niewielu pyta o cokolwiek.

Źródła powyższych problemów upatruję w utwardzonym, zaklepanym rozumienia słowa „powszechny” gdy mowa o Kościele powszechnym. Kościół był powszechny od początku istnienia i oznaczało to, że każdy, kto chce i spełnia warunki, może do niego należeć. Pojęcie zmieniło się, gdy któryś z cesarzy (może był to nawet nasz sławetny Konstantyn) uczynił z chrześcijaństwa religię narodową. Następnie zaś kolejne podboje powodowały chrzczenie kolejnych narodów, częstokroć wbrew woli nie tyle narodów, co indywidualnych ludzi chrzest przyjmujących. Podobnie rzecz miała się z Polską, którą „ochrzczono” prawie 1000 lat po tym, jak powstał Kościół. I tu również wypływało to w dużej mierze ze względów politycznych, a nie wiary indywidualnych osób. Tak oto z powszechności polegającej na otwarciu na wiernych uczyniono powszechność polegającą na tym, że w Kościele byli wszyscy. Przez stulecia system się sprawdzał, choć pospólstwo czciło Boga w dość magiczny sposób, łącząc Go wielokroć z tradycyjnymi pogańskimi zabobonami. Minął jednak czas powszechności Kościoła rozumianej jako „wszyscy”. Pospólstwo weszło do wielkiego świata Europy i nie chciało już siedzieć w tym samym Kościele, do którego zapisywano wszystkich jak leci. Kościół powszechny zaczął się opróżniać, czy – jak już pisałem – wypróżniać.

Do biskupów i starszych wiekiem kapłanów (ale również wielu młodszych) ten stan rzeczy zdaje się nie docierać. Wciąż utrzymują, że w Polsce jest około 90% katolików i nie zauważają, że to mniej-więcej tyle samo, ilu jest zwolenników używania antykoncepcji. Zwolenników aborcji, eutanazji czy związków partnerskich jest wśród tychże katolików nieco mniej, ale fani in-vitro znów górują w statystykach. Księża jednak uparcie chrzczą każdego, kto się nadarzy, wpisują go w księgi parafialne i przyklejają niezrywalną, niewiele znaczącą etykietkę „katolik”. Nawet, jeśli rodzice postanowili ochrzcić go bo „tak się robi”. Potem pchają dzieciaczki do komunii, nawet jeśli nigdy nie widzieli ich w kościele od momentu chrztu. Następnie zaś wysyłają do bierzmowania, bez względu na to, czy ćpają, piją i uprawiają niezobowiązujący seks. A potem taki wybierzmowany zrobi koleżance dziecko i pójdzie z nią do kościoła dać na zapowiedzi, bo „tak się robi”. I przyniesie dziecko do chrztu, dodając je do sumy katolików w Polsce…

Kościół w Polsce, ale pewnie i ten w szerzej rozumianym świecie, powinien natychmiast przeprowadzić reformę sakramentalną. Należy jak najprędzej odejść od praktyki udzielania sakramentów każdemu, bez zasięgania na jego temat żadnych informacji. Bez względu nawet na to, czy danego człowieka znamy, czy nie. Należy zacząć się stosować do wytycznych Prawa Kanonicznego i do zdrowego rozsądku. Zacznijmy od chrztu. Kodeks Prawa Kanonicznego stwierdza, że „Rodzice mają obowiązek troszczyć się, ażeby ich dzieci zostały ochrzczone w pierwszych tygodniach; możliwie najszybciej po urodzeniu, a nawet jeszcze przed nim powinni się udać do proboszcza, by prosić o sakrament dla dziecka i odpowiednio do niego się przygotować” (Kan. 867, § 1). Dalej też dowiadujemy się, że „Do godziwego ochrzczenia dziecka wymaga się: aby zgodzili się rodzice lub przynajmniej jedno z nich, lub ci, którzy prawnie ich zastępują; aby istniała uzasadniona nadzieja, że dziecko będzie wychowane po katolicku; jeśli jej zupełnie nie ma, chrzest należy odłożyć zgodnie z postanowieniami prawa partykularnego, powiadamiając rodziców o przyczynie” (Kan 868, § 1). Rozumiemy więc, że rodzice dziecka mają kanoniczny obowiązek zgłosić się na nauki celem przygotowania się do dobrego przyjęcia przez nie chrztu, tuż po urodzeniu lub jeszcze przed! Nauki takie powinny być również przygotowaniem do wychowania dziecka w wierze, ponieważ do chrztu potrzebna jest uzasadniona nadzieja, że dziecko będzie wychowane po katolicku. De facto takie przygotowanie nie odbywa się nigdy lub prawie nigdy. Wszystko ogranicza się do wypełnienia papierów, księża z rzadka sprawdzają w ogóle tożsamość chrzestnych. Wielokrotnie więc blokada powinna być zakładana już w momencie chrztu, wielokrotnie bowiem nie ma żadnej nadziei na jakiekolwiek katolickie wychowanie – ale nikt tego nie sprawdza!

Jeśli jednak dziecko jest już ochrzczone, wzrasta i idzie do szkoły, prędzej czy później dostąpi możliwości przystąpienia do pierwszej komunii. Oto co na ten temat mówi Prawo Kanoniczne: „Każdy ochrzczony, jeśli tylko prawo tego nie zabrania, może i powinien być dopuszczony do Komunii świętej. Dzieci wtedy można dopuścić do Komunii świętej, gdy posiadają wystarczające rozeznanie i są dokładnie przygotowane, tak by stosownie do swojej możliwości rozumiały tajemnicę Chrystusa oraz mogły z wiarą i pobożnością przyjąć Ciało Chrystusa. Jednakże dzieciom znajdującym się w niebezpieczeństwie śmierci wolno udzielić Najświętszej Eucharystii, gdy potrafią odróżnić Ciało Chrystusa od zwykłego chleba i mogą z szacunkiem przyjąć Komunię świętą. Jest przede wszystkim obowiązkiem rodziców oraz tych, którzy ich zastępują, jak również proboszcza troszczyć się, ażeby dzieci, po dojściu do używania rozumu, zostały odpowiednio przygotowane i jak najszybciej posiliły się tym Bożym pokarmem, po uprzedniej sakramentalnej spowiedzi. Do proboszcza należy również czuwać nad tym, by do Stołu Pańskiego nie dopuszczać dzieci, które nie osiągnęły używania rozumu albo jego zdaniem nie są wystarczająco przygotowane” (Kan 912-914). Należy więc udzielać komunii świętej każdemu ochrzczonemu – owszem – ale na kategorycznych warunkach. Wszyscy, ale posiadający używanie rozumu i dokładnie przygotowani. Co jeszcze ważniejsze – proboszcz ma obowiązek czuwać, by do Pańskiego Stołu nie dopuszczać dzieci, które są niewystarczająco przygotowane. Biorąc tu pod uwagę sytuację opisaną kilka notek wcześniej, gdzie proboszcz dopuścił ucznia, który otrzymał trzykrotnie negatywną opinię podpisaną przez wszystkich katechetów, można zauważyć, jak wielką wagę przykładają proboszczowie do przepisów Kościoła.

Jak moim zdaniem powinna wyglądać sytuacja dzieci idących do Pierwszej Komunii? Skoro przygotowanie do chrztu jest zawsze indywidualne, tak jak (o tym później) przygotowanie do małżeństwa, to i przygotowanie do Eucharystii powinno przebiegać indywidualnie. Katecheza w szkole mogłaby wówczas wspomagać przygotowanie, uczyć prawd o Jezusie i Kościele, ale nie skupiać się na zakuwaniu modlitw (akty, przykazania, składy apostolskie, etc.) których znajomość ma być dowodem na odpowiednie przygotowanie do przyjęcia Chrystusa. Przygotowaniem zajęliby się rodzice, którzy opowiadaliby dzieciom o Bogu, a także oczywiście rodzice chrzestni, mający być dla chrześniaków żywym świadectwem wiary. Dziecko przystępowałoby po raz pierwszy do komunii w sposób, oczywiście, uroczysty i dostojny, może nawet w garniturze czy pięknej sukience, ale bez popisówek wierszykowych, bez wielogodzinnych prób, bez stania w rządku, w tłumie, w którym znika każda indywidualność. Bez oceniania przez kolegów, rodziców kolegów, katechetów, kapłanów i przypadkowych gapiów. Bez całej wielkiej licytacji na to, kto ile dostał, zarówno prezentów, jak i kasy. Każde dziecko szłoby do komunii wtedy, kiedy uznano by jego indywidualną gotowość, kiedy wykazałoby autentyczną, osobistą chęć przyjęcia Chrystusa do swojego serca. A nie wtedy, kiedy cała klasa idzie, bez względu w ogóle na to, czy przez ostatnie 7 lat (od momentu chrztu jakieś dwa lata za późno) w ogóle choć raz pojawiło się w kościele na mszy.

Następnie jest bierzmowanie i oczywiście sytuacja się powtarza. Tu jeszcze mocniej należy podkreślić konieczność indywidualnego przygotowania osoby przyjmującej sakrament. Kodeks mówi co następuje: „Zdatnym do przyjęcia bierzmowania jest każdy i tylko ten, kto został ochrzczony, a nie był jeszcze bierzmowany. Poza niebezpieczeństwem śmierci, mający używanie rozumu wtedy godziwie przyjmuje bierzmowanie, gdy jest odpowiednio pouczony, właściwie dysponowany i może odnowić przyrzeczenia chrzcielne. Wierni są obowiązani przyjąć ten sakrament w odpowiednim czasie. Rodzice, duszpasterze, zwłaszcza proboszczowie mają troszczyć się, żeby wierni zostali właściwie przygotowani do jego przyjęcia i w odpowiednim czasie do niego przystąpili. Sakrament bierzmowania wierni powinni przyjmować w pobliżu wieku rozeznania, chyba że Konferencja Episkopatu określiła inny wiek, albo istnieje niebezpieczeństwo śmierci, lub zdaniem szafarza co innego doradza poważna przyczyna” (Kan.889-891). I znów dowiadujemy się, że do przyjęcia bierzmowania należy być odpowiednio pouczonym i mieć możliwość odnowienia przyrzeczeń chrzcielnych. Zgodnie z KPK to rodzice i duszpasterze, a przede wszystkim proboszczowie powinni dbać o odpowiednie przygotowanie i przyjęcie sakramentu. Proboszczowie – rzeczywiście – dbają o to, ale znów tylko powierzchownie. Przygotowanie do bierzmowania sprawdza się poprzez zdobycie odpowiedniej ilości stempli w czerwonej książeczce i zaliczenie testu związanego z co bardziej skomplikowaną i mniej potrzebną wiedzą teologiczną. I tak oto, podbiwszy wszystkie gorzkie żale, msze święte niedzielne, różańce i drogi krzyżowe oraz (czasem za ósmym podejściem) zaliczywszy test wiedzy o tym, co to jest bierzmo, banda ćpunów i poprawnych politycznie prześmiewców (plus kilku gorliwych katolików) przystępuje do sakramentu dojrzałości chrześcijańskiej, żegnając się częstokroć z Kościołem. Ale nie powinno tak być! Rodzice, kapłani, a także rodzice chrzestni powinni przygotować kandydata do bierzmowania tak, by ten rzeczywiście osiągnął chrześcijańską dojrzałość. Świadek bierzmowania, spełniający te same warunki, które spełnia chrzestny (KPK mówi, że wręcz wypada, aby świadkiem był ktoś z chrzestnych) ma za zadanie, jako i chrzestny, prowadzić swego podopiecznego naprzód w wierze. I znów – zupełną normą powinno być indywidualne, mądre przygotowanie do bierzmowania i osobiście podjęta, dojrzała decyzja. Bez zbędnych, dwugodzinnych prób, bez zbyt wielu zbiorowych spotkań. Bierzmowanie, udzielane w uroczysty sposób, powinno być udzielane indywidualnie. Wówczas, gdy wierny będzie naprawdę gotowy, a nie gdy wypadnie kolej na jego klasę.

I ślub wreszcie, czyli sakrament małżeństwa. O tym można szczególnie dużo pisać, bo i Kodeks Prawa Kanonicznego szeroko opisuje ten sakrament. Prawdopodobnie dlatego, że nie dotyczy on tylko układu człowiek-Bóg. Dotyczy układu człowiek-Bóg-człowiek, a dwoje ludzi w jednym układzie to podwójne kłopoty. Zwróćmy jednak uwagę na sam aspekt przygotowania do małżeństwa. „Duszpasterze mają obowiązek troszczyć się o to, aby własna wspólnota kościelna świadczyła pomoc wiernym, dzięki której stan małżeński zachowa ducha chrześcijańskiego i będzie się doskonalił. Ta pomoc winna być udzielana przede wszystkim: poprzez przepowiadanie, katechezę odpowiednio przystosowaną dla małoletnich, młodzieży i starszych, także przy użyciu środków społecznego przekazu, dzięki czemu wierni otrzymają pouczenie o znaczeniu małżeństwa chrześcijańskiego, jak również o obowiązkach małżonków i chrześcijańskich rodziców; przez osobiste przygotowanie do zawarcia małżeństwa, przysposabiające nupturientów do świętości ich nowego stanu i jego obowiązków; przez owocne sprawowanie liturgii małżeństwa, która winna ukazywać, że małżonkowie są znakiem i zarazem uczestniczą w tajemnicy jedności oraz płodnej miłości Chrystusa i Kościoła; przez świadczenie pomocy małżonkom, ażeby wiernie zachowując i chroniąc przymierze małżeńskie, osiągali w rodzinie życie coraz bardziej święte i doskonałe. Jest rzeczą ordynariusza miejsca troszczyć się o właściwe organizowanie tego rodzaju pomocy, po wysłuchaniu także, gdy się to wyda pożyteczne, zdania mężczyzn i kobiet odznaczających się doświadczeniem i biegłością” (Kan. 1063-1064). I znów, rozumie się samo przez się, przygotowanie do sakramentu małżeństwa to nie zabawa w kotka i myszkę. W ramach przygotowania znajduje się nauka o znaczeniu małżeństwa udzielana od najmłodszych lat, osobiste przygotowanie narzeczonych – nie skupiajmy się tylko na tzw. kursie przedmałżeńskim, który przez mało mądrych księży często bywa wręcz pomijany przez wzgląd np. na ciążę – oraz pomoc współwiernych w zachowaniu małżeńskiej czystości i miłości. Co za tym idzie – narzeczeni chcący przyjąć i udzielić sobie sakramentu małżeństwa, muszą się do tego najpierw doskonale przygotować. Nie tylko uczestniczyć w kursach przedmałżeńskich, ale całym swoim życiem przygotować się razem do całkowitego powierzenia swego wspólnego życia Bogu. Powinni przystąpić do sakramentu nie dlatego, że „tak się robi”, lecz dlatego, że naprawdę pragną budować swoje życie na Bogu. I potem ochrzcić swoje dzieci w tym samym Kościele. I zamknąć koło, które nie będzie już błędne.

Możemy mieć do tego, co napisałem wiele wątpliwości. Po pierwsze biskupi mogą burzyć się, że liczba wiernych spadnie, kościoły opustoszeją. Przecież liczba rodziców chrzczących swoje dzieci ulegnie drastycznej redukcji. Liczba dzieci idących do komunii i dojrzałej młodzieży zmierzającej do bierzmowania znacząco zmaleje. Liczba zawieranych małżeństw zredukuje się do minimum. Ale prawda jest taka, że to nie liczba wiernych spadnie. Jeśli Kościół zdecyduje się na więcej pokory i ograniczenie osób przyjmujących sakramenty do konkretnego, przygotowanego i pewnego minimum, okaże się, że liczba wiernych nie spadła – bo pozostali wcale nie byli wiernymi. Wtedy i tylko wtedy będzie można powiedzieć, że Kościół wreszcie jest powszechny – przyjmuje wszystkich, którzy chcą być wierni. A że jest ich niewielu – nie szkodzi. Siła Kościoła nie leży w ilości, lecz w jakości osób do niego należących.

Pozostaje problem jak to zrobić. Ja oczywiście mogę pisać, ale dopóki coś nie poruszy się na górze, dopóty w nagonce na chrzty, śluby, komunie i bierzmowania nic się nie zmieni. A jeśli nawet się zmieni – czy nie zauważymy oburzenia ludu, któremu nie spodoba się projektowana zmiana? Otóż wydaje mi się, że oburzenie może się pojawić. I nie wszystko będzie łatwe. Ale wyobraźmy sobie Kościół 4 pokolenia w przód. Dziecko przyjmujące chrzest, przygotowujące się do komunii i bierzmowania w wielkiej wierze, w której wyrosło za sprawą rodziców. Wreszcie biorące ślub z drugim dzieckiem, takim samym jak ono. I znów mający dzieci, chrzczone w wierze, i tak dalej. To wygląda jak idylla, utopia. Uwierzmy jednak, że tak może się stać. Jeśli tylko odejdziemy od tradycyjnego udzielania sakramentów wszystkim jak popadnie tylko dlatego, że „tak się robi”.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy

Co powinien chrzestny na Komunii?

Przyszło mi utworzyć wpis kumulacyjny. Wprawdzie o obowiązkach chrzestnych już pisałem, notka zyskuje coraz większą popularność, prześcigając w codziennych statystykach notkę o Ojcu Chrzestnym, choć ten ma ogólny wynik uplasowany o kilka tysięcy kliknięć wyżej niż kolejna notka, więc prześcignięcie go będzie trudne.

Ostatnio jednak przeżywam prawdziwe oblężenie związane z takimi frazami wrzucanymi do googli, jak: „co robi chrzestny na komunii”, „co chrzestny na komunię”, „chrzestna na komunii” czy też „obowiązki chrzestnego na komunii”. Nic w tym dziwnego, jest właśnie maj, czas Pierwszych Komunii Świętych, o czym też już pisałem, zarówno rok temu jak i w tym roku. Wielu rodziców chrzestnych, lepiej lub gorzej spełniających na co dzień swoje zadanie, właśnie teraz zastanawia się, jak należy wypełnić obowiązki chrzestnego czy chrzestnej w obliczu Pierwszej Komunii chrześniaka. Pozytywnym aspektem tego zagadnienia jest to, że nie istnieją żadne konkretne obowiązki chrzestnego związane z Komunią. Ja przynajmniej o żadnych zapisach w tym temacie nic nie wiem. Rodzice chrzestni powinni natomiast być blisko i uczestniczyć w całym wychowaniu, a zwłaszcza w wychowaniu chrześniaków w wierze. To już, choć nie ma oficjalnego nauczania Kościoła na temat obowiązków chrzestnych w obliczu Pierwszej Komunii, przekłada się bezpośrednio na ich rolę. Otóż Komunia to jeden z trzech sakramentów wtajemniczenia chrześcijańskiego. Pierwszym jest chrzest, w którym chrzestni są ustanawiani i przejmują obowiązki. Ostatnim w polskiej tradycji udzielanym sakramentem wtajemniczenia jest bierzmowanie, w którym, co sugeruje się w przepisach kościelnych, chrzestny może (lecz nie musi i najczęściej nie pełni) pełnić funkcję świadka bierzmowania. W rzeczywistości najczęściej wybiera się kogoś bliższego sobie wiekiem. Jeśli zaś chodzi o Eucharystię, która jest druga, udzielana najczęściej we wczesnej podstawówce, chrzestny ma być tylko obecny.

Ale to właśnie chrzestny i chrzestna są tymi, którzy odpowiadają przed Bogiem za chrześcijańskie wychowanie chrześniaków. To właśnie chrzestni zostali powołani do głoszenia swojemu podopiecznemu czy podopiecznej Królestwa Bożego. Zwłaszcza, ale nie tylko, w sytuacji, w której rodzice nie pełnią tej roli, bo albo składali przysięgę o katolickim wychowaniu potomstwa kłamliwie (przez co i ich sakrament małżeństwa jest podejrzany o bycie nieważnym), albo w ogóle nie mają ślubu, a ochrzcili dzieci, bo taka jest tradycja i nie wkładają siły w ich wychowanie religijne. To właśnie rodzice chrzestni muszą w takiej, ale i w zupełnie zwyczajnej sytuacji opowiedzieć chrześniakowi o Panu Jezusie, o prawdzie na temat Jego Ciała i Krwi, o poświęceniu Jego za nas. Chrzestny, w obliczu Pierwszej Komunii, ma za zadanie wskazać dziecku, że najważniejszy w tym wszystkim, w całym tym przedstawieniu, jest Jezus, jest wybór Jezusa na Pana i Zbawiciela, ostateczny i całkowity, a nie prezenty, błyski fleszy, blichtr i konkurs na to, kto piękniej się ubierze. Dziecko, dzięki pomocy swego duchowego przewodnika, którym jest chrzestny i którą jest chrzestna, powinno iść do Komunii z myślą o radości płynącej z Pańskiego stołu, o mocy Jego Ciała. Takie właśnie są obowiązki chrzestnych przy okazji Pierwszej Komunii chrześniaka.

Rolą chrzestnego nie jest kupić najdroższy prezent. Chrzestny, aby nie pokazywać dziecku, że w tej wielkiej uroczystości, jaką jest pierwsze przystąpienie do Ołtarza Pańskiego, najważniejsze są prezenty, może w ogóle prezentu nie kupować. Ja jednak nie sugeruję takiego rozwiązania. Moim zdaniem przyjęcie i prezenty mogą być elementem świętowania wielkiej radości, a zdecydowanie dzieciom to tym bardziej działa na wyobraźnię. Ważne, by przyjęcie było skromne, pozbawione alkoholu (bo to przyjęcie dziecka, a nie dorosłych oraz ponieważ warto przystąpienie do Eucharystii świętować bez alkoholu) i podkreślające to, co się wydarzyło (pełne modlitwy i rozmów o Bogu – choć przecież nie wyłącznie). Ważne, by prezenty były tematycznie związane z życiem sakramentalnym, albo najwyżej neutralne. Chrzestni powinni oszczędzić sobie trudu zdobywania najnowszych ajfonów, laptopów czy quadów, jeży szanghajskich i tygrysów syberyjskich, lecz raczej przynieść Biblię, piękną ikonę, duży, drewniany krzyż lub co innego, co przypomni dziecku o istocie wydarzenia. Jeśli chrzestny ma za dużo pieniędzy, o czym też już pisałem, może wykupić i wybrać się z chrześniakiem na wycieczkę (oczywiście za zgodą rodziców lub z ich współudziałem) do Ziemi Świętej, do Rzymu albo Lourdes. Byle by miało to związek z Chrystusem i Eucharystią. I to nie może być dodatek do prezentu (np. kiczowata książeczka z supermarketu z napisem „Pamiątka Pierwszej Komunii Świętej”), lecz prezent główny. Neutralne dodatki (np. srebrne łyżeczki czy moneta z Janem Pawłem II) powinny chować się w cieniu tego, co wiąże chrześniaka bezpośrednio z Chrystusem. A gotówka, jeśli już taka się pojawi (w co nie wątpię) powinna trafić do kieszeni rodziców, którzy zagospodarują ją, albo przeleją na konto i oddadzą dziecku np. w ramach posagu. Liczenie i licytowanie się kto ile dostał naprawdę nie jest najlepszym pomysłem…

Czy istnieje jakaś tradycyjna rola chrzestnego lub chrzestnej na Komunii? Ta nie wynikająca z założeń roli chrzestnych w Kościele, lecz z ludowych tradycji? Nie wiem. Niektórzy mówią, że chrzestna powinna upiec tort, inni że kupić (uszyć) albę/garnitur/sukienkę itp. Nie wiem. Nie znam się, ja o niczym takim nie słyszałem. Takie rzeczy prawdopodobnie dogaduje się z rodzicami dziecka (podobnie jak zakup świecy czy ubranka do chrztu). Nie ma żadnych odgórnie narzuconych obowiązków. Oprócz tradycji „zastaw się, a postaw się”, odnośnie której już się wypowiedziałem, a która kłóci się z zakładaną rolą chrzestnych w wychowaniu dziecka. Dlatego też właśnie chrzestni powinni przed Komunią przypomnieć rodzicom (zwłaszcza tym, którzy nie skupiają się na katolickim wychowaniu), jaką rolę dla nich wybrali i co to za sobą pociąga. Podkreślić, że nie dadzą dziecku roweru, lecz Pismo Święte. Nie jeża z Syjonu, lecz obraz Matki Bożej. Że nie dołożą się do licytacji pieniężnej, lecz ewentualne koperty złożą w tajemnicy na ręce samych rodziców. To właśnie są obowiązki chrzestnych na Komunii. I to w rzeczywistości może się okazać dużo trudniejsze, niż oczekiwany zakup laptopa.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy

Nie tak, nie tak, nie tak dziewczyno

Mija rok odkąd narzekałem na doroczny spęd bydła, odbywający się zawsze wtedy, kiedy zbliża się czas pierwszej komunii świętej. Kiedy dzieci przychodzą do kościoła tylko dlatego, że właśnie są w drugiej klasie, choć na co dzień się ich w tym kościele nie uświadczy. Nie uświadczy się ich, bo nie przychodzą też ich rodzice, nie zmuszający swoich dzieci do obrządków, których oni sami nie praktykują. Ale w tym jednym przypadku, a mianowicie w obliczu wielkiego przyjęcia, jakim jest Komunia, zarówno rodzice, jak i dzieci pojawią się na mszy, żeby podpisać papierki, poświęcić medaliki i dokonać innych, nie mających znaczenia rytuałów.

W zeszłym roku nie przypuszczałem, że temat będzie dotykał mnie w sposób bezpośredni. Nie w tym rzecz, że sam mam dzieci. Mam, ale są jeszcze za małe, by przejmować się ich pierwszą komunią. Ale mam uczniów. Pracuję w szkole, w której nie każdego roku organizowana jest komunia. Do komunii przystępują więc dzieci w drugiej, trzeciej czy nawet czwartej klasie, wtedy kiedy zbierze się odpowiednia liczba kandydatów. W tym roku pojawił się jednak ciekawy przypadek. Rodzice pewnego dziecka postanowili załatwić sprawę komunii niezależnie od szkoły. Dziecko jest w drugiej klasie, rodzicom wydało się więc czymś naturalnym, że idzie ono do pierwszej komunii. Niezależnie więc od szkoły i katechetów posłali dziecię na kurs komunijny przy parafii, w którym biorą udział uczniowie z innej szkoły. Dowiedziawszy się o terminy imprezy rodzice zamówili też salę na przyjęcie i zaprosili gości. Nikt jednak wcześniej nie zapytał, czy dziecko przypadkiem jest już gotowe na przyjęcie Pana Jezusa do swojego serca.

Mający pewne rozeznanie (lub zwyczajnie usiłujący umyć ręce) proboszcz uznał na szczęście, że w temacie gotowości dziecka do przyjęcia sakramentu szkoła może mieć coś do powiedzenia. Dlatego złożył wniosek o wydanie opinii katechety na temat gotowości ucznia. Katecheta zaś wydał opinię. Opinia była zgodna z prawdą. Dziecko bowiem, mówiąc ogólnie, nie dojrzało do przyjęcia sakramentu Eucharystii. W codziennym przebywaniu z kolegami czy nauczycielami jest krnąbrne, kłótliwe, agresywne i zawistne. Skore do bójek. Jeszcze ciekawiej jest w czasie mszy świętej czy rekolekcji w kościele. Dziecko nie umie bowiem usiedzieć 15 minut we względnym spokoju, nie mówiąc o aktywnym uczestnictwie we mszy świętej. Pyta wielokrotnie „kiedy koniec” jeszcze przed rozpoczęciem mszy. W trakcie rekolekcji musi być upominane, a nawet wyprowadzane z kościoła przez nauczyciela. Na pytanie zaś „co to jest komunia święta” odpowiada „To jest wtedy, jak się dostaje prezenty”. Oczywiście pewnie w całym świecie jest mnóstwo drugoklasistów, którzy w ten sposób myślą czy zachowują się. Ten przypadek traktujmy jako teoretyczny przykład. Jednak każdy przykład i każdy przypadek takiego dziecka oznacza tylko tyle, że takie dziecko jest na przyjęcie Pana Jezusa niegotowe.

Przeciwnicy mojego toku myślenia mówią, że może trzeba dopuścić takie dziecko do komunii i spowiedzi, bo w sakramencie płynie łaska i ona może dotknąć i odmienić. Zgoda, płynie łaska. Ale sakrament to nie jest żadne czary-mary, że jak się przyjmie kawałek opłatka, to cię rozświetli od środka i wewnętrznie przemieni. Sakrament, o czym już pisałem, to łaska, dar, ale i obowiązek. Dlatego dopuszczanie do niego wszystkich jak leci tylko dlatego, że może pomoże, jest błędem graniczącym z grzechem ciężkim. „Dlatego też kto spożywa chleb lub pije kielich Pański niegodnie, winny staje się Ciała i Krwi Pańskiej” (1 Kor 11,27). Zwróćmy też uwagę na to, że jeśli ktoś jest niegodny, niegotowy, to właśnie więcej go nauczy jeśli się go do komunii nie dopuści, niż jakby się machnęło ręką, dobra, niech już idzie. Właśnie wtedy, kiedy człowiek w swojej pysze już wszystko przygotował, tzn. zamówił salę i zaprosił gości, lecz nic nie przygotował wewnętrznie, dużo więcej może dać pokazanie mu, że nie ma racji, niż kiwnięcie ręką, dla świętego spokoju.

Bo sakrament to nie jest przyjęcie i prezenty. To nie jest rytuał koszenia baranków na rzeź prowadzonych. Nieważne, czy ateista, czy satanista, do pierwszej komunii musi iść, a potem też do bierzmowania. Pierwsza komunia i każda kolejna ofiara Eucharystyczna to wybór Jezusa na swojego Pana i Zbawiciela, to przyznanie, że chce się całe życie poświęcić Jemu i z Nim iść, a nawet dla Niego zginąć. To decyzja na całą życiową drogę, a nie tylko na kolor garnituru. I nie ma znaczenia, nie może mieć znaczenia, że już jest sala i zaproszenia wysłane. Prawdę powiedziawszy można było nie zamawiać sali, dopóki nie wiedziało się czy dziecko do komunii się nadaje.

Pracuję jako nauczyciel języka angielskiego. Ale jestem też katechetą. Dlatego jako trzeci katecheta podpisywałem się pod negatywną opinią katechety prowadzącego, potem także pod negatywną opinią wychowawcy. Opinia pisana była trzy albo cztery razy. W grę wchodzi coś, co nazywam casusem Irlandii, tudzież Traktatu Lizbońskiego. W Irlandii przeprowadzono referendum w sprawie akcesji do Traktatu i opinia ludu była negatywna. Przeprowadzono więc kampanię promocyjną, wywołano kryzys i przeprowadzono referendum jeszcze raz. Tym razem wynik okazał się pozytywny. Co powinno się wydarzyć potem? Skoro za pierwszym razem nie uwierzyli ludowi, za drugim też nie powinni wierzyć. Powinni znów przeprowadzić kampanię i za rok przeprowadzić referendum. Ale nie zrobili tego… Podobnie było w przypadku rzeczonego dziecka. Zgłaszano się po opinię kilka razy, ponieważ za każdym razem była negatywna. Czy gdyby okazała się pozytywna, rodzic zgłosiłby się po opinię jeszcze raz? Przecież oczekiwano zmiany decyzji, może należy w związku z tym brać pod uwagę, że decyzja może się zmienić ponownie?

Ostateczne słowo należy do proboszcza, choć nauczyciele podkreślili, że nie są w stanie wydać pozytywnej opinii w kwestii gotowości ucznia do przyjęcia komunii świętej. Co się jednak okaże, czas pokaże. Dziecko jest przekonane, że w maju idzie do komunii. Zobaczymy. Jeśli to się uda, mam nadzieję, że Pan Jezus naprawdę odmieni serce tego dziecka.

„Nie tak, nie tak, nie tak dziewczyno, nie tak nam miało być. Mieliśmy razem iść na wino, bo się nam zachciało pić. I nie tak, nie tak, nie tak dziewczyno, nasze plany wzięły w łeb. Bo kiedy pobiegłem po wino, wtedy mi zamknęli sklep…”

T.Raperzy znad Wisły

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy