Posts Tagged With: Seminarium

Dupek w pozytywnym tego słowa znaczeniu

Dawno nie pisałem notki, a jeszcze dłużej nie pisałem notki w kategorii „O mnie”. Blog, który przez długie lata był blogiem prywatno-teologicznym, teraz wreszcie stał się czysto tematyczny. Mimo tego raz na jakiś czas coś sprowokuje mnie do prywatnych wynurzeń. Tym razem była to moja Małżonka, która zamieściła komentarz na blogu Cytrynny oraz sama Cytrynna, która ten komentarz zedytowała. Komentarz sam głosił, że koleżanki z pracy uważają mnie za „dupka w pozytywnym znaczeniu” jednak ze względów cenzuralnych słowo „dupka” przeinaczono na „tyłka”. Dowcip spalono, ale nie wiedziano o co chodzi, więc uznałem, że warto historię szerzej opisać, troszkę poddając się tak lubianemu przeze mnie kiedyś emocjonalnemu ekshibicjonizmowi.

Historia zaczęła się na późniejszych studiach, czyli już w Łodzi, już po usunięciu z Seminarium. Choć oczywiście towarzyszyła mi od zawsze, jako nienazwana. Nazwała ją znajoma, dziwna ogólnie istota, na owe czasy uczennica liceum. Poznałem ją na dyskotece, bo czasami jako były seminarzysta – buntownik wybierałem się w takie miejsca grzechu i rozpusty. Znajoma była zahukaną, smutną dziewczyną, która usiłowała znaleźć swoje miejsce. Wymieniliśmy się numerami telefonów i zaczęliśmy się spotykać. Nie wyszło z tego nigdy nic, co można by nazwać związkiem. Zwyczajnie przyjacielskie wypady na pizzę, czasem jakieś przytulenie, ale raczej pocieszające, a nie romantyczne. Znajoma zwierzyła mi się z wielu trudnych rzeczy i nie wiedziałem, czy jej wierzyć, choć na część z nich miała dokumentację medyczną. I oto pewnego dnia powiedziała mi, że nigdy wcześniej nikomu o tym wszystkim nie mówiła. Mnie jednak potrafiła zaufać i się zwierzyć. „Wiesz dlaczego?” zapytała. Nie wiedziałem. „Bo jesteś dupkiem”. Nie była to dla mnie pomyślna informacja. „Oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu” dodała, na wszelki wypadek.

Kontakt z tą znajomą urwał się chyba na dobre. Ale hasło „dupek w pozytywnym znaczeniu” przylgnęło do mnie w jakiś sposób na dłużej. Z uśmiechem używa go moja Małżonka, czasem też Albin – mój najlepszy przyjaciel. Przy okazji muszę przypomnieć, że matka owej znajomej pewnego dnia nazwała mnie „chuj, a nie facet”, co miało podobne znaczenie, z tym że mniej pozytywne. Ale jaka właściwie jest definicja dupka w pozytywnym znaczeniu? Sam się nad tym długo zastanawiałem. Dziś już jednak rozumiem i choć nie brzmi to zbyt pięknie, dobrze określa moje podejście do życia. Czy do kobiet.

Kiedy wyrzucili mnie z Seminarium, wiele dziewczyn, które dotychczas traktowały mnie jak kolegę i trzymały kciuki za moje powołanie, nagle zaczęło na mnie patrzeć jak na potencjalnego męża. Nazwałem to zjawisko napisem na czole. Napis, złotymi literami, głosił: „Byłem klerykiem. Nic Ci nie grozi”. W gruncie rzeczy nie chodziło jednak o bycie klerykiem, tylko o mój charakter w ogóle. To JAKIM byłem klerykiem. Otóż ja się z dziewczynami przyjaźniłem. Owszem, podobały mi się, ale bardziej jeszcze je lubiłem. Traktowałem je podmiotowo do tego stopnia, że czasem je to wkurzało. Niektórym dziewczynom, które starały się do mnie zbliżyć, przeszkadzało wręcz, że nie rzucam się na nie jak na kawałek mięsa, ale ja nie wiedziałem czemu miałbym to robić. One myślały, że mi się nie podobają, a więc pewnie są brzydkie. Ja widziałem w nich piękno cielesne, ale i wewnętrzne. Nie przekraczałem granic i trzymałem rączki przy sobie (dlatego mogłem sobie, moim zdaniem, pozwolić na mieszkanie z dziewczyną przed ślubem). Przytulałem dziewczyny, gdy tego chciały – bliższe i dalsze. I nigdy nie było to przytulanie erotyczne. W Seminarium wzbudzałem kontrowersje, bo kolegowałem się ze studentkami, które z nami studiowały teologię (część tych przyjaźni przetrwało do dzisiaj). Nie rozumiałem czemu to kogokolwiek oburza, przecież żadnej nie próbowałem poderwać. Podobnie było po Seminarium – dziewczyny chciały być ze mną bynajmniej nie dlatego, że byłem przystojny i mężny, lecz dlatego, że mogłem przytulić, pocieszyć i, potencjalnie, dobrze wychować dzieci. Nawet moja Żona zwróciła na mnie uwagę, gdy obserwowała moje umazane atramentem z pióra dłonie i stwierdziła, że te dłonie będą nosić jej dzieci. Noszą…

Oczywiście, to wszystko pozytywne. To, że wzbudzam zaufanie. To, że się zaprzyjaźniam, że czasem wysłucham, że przytulę i pocieszę. To jest faktycznie pozytywne. Znaczenie. Słowa „dupek”. Ja mogę wysłać koleżankom w szkole Walentynkę. Koleżanki się wzruszą, pocieszą, podziękują, odwdzięczą. Żadnej z nich nie przyjdzie do głowy, że próbuję je poderwać. Nawet, gdybym robił to właśnie w tym celu. Koleżankom na studiach prawiłem komplementy takie, że się czerwieniły. Przyjaźniliśmy się, ale żadnej z nich nie przyszło do głowy, że próbuję je poderwać. Więcej – podziwiały mnie jako męża i ojca. Czasem mówiły, że zazdroszczą mojej żonie tego, że ma takiego męża. Ale nigdy nie wydawały się odbierać mojego istnienia i zachowania jako próby podrywu. Ot, bardzo sympatyczny, przyjacielski facet. Czasem zabawny rubasznik – moje grube dowcipy są częścią mnie. Mogłem zrobić wiele rzeczy, mogłem powiedzieć wiele słów. I NIC! Ani krztyny podejrzliwości, ani krztyny oburzenia. Tylko szeroki uśmiech na twarzy.

O co chodzi? Nie jestem w stanie tego wyjaśnić. Gdzie jest ten element mojego charakteru, który sprawia, że to, co u innych byłoby odebrane jako próba podrywu, u mnie jest interpretowane jako miły komplement? Nie mam pojęcia. Jednak definicja, którą podała moja znajoma, oddaje to doskonale do tego stopnia, że moja Żona posługuje się nią w komentarzach. Moja Żona nie boi się, że poderwę koleżankę ze studiów czy z pracy, choćbym prawił im komplementy i wysyłał Walentynki. I ma rację. Tylko że sam nie rozumiem dlaczego.

Oto i cały dowcip. Teraz mam to z głowy.

Przepraszam Cytrynnę, że musiała przebrnąć przez cały ten stek wulgarnych wyrażeń ;).

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy

Księża na Księżyc

To znane hasło, propagowane niedawno i miejscami jeszcze modne wśród radykalnych antyklerykałów może znaleźć swój punkt odniesienia szczególnie u jednego, powszechnie znanego kapłana. Wszak, jak dobrze pamiętamy, niejaki Mistrz Twardowski swego czasu zamieszkiwał na Księżycu. Jeśli więc wysyłać tam księży, to może przede wszystkim księdza Jana Twardowskiego? Wybitny poeta i ceniony kapłan z pewnością świetnie by się tam odnalazł. Jego przesłanie byłoby być może jeszcze bardziej dobitne.

Księdza Twardowskiego wszyscy znają przede wszystkim jako poetę. Ci, którzy go mniej-więcej cenią, potrafią zacytować jeden fragment z jego wierszy: „Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Niektórzy jeszcze wiedzą, że „Zostaną po nich buty i telefon głuchy”. Niewielu jednak zna jego historię, dzieje kapłaństwa i twórczości – postanowiłem więc ją nieco przybliżyć.

Jan Twardowski, Syn Jana i Anieli z Konderskich urodził się w Warszawie 1 czerwca 1915 roku. Pierwszym miejscem jego zamieszkania była kamienica przy ulicy Koszykowej 20, po wyjeździe ojca ze względu na wojnę zmienił z matką miejsce zamieszkania. Większość dzieciństwa spędził w kamienicy przy ulicy Elektoralnej 49. Ojciec Jana powrócił do Warszawy pod koniec I Wojny Światowej. Do gimnazjum Matematyczno-Przyrodniczego Jan Twardowski wstąpił za namową ojca, który wymarzył sobie dla niego karierę inżyniera. Dlatego w przyszłości ojciec nie był przychylnie nastawiony do wyboru drogi życiowej syna. Jan junior wstąpił zaś na Uniwersytet Warszawski, gdzie chciał ukończyć studia polonistyczne. Studia przerwała mu II Wojna Światowa. Przez lata wojny przebywał z rodziną w Warszawie. U boku szwagra, Mieczysława Truszkowskiego rozpoczął współpracę z podziemiem; pomagał mieszkańcom getta. W 1944 brał udział w powstaniu warszawskim, został ranny i trafił do szpitala polowego. Po upadku powstania uciekł z transportu do Niemiec i przez kielecczyznę wracał do Warszawy. W Radomiu spotkał się z rodziną i podjął decyzję o wstąpieniu do seminarium. W 1945 roku Jan Twardowski wstąpił do Warszawskiego Metropolitalnego Seminarium Duchownego. W tym samym roku starał się o zaliczenie w poczet studentów Wydziału Teologii Katolickiej Uniwersytetu Warszawskiego, celem ukończenia przerwanych przez wojnę studiów. Studia ukończył w 1948 roku, otrzymując dyplom magistra filozofii w zakresie filologii polskiej. 4 lipca 1948 przyjął święcenia kapłańskie.

Początkowo nie radził sobie jednak w roli kapłana, mdlał z nerwów nawet w trakcie sprawowania mszy świętej. Dlatego wyznaczono mu rolę prefekta i katechety w szkole specjalnej w Pruszkowie. W tej roli spełnił się bardzo dobrze, rozwinął swoją miłość do dzieci i metody wychowawcze. W szkole pracował 3 lata, potem wyruszył jeszcze do kilku parafii, ostatecznie odnajdując swoje miejsce w kościele pw. Józefa Oblubieńca Niepokalanej Bogurodzicy Maryi przy klasztorze Zakonu Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Warszawie, gdzie pierwotnie pełnił rolę rektora, pod koniec życia zaś rezydował tam. Dzięki spokojnej posadzie mógł ukoić swoje nerwy i poświęcić się modlitwie oraz pracy twórczej.

Wydał za swego życia wiele tomów poezji, pisał także felietony, anegdoty, opowieści dla dzieci. Za swą twórczość zdobył liczne nagrody. Nie będę ich tu przytaczał, podam tylko źródła, w których można wyszukać większą ilość informacji. Ksiądz Jan Twardowski zmarł 18 stycznia 2006 roku w Centralnym Szpitalu Klinicznym przy ul. Banacha w Warszawie. Jego pragnieniem było, aby pochować go na Powązkach. Decyzją księdza Prymasa Józefa Glempa został on jednak pochowany w krypcie pod powstającą Świątynią Opatrzności Bożej, co wywołało spore kontrowersje.

Na sam koniec chciałbym się skupić nieco na pracy księdza Twardowskiego w pruszkowskiej szkole. Choć przebywał tam tylko trzy lata, miało to na niego bardzo duży wpływ. Wpływ miało również na szkołę, która nosi dziś jego imię. Po zakończeniu pracy tam napisał wiersz, który wzbudza duże kontrowersje, dla mnie wydaje się jednak niezwykle piękny:

Uczniowie moi, uczenniczki drogie,
ze szkół dla umysłowo niedorozwiniętych,
com wam uczył lat kilka, stracił nerwy swoje,
i wam niechaj poświęcę kilka wspomnień świetych.

Jurku, z buzią otwartą, dorosły głuptasie-
gdzie się teraz podziewasz, w jakim obcym tłumie –
czy ci znów dokuczają na pauzie i w klasie –
i kto twe smutne oczy nareszcie zrozumie.

Janko Kosiarska z rączkami sztywnymi,
z noskiem co się tak uparł, że został króciutki –
za oknem wiatr czerwcowy z pannami ładnymi –
a tobie kto daruje choć uśmiech malutki.

Pamiętasz tamta lekcję, gdym o niebie mówi,
te łzy co w okularach na religii stają –
właśnie o robotnikach myślałem z winnicy,
co wołali na dworze – nikt nas nie chce nająć.

Janku bez nogi prawej, z duszą pod rzęsami –
grubasku i jąkało – osowiały, niemy –
Zosiu coś wcześnie zmarła, aby nóżki krzywe
szybko okryć żałobnym cieniem chryzantemy.

Wojtku wiecznie płaczący i ty coś po sznurze
drapał się, by mi ukraść parasol, łobuzie –
Pawełku z wodą w głowie i ty niewdzięczniku
coś mi żaby położył na szkolnym dzienniku.

Czekam na was, najdrożsi, z każdą pierwszą gwiazdką –
ze srebrem betlejemskim co w pudełkach świeci –
z barankiem wielkanocnym. – Bez was świeczki gasną –
i nie ma żyć dla kogo.
Ten od głupich dzieci.

Tak się składa, że sam obecnie pracuję w szkole specjalnej – nie w Pruszkowie jednak, lecz w Wołominie. I tak się składa, że biorę czynny udział w nadaniu imienia tejże szkole – a będzie nosiła również imię księdza Jana Twardowskiego. Dlatego właśnie piszę tę notkę – aby sobie i Wam przybliżyć postać, która będzie patronować szkole, opiekować się teraz moimi uczniami. Jeśli zaś ktoś z Was jest zainteresowany wzięciem udziału w tym wielkim wydarzeniu i dołożeniem swojej cegiełki do całego dzieła (a szkoła wciąż poszukuje sponsorów, którym leży na sercu postać księdza Twardowskiego), to bardzo proszę o kontakt ze mną pod adresem maurycy_to@o2.pl .

W notce wykorzystałem następujące źródła:
Magdalena Grzebałkowska, Ksiądz Paradoks, Biografia Jana Twardowskiego, Kraków 2011;
Jan Twardowski, Zaufałem drodze, Wiersze zebrane 1932-2006.

Źródło zdjęcia: http://www.poema.art.pl/site/sub_387_x_jan_twardowski.html

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Zaskoczenie

Znów mam opóźnienie, tydzień mija a notka ma odnosi się do tygodnika Wprost z 11 kwietnia 2011 roku. Dokładnie do artykułu, który w poniedziałkowym przeglądzie prasy w Dzień dobry TVN zaproponował pan Jacek Żakowski, mówiąc, że poznamy z niego informacje, które nas zaskoczą. Artykuł dotyczył życia i wychowania w wyższych seminariach duchownych. Wraz z żoną, po interesującej recenzji, postanowiliśmy z czystej ciekawości kupić Wprost i artykuł przeczytać, co też tego samego dnia zrobiliśmy.

Rzeczywiście, w czasie lektury artykułu „Seminarium toksyczne – być klerykiem” przeżyłem zaskoczenie. Bynajmniej nie tym, że artykuł traktuje życie w seminariach (przynajmniej w ich większości) absolutnie negatywnie, absolutnie negatywnie pisze też o dyscyplinie czy edukacji kleryków. Niczego innego się nie spodziewałem czytając artykuł we Wproście. Te cechy artykułu nie zaskoczyły mnie, lecz rozjuszyły. Zdaję sobie bowiem sprawę z faktu, że właśnie owe miał na myśli pan Żakowski mówiąc, że artykuł zaskoczy. I że większość ludzi, którzy za namową Ż. to przeczytają, naprawdę się zszokuje. I uwierzy w każde słowo tam zapisane. To mnie wkurza – i to, że to nie Hołownia recenzował wyżej wymieniony artykuł.

Mogę potwierdzić, że seminarium nie jest miejscem bijącym nieskazitelną świętością. To miejsce jak każde – gdzie są sytuacje gorsze i lepsze. Momenty bardziej i mniej święte. Ludzie bardziej lub mniej na księży się nadających. Byłem przez rok w seminarium i, w przeciwieństwie do bohaterów artykułu, muszę powiedzieć, że nigdzie nie czułem Boga tak, jak tam. Chociaż, w przeciwieństwie do Karola, jednego z bohaterów, nie wstawałem o 5:30, lecz o 6:00. Nie miałem też zakazu posiadania telefonu. Ale wykładowcy byli, nie ukrywajmy, mniej lub bardziej kompetentni. Koledzy mniej lub bardziej pasujący do miejsca (znajomy, który w czasie wycieczki do Częstochowy stwierdził, że „nie było żadnych fajnych dup” jest tu, sądzę, najlepszym przykładem). A tylu dowcipów o księżach i zakonnicach co w progach Domu nie poznałem nigdy. Do dziś je zresztą opowiadam i do dziś wielu śmieszą (znam jednak osoby, które raczej gorszą). Fakt, że zostałem usunięty z seminarium przez rektora za coś, za co niewielu by mnie usunęło. I przez dłuższy czas nie mogłem się z tym pogodzić. Ale w wyraźny sposób naruszyłem zasady. A jeśli nie przestrzega się zasad, to nie pasuje się do seminarium. To jest norma i nie ma powodu, by ktokolwiek pod nią nie podchodził.

Nie zaskoczył mnie również w artykule dobór autorytetów rozumiejących o co chodzi w seminariach. Z prof. Tadeuszem Bartosiem (czołowym odszczepieńcem, niegdysiejszym zakonnikiem) i o. Jackiem Prusakiem na czele. Wiadomo, że tylko ci, którzy nie zgadzają się z Kościołem katolickim są w stanie kompetentnie się na jego temat wypowiadać. Swoją drogą wciąż się zastanawiam co i dlaczego wciąż trzyma Jacka Prusaka w zakonie Jezuitów i w Kościele w ogóle. Nie mam na myśli tylko tego, dlaczego nie odszedł. Raczej dlaczego go nie wyrzucili…

Zaskoczyły mnie dwie rzeczy. Jedna mniej, druga bardziej. Cytat tego, co mniej: „Kościół katolicki obchodził dzień judaizmu i z tej okazji w krakowskiej synagodze miało się odbyć polsko-żydowskie nabożeństwo. Karol zaproponował, by klerycy wzięli w nim udział, ale ksiądz wyśmiał pomysł. – Zapytał, czy widzieliśmy żyda modlącego się w kościele. Nie zrozumieliśmy, o co mu chodzi, więc wyjaśnił, że śmieszy go dialog między religiami, bo mówią o nim tylko katolicy, a żydzi i tak mają pretensje. A w ogóle ekumenizm jest bez sensu”. Ksiądz rektor (tu zwany dyrektorem – być może seminarium w Krakowie ma dyrektora zamiast rektora) wyraził własne zdanie. Często rektorzy mają kontrowersyjne poglądy, nasz np. wygłosił kiedyś kazanie, w którym ogłosił swoje niezrozumienie dla prób uświęcania Adama i Ewy. Okej – mogło zaboleć. Ale każdy ma swoje poglądy i to nie sprawia, że seminarium jest złe. Co mnie jednak zaskoczyło w tym fragmencie? Że nazywa się ekumenizmem dialog międzyreligijny. Podczas, gdy ekumenizm to dialog między wyznaniami chrześcijańskimi. Ale w porządku, sam dowiedziałem się o tym niedawno, kleryk Karol (i redaktorzy Wprostu) mógł się tego nigdy nie dowiedzieć. Jest jednak coś, co zaskoczyło mnie znacznie bardziej.

Dwóch kleryków wyjechało razem w góry, ktoś doniósł, że widziano ich z dziewczyną. Była to nieprawda, ale i tak postawiono ich przed wyborem: wypad albo dziekanka. „Kolega postanowił odejść, Michał wybrał dziekankę.” I teraz, uwaga!: „Przez rok był wikariuszem w niewielkiej parafii i uczył religii w szkole. Lubił to. Ale kiedy wrócił do seminarium, szybko zrozumiał, że nie zniesie panujących tam stosunków.” I dalej: „Gdy byłem wikariuszem, traktowali mnie jak partnera, ale w seminarium stałem się dla nich znowu ‚kotem'”. Podejrzewam, że wielu z Was już wie, co mnie zaskoczyło. Otóż wikariusz to ksiądz wyznaczony do pomocy proboszczowi w prowadzeniu parafii. Naturalna kolej rzeczy to: kończysz seminarium, przyjmujesz święcenia diakonatu, prezbiteratu i idziesz na parafię, a więc zostajesz wikariuszem. Żaden kleryk wysłany na urlop dziekański nigdy nie może być wikariuszem, bo nie posiada święceń kapłańskich. Ba, nawet po pierwszych święceniach – diakonatu – może wyłącznie pomagać w niektórych czynnościach, może być diakonem, ale nie wikariuszem. Pisanie o człowieku, który na urlopie dziekańskim był wikariuszem w parafii jest więc niczym innym, jak wierutnym kłamstwem spreparowanym dla osób, które o strukturach Kościoła bladego pojęcia nie mają. I które uwierzą we wszystko, co się im poda, pod warunkiem że będzie to antykościelne.

Tego rodzaju rzecz, która zgodnie z zapowiedzią pana Żakowskiego mnie zaskoczyła, wybitnie świadczy o jakości „zaskakujących” artykułów we Wproście. A tak swoją drogą – czy redaktor naczelny Wprostu, pan Tomasz Lis, odgryzł sobie pół języka zgodnie z obietnicą, że zrobi to, jeśli Lech Kaczyński nie wystartuje w najbliższych (czyli już minionych) wyborach prezydenckich? Nie wiem tego, ponieważ we Wproście tylko pisze, ale niestety nic nie mówi…

PS. Jeśli wydaje Wam się, że nie dość wiele napisałem na temat tego, jak jest w seminarium, dajcie znać, zadawajcie pytania. Ja spróbuję sobie przypomnieć, choć minęło już prawie sześć lat ;).

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Walczyć igłą

Pojechałem na pogrzeb – w zeszłą środę, tydzień temu. To był dzień, który zapamiętam na długo. Spotkałem się z kolegami w sutannach, z ojcem duchownym. W ogóle msza pogrzebowa trwała chyba ze dwie godziny, koncelebrowana przez 20-30 kapłanów. Klerycy z mojego roku obstawiali czytania, psalmy i pomoc przy ołtarzu. Nawet chór seminaryjny śpiewał.

Na koniec, przy podziękowaniach i kondolencjach, wystąpił na przód dziekan naszego roku (gdzie indziej zwaliby go starostą) Paweł i powiedział ile Kuba dla nas znaczył. Potem wyjął jeden z ostatnich listów, które Kuba wysłał do nich do seminarium i zacytował. I ten cytat poruszył mnie najbardziej.

Jeśli utną mi jedną rękę, przestanę walczyć dzidą i przerzucę się na miecz. Jeśli zostaną mi dwa palce, będę walczył igłą. To zadanie stoi nie tylko przede mną, ale również przed Wami.

Nie muszę chyba tłumaczyć znaczenia tych słów. Walczyć igłą… Koniec notki.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

And that’s the way the cookie crumbles

Był niski, chudy i miał włosy tak trochę w stylu afro. Może bardziej w stylu Chopin po koncercie? Często uśmiechnięty, za to nigdy się nie złościł. Spokój. Ojciec Maciek stwierdził, że ciężko określić jego charakter, bo wykazuje niespotykany zanik uczuć. Wykazywał do tego znaczący geniusz. Miał same piątki. Prawie same.

Kiedyś już o nim pisałem. Dwa razy. Bo to był jeden z najlepszych kleryków na naszym roku. Kiedy pytali go czemu poszedł do seminarium, odpowiedział po prostu, że chciał służyć Bogu i ludziom. Ale to był jeden z tych przypadków, który wyglądał wiarygodnie.

Oprócz tego lubił fantasy. I Pokemony. I Japonię. Bratnia dusza.

Mama zapytała go kiedyś na jakie pójdzie studia. Odparł, że do seminarium. Zdenerwowała się i powiedziała, że ma sobie wybrać coś innego. „W takim razie japonistyka”. „Japonistyka? A co ty po tym będziesz robił?” „Pójdę do seminarium”.

Na studniówkę nie poszedł. Nie lubił takich imprez. Śmiał się, gdy szedł do kościoła na siódmą, a jego kumple w tym czasie mijali go, na kacu.

Miałem w nim ogromne wsparcie. Gdy chłopaki o coś się na mnie gniewali, zawsze wzruszał ramionami i mówił, że przecież nie ma o co. Raz, jak dostałem karty do Magica, rozegraliśmy partyjkę. Sam zbierał jednak raczej karty z Pokemonami. Wymienialiśmy się nowościami ze świata Johto. Gdy przegapiłem parę odcinków, dał mi kasetę ze swoimi. Ja zbierałem, on nagrywał, oglądał i kasował. Tę kasetę mam do dziś. „Pokemony dla Jamesa”.

Miał na imię Kuba. Na księdza nadawał się jak nikt. Jak nikt. Żył tym, to było widać. I był kochany. Bo taki cichy i spokojny. Uczył się dużo. Choć, jak twierdził, wcale tego nie lubił. „To dlaczego nie nauczysz się na trójkę żeby mieć spokój?” – spytałem kiedyś. „A skąd mogę wiedzieć, że już umiem na trójkę?”

W pokoju miał pustkę. Puste półki, czyste biurko. Pościelone łóżko. Jakby wcale się tam nie wprowadził. I tylko kalendarz z Pokemonami na ścianie.

Spotkałem go w wakacje. Ucieszyliśmy się jak dzieci. Przyszedł do Skarżyska, do Ostrej Bramy, na „pieszą pielgrzymkę” ze Starachowic, bo była ładna pogoda. Ja szedłem akurat po Monikę do szkoły. Roześmiał się. „A tak sobie myślałem, czy spotkam Mateusza…” Później już się nie spotkaliśmy.

W okolicy Bożego Narodzenia dostałem wiadomość od Anity, naszej wspólnej przyjaciółki, że Kuba przerwał formację. Ma raka płuc i bierze chemię. Nie przypuszczałbym… Nigdy nie palił papierosów. A jednak nie byłem w szoku. „Jeśli ktoś” – pomyślałem – „to właśnie Kuba”. Człowiek, który mógłby dać idealne świadectwo pięknego umierania. Świadectwo bycia wybranym, by odejść wcześniej. Czułem, że nie przeżyje. I wiedziałem, że Bóg wybrał dobrze.

Miałem go odwiedzić w ferie.

Nie znalazłem czasu.

Nie wiem kiedy pogrzeb. Ale chociaż tam postaram się być. Spotkam Anitę. I kolegów – już w sutannach.

Dziś przeżyłem mszę w sposób cudowny. Wiem, że Kuba też tam był. Bo teraz jest jeszcze szczęśliwszy niż był w seminarium.

„A sprawiedliwy, choćby umarł przedwcześnie, znajdzie odpoczynek. Starość jest czcigodna nie przez długowieczność i liczbą lat się jej nie mierzy: sędziwością u ludzi jest mądrość, a miarą starości – życie nieskalane. Ponieważ spodobał się Bogu, znalazł Jego miłość, i żyjąc wśród grzeszników, został przeniesiony. Zabrany został, by złość nie odmieniła jego myśli albo ułuda nie uwiodła duszy: bo urok marności przesłania dobro, a burza namiętności mąci prawy umysł. Wcześnie osiągnąwszy doskonałość, przeżył czasów wiele. Dusza jego podobała się Bogu, dlatego pospiesznie wyszedł spośród nieprawości. A ludzie patrzyli i nie pojmowali, ani sobie tego nie wzięli do serca, że łaska i miłosierdzie nad Jego wybranymi i nad świętymi Jego opatrzność. Sprawiedliwy umarły potępia żyjących bezbożnych, i dopełniona wcześnie młodość – leciwą starość nieprawego. Zobaczą bowiem kres roztropnego, a nie pojmą, co o nim Pan postanowił i w jakim celu zachował go bezpiecznym. Patrzą i żywią pogardę, ale Pan ich wyśmieje.” (Mdr 4, 7-18)

I każdy z nas odejdzie. I tak się właśnie kruszy ciacho…

[*]

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 10 Komentarzy

Ja czy nie ja?

Pewnie wielu z Was znów napisze, że ciągle tylko narzekam. Że nie mogę się pogodzić z tym co było, zapomnieć, zacząć żyć normalnie. I pewnie będziecie mieli rację. To wielce prawdopodobne, że jestem malkontentem. Ale również prawdopodobne, że mam powody by być…

Okej, może nie są to powody takie, jak pisała Makota, że mnie opuścili przyjaciele. Może są mniej ważne. I może się powtarzam, znów się powtarzam. I są ludzie, którzy piszą, że nikt nie lubi, gdy człowiek się rozczula nad sobą na blogach. I pewnie tego nie lubicie. A notka o Awansie nie padła tak dawno, by znów wracać do ciężkich spraw. Ale wrócę, może ktoś mnie przytuli…

A pomysł na notkę wziął się stąd, że z jakiegoś powodu zacząłem przeglądać notki z mojego pierwszego bloga. Notki i komentarze, zwłaszcza te do notki ostatniej. Te, gdzie tyle ciepła spotkało mnie z Waszej strony, gdzie mogłem się czuć dowartościowany, gdzie mogłem czuć, że rzeczywiście mam mnóstwo przyjaciół. Ale były ku temu powody. Ja, ważny jak nic kleryk, Ten, Który Studiuje W Seminarium, zsstąpiłem z wysokości do Was, małego proszku ludzkości (mam nadzieję, że odczytaliście w tym zdaniu ironię, bo owszem, zdanie to było pełne ironii) by Wam towarzyszyć, by Wam pomagać. By dzielić się z Wami tym, co zostało mi przekazane przez ten rok w Seminarium. Tak na serio nie czułem się jakoś specjalnie ważny. Ale wiedziałem, że moja wiedza po jednym roku teologii jest trochę większa niż człowieka po zeru latach teologii. I pomagałem Wam. Pokochaliście mnie i uwierzyliście we mnie, w moje powołanie, w to, że zostanę księdzem. Ja pokochałem Was i widziałem, że to co robię, jest dobre. Było dobre. Może czasem byłem, jak to ujmuję, rubaszny, ale najczęściej zachowywałem się dobrze i naprawdę w miarę moich możliwości starałem się pomóc. Nikt nie uważał mnie za takiego, co pozjadał wszystkie rozumy, choć wielu się ze mną nie zgadzało. To jasna sprawa. Miałem autorytet. Byłem klerykiem.

Dziś już od ponad roku nie jestem. Przez jakiś czas, jak już pisałem, zawzięcie walczyłem. Wy walczyliście ze mną. Podejrzewam, że listów z prośbą o ratunek wpłynęło do rektora więcej niż mógłbym przypuszczać. Ale potem zostałem sam, w dużym brzydkim pokoju w Rzgowie, robiąc w McDonaldzie i wielu z Was o mnie zapomniało. Może nie do końca zapomniało, ale niewielu pamiętało, że jeszcze przed chwilą byłem klerykiem, że jeszcze przed chwilą, no kurczę, nie oszukujmy się, miałem autorytet. Szybko stałem się „księdzem” w żartach, zacząłem być popychany (no dobra, nie przez Was, ale przez wielu nowych znajomych). Czułem się jak rzucony na głęboką wodę, bez koła ratunkowego. Do tego wokół mnie zaczęło pływać stado rekinów, a moja wiara i miłość nie była na tyle silna, by wyjść z tego spotkania bez szwanku. Wy czasem mi pomagaliście, ale, jak mówię, częściej słyszałem słowa w stylu „czemu ty ciągle narzekasz?”. Tak więc nie, nie wyszedłem z tego bez szwanku. Niestety.

I tak dziś czytam notki z poprzedniego bloga. Wspierane autorytetami, cytatami z Pisma Świętego. I czytam te najnowsze. Ogromna różnica. Mniej wkładanego serca. No i przede wszystkim: tak, ja tak uważam i to jest bezwzględna prawda! Może jest… Ale nie potrafię jej już poprzeć cytatem, nie potrafię znaleźć odpowiedniego autorytetu, który stoi za moim myśleniem. Bo od roku nie mam z tym wszystkim kontaktu. Dziś wokół mnie świat. Świat studentów, na japonistyce buddystów, rastamanów, zwolenników reinkarnacji, panków, obśmiewców. Ja sam. Po co poszedłem na japoński? Bo kiedyś chciałem jechać na misje do Japonii. Może nadal chcę? Tak, chcę. Chcę skończyć teologię. Chcę wiązać życie z Bogiem, jak by to nie miało wyglądać. Ale jest ciężko. Ciężko wstać rano na 7 do kościoła, ciężko bronić Boga i Kościoła wobec buddystów, którzy identyfikują mnie „w żartach” z Radiem Maryja. Ciężko modlić się codzień, ciężko nie grzeszyć. Ciężko nie zmieniać się pod wpływem otoczenia w którym nie ma Cię kto wesprzeć. Są przyjaciele, ale są daleko. I często nie rozumieją. Często nie rozumieją, że obiecałem Bogu, że będę tylko Jego. Nie rozumieją, że do dziś nie mogę się pogodzić z tym, że nie ma mnie w Seminarium. To przykre…

Przykre, że ja też przestaję to rozumieć. Ja czy nie ja?

„Mija czas i każdy z nas, choć ten sam, jest inny…” – Wilki.

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 10 Komentarzy

Uczmy się żyć modlitwą

Nie wiedziałem jak zatytułować tą notkę. W zasadzie miała powstać zaraz po pielgrzymce, ale nie powstała. Jakoś tak się nie zeszło. W ogóle rzadko się ostatnio schodzi, bym siadł i coś tu napisał. Ale wreszcie piszę, choć z rana wstaję i pędzę do Łodzi. Więc na początek apel: Uczmy się żyć modlitwą!

Rok już prawie minął od tamtego momentu. Momentu, jak mi się dotąd wydawało, najgorszego w mym życiu. Oto nagle to, co wydawało się musieć, nie jest. Oto nagle to, co niby czułem, że Bóg mi wyznaczył, prysło. Oto nagle zostałem sam, zupełnie sam, z nieziemskimi problemami. Minął prawie rok. Przez ten rok tkwiła we mnie drzazga. Drzazga żalu, nienawiści, złości. Ta drzazga tkwiła, a ciało wokół niej ropiało paskudnie. Czasem ktoś przeszedł i próbował tą ranę zasklepić. Ropa zasychała, drzazga przestawała uwierać. Po to, by zaraz strup odpadł, ropa wypłynęła i ciało zaczęło pulsować. Przez ten rok stałem się nie do wytrzymania. Złośliwy, wypominałem ludziom ich błędy, robiłem z nich problemy, których w rzeczywistości nie było. Wylewałem hektolitry jadu. Niewielu o tym mówiło, ale wielu to odczuwało. Zwłaszcza najbliżsi – ci, którzy usiłowali mi pomagać. A ja cieszyłem się, gdy komuś się oberwało. Czułem dziką satysfakcję. Jednak najbardziej pożądałem zemsty. Zemsty na księdzu rektorze, na proboszczu, na jego wikarych. Zemsty, której dokonać nie mogłem. Rok minął od tamtego czasu, poznałem dziewczynę, której najbardziej się ode mnie przez to dostało, zaręczyłem się, a potajemnie śniłem o Seminarium. Śniłem, by wrócić.

Nadeszła pielgrzymka. Pierwsze dwa dni to był koszmar. Chłopaki, którzy tworzyli naszą społeczność, a których od roku nie widziałem, nagle zaczęli się pojawiać. Kilku w mijanych po drodze parafiach, kilku w innych grupach pielgrzymkowych. Strupy pękły, drzazga zaczęła się wiercić we wszystkie strony. Ale zacząłem sobie zdawać z tego sprawę. Zacząłem rozumieć że swoim żalem, swoimi nerwami psuję życie najbliższym. Zacząłem liczyć momenty w których wbijałem szpilę mojej Pani. Kilka, kilkanaście dziennie. A ona milczała, spokojnie to znosiła. Dlaczego? Zapałałem do siebie nienawiścią. To spowodowało, że nadszedł wreszcie dzień w którym załamałem się nerwowo. A im bardziej to czułem, tym bardziej dawałem się we znaki innym. A im bardziej dawałem się im we znaki, tym bardziej to czułem. Nadszedł wieczór. Wieczór, którego wolałbym nie pamiętać. Wieczór, który powinienem pamiętać, jako przestrogę dla siebie.

Nikomu nie zrobiłem krzywdy. Nikogo nawet nie dotknąłem. Tylko krzyczałem i biłem głową w futrynę. Bała się mnie. Podeszła dopiero gdy trochę się uspokoiłem. Ale to był wieczór, w którym wiedziałem, że drzazga nie może się dłużej psuć. Że muszę ją wyjąć.

Z samego rana była rozmowa z O. Rafałem. Rozmowa i spowiedź. Powiedział mi coś, czego nie spodziewałem się usłyszeć. Coś, co nigdy nie przyszło mi do głowy. Spytał: „Czy masz żal do Kościoła?” „Nie do całego. Do niektórych ludzi”. „A czy masz żal do Boga?” Pomyślałem chwilę. „Chyba nie”. „Wierzysz, że Bóg działa przez Kościół? Że założył go, by dawać nam wskazówki?” „Taka jest moja wiara. W to wierzę”. „A więc pomyśl – rektor dostał w tym Kościele władzę. Dostał możliwość rozeznawania powołań. Powołań, które daje Bóg. I przez Kościół, przez rektora Bóg mówi nam, czy mamy powołanie, czy nie.” Zamyśłiłem się. Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Kontynuował więc: „Zastanów się, czy to przypadkiem nie było całkowicie twoje. Czy to nie ty powiedziałeś, hej, Boże, ja idę teraz Ci pomagać, a Ty to zaakceptuj. Pomyśl, jeśli cię wyrzucili, decyzją Kościoła, któremu Bóg dał władzę, jeśli cię wyrzucili, to czy ty w ogóle miałeś powołanie?” O kurczę. Może się Wam to wydać dziwne, ale on miał rację. On miał rację – to było tylko moje. Tylko i wyłącznie moje myślenie, moje postanowienie. Ani krztyny Bożego powołania. Oni to odkryli. Oni uwolnili mnie. Dzięki nim została mi udzielona kolejna szansa, której wcześniej nie widziałem. To możliwe. To pewne. Dzięki temu poznałem dziewczynę, po stokroć wspanialszą niż ktokolwiek inny na świecie. Dzięki temu znów marzę o idealnej rodzinie, o małżeństwie i dzieciach. Marzę? A może to nie Boże powołanie? Może znów jestem w tym tylko ja? To się jeszcze okaże.

Reszta pielgrzymki była cudem. Choć nie sądziłem, idąc na nią, że cokolwiek się odmieni. Drzazga wyszła. Przeprosiłem wszystkich. Wybaczyłem księdzu rektorowi, który dostał awans na biskupa i witał nas serdecznie przy wejściu na Jasną Górę. Adoptowałem duchowo drugiego dzieciaka. Dowiedziawszy się, że moja Pani odmawia dziennie dwie (odkąd podjęła się wraz ze mną duchowej adopcji – trzy) dziesiątki różańca, zdecydowałem się na cały. A słysząc od ludzi, że mają maturę czy dużo zajęć i brak im czasu na modlitwę, znów zacząłem odpowiadać starą opowieścią o Matce Teresie.

Pewnego dnia Matka Teresa głosiła jakąś mowę: „I musicie poświęcić na modlitwę godzinę dziennie. Taka godzina z pewnością ułoży wasz dzień”. Wtedy odezwał się pewien biznesmen: „Ale ja jestem bardzo zapracowany. Nie mam czasu na godzinną modlitwę”. Na to Matka Teresa: „A, to co innego. W takim wypadku pan potrzebuje dwóch godzin modlitwy dziennie”.

I to nie są wrzuty. No nie są szpile wbijane ze złośliwości. To szczera chęć pomocy. Innym, ale i sobie. Bo wiem, że przez ten rok opuściłem się znacznie. Przestałem praktycznie rozmawiać z Bogiem. A przecież Bóg czeka na mnie. Czeka na każdego z nas. Ja już nie pragnę modlić się godzinę dziennie. Nie pragnę odmawiać dziennie jednego różańca ani dwóch pacieży. Pragnę znów, na nowo żyć modlitwą. Pragnę, by cały, calutki mój dzień wypełniała modlitwa. Bym do każdego człowieka podchodził z czcią, jakby w nim sam Bóg mieszkał. Pragnę tego, by każda wykonywana przeze mnie praca była dla Niego i dla drugiego człowieka. Modlę się o wyzdrowienie dla mnie. O to, bym już nigdy nie walił głową we framugę. Modlę się, bym potrafił żyć modlitwą. Wy też spróbujcie…

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Nowe życie człowieka z Różańcem w kieszeni

Wprawdzie blog nie wygląda jeszcze tak jak powinien, ale i tak czuję, że już najwyższy czas, by powrócić. Mam nadzieję że Bartek i Miśka jeszcze dziś uporają się z wyglądem stronki, a tymczasem notka będzie już sobie wisiała.

Witam wszystkich. Nazywam się (…) i przez rok byłem klerykiem. Był to najważniejszy i najwięcej chyba dla mnie znaczący okres w moim życiu i niezmiernie żałuję, że trwał tak krótko. Zostałem usunięty z seminarium za poprzedniego bloga którego prowadziłem, a do którego link będziecie mogli załapać w ulubionych. To, że zostałem za niego usunięty nie znaczy jednak, że zatraciłem powołanie i ideały. Stąd pomysł by założyć nowego bloga, którego nazwę „w obronie życia i świętości” i choć nie dane mi było pobierać nauki teologicznej przez dłużej niż rok (musiałem zabrać papiery również z uczelni), to na tyle na ile potrafię będę się starał pomagać, odpowiadać na Wasze pytania, pisać o życiu i świętości. I od dziś nie muszę się już martwić, jeśli komuś się to nie spodoba. Chociaż, podkreślę raz jeszcze, niczego tak w życiu nie przeżyłem, jak cudownego roku spędzonego na formacji w moim byłym, do niedawna wydawało się że jedynym, domu. I, podkreślę jeszcze raz, z pewnością będę się martwił, jeśli komuś się to nie spodoba…

Dziś jestem studentem polonistyki. Udało mi się dostać na studia zaoczne do Łodzi i być może będę tam szukał pracy i mieszkania. A co za tym idzie, mój dostęp do internetu może zmniejszyć się jeszcze bardziej niż gdybym był w seminarium. Tak czy inaczej studiuję polonistykę i mam już nowych przyjaciół nawet, których serdecznie, serdecznie pozdrawiam, bo z pewnością to czytają. Pozdrawiam Paulinę, Anię, Albina, Piotra i Jacka. Jestem studentem polonistyki dzięki jednemu życzliwemu kapłanowi z seminarium, któremu bardzo podobał się mój blog. On to polecił mi, bym studiował polonistykę. Stwierdził bowiem, że mam talent (taaa, wiem, to śmieszne ;), i że powinienem go rozwijać. Dziękuję bardzo serdecznie! Tak naprawdę nigdy nie planowałem studiować polonistyki, jak również nie planowałem studiów zaocznych, ani studiowania w Łodzi. Jak jednak mówię, Bóg rzucił mnie na głęboką wodę i nie mam za wiele czasu żeby wypłynąć i zaczerpnąć powietrza. Co On sobie tam kombinuje tego ja nie wiem, wiem jednak, że cokolwiek by to nie było, będzie dla mojego dobra.

Miałem jeszcze opisać skąd taki tytuł bloga i kilka innych rzeczy, ale nie chcę, by ta notka była za długa. A mam jeszcze bardzo ważną rzecz do napisania. Odnosi się ona do Sandry i Kasi, które opisałem krótko w jednej z moich poprzednich notek. Dziewczyny dostały odemnie adres bloga, gdyż nie widziałem sensu w tym, by go ukrywać (nie widziałem nic złego w tym co napisałem). Moje koleżanki poczuły się jednak urażone i zażądały przeprosin i sprostowania. Podejrzewam że nie czytały komentarzy do rzeczonej notki, ponieważ sprostowanie pojawiło się już tam i to dużo wcześniej. Co do przeprosin jednak, postaram się spełnić prośbę. Komentarz Sandry w księdze gości był dla mnie bowiem o wiele boleśniejszy niż opinia księdza Rektora dotycząca bloga. Głównie dlatego, że dziewczyny zdążyłem szczerze pokochać…

Sandro, Kasiu! Nie napiszę sprostowania i przeprosin na tamtym blogu, ponieważ postanowiłem, że nie będę w nim już nic zmieniał. Wierzcie mi jednak, że wszyscy odwiedzający poprzedni pamiętnik internetowy zajrzą tu prędzej czy później. Przepraszam Was serdecznie i naprawdę szczerze. Przepraszam, że poczułyście się oczernione i urażone. Naprawdę, nie to miałem na myśli. Chciałem by owa notka była zabawna, tak jak zabawna była nasza przejażdżka bryczką. To, że próbowałyście mnie przekonać bym zrezygnował z seminarium było żartem („przekonywanie” naprawdę miało miejsce i również wiem, że było żartem, Kasiu). Jednak przepraszam naprawdę bardzo mocno za to, że poczułyście się gorsze przez moje działanie. Przepraszam również za zamieszczenie naszego zdjęcia bez Waszej zgody. Czasami prędzej działam niż myślę i to mnie właśnie zgubiło…

Myślę że najwyższy czas zakończyć moją pierwszą, a zarazem 19 notkę. A to znaczy że wróciłem! Choć już nie jestem klerykiem, dalej będę działał i próbował pomóc. Błogosławieństwo Pana niech będzie z Wami wszystkimi.

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 18 Komentarzy

Ił kapustę ser cebulę, czyli koniec pamiętnika stukniętego kleryka

Moglibyście wszyscy spytać – jak to? Dopiero co zapowiadałeś że się będziesz co tydzień odzywać, a tu koniec? Racja. „I łka puste serce bólem”… Dostałem papiery dnia dzisiejszego. Rano, gdy przyjechałem do seminarium, okazało się, że nie ma mnie na liście. Po chwili wiedziałem już, że ta strona na której teraz jesteście jest tego głównym powodem. Dowiedziałem się, że od dłuższego czasu obserwował ją zarząd i nie tylko. Wyciągali z niej wnioski co do mojego powołania i dalszej formacji. I słusznie. Wprawdzie blog przeznaczony był dla młodzieży, ale osobiście, prosząc o wsparcie, dałem przecież adres kilku kapłanom. Wezwano mnie do rektora i przedstawiono sprawę. Rektor przeczytał mi fragment regulaminu który nieświadomie naruszyłem. Zostałem wydalony za oczernianie Kościoła i seminarium w oczach ludzi… Powiedziałem, że nie rozumiem tej decyzji… Teraz trochę już ją zrozumiałem – powinienem był zapytać najpierw. Całą więc winę zrzucam na moje kochane Qrczaki za wciągnięcie mnie w te całe blogowanie bez kontaktu z siłą wyższą… ;)

Płaczę gdy piszę tą notkę. Na Tlenie i GG otwarte od 3 do 6 okienek. Co 3 minuty przychodzi SMS… Od koleżanek, kolegów, kleryków… Wszyscy są w szoku. Nikt nie rozumie, ani ci co bloga znają, ani ci, którzy nie zaglądali. Opisy przyjaciół na GG… „Nie rozumiem tego”… Ja powoli zaczynam rozumieć. Ten blog to był błąd.

Ale przecież chciałem dobrze! Patrząc na to co dzieje się dziś z młodzieżą i na to, że tak wiele z nich korzysta z internetu, stwierdziłem, że ja – maniak komputerowy – mogę coś z tym zrobić! Poczułem to jako głos Boga, a do tego w sierpniu wpadł mi w łapy list Jana Pawła II „Szybki rozwój” o środkach społecznego przekazu. Pomyślałem, że jeśli ja tego nie zrobię, to nikogo nie namówię! A miałem wakacje! Wiem, że niektóre notki wydawały się zbyt frywolne. Inne – zbyt kontrowersyjne (a jednak sprawa antykoncepcji wszystkich interesuje…). Ale robiłem to, co uważałem za słuszne – starałem się pomóc zabłąkanym duszyczkom. Mam ideały… I udawało się. Jedna, dwie, trzy duszyczki objawiające się w komentarzach. Nie wiadomo ile milczących. Wiedziałem, że Bóg mi w tym pomaga. Ale nie wiedziałem, że to zabronione…

Żal mi, że nikt nie zwrócił mi uwagi. Żal, że dowiedziałem się o tym gdy powinienem się był wprowadzać do pokoju. Ale to mój błąd był i ja za niego dziś odpowiedzieć muszę. To jest dla mnie ogromna lekcja. Lekcja pokory. Żeby się nigdy nie wychylać za krawędź, bo można spaść. Dlatego piszę tę moją ostatnią notkę choć klerykiem już nie jestem. Dziękuję Wam wszystkim za wspólne spędzanie czasu, za niepokojenie mnie swoimi niepokojami… Za to, że oczekiwaliście odemnie pomocy. Dziękuję tym księżom, którzy stali po mojej stronie, nie koniecznie słusznie, ale z wielkim zaangażowaniem. Dziękuję Makocie za wygląd tego bloga (już dziękowałem?), dziękuję przyjaciołom klerykom, z którymi spędziłem wspaniały rok, że są ze mną w modlitwie. Dziękuję czytelnikom bloga, za to, że mimo różnic poglądów (od ateistów do psudo-satanistów) wszyscy trzymali za mnie kciuki, bym wytrwał w powołaniu. I Wam wszystkim, którzy modlicie się za mnie, również dziękuję.

Przepraszam tych wszystkich, których w jakikolwiek sposób uraziłem. Przepraszam tych, którzy źle odczytali moje intencje (a mnie się często zdarza komunikować w dwuznaczny sposób). Przepraszam tych, którzy sądzą, że chciałem umniejszyć Kościół i zrobić z seminarium jakąś melinę. Naprawdę to chciałem by to wszystko wyglądało prawdziwie i by przedstawiało prawdę. By każdy mógł spojrzeć na seminarium i Kościół jako na takie, jakimi są. Nie zaś takie, jakimi pragnęliby je widzieć, czy na takie, jakimi opisują je media. Jednak przepraszam, że mi to nie wyszło, i że niechcący wbiłem szpilę paru wspaniałym osobom. Nie proszę o szansę, przecież to bez sensu. Jednak wiedzcie, że kocham Was wszystkich mocno. I przepraszam, że blog jest zamykany. Nie ma powodu robić inaczej – nie jestem już stuknięty… to jest, nie jestem już klerykiem ;).

Blog „Z pamiętnika stukniętego kleryka” uważam za zamknięty!

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 46 Komentarzy

Wake me up when September ends

Już od dawna kołatała się w mojej głowie myśl, że tytuł tej notki muszę zaczerpnąć właśnie z utworu zespołu, który ostatnimi czasy bardzo mi się podoba. Bynajmniej nie dlatego, że treść notki ma odpowiadać treści piosenki Green Daya, ale dlatego, że ma zawierać się właśnie w tych kilku słowach, lekko tylko rozwiniętych (no dobra, zobaczymy co z tego wyjdzie… ;).

Słowa te, tłumacząc na polski, oznaczają „obudź mnie gdy skończy się wrzesień”. Dla Green Daya z całą pewnością miały inne znaczenie niż dla mnie, ale nie przeszkadzało mi to w użyciu ich. Co dla mnie znaczy pobudka pod koniec września? Wracam do domu. Do tego drugiego domu, w Radomiu. Do seminarium. Jutro. Właściwie dziś jest mój ostatni dzień wakacji, ostatni dzień laby od nauki, od regulaminu, od obowiązkowej modlitwy. I cieszę się z tego. Od dłuższego czasu nie mogę się już doczekać by wrócić. By wreszcie usiąść w ciszy przy biurku, włączyć ukochane Radio Plus, zaparzyć sobie kawę i wziąć do ręki pióro – zacząć pisać. Albo Pismo Święte i zacząć czytać… Nie przejmować się brzęczeniem telewizora, bo go nie mam. Mryganiem komputera (i nieziemskim pociągiem do niego), bo miną wieki nim go sobie kupię. Wreszcie na nowo się odnaleźć. Znów kłaść się o 22 i wstawać o 6 rano. Znów jeść tuczące żarcie smażone czy gotowane na masową skalę i tym razem starać się nie przytyć. Znów czuć że Bóg jest. Zawsze i wszędzie. I znów modlić się, by do następnych wakacji utrzymać to uczucie. Wracam. I dziękuję Bogu, że mam po co.

Pierwsze z wielu postanowień jakie podejmuję to skończenie z nałogiem internetowym. Internet w seminarium ma to do siebie, że dostępny jest jedynie w kafejce, tzw. internetowni. Klerycy nie mogą posiadać internetu podłączonego pod prywatny komputer. W zeszłym roku stopniowo zmniejszałem użytkowanie przeze mnie internetu, aż wreszcie udało mi się niezwykle je zredukować. Jednak gdy tylko przyszły wakacje – natychmiast znów zacząłem spędzać godziny przed komputerem. Wiem jednak, że w drugim domu będzie o wiele łatwiej. Dlatego właśnie jednym z postanowień „noworocznych” jest ograniczenie netu do godziny tygodniowo. To pozwala przypuszczać, że i notki tu przestaną pojawiać się co 2-3 dni, tak jak bywało to do dzisiaj. Postaram się zasadzać coś ciekawego raz na tydzień, najrzadziej co dwa tygodnie. Nie częściej jednak. Musicie liczyć się także z brakiem odpowiedzi w komentarzach… I brakiem komentarzy na Waszych blogach… Wiem, że nadużywanie internetu źle wpływa na moją formację, a mam nadzieję, że cała ta sytuacja nie odbije się na Was negatywnie ;).

Przed wyjazdem chciałbym zareklamować kilka stronek. Właściwie są to te same stronki, które możecie znaleźć na dole, w linkowni. Zacznijmy pokolei:
Jasmine – jest to moja druga strona, na której tworzymy wspólnie niekończącą się historię fantasy. Jeśli ktoś lubi pisać, zapraszam do zabawy!
Blog Fudiego, czyli blog nie taki jak ten – to pamiętnik znajomego satanisty ;). Jeśli kogoś nie przeraża ciemna strona mocy – niech zajrzy…
Qrczak Sznapi i Qrczak Drakulak – dwa blogi kochanych Qrczaków nie będące wśród tych mylogowych.

Forum młodzieżowe – to akurat moje ulubione młodzieżowe forum, na którym często biorę udział w dyskusjach.

No i wreszcie ulubione:

Makota, Bartek i Qrczak Expugnis to rada rządząca Stowarzyszenia Niepodległych Qrczaków, a zarazem moi najbliżsi przyjaciele, których kocham jak rodzeństwo (jeden z nich to faktycznie mój brat). Dzięki, Qrczaki, za wszystko i za wczorajszego grilla też!

Karol to jeszcze jeden z naszych zwariowanych Qrczaków.
Animaedimidium, Serafinka oraz Ania to grupka kochanych dziewcząt wspierających mnie mocno swoją wiarą i nadzieją, czasem tylko wykłócających się o szczegóły ;).
Qrczak Magda, prowadząca Boski blog i nie waham się pisać go dużą literą. Można zaliczyć i do Qrczaków i do kochanych dziewcząt.
I wreszcie Nasze Powieści to blog o tematyce podobnej do Jasmine. Bardzo ulubiony.

Jeśli chcecie dostać się pod któryś z tych adresów, kliknijcie na jego nazwę, albo złapcie go w linkach!

Tak więc znikam. Znikam i dziękuję Wam wszystkim. Dziękuję tym którzy mnie czytają stale, tym którzy czytają na wyrywki, tym którzy komentują i tym, którzy nie komentują nigdy. Dziękuję głównie Makocie, która zrobiła mi szablon, Bartkowi i Expugnisowi za to że mnie gorąco wspierają. Kabaczkowi Filetowi Anecie za radość jaką mnie obdarzyła w ciągu ostatnich dni. Dziękuję Zwariowanym trzem duszyczkom – Ani Amerykance, Animaedimidium i Serafince (z których jednej jest tylko połowę) za pomoc i wsparcie. Dziękuję Magdzie „Metalowcy” za to, że powróciła do swojego Boskiego bloga. Ani mojej sąsiadce dziękuję za to, że spędziliśmy mnóstwo czasu na rozmowach o powołaniu i że kilka razy też mnie skomentowała. Sznapiemu dziękuję, że jest taka kochana i tak się cieszy na każdą kolejną notkę. Podziękowania ślę w stronę Qrczaka Recydywisty Dominiczki, której nie ma narazie wśród Qrczaczków, ale wkróte będzie… Kochamy Cię Dominiko i prosimy, pamiętaj o Qrczakach. Dziękuję Ci za długie rozmowy na skomplikowane tematy… Karolowi i Drakulakowi też dziękuję. Devis i pozostałym powieściowiczom dziękuję za miłą współpracę przy pisaniu historii i za kilka kommentów u mnie. Dziękuję Mietkowi Pijakowi który dziś komentuje jako Kamil, bo się nawrócił (sic!) i przynajmniej słabiej wali poniżej pasa. Fudi – Tobie dziękuję za szacunek do mojej prawdy która zawsze będzie prawdziwsza niż Twoja prawda, choć też ją szanuję ;). Dziękuję Coexist za to, że mi wybaczył i przyjął wybaczenie odemnie. Dziękuję też Maggie B. za podpowiedzi i porady. Bartkowi i Łukaszowi, moim największym wrogom, a zarazem najlepszym przyjaciołom dziękuję za to, że czytają to wszystko i milczą, choć czasem naprawdę chcieliby wypalić z grubej rury. Również podziękowania kieruję w stronę księdza Jarka, za to, że „ta strona jest znana” ;). I wszystkim innym, którzy są tu, czuwają, zostawiają pojedyncze komentarze i tym, którzy nie zostawiają. Dziękuję Wam, za to, że dzięki Wam ten blog działa i będzie działał. Tylko trochę rzadziej…

Ale ale! Ja nie znikam na zawsze! Dla niektórych z Was mogę wogóle nie zniknąć! Nie wspomniałem bowiem o jeszcze jednym moim, bardzo ukochanym hobby, czy, że się tak wyrażę – charyzmacie. A jest to pisanie listów! No właśnie. W komentarzach nie będę odpowiadał. Ale jeśli dostanę list odpowiem na niego z całą pewnością i radością ogromną. Więc jeśli potrzebujecie pomocy, wsparcia czy umocnienia wiary, albo zwykłej, prostej, niezobowiązującej korespondencji, piszcie:

(…)
ul. Młyńska 23/25
26-600 Radom
POLAND

(ostatnie dla ludzików zza granicy)

To wszystko. Wyjeżdżam. Wracam do domu. Będę się odzywał, a jeśli napiszecie – odezwę się na pewno. Pora wstać, bo wrzesień się kończy! Kocham Was i obiecuję swoją modlitwę. Jak tylko spowrotem wejdę w jej rytm. Niech Was Bóg błogosławi i strzeże!

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 15 Komentarzy