Posts Tagged With: Ślub

Źle się dzieje z tą Europą

Od miesiąca jestem na stażu w redakcji portalu wPolityce.pl. Zajmujemy się wprawdzie głównie sprawami stricte politycznymi (komisja Amber Gold, weryfikacyjna, reforma sądownictwa, prezydenckie weto), ale między tymi tematami przewijają się też sprawy społeczne. I odkąd – będąc w pracy – przeskakuję po portalach (również zagranicznych) poszukując tematów, zauważam o wiele więcej problemów, które – jak choroba – toczą naszą wielowiekową Europę.

Jako przykład podam sprawę Charliego Garda. Chłopca urodzonego z poważną chorobą, którego rodzice postanowili włożyć wszelkie siły w ratowanie jego życia i zdrowia. Znaleźli lekarza w USA, który był gotów podjąć się eksperymentalnego leczenia. Rodzice nie mieli pieniędzy, ale dobra akcja w internecie sprawiła, że szybko zdobyli ile potrzebowali na wyjazd i kurację. Niestety, brytyjski sąd, a potem Europejski Trybunał Praw Człowieka, stwierdziły, że podróż do Stanów Zjednoczonych byłaby zbyt niebezpieczna dla jego zdrowia i życia, w związku z czym powinien zostać odłączony od aparatury podtrzymującej życie. Zatem należało uśmiercić dziecko, ponieważ próba ratowania go mogła grozić mu śmiercią… Ponowoczesna logika. Lekarze w szpitalu nie chcieli nawet dać Charliemu możliwości zakończenia swego życia w domu. Dopiero nagłośnienie sprawy i reakcja papieża Franciszka oraz prezydenta USA Donalda Trumpa sprawiły, że chłopcu i jego rodzicom dano jeszcze jedną szansę. Właśnie dziś zapadła ostateczna decyzja o odłączeniu chłopca od aparatury podtrzymującej życie. Podobno w ramach zakończenia uporczywej terapii… I prawdopodobnie jest to związane z czasem, jaki – zamiast leczyć dziecko – rodzice poświęcili na włóczenie się po sądach.

Ale to nie jedyny przykład ponowoczesnego zapatrywania Europy. W ciągu tego miesiąca zalegalizowano tzw. „homoseksualne małżeństwa” w Niemczech. Całe szczęście, że nasza budząca kontrowersje konstytucja nadal stwierdza, że małżeństwo to związek mężczyzny i kobiety. Niemcy nie uznają już tej, płynącej z natury człowieka, zasady. Ale i u nas zrobiło się głośno o kolejnym „ślubie humanistycznym” między Julią i Dominiką – o czym pisał m.in. Dziennik Łódzki. Dziewczyny związały się przysięgą nie mającą przełożenia na jakiekolwiek polskie prawo, ale to nie przeszkadza im w rozgłaszaniu na cały świat swojej miłości.

We Francji natomiast mają problem z surogatkami. Otóż rodzenie dzieci przez kobiety „na zamówienie” jest w tym kraju nielegalne. To nie znaczy jednak, że Francuzi nie omijali tego przepisu poprzez rodzenie sobie dzieci w krajach, w których ten proceder jest dozwolony. Mieli jednak problem, ponieważ dotychczas francuskie prawo – przez wzgląd na zakaz surogactwa – uznawało surogatkę za matkę dziecka i nie akceptowało innych zapisów rejestrowanych w kraju urodzenia. Dziś nadal nie uznają np. partnera ojca za prawowitego rodzica, jednak zgodzili się na adoptowanie tegoż dziecka przez owego partnera. Francuzi cieszą się, bo nareszcie dziecko będzie mogło mieć dwóch tatusiów, choć jest urodzone przez surogatkę w innym kraju.

Upadek obyczajów w Europie i postępujące elementy tego samego w Polsce mają miejsce już nie na ciepłym, bezpiecznym, pozbawionym problemów kontynencie. Na którym – w obliczu „końca historii” – dochodzi do działań dekadenckich i perwersyjnych zachowań. Dziś jest to już kontynent przeżywający walkę o zachowanie własnej tożsamości w obliczu najazdu Arabów i Afrykańczyków. Ten napór obcych kultur sprawia, że Włosi chcą wypuścić wszystkich na północ – a ich północni sąsiedzi chcą zamknąć granice. Francuzi, którzy tracą Calais przez muzułmanów usiłujących wsiadać na jadące do Wielkiej Brytanii ciężarówki, zamierzają przenieść odprawę paszportową na drugi brzeg Kanału La Manche, by pozbyć się kłopotu – ale Brytyjczycy są zadowoleni z tego, że ta odprawa odbywa się jednak na kontynencie.

Do tego dochodzi coraz bardziej agresywna Rosja. Która wyraźnie czerpie pełnymi garściami z tego, że w Europie panuje zaślepiona dekadencja. Już ma Krym i wschód Ukrainy, już ponownie zabrała sobie część Gruzji. Ale Europejczycy nie obudzili się i nie wiadomo, czy się obudzą. Czy nie będziemy mieli jednak do czynienia z powtórką z rozrywki. Z czasów, gdy wielkie Cesarstwo Rzymskie było tak ogromne i silne, że nic nie mogło mu zaszkodzić. Więc ludzie żyjący w nim oddali się zabawie i spożywaniu. Przez co – napadnięci przez tzw. barbarzyńców, dali się zmieść z powierzchni ziemi. To samo dzieje się w ponowoczesnej Europie.

____________________________________

We wpisie zastosowano zdjęcie przedstawiające humanistyczny ślub Julii i Dominiki, za: http://www.dzienniklodzki.pl/strona-kobiet/zwiazki/a/julia-i-dominika-wziely-slub-od-tej-chwili-jestesmy-zona-i-zona-zdjecia,12228495/

Reklamy
Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Wierząca żona, wierzący mąż

Kiedy człowiek wchodzi w dorosłość i zaczyna się zastanawiać nad związaniem się na stałe z innym człowiekiem, zadaje pytania o priorytety. Jakie cechy powinny łączyć go z potencjalnym współmałżonkiem? Podobne zainteresowania, jednakowe wykształcenie, a może samodzielność i niezależność? Wielokrotnie – zwłaszcza wśród katolików – pada też pytanie o wiarę. Czy człowiek, z którym chcę wiązać przyszłość, powinien być wierzący? Niejednokrotnie spotkać można osoby wprawdzie mocno zaangażowane w życie Kościoła, ale upierające się jednocześnie, że nie mają zamiaru wiązać się z „fanatykami religijnymi”. Jeśli bowiem ktoś się naprawdę podoba, to kwestia wiary nie jest barierą. Czy mają rację?

W pierwszej kolejności powinno się samemu posegregować to, co w życiu ważne. Każdy logicznie myślący wierzący człowiek musi dojść do wniosku, że o ile z naszej perspektywy „wiara” stanęłaby być może gdzieś między „miłością” a „wiernością” (lub dowolną inną cechą), o tyle zupełnie inaczej wygląda to z perspektywy Boga. Miłość, jak wiemy, jest największa (większa jest od wiary i nadziei, jak pisał święty Paweł), ale prawdziwa miłość nie może istnieć bez Boga. Przy dłuższym zastanowieniu trzeba przyznać, że nic tak naprawdę nie może istnieć bez Boga. Ludzie, wielcy w swoich oczach, pozostają pojedynczymi ziarnami piasku na pustyni przy ogromie Bożych mocy i Bożego stworzenia. Jeśli zatem my, myśląc po ludzku, ustawiamy sobie kwestię wiary jako jedną z wielu cech, które weźmiemy pod uwagę przy wyborze małżonka, to nie może już ona być jedną z wielu, gdy przyjdzie nam stanąć przed Panem twarzą w twarz.

Ludzkie życie jest tylko chwilą w porównaniu do wieczności u boku Boga. Zajmujemy tylko nic nieznaczącą przestrzeń wobec nieskończoności, do której powołał nas Pan. Wkładanie wiary między inne cechy świadczy o przywiązaniu człowieka do ziemskich spraw. Naturalne zaś, skoro nasze życie ma być drogą do zbawienia, jest ustawianie wiary jako podstawowej cechy osoby, z którą będzie trzeba tę drogę przejść. Ponieważ z osobą, z którą wejdziemy w związek małżeński, będziemy musieli spędzić resztę życia, to przede wszystkim powinno to być życie, w ciągu którego nawzajem prowadzimy się drogą do nieba.

Człowiek, który ma zostać naszym życiowym partnerem, może posiadać mnóstwo pozytywnych cech. Może być piękny lub przystojny, bogaty, mądry, zaradny, oczytany. Ale ponieważ będzie towarzyszył nam już zawsze, musi pomagać nam, a nie przeszkadzać w dążeniu do spotkania z Bogiem w niebie. Dlatego warto, przy poszukiwaniu małżonka skupić się najpierw na tym, czy jest wierzący i czy – kiedy już przyjmiemy sakrament małżeństwa – będzie dobrym towarzyszem w wierzeniu Bogu i ufaniu Mu.

Aby nie pozostawać tylko w sferze spraw pozaziemskich, warto spojrzeć perspektywicznie także na ludzką doczesność. Jest to nic w porównaniu z wiecznością, ale jednocześnie wszystko, na co mamy wpływ i cała nasza droga ku owej wieczności. Dlatego bardzo ważne jest zastanowienie się nad tym, jak nasze życie będzie wyglądało, gdy zwiążemy je z kimś niewierzącym. Kłopoty pojawią się już prawdopodobnie w czasie narzeczeństwa. Będą one dotyczyły zapewne zachowania czystości do ślubu – ponieważ człowiek nie mający w sercu Boga często nie rozumie potrzeby wstrzemięźliwości „skoro się kochamy”. Problemy katolików mogą nawarstwiać się w momencie samej celebracji sakramentu, kiedy to sakrament jest udzielany jednostronnie, a dla współmałżonka często nie ma praktycznego znaczenia. Następnie mogą pojawić się kłopoty z pożyciem małżeńskim, jako że ludzie niezwiązani z Kościołem w sposób bardzo ścisły najczęściej nie potrafią pojąć chrześcijańskiej etyki seksualnej (dotyczy do zwłaszcza odrzucenia antykoncepcji). Może się okazać, że aby utrzymać dobre relacje małżeńskie, osoba wierząca będzie musiała zrelatywizować swoje podejście do wierności Bogu, a przez to przestawi kwestię zbawienia na dalszy plan.

Jeszcze więcej trudności bywa spowodowanych różnicami w poglądach na wychowanie dzieci. Nie-katolicy często nie chcą chrzcić dziecka, sądząc że powinno ono samo podjąć decyzję o swojej przynależności religijnej. Jeśli jednak nawet zgodzą się na sakrament, mogą nie zgadzać się lub przynajmniej utrudniać regularne uczestnictwo potomka we mszy świętej. Bywa tak, że rodzic, dbając o wychowanie i edukację swoich dzieci, chce zapisać je do szkoły katolickiej. Spotyka jednak silny opór drugiego z rodziców, który sprzeciwia się „indoktrynowaniu” dzieci. Na koniec może okazać się, że dziecko odbierze zachowanie niewierzącego rodzica jako „fajniejsze” i będzie wolało pójść w jego ślady – na przykład grać w niedzielę na konsoli, zamiast iść do kościoła.

Szereg doczesnych kłopotów mogących wynikać z wybrania sobie niewierzącego małżonka należy przeciwstawić korzyściom płynącym z faktu, że zarówno mąż, jak i żona, są wierzący. Potwierdzone jest, że ludzie naprawdę żyjący wiarą dużo rzadziej się rozstają, bardziej się wspierają i w bardziej konstruktywny sposób przeżywają porażki lub nieszczęścia (takie jak choroba dziecka, a nawet zdrada małżeńska). Badania przeprowadzone jakiś czas temu przez amerykańską psycholog Mercedes Arzur Wilson pozwalają nam dojść do wniosku, że liczba rozwodów wśród osób naprawdę wierzących (i stosujących metody naturalnego planowania rodziny) jest bardzo niska. O ile bowiem ogólnie rozwodzi się w USA 50% małżeństw, o tyle wśród katolickich małżeństw sakramentalnych jest to już tylko 33%. Jeśli małżeństwa te chodzą co niedzielę do kościoła, rozwodzą się tylko w 2% przypadków. Te zaś, które oprócz tego modlą się codziennie i przestrzegają zasad etyki chrześcijańskiej, rozwodzą się tylko w 1 przypadku na 1429 (czyli 0,07%).

Warto zatem uświadomić sobie, że skoro najważniejszym celem człowieka jest zbawienie, to powinien on podejmować wszystkie swoje decyzje, myśląc o zbawieniu. Zwłaszcza te decyzje, które dotyczą całego jego dalszego życia. I trzeba sobie postawić pytanie, czy mój współmałżonek ma mi być przeszkodą, czy pomocą w dążeniu do tego celu? Czy lepiej, byśmy szli wspólnie, ramię w ramię ku Bogu, czy bym to ja musiał dźwigać jego, przy aktywnym jego oporze, narażając się nie tylko na porażki, ale i na własną utratę wiary. A utrata wiary oznacza decyzję o odrzuceniu zbawienia. Warto o tym pamiętać.

____________________________________

Tekst ukazał się na stronie internetowej wRodzinie.pl.

We wpisie zastosowano zdjęcie autorstwa victoriagoldveber ze strony internetowej Foter.com / CC BY-SA

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Po co w ogóle brać ślub?

W obliczu ostatnich rewelacji głoszonych przez papieża Franciszka, który wpisuje się w narrację promowaną przez Tygodnik Powszechny, Deon, czy wyzwolonych współczesnych nieokreślonych w wierze, ale na pewno nie przez Kościół katolicki, warto zadać sobie pytanie o sens sakramentalnego małżeństwa w ogóle. Otóż Franciszek stwierdził, że zdecydowana większość małżeństw sakramentalnych jest nieważna (co potem mu ocenzurowano, zmieniając na „jakaś część”), oraz że ludzie żyjący w konkubinatach posiadają łaskę właściwą małżeństwu (czego już nie ocenzurowano). Problemem nie jest tak naprawdę sama cenzura – która wydaje się koniecznością odkąd Franciszek jest na tronie piotrowym, bo to chyba pierwszy papież, który często gada co mu ślina na język przyniesie – lecz to, co się cenzuruje. Ocenzurowano domniemaną liczbę nieważnych małżeństw – a przecież to nie pierwszy raz kiedy papież w tym kontekście mówi o większości – ale już nie porównanie małżeństwa do konkubinatu. A to stwierdzenie papieża było wyjątkowo niekatolickie.

EN_01091425_0130

bezslubu440Jeśli nawet papież mówi, że znane mu konkubinaty wykazują „dużo wierności”, przez co „mają one łaskę właściwą małżeństwu”, to może ostatecznie nie warto się żenić lub za mąż wychodzić? Może powinniśmy, my katolicy, pójść za narracją tych wszystkich, którym wydaje się, że małżeństwo to jest papierek, a oni nie potrzebują papierka żeby się nawzajem kochać? Skoro głowa naszego Kościoła popiera takie rozumowanie… Z tym że „dużo wierności”, miłości czy uczciwości (nie „całkowita wierność” zauważmy, lecz „dużo wierności”) nie jest istotą małżeństwa i nie daje już łaski małżeńskiej, o której mówi Franciszek. Łaski właściwej małżeństwu nie otrzymuje się ze względu na zachowywaną wierność. Oczywiście wierność nie jest rzeczą właściwą wyłącznie katolickiemu małżeństwu. Z pewnością istnieje wiele związków, w których osoby dochowują sobie wierności. Są takie konkubinaty, małżeństwa niesakramentalne i idę o zakład, że również niejeden związek homoseksualny. Czy ta wierność doprowadza do pojawienia się łaski małżeństwa? Nie, bo to nie wierność ani żadna inna rzecz, którą przysięga się na ślubie, jest rozdawcą łaski. Rozdawcą łaski jest Bóg, a łaska małżeńska pochodzi od Niego i wynika tylko i wyłącznie z sakramentu małżeństwa. Miłość, wierność i uczciwość małżeńska, postanowienie pozostawania przy sobie aż do śmierci, a także przyjęcia i wychowania po katolicku potomstwa nie według własnego widzimisię, lecz w zgodzie z wolą Boga, to decyzje wynikające z wstąpienia w związek małżeński. Nie one dają nam łaskę, lecz łaska jest potrzebna do dochowania ich. Łaska nie wynika z wierności, ale wierność wynika z łaski. Co więcej, jeśli małżonkowie nie pozostają sobie w stu procentach wierni, lub w jakiś inny sposób łamią przysięgę małżeńską, nie oznacza to zerwania łaski sakramentalnej. Łaska wynikająca z wstąpienia w związek małżeński jest potrzebna by powrócić na właściwe tory, na tory wierności i uczciwości.

Nie jest zatem tak, że wierność daje łaskę małżeńską. Łaskę daje Bóg, a łaska pomaga zachować wierność. Wierność nie jest niemożliwa bez łaski, ale łaska nie potrzebuje wierności, tylko woli Boga i – w przypadku małżeństwa – dwójki ludzi biorących ślub. Po co więc wstępować w związek małżeński? Właśnie po to, by swoją wspólną miłość i chęć budowania razem życia złożyć na ręce kogoś więcej niż tylko ułomnych ludzi. Zakochany chłopak i dziewczyna są pełni ideałów, ale ich ideały nie są w stanie zapewnić im tego, co da Boża opieka. Właśnie dlatego warto stanąć wobec siebie nawzajem i powiedzieć, że sami możemy wiele, ale wszystko możemy w Bogu. Jeśli kochamy się, chcemy spędzić razem życie, to jak najszybciej powinniśmy pełni nadziei i wiary stanąć przed Bogiem i wobec niego złożyć przysięgę małżeńską. Bo prawdziwa łaska wypływa tylko z Niego i On uzdalnia nas do spełniania przysięgi.

Nie do końca rozumiem sposób działania papieża Franciszka. Pisałem o tym dłuższe wpisy nie jeden raz. Rozumiem natomiast samo sedno sakramentu małżeństwa. I wiem, że mówiąc o łasce małżeństwa w konkubinacie papież nie ma racji. Łaska nie działa bowiem na tych, którzy ją odrzucają. A kto odrzuca Boga w sakramencie, ten odrzuca również łaskę.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące zdjęcia:
1. Papież Franciszek, za: http://www.se.pl/wiadomosci/swiat/papiez-franciszek-ma-dzis-urodziny-konczy-77-lat_371569.html
2. Konkubinat, za: http://kobieta.wp.pl/konkubina-partnerka-bez-praw-5982707498411137a

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Jak zorganizować dziecku wesele?

Choć wakacje się już skończyły, czas ślubom sprzyjający trwa. Ludzie czytający blogi szukają odpowiedzi na pytanie jak zorganizować wesele. Niektórzy, bardziej samodzielni, rozglądają się za własnymi rozwiązaniami, za tych mniej samodzielnych decydują rodzice. Powrót do tematyki ślubu i wesela związany jest u mnie również z niedawnymi komentarzami zachęcającymi do polemiki, a napisanymi w związku z moimi perypetiami przedślubnymi. Myślę, że kilka rzeczy warto wyjaśnić.

Ślub wziąłem i udzieliłem mojej Żonie dokładnie 5 lat temu. Perspektywa to niezbyt długa, ale wystarczająca, by dojść do pewnych wniosków, zrozumieć co było dobrze, co było nie tak i co bym zrobił, gdybym miał organizować wszystko jeszcze raz. Do osobistego doświadczenia dochodzi jeszcze fakt, że dwóch moich najbliższych przyjaciół brało ślub w ciągu ubiegłego miesiąca i u każdego z nich kwestia poślubnego przyjęcia wyglądała inaczej, w obu przypadkach raczej niekonwencjonalnie.

Postaram się odpowiedzieć dziś rodzicom dorosłych już dzieci, które postanowiły opuścić gniazdo i pójść swoją drogą, na pytania o organizację wesela. Mam nadzieję, że moje przemyślenia pomogą Państwu w podejmowaniu dobrych decyzji.

Kto jest najważniejszy w dniu ślubu?

Pierwsze i podstawowe pytanie, które właściwie cały problem wesela wstawia na właściwe tory. W dniu ślubu najważniejsi są oczywiście państwo młodzi, a więc narzeczeni, a później małżonkowie. To jest ich dzień, być może najważniejszy w ich życiu i oni mają prawo do tego, by ten dzień był udany. Może to dziwnie brzmieć, ale prawda jest taka, że państwo młodzi, którzy danego dnia biorą ślub, mają prawo do tego, by wszystko szło po ich myśli. By mogli dobrze, radośnie przeżyć wstąpienie w związek małżeński.

Są oczywiście tendencje do stwierdzenia, że najważniejsi, zwłaszcza na weselu, są goście. Jeden z komentatorów mojej dawnej notki, od niedawna również małżonek i piszący z własnej perspektywy, stwierdził, że wesele jest po to, by podziękować gościom za przybycie. Nie zgadzam się z nim, co później postaram się wytłumaczyć, ale jednocześnie sądzę, że ma rację. Na weselu bowiem dla niego najważniejsi są goście. A ponieważ to właśnie on jest panem młodym – ma prawo decydować kto jest na jego ślubie, na jego weselu najważniejszy. Ponieważ najważniejsi są zawsze państwo młodzi – i to oni decydują o priorytetach. Nie zgadzam się z tym komentatorem tylko i wyłącznie dlatego, że pragnął, bym zastosował warunki, które podyktował na swoim weselu do mojego. Zapomniał, że na tamtym to on był panem młodym, a na moim ja.

Co jest najważniejsze w dniu ślubu?

W dniu ślubu nie jest najważniejsza pogoda, udana atmosfera, sukienka, dobre wino ani nawet sami państwo młodzi. W dniu ślubu najważniejszy jest ślub – a więc wzajemne ofiarowanie się sobie aż do śmierci, i złożenie swojego wspólnego życia na ofiarę Panu Bogu. Nie jest prawdą, jak twierdzą niektórzy, że ślub jest dla państwa młodych, a wesele dla gości. Ponieważ w dniu ślubu najważniejszy jest sakrament, wszystko co dzieje się przedtem i potem musi być bezpośrednio temu sakramentowi podporządkowane. Wesele nie powinno być czymś obok, czymś potem – ono może być tylko naturalnym przedłużeniem świętowania zawarcia sakramentu małżeństwa. Oczywiście mówię tu wyłącznie o kościelnym związku, nie o cywilnym – osoby które łączą się z pomocą takiego węzła na moim blogu odpowiedzi na swoje pytania nie znajdą.

Najważniejszy jest sakrament, a najważniejszymi osobami są małżonkowie. Dlatego oni, którzy się sobie wzajemnie ofiarowują, mają moc decyzyjną.

Czy, jeśli płacę za wesele, mam prawo stawiać warunki?

Wielu rodziców stawia sobie takie pytania. Choć pewnie się mylę – wielu rodziców nie stawia sobie wcale takiego pytania, ponieważ z góry zakładają, że skoro to ich dzieci biorą ślub, a oni na to dają pieniądze, to mają prawo ustawić wszystko po swojemu. Niestety, jest to jedna z największych krzywd, jakie w dniu ślubu można swoim dzieciom wyrządzić.

Po pierwsze gdy używamy słowa „dzieci”, mamy na myśli dwoje dorosłych ludzi, którzy właśnie zaczynają drogę swojego wspólnego życia. Ich ślub i ich wesele nie są ostatnim aktem teatru urządzanego przez rodziców, po chrzcinach, urodzinach, przyjęciu komunijnym, osiemnastce. To jest pierwszy akt teatru urządzanego przez nowożeńców. Nowożeńcy mają prawo poprosić rodziców o pomoc w zorganizowaniu uroczystości. Rodzice mogą nawet czuć się w obowiązku do zorganizowania tej uroczystości samemu, z odłożonych specjalnie na tę okazję pieniędzy. Nie neguję tej potrzeby, musimy jednak pamiętać, że to nie jest nasza uroczystość, nie uroczystość rodziców, lecz uroczystość nowożeńców: męża i żony. Uroczystość więc powinna odbyć się na warunkach tychże nowożeńców, nawet jeśli rodzice chcą wspomóc wszystko finansowo lub organizacyjnie.

Niektórym ludziom wydaje się, że jeśli się płaci, to się wymaga. Jeśli się coś organizuje, to ma się prawo zaprosić tego, kogo się chce. Spróbujmy jednak zmienić perspektywę i zastanówmy się nad tym, jak przeżyją to dzieci, które pragną przeżyć ten dzień najpiękniej jak to możliwe. Jak zareagują na konieczność zapraszania osób, które ich rodzice chcą obok siebie widzieć, niezależnie od ich stosunków z biorącymi ślub. Jeśli potrafimy sobie siebie wyobrazić w sytuacji państwa młodych, szybko zrozumiemy, że nie mamy prawa organizować przyjęcia według własnej modły. To jest oczywiście trudne do zrozumienia, kiedy państwo młodzi mają inną wizję swojej uroczystości, niż my. Pamiętajmy jednak, że to jest ich uroczystość, a nie nasza, i nawet jeśli dobrowolnie (bo przecież nikt nas nie może do tego zmusić) dajemy na jej organizację pieniądze, nie jest to nigdy argumentem za ustawianiem wszystkiego pod siebie.

Kogo powinno się zaprosić na wesele?

Z perspektywy wielu rodziców „powinno się” odgrywa bardzo dużą rolę. Powinno się więc zaprosić wszystkich kuzynów, wszystkie ciotki i wujków, świekrostwo (a więc współteściów, czyli rodziców małżonków swoich wcześniej pożenionych dzieci), wybranych sąsiadów i najlepiej jeszcze tego, kogo życzy sobie babcia pana lub pani młodej. „Powinno się” więc poinformować o tym państwa młodych i nakazać im wysłania zaproszeń do tych wszystkich osób, albo najlepiej dostarczenia ich osobiście. Zaproszenia oczywiście powinny być podpisane przez państwa młodych, choć to my, rodzice decydujemy o tym, kogo się zaprosi – często stawiając przed faktem dokonanym.

Rozumiem sytuację, bo sam mam bliskich znajomych, których w przyszłości chciałbym widzieć na przyjęciu poślubnym moich dzieci. Rozumiem też tych rodziców, którzy kierują się w życiu pojęciem „tak wypada”, a więc „tak wypada” zaprosić tych, którzy nas zapraszali, którzy mogą nas zaprosić, albo którzy mogą się obrazić jeśli się ich nie zaprosi. Spróbujmy jednak znów stanąć na miejscu państwa młodych, którzy w tym dniu są najważniejsi. Zrozumiemy wówczas, że nikogo nie „powinno się” zaprosić, bo „tak wypada”. O tym, kto i z jakich powodów zjawi się na ślubie, a kto na weselu, decydują państwo młodzi, bo to jest ich dzień! Nie można w czasie rozmowy z młodymi używać słów „Wujek będzie na weselu”, „Państwo Śmacy będą na weselu”, a potem patrzeć na ręce, czy równo wypisuje się zaproszenia. To bowiem młodzi decydują o gościach, którzy są ich gośćmi. Zanim zdecydujemy, że ktoś powinien być obecny zastanówmy się, czy ten ktoś jest ważny dla naszych dzieci, które biorą ślub. Czy w perspektywie swojego życia i wychowania naszych pociech zadbaliśmy, by ten ktoś był na tyle ważny dla naszych dzieci, by chciały go widzieć na swoim przyjęciu. To bowiem już nie jest tak, że my wydajemy nasze dziecko za mąż czy je żenimy i musimy się pochwalić, więc spraszamy wszystkich ziomków. Nie, nie wydajemy nikogo – to oni oddają się sobie wzajemnie i Panu Bogu w sakramencie małżeństwa. I równie dobrze mogą to zrobić za naszymi plecami, nikogo nigdzie nie zapraszając.

Co jednak jeśli zależy nam na obecności kogoś, kto dla państwa młodych nie jest kimś przesadnie ważnym? Nie zapominajmy, że to jest ich dzień i to są ich goście. To oni podpiszą się pod zaproszeniami do ludzi, których będą potem oglądać na zabawie. Dlatego jeśli chcemy, by obecnym był ktoś mało znaczący w życiu naszych „pociech” zapomnijmy o używaniu argumentów „Ja organizuję wesele i zaproszę kogo będę chciała” albo „Oczywiście, że oni też będą”. Wejdźmy z przyszłymi małżonkami w dialog, bo to już nie są dzieci, którym się stawia warunki. To są dorośli ludzie u progu swego oddzielnego od nas życia. Chcemy, żeby na weselu był obecny wujek Zbigniew, usiądźmy więc obok narzeczonych i z pokorą zapytajmy ich, czy zgodzą się zaprosić wujka Zbigniewa, bo nam zależy na jego obecności. Mogę powiedzieć, że w ten sposób z ogromnym prawdopodobieństwem osiągniemy zamierzony cel, nie wprowadzając jednocześnie przyszłych nowożeńców we frustrację i konflikt interesów. A co, jeśli odmówią? Cóż, trzeba się będzie z tym pogodzić. To jest ich ślub i ich wesele, oni mają prawo decydować.

Wesele, przyjęcie czy obiad?

Wbrew pozorom nie jest to bez znaczenia. Wesele kojarzy się z wielką imprezą na 200 osób. Przyjęcie to już coś skromniejszego, obiad zaś to takie małe przyjęcie. Pytanie więc która z tych rzeczy będzie najlepsza… musi pozostać bez odpowiedzi. Dlaczego? Ponieważ to państwo młodzi są tu najważniejsi, to państwo młodzi decydują jakie i czy w ogóle chcą mieć przyjęcie po ślubie.

Jeden z moich przyjaciół, z tych którzy brali ślub w zeszłym miesiącu pragnął zorganizować obiad dla najbliższych (na 30 osób). Z tego powodu nie robił wielkiej imprezy i, mimo że to jego rodzicie finansowali zabawę, odmówił zaproszenia kilkorga proponowanych przez nich gości, którzy nie należeli do grona najbliższych. Zdecydowało o tym również to, że rodzice panny młodej pragnęli zaproszenia odpowiedników tychże gości od strony panny młodej (chodziło o tzw. swatów, a tych swatów było w sumie 3 pary), więc młodzi zgodnie odmówili. Ale zostali wcześniej zapytani – nikt nie kazał im się wykłócać, nie stawiał ich przed faktem dokonanym, a prawdą jest, że wielu rodziców sądzi, że ma do tego prawo. Dodam jeszcze, że tenże przyjaciel został poproszony o zaproszenie dodatkowej dwójki bliskich przyjaciół swoich rodziców i przystał na tę propozycję.

Drugi mój przyjaciel, u którego na ślubie byłem świadkiem, nie organizował żadnego przyjęcia w ogóle. Zapraszał tylko rodziców na lampkę wina, a co ważniejszych gości na tydzień później, na grilla. Osobiście czułem się dość dziwnie, gdy po ślubie i zebraniu koszów z prezentami wpakowałem rodzinę do samochodu i pojechałem do domu. To nie ma jednak znaczenia, bo to nie ja, lecz mój przyjaciel brał ślub i zorganizował go dokładnie tak, jak chciał tego on i jego żona. Przyjęcia nie było. Ja zorganizowałbym chociaż mały poczęstunek. Ale to naprawdę nie jest moja sprawa.

A więc na pytanie: wesele, przyjęcie czy obiad odpowiedź może być tylko jedna: cokolwiek sobie państwo młodzi zażyczą. To jest ich dzień i oni mają prawo o tym zdecydować. Jeśli warunki stawiane przez rodziców będą niekorzystne, mogą natomiast spokojnie odmówić współpracy i zrobić całkowicie po swojemu.

Czy na weselu musi być alkohol?

Pytanie wydaje się być oczywiste, ale wcale takie nie jest, jeśli wstawimy w to miejsce słowo „mięso”, „sałatka” albo „tort”. Albo „poprawiny” czy „obiad na drugi dzień, bo nie wypada puszczać gości na głodnego”. Odpowiedź na nie brzmi: nie, nie musi! Nie musi nie dlatego, że jest wolne państwo i każdemu wolno, tylko dlatego, że to jest wesele państwa młodych i tylko oni mają prawo zdecydować, czy będzie na nim mięsko, tort, alkohol czy cokolwiek innego. Mnóstwo ludzi martwi się kiedy młodzi mają fanaberię, że nie chcą alkoholu na swoim przyjęciu, bo goście nie będą się dobrze bawić, bo będzie drętwo, itp. Mam na to jedną odpowiedź: no i co z tego? To nie jest nasze, rodziców przyjęcie – to przyjęcie naszych dzieci, tak naprawdę już dorosłych i decydujących za siebie i w kwestii swojego przyjęcia. Nie chcą oczepin – nie będzie oczepin. Nie chcą disco polo – nie będzie disco polo! Nie chcą alkoholu? Nic mi do tego – to ich przyjęcie, a nie moje. W ostateczności, jeśli jest to dla mnie nie do zniesienia, mogę nie przychodzić. Nie mam obowiązku, tak jak państwo młodzi nie mają obowiązku dostosowywać się do stawianych przeze mnie warunków.

Zmiana perspektywy

Jestem pięć lat po ślubie i muszę przyznać, że tamten moment był momentem stosunkowo udanym. Wiele rzeczy, które chcieliśmy z Małżonką widzieć, udało nam się przeforsować. Zmiana perspektywy polega na tym, że gdybym dzisiaj brał ślub, niczego bym nie forsował. Sytuacja była niezręczna. Żeby zgodnie z naszym postanowieniem na przyjęciu (które pierwotnie miało być obiadem) nie było alkoholu, musiałem zagrozić, że w przeciwnej sytuacji nie będzie nas. Część zaproszonych gości nie przyjechało, ponieważ w kwestii zapraszania niektórych z nich byliśmy stawiani przed faktem dokonanym, podpisując się oczywiście pod zaproszeniami, ale żale wylewając na blogu.

Zmiana perspektywy nastąpiła tak naprawdę rok później, gdy urodził się nasz Synek. Ponieważ jestem zwolennikiem świętowania przyjętych sakramentów, organizowania małych przyjęć celem radowania się z „sakramentariuszem” – bo to jest główny cel przyjęcia – postanowiłem zorganizować obiad po chrzcie świętym. Zrobiłem to sam, za niewielką odłożoną sumkę wynająłem salę restauracyjną i zaprosiłem niczego niespodziewających się bliskich, spośród których niektórzy, nieświadomi moich planów, już zaczynali snuć własne w dalszej perspektywie czasowej. Sytuacja z Córką była już inna – bliscy zostali wcześniej poinformowani i nawet wciągnięci w przygotowania. Ale nauczeni przykładem pierwszego chrztu wiedzieli już, że kwestia decyzyjności należy do mnie i mojej Małżonki. Z trzecim dzieckiem będzie podobnie.

Zmieniona perspektywa wygląda tak, że gdybym miał brać ślub jeszcze raz (acz z tą samą kobietą), odłożyłbym podobną sumkę pieniężną i wynajął podobną salkę restauracyjną, zapraszając na obiad po ślubie podobną liczbę osób. Dziś nie kłóciłbym się z nikim o alkohol – alkoholu nie ma na chrzcinach, nie byłoby go też na obiedzie poślubnym. Nie wchodziłbym w wirtualne konflikty rodzinne, ponieważ zaprosiłbym tylko te osoby, z którymi naprawdę pragnąłbym się cieszyć naszym szczęściem. Gdyby zaś ktoś próbował dziś naciskać na mnie, bym wysłał zaproszenie do kogoś, kto „oczywiście, że będzie”, nie wysłałbym go. Mógłbym się jedynie przychylić do prośby o możliwość zaproszenia.

Zmiana perspektywy ogarnęła całą rodzinę. To nie jest nic dziwnego – ja byłem pierwszy. Ja przetarłem szlaki, bo pierwszy brałem ślub. Ja wszedłem w konflikt z najróżniejszymi osobami, by później kolejne osoby idące za mną nie musiały już zapraszać nikogo, kogo w praktyce prawie nie znały. I nawet jeśli ktoś z bliskich mi osób będzie chciał urządzić sobie przyjęcie weselne, na które zaprosi wszystkich, bo tak wypada – to jest tylko i wyłącznie jego wola. Będzie miał bowiem zdecydowanie łatwiej przeforsować swoje zdanie. Bredzę? Nieprawda. Mam przykład, że to się sprawdza. Drugi w kolejce do ślubu już o wiele więcej „może”, a o wiele mniej „musi”.

Podsumowanie

Nie biorę ślubu ponownie, choć myślę o jakimś uroczystym odnowieniu przyrzeczeń w perspektywie kolejnych pięciu lat. Jestem pięć lat po ślubie i jestem szczęśliwy. Nie wszystko wtedy poszło tak, jak sobie wymarzyliśmy, ale mogło być zdecydowanie gorzej. Część gości do dziś ma do mnie żal o to, co się wydarzyło – ale dziś wiem, że rozwiązałbym to inaczej. Nie rozwiążę, bo jestem pięć lat po ślubie. Jedyne, co mogę zrobić, to powiedzieć innym rodzicom organizującym wesele swoim dzieciom, w jakim świetle najlepiej to widzieć.

Po pierwsze więc nie wesele jest najważniejsze, lecz ślub – a od ślubu wszystko wychodzi i wokół niego się skupia. Wesele, jeśli jest, jest wyrazem radości z przyjęcia sakramentu małżeństwa. Po drugie zatem najważniejsi są nowożeńcy. Nie my, nie goście, lecz państwo młodzi właśnie. Oni zapraszają gości na ślub i na przyjęcie, by wspólnie cieszyć się radością sakramentalną. Wesele nie jest po to by dziękować gościom za prezenty, za przybycie. Ono jest po to, by goście mieli udział w radości państwa młodych. Jeśli goście przywieźli prezenty, to z miłości do państwa młodych, a nie z chęci popicia i potańczenia. Jeśli ich podejście jest inne – nie musimy się przecież takimi gośćmi przejmować. Przecież i dla nasz, rodziców, szczęście naszych dzieci ślub biorących jest stokroć ważniejsze, niż dobre samopoczucie gości.

Po trzecie wreszcie, skoro ślub jest centrum, a państwo młodzi są najważniejsi, to właśnie oni decydują o tym, kogo zaproszą, czy i jakie przyjęcie zorganizują, do której i na ile osób, czy będzie jedzenie, muzyka albo alkohol. My, rodzice, jeśli pragniemy dołożyć się do tego finansowo, traktujmy to jako prezent, jako udział w radości państwa młodych, a nie jako bilet to decydowania o kształcie imprezy.

Mam zaiste nadzieję, że choć część z Was zrozumie tę różnicę, tę zmianę perspektywy. I że ja za tych 20 lat będę myślał wciąż tak samo.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 17 Komentarzy

Nie brałem udziału w tej farsie

W szerokopojętej rodzinie lat temu ze trzy odbywał się ślub. Niezwykła uroczystość udzielenia sobie sakramentu małżeństwa, następnie ogromne, pełne radości wesele. Wszystko okraszone miejscowym i zagranicznym folklorem, panowie w spódnicach, gra na dudach itp. Świetna zabawa. Słusznie. Do dziś pamiętam, jak na jeszcze poprzednim weselu szerokopojęto-rodzinnym przyszły pan młody informował przez telefon kogoś od siebie: „I’m deffinitely getting married in Poland!”

Jak to bywa w zwyczaju w mej szerokopojętej rodzinie, na wesele zaproszono wszystkie ciotki, pociotki i kuzynów kuzynów. Tłum był niemiłosierny. Znam to jednak tylko z opowiadań, byłem (wraz z najbliższą rodziną) bowiem jedyną osobą, której nie zaproszono. Nie wywlekam teraz tego po to, żeby się poużalać, bo nie w tym rzecz. Rodzina miała swoje powody, żeby mnie nie zaprosić. Osobiście widzę powód w „Przedślubnych perypetiach”, które rok wcześniej dotyczyły mojego ślubu. Pod wpływem ówczesnych wydarzeń, tj. moich blogowych rozważań, część zaproszonych gości z szerokopojętej rodziny odwołało swoje przybycie (z góry nie wszyscy byli na wesele zaproszeni, bo niezgodnie z tradycją nasze było mniej huczne), a ostatecznie również wyłączyło mnie jako jedynego z listy gości u siebie. Mam nadzieję, że zemsta była słodko-kwaśna.

Nie, nie mam żalu, raczej ironiczny uśmiech z przymrużeniem oka. Nawet bym się nad tym w ogóle nie rozwodził, gdyby nie pewien mały szkopuł. Otóż ówczesna Panna Młoda jakiś czas temu zmieniła na Fejsie swoje nazwisko na panieńskie. Od jakiegoś czasu fotografuje się również z facetem, który jej mężem nie jest. Jej mąż natomiast ma ją w członkach rodziny jako „Nieznane”. Minęło około 3 lata związku małżeńskiego, a związek już właściwie przerodził się w (być może tymczasowy) niebyt. Na co był sakrament i uroczyste przysięgi? Na co było radosne, kraciaste wesele? Na co było wypinanie się na dalekich krewnych, którzy kiedyś raczyli wyrazić na jakiś temat własne zdanie? Na nic się to zdało, bo ktoś zapomniał, że złożył przysięgę, że poświęcił swój związek Bogu i że zrobił to już na zawsze. Taki ślub z weselichem nazywam bez wahania farsą. Bo nie prowadzi do budowania, lecz do burzenia. Nie tylko związku, ale całego życia.

Rozwód bowiem nadal nie istnieje. Każde współżycie pozamałżeńskie, o ile ślubu udzielili sobie małżonkowie w Kościele, jest zdradą małżeńską. Każde wchodzenie w związki pozamałżeńskie jest w tej sytuacji wchodzeniem w konkubinat i odseparowywaniem się od Boga, od jedności z Nim, od możliwości uczestniczenia w sakramentalnym życiu Kościoła. Oczywiście, można się rozejść. Można się nawet rozwieść. Można znaleźć sobie nowego „męża” i zalegalizować związek w urzędzie. W oczach Boga i w ludzkim sumieniu to nic nie zmienia. Sakrament małżeński raz zawarty pozostaje ważny do końca naszych ziemskich dni. Nie ma żadnego „ale”, nie ma żadnego „przebacz”. Sami bowiem się decydujemy i składamy przysięgę na całe życie: „Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci”. Wszelkie wykroczenia przeciw przysiędze (np. zdrada) nie umniejszają jej powagi i nie sprawiają, że przestaje być ważna. Złamanie przykazania danego od Boga nie przekreśla tego przykazania, a jedynie popycha do nawrócenia. Albo dobrowolnego wykluczenia. I za to wszystko odpowiemy przed Sądem.

Nieporozumienia w małżeństwie mogą wynikać z różnych rzeczy. Znajoma rozwodzi się z mężem, bo był dumny, że zarabia więcej niż ona. Są tacy, którzy negują zainteresowania czy potrzeby współmałżonków. Nasze małżeństwo trwa prawie 4 lata. Mamy mnóstwo konfliktów i nieporozumień, popełniamy mnóstwo błędów i wykroczeń. Mamy też dwójkę wspaniałych dzieci i marzenia. O domu, o psie, o większej i większej wąskopojętej rodzinie. O wspólnym spędzeniu dni aż po starość. Ale nawet jeśliby coś się pokićkało po drodze, zawsze musimy pamiętać, że łączy nas przysięga złożona wobec Boga, Kościoła i nas samych. Nic nigdy się w tej kwestii nie zmieni. Nasze małżeństwo będzie trwało, choćbyśmy się kiedyś rozwiedli. Wobec Boga nic się nie zmieni. I być może moja szerokopojęta rodzina również nie wzięła udziału w tym, co sami nazwaliby farsą (wcale się im nie dziwię), a co było naszym ślubem. Ale muszę podkreślić, że to nasz związek jeszcze trwa, rozwija się, wspólnymi siłami jest budowany. Może właśnie dlatego, że potrafimy jasno określić jakie jest nasze zdanie i dlaczego postępujemy tak, a nie inaczej, w zgodzie z najwyższą Prawdą i sumieniem. Może dlatego, że pamiętamy, jakie znaczenie ma tak naprawdę ten sakrament, którego sobie wzajemnie, raz na całe życie, udzieliliśmy.

Nie zdziwię się, jeśli pod tą notką pojawią się pojedyncze komentarze podobne do tych z „Przedślubnych perypetii”. Może być ich nawet więcej niż pojedyncze. Złośliwych, jadowitych anonimów i stwierdzeń, że „wroze ci rozpad malzenstwa i to ze zostaniesz sam jak palec bo twoje myslenie nie poprowadzi cie zbyt daleko”. Nie martwi mnie to jednak. „Moje” myślenie doprowadziło mnie już bowiem wystarczająco daleko, wraz z Najwspanialszą Kobietą na świecie, która jest moją żoną, i mam nadzieję, że jeszcze daleko doprowadzi. Przed nami całe życie!

Chciałem tylko jeszcze raz podkreślić, że rozwód nadal nie istnieje.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy