Posts Tagged With: Śmierć

Gdyby Jan Paweł nie umarł, nie byłoby Jana Pawła II

Jan Paweł I był papieżem, który zasiadał na tronie papieskim przez bardzo krótki okres czasu. Wybrany w czasie konklawe 26 sierpnia 1978 roku, uroczyście objął stanowisko 3 września tegoż roku, a zmarł 28 września. Jego pontyfikat trwał więc nieco ponad miesiąc, a nagła śmierć do dziś wzbudza wiele kontrowersji. Albino Luciani po wyborze na papieża przyjął jednak imię Jan Paweł (na cześć swoich dwóch poprzedników – Jana XXIII i Pawła VI), a nie Jan Paweł I, tak jak i dziś będący biskupem Rzymu Franciszek nie nosi przy swym imieniu dodatku „Pierwszy”. Do imienia „Jan Paweł” dodano rzymską liczbę oznaczającą „jeden” już po jego śmierci. A zrobiono to dlatego właśnie, że jego bezpośredni następca przyjął również imię Jan Paweł, tym razem by upamiętnić swego nagle zmarłego poprzednika. Wówczas to Karol Wojtyła otrzymał numer „drugi”, a Albino Luciani – już pośmiertnie – „pierwszy”.

POPE JOHN PAUL II POPE JOHN PAUL IWydaje się logicznym stwierdzenie, że gdyby nie przedwczesna, nagła śmierć Jana Pawła I, jego następca prawdopodobnie przyjąłby zupełnie inne imię. Nie tylko zresztą to, ale również papieżem zostałby prawdopodobnie ktoś zupełnie inny. Gdyby nie niewyjaśniona do końca śmierć Albino Lucianiego, Karol Wojtyła raczej nigdy nie trafiłby na tron piotrowy, nie mielibyśmy papieża Polaka, „naszego” papieża. I, może dało się to zauważyć już, cały ten mój wywód wpisuje się idealnie we wcześniejszą tematykę dziecka śmierci. Tylko tym razem chodzi o imię.

Mamy z moją Żoną taką umowę, ku sprawiedliwości, że wybieramy imiona naszym dzieciom na zmianę. Na początku, ustaliliśmy, jeśli urodziłby się chłopak, ja nadałbym mu imię. Jeśli zaś dziewczynka – imię wybrałaby Żona. I kontynuując – imię drugiemu chłopcu wybierać miała Żona, a drugiej dziewczynce ja. Są przy tym pewne obostrzenia, jak na przykład takie, że dziecko nie może nosić imienia, którego nie nosił żaden święty patron. Albo nie może nosić imienia, które podoba się tylko jednemu z nas, a drugie go nie akceptuje. W efekcie kilka imion odpadło, ale co do większości jesteśmy w stanie się dogadać. A skoro naszym pierwszym dzieckiem jest chłopiec, to nosi imię zgodne z moim pomyślunkiem. A druga jest dziewczynka i to Żona nadała jej imiona. A potem było trzecie dziecko.

Nasz Trzeci zmarł. Zmarł na tyle wcześnie, że nie dało się określić jego płci w stu procentach, ale i na tyle późno, że lekarz zdążył wcześniej określić jego płeć z pewnym prawdopodobieństwem, graniczącym z niepewnością. Było możliwe, ale nie pewne, że Trzeci był chłopakiem. A skoro był chłopakiem, to nosił imię takie, jakie chciałaby moja Żona. Komplikacje jednak pojawiły się już w momencie nadawania tego imienia dziecku, które nawet nie mogło zostać ochrzczone. Zastanawialiśmy się, czy może nie pochować go pod imieniem innym, niż planowane. Myśleliśmy o nienadawaniu mu imienia, bo „Bóg zna jego prawdziwe imię”, ale nie dało się tego zrobić – urzędnik musiał wpisać jakieś imię, żeby zarejestrować śmierć maluszka. Zdecydowaliśmy, że najbardziej sprawiedliwe wobec niego było nadanie mu takiego imienia, jakie było zamierzone od początku. I tak oto nasz Trzeci, przedwcześnie zmarły dzieciaczek otrzymał imię Piotr Łukasz i pod tym imieniem został pochowany.

A potem pojawiło się kolejne dzieciątko, któremu też trzeba było nadać imię. Kolejna burza mózgów między nami podsunęła nam kilka pomysłów. Pierwszym było to, że jeśli będzie to chłopiec, to imię nadam mu ja, bo Trzeci nosił imię od mojej Żony. Drugą myślą było nadanie innego imienia, również wybranego przez moją Małżonkę. Ale wciąż nie skreślaliśmy imienia Piotr Łukasz z listy możliwości. Nie byliśmy jednak pewni, czy to jest dobry pomysł. Czy to jest sprawiedliwe wobec Trzeciego, który odszedł od nas przedwcześnie, ale dostał od nas imię i pod tym imieniem został pochowany. I wtedy właśnie przyszło mi do głowy to porównanie. Gdyby Jan Paweł nie umarł, nie byłoby Jana Pawła II…

116Karol Wojtyła przyjął imię Jana Pawła po swoim przedwcześnie zmarłym poprzedniku. Nosił je z dumą, choć nie porównywano go nigdy do Albino Lucianiego, a on nie próbował być taki, jak tamten. Przejął imię po nim, by uczcić jego życie i śmierć. I dzięki tej sytuacji my postanowiliśmy nadać naszemu czwartemu dziecku, jeśli będzie chłopcem, imię Piotr Łukasz, takie samo, jakie nosił jego zmarły przedwcześnie brat.

Piotr Łukasz, bez dodatku „drugi”, urodził się 25 sierpnia 2014 roku. Jest chłopcem, tak jak prawdopodobnie był nim jego „poprzednik”, ten którego imię nosi. I jeśli pewnego dnia pójdziemy na cmentarz, by zapalić znicz na grobie naszego zmarłego maluszka, a Piotruś zapyta dlaczego tam jest jego nazwisko, opowiemy mu dokładnie tę samą historię. Wierzymy, że zrozumie, tak jak w tej chwili rozumie to jego pięcioletni brat.

Dziękuję wszystkim za troskę i modlitewne wsparcie, zarówno gdy zmarł nasz Trzeci, jak i gdy oczekiwaliśmy na Czwartego. Chwała Panu!

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:

1. Jan Paweł I wita kardynała Karola Wojtyłę, za: http://wojdalscy.republika.pl/galeria/jp2/slides/z2634086G.html

2. Piotr Łukasz, autor zdjęcia: Maurycy Teo

Categories: Ku chwale innych, Uncategorized | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Dziecko śmierci

Mój bliski opowiedział mi pewnego razu swoją historię. Jego rodzice chcieli mieć tylko jedno dziecko. Kiedy więc urodził się ich syn, postanowili zaniechać dalszych starań o potomka. Tym synem nie był mój bliski. Można więc przypuszczać, że on nigdy by nie zaistniał, nigdy by się nie urodził, gdyż – zgodnie z planem – rodzice mieli już to jedyne dziecko. Syn jednak zmarł. Po odbyciu żałoby rodzice zdecydowali się zatem, że – skoro chcą mieć jedno dziecko – postarają się o kolejne. Wtedy urodził się mój znajomy. To właśnie on, wiele lat później, opowiedział mi o zjawisku, które nazwał „dzieckiem śmierci”. On sam tak siebie nazwał. Gdyby nie umarł jego brat, którego nie miał nawet szansy poznać, jego nigdy by nie było.

Potem zacząłem zastanawiać się nad zjawiskiem dziecka śmierci. Doszedłem do wniosku, że każdy człowiek na ziemi jest z pewnością dzieckiem śmierci, bo każdy człowiek istnieje dzięki temu, że ktoś przed nim, w odpowiednich okolicznościach, umarł. Niekoniecznie musiała to być tak prostolinijna historia, jak u mojego znajomego. Nie musiało być tak, że zmarło czyjeś starsze rodzeństwo, które miało być jedynym dzieckiem. Ale jeśli cofniemy się myślami w czasie wystarczająco daleko, napotkamy z pewnością na śmierć, która doprowadziła do naszego życia. Ktoś musi umrzeć, by ktoś mógł się urodzić.

dzieckoZnam historię życia człowieka niezwykle bliską mojemu sercu. Żyła sobie piękna, młoda kobieta, która pokochała młodego mężczyznę. Byli ze sobą szczęśliwi i planowali wspólne życie. Planowali ślub i rodzinę, planowali dzieci. Niestety okazało się, że narzeczony dziewczyny jest ciężko chory, że umiera. To będzie historia z happy endem, nawet mimo tego, że ten mężczyzna w końcu umrze. Może się to wydawać ironiczne, ale naprawdę wielu ludziom później przyniesie szczęście. Mężczyzna chorował i umarł. Został pożegnany, a po pewnym czasie kobieta pokochała innego mężczyznę. Z tym mężczyzną wzięła ślub i w ich małżeństwie pojawiło się dziecko. Tym dzieckiem był ów człowiek, o którym wspomniałem na początku. Urodził się w szczęśliwej rodzinie, a data jego urodzin była kolejną rocznicą pogrzebu pierwszego narzeczonego jego matki…

W środę byliśmy na mszy w Zagościńcu. Zagościniec jest małą miejscowością, która znajduje się blisko miejsca mojej pracy i w której mamy nadzieję pewnego dnia zamieszkać. Nasze zamieszkiwanie w Zagościńcu zaczęło się nietypowo – od śmierci naszego Trzeciego Maluszka. Szukając miejsca na pochówek wybraliśmy sobie właśnie Zagościniec z myślą, że gdy kiedyś tam zamieszkamy, nasz grób będzie w pobliżu. Byliśmy na mszy, którą wcześniej zamówiliśmy w intencji zbawienia naszego Maleństwa. Termin ten pokrywał się zaś mniej-więcej z datą przewidywanego rozwiązania, które planowane było na koniec lutego. Gdybyśmy zatem nie stracili dzieciątka, to nasze Trzecie byłoby już z nami, na wierzchu, lub właśnie by się rodziło. Dziwnie się o tym pisze w 5 miesięcy od jego śmierci, kiedy tak naprawdę w ogóle nie czuje się już, że można by musieć opiekować się noworodkiem.

JezusdzieciJesteśmy w trzecim miesiącu ciąży. Nasze Czwarte w tej chwili jest zdrowe, rozkokoszone i bezpieczne. Kiedy pytają mnie o to, jak się miewa, odpowiadam w stylu typowym dla mnie, że jeszcze żyje. Ale żyje i podobno miewa się dobrze. Gdyby nasze Trzecie Maleństwo nie umarło, dziś rodziłoby się, a Czwartego nie mielibyśmy nawet w planach. No, może bardzo odległych. Kiedy jednak okazało się, że straciliśmy jednego z dzieciaczków, postaraliśmy się z Bożą pomocą o kolejnego, gdy tylko lekarze zajmujący się nami wskazali, że już jest dobry moment, by się starać. Nasze Czwarte Dzieciątko, to które teraz się rozwija w swoim życiu płodowym, nigdy by nie zaistniało, gdyby nie umarło jego starsze rodzeństwo. Ono istnieje tylko dlatego, że jego brat lub siostra opuścił nas przedwcześnie. Każde kolejne z naszych dzieci będzie już inne niż byłoby każde kolejne z naszych dzieci, gdyby Trzecie nie umarło. Ale to jedno, Czwarte, zawsze będzie inne w wyjątkowy, bardzo bezpośredni sposób. Ono jest bardzo bezpośrednio dzieckiem śmierci.

Proszę Was serdecznie o modlitwę w intencji naszego Czwartego Maluszka, aby bezpiecznie przeszedł przez ciążę i zdrowo wyszedł na zewnątrz w odpowiednim momencie. Oraz w intencji Trzeciego, aby miał możliwość cieszyć się wiecznym szczęściem w Niebie, skoro Pan postanowił powołać go tak wcześnie.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Figura Dziecka Utraconego, pobrana ze strony http://wiara.wm.pl/126599,Dzien-Dziecka-Utraconego.html
2. Wizerunek Jezusa i Dzieci, pobrany ze strony http://anulka77.wordpress.com/2012/08/03/dzieci-i-pan-jezus/

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Pożegnanie dziecka nienarodzonego

Minęły już dwa miesiące odkąd dowiedzieliśmy się o tym, że nasze trzecie Maleństwo nie żyje. Sądzę, że póki sprawa jest jeszcze dość świeża, ale już nie tak bolesna, warto napisać kilka słów o sytuacji ojca w radzeniu sobie z tak przykrym zdarzeniem.

Jestem mężczyzną, ojcem, a co za tym idzie – nie ulega to wątpliwości – dziecko w łonie matki jest dla mnie większą abstrakcją, niż to poza jej łonem, jak i większą abstrakcją niż dla matki tego dziecka. To kobieta nosi w swoim łonie maleństwo, czuje je, jak wpływa na jej organizm, na jej codzienność, wreszcie czuje jego ruchy. Ale nie jest prawdą, że świadomy i kochający mężczyzna nie ufa swemu ojcostwu do momentu porodu. I ja od samego początku kochałem każde z moich dzieci, i ja troszczyłem się i rozmawiałem z tymi, których nie widziałem. Podobnie było z Trzecim, które towarzyszyło nam od momentu poczęcia – nie tylko mojej Żonie, ale nam, razem, a także naszym pozostałym dzieciom. I Synek modlił się za Maleństwo przy codziennej modlitwie, i całował brzuch mamy na dobranoc. Podobnie troszczył się kiedy w brzuchu była Córka i dlatego nie było dla niego niespodzianką, kiedy wreszcie się urodziła. Ja o naszym Trzecim wspomniałem tu, na blogu, kiedy jechaliśmy z Żoną do Paryża. To było nasze jedyne dziecko, które nam w tej podróży towarzyszyło.

Kilka miesięcy później dowiedzieliśmy się, że zmarło. Trzeba było wszystkim powiedzieć; wszystkim tym, którzy już wiedzieli o jego istnieniu. Trzeba było załatwić sprawy medyczne. Trzeba było zagospodarować dzieci na ten czas (tu dziękuję szczególnie mojej dalszej rodzinie, w tym mojemu Bratu i jego Żonie). Trzeba było oczywiście również zająć się sprawami pogrzebu. To zadanie spłynęło więc na mnie.

żałobaRodzice dziecka poronionego mają prawo do normalnego pogrzebu. Aby go jednak dokonać, należy załatwić rejestrację narodzin i zgonu w urzędzie. W tym przypadku sytuacja jest bardzo skomplikowana, ponieważ urząd nie zadowala się nazwą „płód” w swoich zapiskach. Potrzebuje mieć płeć i imiona dziecka. Jeśli płci nie da się określić, urząd w Warszawie (nie wiem jak jest w innych miejscach) życzy sobie określenia płci na drodze badań genetycznych. Na szczęście szpital idzie rodzicom na rękę i nie każe płacić za drogie badania, lecz pozostawia ciało dziecka u siebie przez czas, jaki byłby potrzebny na przeprowadzenie badań, a następnie wpisuje płeć domniemaną przez rodziców. Jest to ciekawy sposób walki z biurokracją (o którym wiedzą nawet pracownicy urzędu), który niestety znacząco opóźnia sprawy pogrzebowe. Kiedy płeć jest już zadeklarowana, w urzędzie trzeba zapisać imiona dziecka. Byłem tam, załatwiałem sprawy i imienia nadawać nie chciałem. Stwierdziłem bowiem, że Maleństwo jest nieochrzczone, a w tradycji chrześcijańskiej imię nadaje się w momencie chrztu. Wiedzieliśmy wprawdzie jak chcieliśmy, żeby Maluszek miał na imię, ale oficjalnie nie używaliśmy tego imienia i stwierdziłem, że jego imię zna Bóg. W urzędzie nie miałem jednak wyjścia, musiałem imię nadać, albo zdecydować, by zostało nadane losowo przez urząd. Zapisałem więc imiona, które nasze Trzecie dzieciątko miałoby, gdyby się urodziło i gdyby było tej płci, którą zadeklarowaliśmy. Zorientowaliśmy się jednak ostatnio, że mimo imion w dokumentach my nadal mówimy o naszym dzieciątku Maleństwo lub Maluszek. Mimo że w kwestii nadawania imion mieliśmy odmienne zdania.

Pozostaje jeszcze kwestia pogrzebu. Na początku byliśmy pewni, że chcemy pochować naszego Maluszka sami. Kiedy jednak dowiedziałem się jak mają się sprawy w stolicy, zwątpiłem. Wykup jednego miejsca na cmentarzu to około 3000 złotych. Oczywiście, nie chciałbym być skąpcem jeśli chodzi o sprawy moich dzieci, ale na taki wydatek nie byłem przygotowany. Pojawił się pomysł pogrzebu we wspólnej mogile na terenie dziadków, ale nie widzieliśmy siebie jeżdżących tam po to, by odwiedzić grób naszego Maluszka. Jest jeszcze opcja zostawienia ciała w szpitalu, gdzie zostanie pochowane wraz z innymi utraconymi dziećmi we wspólnej mogile. Rozważaliśmy także tę opcję, choć było nam trudno pogodzić się z takim bezosobowym traktowaniem naszego dziecka. Ale potem pomyśleliśmy, że w sumie zamierzamy się wkrótce przeprowadzić na wieś. Rozpoczynanie zaś życia na wsi poprzez stawianie tam grobu nie jest zaś może zbyt konwencjonalne, ale dobre jak każde inne. Widzę w tym interwencję Bożą, ponieważ pojawiły się wokół nas osoby, które poświęciły swój czas i wysiłek, by pomóc nam rozwiązać nasz problem. Mój znajomy z pracy, zamieszkujący właśnie w tamtej parafii na wsi, postanowił porozmawiać z księdzem na nasz temat. Okazało się, że proboszcz na wsi może udostępnić miejsce na cmentarzu zupełnie za darmo – oczywiście zwróciwszy uwagę na nasz trudny stan. Grabarz pracował po kosztach, zakład pogrzebowy też wziął mniejszą stawkę i tak udało nam się zamknąć w naprawdę niewielkiej sumie. Dziękuję w tym miejscu wszystkim osobom, które zaangażowały się w pomoc nam. Należy również oddać chwałę Bogu, który, jestem o tym przekonany, w zdecydowany sposób tu interweniował.

A do pogrzebu przysługuje rodzicom zmarłych dzieci zasiłek pogrzebowy; ja jeszcze go nie odebrałem, ale myślę, że warto o nim przypomnieć wszystkim rodzicom borykającym się ze śmiercią dziecka. Oznacza to, że jeśli pomyśli się odpowiednio, zwróci do odpowiednich ludzi i do Bożej opatrzności, nie trzeba się martwić kosztami pochówku swojego zmarłego dziecka. Nie w tym rzecz, by pieniądze były jakimś ogromnym problemem. Ale dużo łatwiej – każdemu, jak sądzę – jest przeżywać śmierć kogoś bliskiego, a zwłaszcza własnego dziecka, gdy nie trzeba przy okazji martwić się finansami.

Pogrzeb odbył się z opóźnieniem, spowodowanym właśnie kwestiami urzędowymi. Pojechaliśmy na wieś wraz z naszymi dziećmi, które przeżyły śmierć braciszka albo siostrzyczki na swój sposób. Mogliśmy zakończyć nasze sprawy, przeżyć naszą żałobę. Dziś mam nadzieję, że Pan Bóg lituje się nad dziećmi nienarodzonymi, które nie miały chrztu. Że nie karze dzieci za grzech pierworodny, na którego zaistnienie i trwanie w nich nie miały wpływu. I mam nadzieję, że wkrótce spotkamy się w niebie z naszym Maluszkiem. I wtedy poznamy jak naprawdę ma na imię.

Przy okazji pomyślałem sobie, że wszyscy w jakiś sposób możemy nazywać się dziećmi śmierci. Ja istnieję, bo ktoś przede mną umarł, torując tym samym drogę do mojego zaistnienia. Każdy z nas ma za sobą przynajmniej jedną taką śmierć, a prawdopodobnie znacznie więcej. Teraz czas nam myśleć o następnym dzieciaczku. I zdajemy sobie sprawę, że żadne z naszych kolejnych dzieci nie byłoby tym, kim będzie, gdyby jedno z ich rodzeństwa wcześniej nie umarło.

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 8 Komentarzy

Śmierć są to panny mądre i głupie

Miałem niedawno kilka myśli związanych ze śmiercią. Czym właściwie jest śmierć, dlaczego tak nas przeraża, jest dla nas taka trudna? Może przede wszystkim dlatego, że zgodnie z Bożym objawieniem ludzie na początku nie powinni byli umierać. Człowiek, jak mnie uczono, miał możliwość nieumierania – a nie niemożliwość umierania. Gdyby ta druga opcja wchodziła w rachubę, żaden grzech nie pociągnąłby go ku śmierci. W pierwszym przypadku jednak wybierając nieposłuszeństwo, człowiek wybrał śmierć dla siebie. Drugim powodem, dla którego boimy się śmierci jest fakt utraty kogoś bliskiego. Pożegnanie z nim na dłużej, niż tylko na kilka godzin. Tak naprawdę na zawsze – to jest do końca naszego własnego życia. I trzeci powód to fakt, że nigdy tak do końca nie jesteśmy gotowi na własną śmierć. Ktoś mi niedawno powiedział, że nigdy nie jest dobry czas na umieranie.

„Wtedy z królestwem niebieskim będzie podobnie jak z dziesięcioma pannami, które wzięły lampy i wyszły naprzeciw pana młodego. Pięć z nich było głupich, a pięć mądrych. Głupie wziąwszy lampy nie zabrały z sobą oliwy. A mądre wzięły razem z lampami naczynia z oliwą. Kiedy pan młody się spóźniał, ogarnęła je senność i wszystkie zasnęły. O północy rozległo się wołanie: – Pan młody nadchodzi, wyjdźcie mu naprzeciw. Wtedy wszystkie panny zerwały się ze snu i przygotowały lampy. A głupie powiedziały do mądrych: – Dajcie nam trochę waszej oliwy, bo lampy nasze gasną. Lecz mądre odpowiedziały: – O nie! Nie wystarczyłoby dla was i dla nas. Idźcie raczej do sprzedawców i kupcie sobie. A kiedy tamte poszły kupować, nadszedł pan młody i te, które były gotowe, weszły razem z nim na wesele. I zamknięto drzwi. W końcu przychodzą i pozostałe panny, mówiąc: Panie, panie, otwórz nam! – On zaś odpowiedział: Zaprawdę powiadam wam: Nie znam was. Czuwajcie zatem, bo nie znacie dnia ani godziny” (Mt 25,1-13).

Moment przyjścia pana młodego to tak naprawdę koniec świata. Wejdziesz albo nie wejdziesz – bo albo się przygotowałeś, albo nie. Ktoś mi powiedział, że nigdy nie jest dobry czas na umieranie. A ja powiadam odwrotnie – na umieranie zawsze jest dobry czas. Tylko i wyłącznie dlatego, że nigdy nie wiemy kiedy Pan Bóg po nas przyjdzie. Nie znamy dnia ani godziny – o tym sam Mesjasz nam powiedział. Nie znamy dnia ani godziny, zatem musimy nieustannie czuwać. Musimy zaopatrzyć się w lampy i w oliwę do lamp, bo kiedy przyjdzie czas, nie będzie od kogo pożyczyć.

„Mówię [wam], bracia, czas jest krótki. Trzeba więc, aby ci, którzy mają żony, tak żyli, jakby byli nieżonaci, a ci, którzy płaczą, tak jakby nie płakali, ci zaś, którzy się radują, tak jakby się nie radowali; ci zaś, którzy nabywają, jak gdyby nie posiadali; ci, którzy używają tego świata, tak jakby z niego nie korzystali. Przemija bowiem postać tego świata” (1 Kor 7,29-31).

Te słowa zapisał św. Paweł, mający czasem dość kontrowersyjne myślenie. Pisząc pierwszy list do Koryntian wierzył jeszcze prawdopodobnie w szybkie przyjście Chrystusa, tj. w zakończenie się czasu i powrót Jezusa z nieba na ziemię. Później zmienił nieco nauczanie, kiedy zorientował się, że Jezus jednak nie przyszedł. Ale dziś jego nauka jest wciąż ważna, jeśli zrozumiemy, że Jezus po każdego z nas przychodzi wówczas, gdy my umieramy. Śmierć to jest nasz mały koniec świata. Być może właśnie jedyny prawdziwy koniec świata, jaki istnieje. Dlatego musimy żyć tak, jakby w każdym momencie mogła przyjść na nas śmierć.

Śmierć była elementem konsekwencji, jakie spłynęły na nas w efekcie grzechu. Była jakby karą, nie wiadomo było, czy coś jest po śmierci. Ale przyszedł Jezus i naprawił śmierć. Sprawił, że coś, co dotąd nas wykańczało, teraz jest otwartą bramą do dalszej, lepszej drogi. Pytaniem tylko pozostaje, czy nie jesteśmy za bardzo przywiązani do naszego tu i teraz, żeby otworzyć się na światło bijące z wnętrza sali weselnej, z wnętrza Królestwa Bożego.

Wszyscy umierają i każdy kiedyś umrze. Śmierć nie jest końcem życia, lecz drzwiami, przez które można przejść na drugą stronę. Odchodząc zostawiamy bliskich, ale możemy mieć nadzieję, że oni do nas wkrótce dołączą. Do miejsca, w którym zawsze króluje pokój, w którym można oglądać Boga twarzą w twarz.

Pytanie tylko, czy na koniec, kiedy nadejdzie dzień i godzina, będziemy czekać, jak mądre panny, z lampkami płonącymi w dłoniach, czy jak głupie – gdzieś na targu kupować oliwę i spóźnimy się na zamknięcie drzwi. Jezus nam powiedział, co należy robić. Powtórzył to innymi słowy święty Paweł. A wiele, wiele lat wcześniej Bóg przemówił do Izraela:

„Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię, kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo, miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu, lgnąc do Niego; bo tu jest twoje życie i długie trwanie twego pobytu na ziemi, którą Pan poprzysiągł dać przodkom twoim: Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi” (Pwt 30,19-20).

A Bóg zawsze dotrzymuje obietnicy.

Pomysł na notkę powstał tydzień temu, gdy zmarł mój dziadek. Zastanawiałem się wówczas, czy znalazł się po stronie panien mądrych, czy głupich. Przyszło mi do głowy, że nasze trzecie dziecko nigdy nie pozna pradziadka…

Dziś już wiem, że również nasze trzecie dziecko Pan powołał do siebie. Śmierć nastąpiła kilka tygodni temu, dowiedzieliśmy się dopiero wczoraj. Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny! Po każdego kiedyś Pan Zbawiciel przyjdzie.

On właśnie zmienił śmierć w życie. Bo po życiu następuje zmartwychwstanie. Wybierajcie więc życie.

Zacznij od Zmartwychwstania
od pustego grobu
od Matki Boskiej Radosnej
wtedy nawet krzyż ucieszy
jak perkoz dwuczuby na wiosnę
anioł sam wytłumaczy jak trzeba
choć doktoratu z teologii nie ma
grzech ciężki staje się lekki
gdy się jak świntuch rozpłacze
– nie róbcie beksy ze mnie
mówi Matka Boska
to kiedyś
teraz inaczej
zacznij od pustego grobu
od słońca
ewangelie czyta się jak hebrajskie litery
od końca

Ksiądz Jan Twardowski

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy

Jakie to jest piękne w porównaniu

Kilka tygodni temu światem i światem mediów wstrząsnęła informacja o psychopatycznym mordercy, który zaatakował i zabił 26 osób w Connecticut, USA, w tym w większości dzieci w wieku 5-10 lat. Sprawa wydaje się być okropna, przerażające zdarzenie, okrutna śmierć niewinnych, kochanych dzieci, których kochali rodzice, które miały przed sobą całe życie. Sam, jako ojciec dwójki, nie mam pojęcia jak ciężko przeżyłbym podobne zdarzenie.

Obama Connecticut

Przy okazji pojawiającej się informacji przedstawiono również tzw. demotywator, czyli obrazek mający za pomocą jednego zjawiska zwrócić uwagę na coś ważnego, ciekawego a czasem śmiesznego (i zdemotywować nas do nauki na przykład). Demotywator przytaczał słowa Baracka Obamy wypowiedziane w Connecticut: „Większość ofiar to dzieci. Małe, śliczne istoty, które nie skończyły dziesięciu lat. Miały przed sobą wszystko co najpiękniejsze: urodziny, wesela, narodziny własnych dzieci”. Autor obrazka zauważa następnie, że „W wyniku aborcji rocznie w USA zabija się ok. 1 milion 200 tysięcy »Małych, ślicznych istot, które nie skończyły dziesięciu lat. Które miały przed sobą wszystko co najpiękniejsze: urodziny, wesela, narodziny własnych dzieci.«” Dodaje na końcu „Aborcji powiedzmy stanowcze nie”. I ja osobiście, zaintrygowany kontrowersyjnością, ale i prawdziwością podobnego porównania zamieściłem demotywator na własnym profilu Facebook, wkręcając się przy okazji w niezbyt przyjemną dyskusję.

Duża liczba osób przeciwnych takim porównaniom argumentuje, że nie powinno się takich rzeczy robić z szacunku choćby dla rodzin dzieci, które zginęły w wyniku ataku. Inni twierdzą, że płaszczyzna nie jest jednakowa, że porównujemy dwie odmienne sprawy. Oczywiście zwolennicy aborcji w ogóle nie widzą związku, ponieważ dla nich aborcja jest decydowaniem o własnym życiu i ciele, a strzelanina morderstwem. Ja jednak widzę związek i to oczywisty, zwłaszcza że nie tyle uderzamy tu w czyjkolwiek żal po utracie dziecka (który rozumiem doskonale), lecz w słowa Baracka Obamy, który okazuje się być po raz kolejny dwulicowym oszustem. Z jednej strony bowiem wzrusza się nad ciałami dzieci, które zginęły z ręki szaleńca, z drugiej zaś wspiera aktywnie aborcję, nawet w późnym etapie ciąży. Nie widzi przy tym, albo nie chce widzieć, że śmierć dziecka jest identyczna w tym i w tamtym przypadku, że rzeczywiście w obu przypadkach mamy do czynienia ze ślicznymi, małymi istotami, które nie skończyły 10 lat. Różnicę widzę w tym, że dzieci z Connecticut zdążyły coś przeżyć, coś zobaczyć, coś narysować i powiedzieć. Ludzie się do nich przyzwyczaili, polubili je, pokochali. Pałali do nich różnymi radosnymi uczuciami. Dzieci przed narodzeniem właściwie jeszcze nie są nawet widoczne, chyba że mówimy o wypukłym brzuchu ich matek albo niewyraźnym obrazie USG. Nie zdążyły zbyt wiele zrobić i niewiele osób się do nich przyzwyczaiło. Niewiele osób darzyło je uczuciami w ogóle. Dla kogo jednak w tym przypadku zmienia się perspektywa? Wyłącznie dla ludzi, którzy tymi uczuciami dzieci objęli. Rodzice cierpią bardziej (zwłaszcza, że w Connecticut ich dzieci zginęły nie z ich woli, a w aborcji ważna jest najczęściej osobista decyzja matki), nauczyciele i sąsiedzi również (w przypadku aborcji nie mieli dotąd z dziećmi do czynienia), cierpi także bardziej prezydent Obama. Czy zmienia się jednak perspektywa dzieci, które zostają zabite? Nie! Zarówno w ataku zamachowca, jak i w procesie aborcji umierają dzieci, które były małymi, ślicznymi istotkami, które miałyby przed sobą urodziny, własny ślub (albo i nie), własne dzieci (albo i nie), gdyby nie zostały zabite. Zarówno w Connecticut jak i w całej Ameryce, w całym świecie giną dzieci, które za każdym razem są tak samo wartościowe jako osoby. Dostaliśmy jednak poprawnie polityczny społeczny zakaz komentowania i porównywania, przez wzgląd na uczucia rodzin ofiar.

W związku z powyższym chyba powinniśmy przestać również komentować aborcję samą w sobie, przez wzgląd na syndrom postaborcyjny.

Co ja bym zrobił, gdyby podobna sytuacja zdarzyła się w moim przypadku? Mam nadzieję, że Bóg pozwoli mi uniknąć podobnego przeżycia, mówię czysto teoretycznie. Gdyby prezydent Komorowski, wprowadzający prawo dotyczące in vitro i optujący za „kompromisem aborcyjnym”, albo pani Ewa Kopacz – marszałek sejmu, która niegdyś pomogła „Agacie” zabić swoje dziecko, przyjechali do szkoły i zaczęli wyrażać swoje ubolewanie nad tą tragedią, osobiście nakazałbym dwulicowcom zamknąć otwory gębowe. Podobnie jak robią rodziny niektórych ofiar wypadku pod Smoleńskiem z 2010 roku, które nie chcą mydlenia oczu i fałszywych łez, tylko odkrycia prawdy. Gdyby zaś ktoś porównywał sytuację śmierci w wyniku strzelaniny do czegoś, czego nie popieram, np. promując przy tym homoseksualizm, zaoponowałbym. Jeśli jednak celem działających byłoby ukazanie tego, w jaki sposób prezydent czy rząd nas oszukują, prawdopodobnie bym przyklasnął.

Jedno niestety jest pewne: Społecznie plaga aborcji, a więc masowych zabójstw dzieci przed ich narodzinami (ale także wywoływania porodów w późnej ciąży i pozostawianie żywych dzieci aż umrą śmiercią głodową) wydaje się być błahostką w porównaniu ze strzelaniną w której giną dzieci nieco starsze. W wyniku tego zarysowuje nam się ciekawy obraz. Prawdopodobnie pani Katarzyna W., która zabiła swoją półroczną córeczkę Magdę i jest aktualnie publicznie i społecznie zlinczowana, a grozi jej ogromny wyrok (co oczywiście popieram) byłaby bożyszczem feministek i wielkim argumentem za legalizacją aborcji na życzenie, gdyby dokonała tego samego jakieś 9 miesięcy wcześniej…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 14 Komentarzy

Zabiorę brata na koniec świata

Znajdziemy wyspę jak Robinson! Problem w tym, że koniec świata nie istnieje, bo ziemia jest okrągła, a bramki są dwie. Zresztą mój brat siedzi w Lublinie. Spotkam się z nim, ale w kilka dni po końcu świata…

Owszem, piszę tę notkę z wyprzedzeniem i opublikuje się ona jakiś czas po tym, jak ją napiszę. To tak na wszelki wypadek, jakby się miało okazać, że jednak koniec świata nastąpi. Wówczas nikt już notki nie przeczyta, ale przynajmniej opublikuje się ona o odpowiedniej porze. Może pewnego dnia jacyś przyjemni badacze z innych zakątków wszechświata złapią internetowy sygnał przesyłający mój wpis w przestrzeń i dowiedzą się, kiedy dokładnie nastąpił koniec naszej cywilizacji?

Piszę tę notkę wcześniej dla żartu, bo ja w ten koniec świata wcale nie wierzę. Pewnie też źle się wyraziłem. Ja ogólnie nie wierzę w koniec świata w ogóle. Jasne, jasne, znam Pismo Święte, czytałem Apokalipsę. Rozumiem ludzi interpretujących tę księgę dosłownie, można. Można interpretować dosłownie liczby (144000), można interpretować opisy wydarzeń czy postaci. Moim zdaniem ta księga jednak ma bardzo symboliczny charakter, podobnie jak przynajmniej pierwsza część Księgi Rodzaju (stworzenie świata, Adam i Ewa). Jednak ludzie od zawsze (od początków chrześcijaństwa) oczekiwali na ten moment, na moment dosłownego zakończenia dziejów. Na powrót Chrystusa. My, chrześcijanie, wierzymy w śmierć Jezusa, wyznajemy Jego zmartwychwstanie i oczekujemy Jego przyjścia w chwale. To samo działo się za czasów pierwszych wiernych, którzy jednak sądzili, że Jezus przyjdzie… już. Stąd wielkie poświęcenia na początku czasów, stąd setki męczenników, którzy życie oddawali za wiarę. Dlatego też Paweł pisał, aby pracować tak jakby się nie pracowało, aby żonaci byli tak, jakby nieżonaci, a zamężne jak niezamężne. Paweł wraz z innymi wierzącymi oczekiwał bowiem, że tak, jak Jezus zapowiedział, wróci za chwilę. Poszedł przygotować mieszkania dla nich, jak o tym wspominał, posprząta pokoje, wyniesie śmieci i wróci zaprosić na gotowe. Paweł chciał, aby ludzie byli jak on (bezżenni), bo w ten sposób lepiej się skupią na przygotowaniach. Chciał, żeby nie oddawali się małżonkom, lecz w całości skupili się na oczekiwaniu powrotu Zbawiciela. Z tego też powodu opisano w Dziejach Apostolskich scenę, w czasie której wszyscy wierzący oddają cały swój majątek wspólnocie i oddają się wspólnemu życiu. Oni zwyczajnie sądzili, że to wszystko nie będzie im już potrzebne. Że zaraz przyjdzie Jezus i odnowi wszystko.

Mijał jednak czas i Jezus nie nadchodził. Zapał oczekiwania chrześcijan też opadał i św. Paweł musiał zmienić linię swej twórczości, ponownie skłaniając wiernych do pracy. Chrześcijaństwo weszło w drugą fazę, oczekiwanie nie przestało obowiązywać, ale przestało być na „już” i na „teraz”. Wrócono do codziennych obowiązków i do osobistej własności, ale nie przestano myśleć o powrocie Pana. I tak minęło już prawie 2000 lat. Nic się nie zmieniło, chrześcijanie nadal oczekują na powrót Mesjasza, zatapiając się w swojej codzienności. Zasada Pawła dotycząca bezżenności przestała obowiązywać, bo setki małżeństw odeszło, a Jezus nie wrócił. Nasze oczekiwanie i tak jest spoko. My czekamy na Mesjasza, który ma po nas wrócić. Mesjasz Żydów jeszcze nie przyszedł w ogóle. I obawiam się, że już nie przyjdzie, chyba że jak nasz wróci, a oni w Niego wreszcie uwierzą.

Ludzie jednak od zawsze wymyślali sobie daty końca świata, by być bliżej oczekiwanego, by znów mieć nadzieję na powrót Mesjasza (lub ogólniej na wielkie bum). Były różne pomysły: lata 375-400, początek roku 1000, potem kilka jeszcze, początek roku 2000, a dziś oczekujemy na zapowiedziany podobno przez Majów koniec, czyli właśnie dziś: 21 grudnia 2012. Z tym, że choćbyśmy wyliczali koniunkcje planet, sejsmiczne ruchy i plamy na słońcu, albo, jak Świadkowie Jehowy, liczby z Biblii, żaden koniec świata nie nastąpi. Nie będzie Apokalipsy, Armagedonu, Wielkiego Wybuchu 2 czy czego tam jeszcze. Jezus nie przyjdzie! Rozumiecie to? Nigdzie się nie wybiera!

„Lecz o dniu owym lub godzi­nie nikt nie wie, ani anio­ło­wie w nie­bie, ani Syn, tylko Ojciec” (Mk 13, 24–32).

Ten cytat o „końcu świata”, czy o ponownym przyjściu Jezusa, jest bardzo ważny. Ale jest jeszcze jeden, ważniejszy: »Wtedy podobne będzie królestwo niebieskie do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i wyszły na spotkanie pana młodego. Pięć z nich było nierozsądnych, a pięć roztropnych. Nierozsądne wzięły lampy, ale nie wzięły z sobą oliwy. Roztropne zaś razem z lampami zabrały również oliwę w naczyniach. Gdy się pan młody opóźniał, zmorzone snem wszystkie zasnęły. Lecz o północy rozległo się wołanie: „Pan młody idzie, wyjdźcie mu na spotkanie!” Wtedy powstały wszystkie owe panny i opatrzyły swe lampy. A nierozsądne rzekły do roztropnych: „Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną”. Odpowiedziały roztropne: „Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć. Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie!” Gdy one szły kupić, nadszedł pan młody. Te, które były gotowe, weszły z nim na ucztę weselną, i drzwi zamknięto. W końcu nadchodzą i pozostałe panny, prosząc: „Panie, panie, otwórz nam!” Lecz on odpowiedział: „Zaprawdę, powiadam wam, nie znam was”. Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny.« (Mt 25, 1-13).

Cała przypowieść o pannach głupich i mądrych mówi tak naprawdę o tym, co nas czeka. O tym też mówi księga Apokalipsy. I nie zmienia tego faktu to, że minęło już prawie 2000 lat odkąd to wszystko napisano. To nie ma znaczenia, bo „nie znacie dnia ani godziny” nie oznacza dnia i godziny wielkiego bumu niwelującego wszystko, co na świecie, lecz moment naszej śmierci. To właśnie (moim zdaniem) moment naszego zejścia z tego świata jest prawdziwym końcem świata. Dla nas już ten świat przestaje istnieć. Tak było od początku chrześcijaństwa i tak jest do dziś: wierni umierają. I wówczas właśnie Jezus przychodzi do nas, aby podać nam dłoń i zabrać do tego mieszkania, które nam przygotował. O ile my nie zaniedbaliśmy oliwy i mamy oprawione lampy. O ile jesteśmy gotowi. I choć nie będzie morowego powietrza, potopu, globalnego zlodowacenia i innych wybuchów jądra, koniec świata nadejdzie. Może to być jutro albo i pojutrze. Albo za x lat. Nastąpi wówczas, kiedy my umrzemy.

A potem zmartwychwstanie. I sąd. Jedni zmartwychwstaną ku zbawieniu, a drudzy ku potępieniu. I, jeśli oprawiliśmy lampy, będziemy żyć dążąc ku nieskończoności. Na zawsze szczęśliwi z Chrystusem, w tym wielkim luksusowym hotelu w kształcie żagla, położonym nad brzegiem jeziora. I będę wyprowadzał swojego psa na spacer. Nie będzie końca świata, bo on jest zawsze. Jezus przychodzi po każdego z nas ponownie, codziennie.

A tak poza tym według kalendarza Grudniów koniec świata będzie w maju. Mamy więc czas na przemyślenie tematu…

Koniec świata będzie w maju

A kiedy wreszcie nastąpi, musi wyglądać tak, bo jak nie, to ja się obrażę:

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Pewność zbawienia

Życie powoli wraca do bloga. Google po chwilowej przerwie (spowodowanej chyba nagłym pojawieniem się 130 nowych wpisów) ponownie odnalazł blog w czeluściach internetu i liczba wyszukań wróciła do dawnej średniej. Facebook też robi swoje i przygania czytelników. Pojawiają się nawet pierwsze komentarze od czytelników z dawnych czasów. Tylko Ciamajda mi gdzieś zginął. Czyżby zgorszył się tym, co przeczytał w archiwach? Spróbujemy Go przywołać! Zostało mi jeszcze przecież jedno pytanie, na które Mu nie odpowiedziałem!

Ciamajda napisał tak: „I ostatnie pytanie, trochę związane z pierwszym, ale w sumie najważniejsze: po co Pan Bóg posłał na świat swojego Syna? Bo mówi się, że po to by zbawić świat, ale czy to oznacza że ja otrzymałem nadzieję na zbawienie, czy że na pewno będę zbawiony i nie muszę się o nie starać, a co najwyżej mogę dłużej posiedzieć w czyśćcu jeśli bardzo nagrzeszę”. Pytanie konkretne, sprowadzające się do tego, czy mamy pewność, czy tylko nadzieję zbawienia. Temat też skomplikowany, ale nie uciekam przed nim, postaram się coś napisać.

Po pierwsze: na czym polegało zbawienie Chrystusowe? Dla Żydów i wielu współczesnych chrześcijan (czy chrześcijanopodobnych, jak Świadkowie Jehowy) zbawienie przyszło przez złożenie najlepszej, idealnej ofiary przebłagalnej za grzechy. Stąd obraz Jezusa jako baranka bez zmazy, ponieważ Żydzi mieli w zwyczaju i w Prawie składanie ofiar z baranków, gdy odpokutowywali za grzechy. Ponieważ Zbawiciel miał odkupić grzech „idealny”, a więc winę pierwszych ludzi, która ciąży na każdym z nas, musiał też być kimś idealnym. Chrześcijanie mówią: tylko Bóg mógł złożyć z siebie ofiarę idealną. Świadkowie Jehowy mówią: człowiek popełnił grzech pierworodny, więc człowiek Jezus mógł ten grzech zmazać. Ale wiele osób zatrzymuje się w swoich przemyśleniach na ofierze krzyżowej, która współczesnym wydaje się często bzdurna – dlaczego Bóg MUSIAŁ umierać na krzyżu, a nie mógł po prostu powiedzieć: zmazuję grzechy, jestem Zbawicielem? W przekonaniu moim i wielu innych (w tym także św. Pawła) celem śmierci było zmartwychwstanie, a w zmartwychwstaniu była pełnia zbawienia – „A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara” (1 Kor 15, 14). Zbawienie przyszło przez krzyż, ale jeśliby się na śmierci skończyło, czyż nie byłaby to jedna z wielu ofiar poniesionych bez sensu, w którą wierzyłaby tylko garstka zapaleńców? Jesteśmy jednak zbawieni, bo Chrystus dla nas zmartwychwstał, ukazując, że i my zmartwychwstaniemy. Bóg nie potrzebował ofiary ze Swego Syna, żeby wybaczyć ludziom grzech. Bóg potrzebował pokazać ludziom – dla ludzi – że jest ktoś, kto jest gotów z miłości do nich umrzeć, ale kto również obiecuje im wieczne szczęście, zmartwychwstanie, zbawienie. Bezsensem byłoby twierdzić, że istota zbawienia leży w ofierze krzyżowej. Przecież na to czekali Żydzi, to zapowiadali ich prorocy, a oni nie uwierzyli i nie przyjęli tej ofiary.

I tu właśnie dochodzimy do sedna problemu. „Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli” (J 1, 11). Jan mówi o Żydach, którzy na Zbawiciela oczekiwali. On za nich umarł, dla nich również zmartwychwstał, ale oni go nie przyjęli. Podobnie sprawa ma się z nami. Jezus umierając na krzyżu, a potem zmartwychwstając, wcześniej zaś rodząc się, nauczając, czyniąc cuda – ukazywał nam i dawał pełnię zbawienia. Pewność zbawienia. Umarł za nas na krzyżu i zbawił nas w zmartwychwstaniu – nie mamy żadnych wątpliwości, że to się już dokonało. Jednakże! Miałem znajomego, który mówił mi tak: „A dlaczego ten wasz Jezus umarł za mnie i mnie zbawił? Ja Go o to wcale nie prosiłem i nie podoba mi się, że ktoś zmusza mnie do czegoś, czego ja nie chcę”. Zgadza się – znajomy miał rację! Nikt nikogo do niczego nie zmusza, a już z całą pewnością nie robi tego Bóg, nie robi tego Jezus Chrystus. On już umarł za nas, On już dla nas zmartwychwstał, On już nas zbawił i mamy tego pewność. Jednak wcale nie musimy się na to zgadzać. Nikt nie pozbawił nas wolności, jesteśmy wolni do tego stopnia, że możemy swobodnie odrzucić wyciągniętą w naszą stronę pomocną dłoń i skazać się na wieczne potępienie. Mamy więc pewność zbawienia, pod warunkiem, że zechcemy ją przyjąć.

Przyjęcie zbawienia danego nam przez Jezusa nie do końca jest czymś łatwym. Nie jest tak, że musimy się niesamowicie starać, żeby pójść do Domu Pana, bo nie uczynki się liczą, lecz łaska (a więc owa pewność zbawienia), ale musimy z daną nam łaską współpracować. Zdarzyło mi się usłyszeć ostatnio, że jedni dostają łaskę, inni nie. Jest to wierutna bzdura – każdy człowiek dostał tyle łaski, by wystarczyła mu do zbawienia. On tę łaskę może przyjąć, albo odrzucić. Podobnie jest z samym zbawieniem. Przyjmujemy je – a więc współpracujemy z łaską – albo odrzucamy, tak jak mój wspomniany znajomy. No i oczywiście nie wiadomo, jak już pisałem wcześniej, czy przypadkiem nie będziemy mogli uchwycić się tej łaski jeszcze w ostatniej chwili.

W tym samym fragmencie przytaczanego listu do Koryntian św. Paweł Pisze: „Jednak dzięki łasce Boga jestem tym, kim jestem. Nie zmarnowałem Jego łaski, lecz trudziłem się więcej od wszystkich apostołów. Zresztą nie ja się trudziłem, ale łaska Boża, która jest ze mną” (1 Kor 15, 10). To cała esencja nauki o łasce. Bóg daje łaskę, Paweł jej nie marnuje, lecz trudzi się. Właściwie nie on, tylko łaska. Co to oznacza dla nas? To nie my musimy się trudzić by zasłużyć na łaskę (w tym łaskę zbawienia), lecz poddawszy się łasce działamy pod jej natchnieniem. Kiedyś mówiłem: nie działam dobrze po to, by ci pokazać, jak bardzo cię kocham, ale tak bardzo cię kocham, że dzięki tej miłości działam dobrze. Nasze dobre czyny, uczynki nie są punktami zbieranymi na drodze do zbawienia, lecz jedynie naturalną konsekwencją naszego przyjęcia łaski i miłości Bożej. Uczynki nic nam nie dają. Zwyczajnie jeśli przyjęliśmy łaskę w pełni, nie potrafimy działać inaczej.

I nie każdy będzie zbawiony, mimo że już zbawieni zostaliśmy. Kto zechce przyjąć to, co ofiarował z Siebie Chrystus, ten sam siebie, z mocy i łaski Chrystusa, się zbawi. „Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” (Mt 24, 13).

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Wszystkie psy idą do nieba

Taki tytuł nosi jeden z moich ulubionych filmów z dzieciństwa. Taki smutny i ponury, o psiej mafii i psiej biedocie, a także o psiej śmierci – czyli taki prawdziwy film o ludzkim życiu włożonym w psie ramy. Tytuł, sugerujący, że wszystkie psy idą do nieba opierał się prawdopodobnie na teorii, że skoro zwierzęta nie mają duszy rozumnej, nie mogą też grzeszyć – a więc są zbawione bez wyjątków. Oczywiście w tym filmie zwierzęta zostały upersonifikowane – a więc i grzeszyły – ale uniwersalizm zbawienia obejmował je jak bezrozumne zwierzęta (co było momentami konfliktowe, zwłaszcza dla pewnej różowej psiej anielicy, która musiała ich wszystkich w niebie przyjmować).

Obawiam się, że twierdzenie zawarte w tytule jest nieteologiczne i chyba nie do końca zgodne z nauką Kościoła…

I love my dog as much as I love you
But you may fade, my dog will always come through.

All he asks from me is the food to give him strength
All he ever needs is love and that he knows he’ll get

So, I love my dog as much as I love you
But you may fade, my dog will always come through.

All the pay I need comes shining through his eyes
I don’t need no cold water to make me realize that

I love my dog as much as I love you
But you may fade, my dog will always come through.

Cat Stevens

Zdechł mi pies.

Miał 11 lat. Dostaliśmy go z rodzeństwem kiedy byłem w piątej klasie – zdaje się, że wkrótce po wycieczce do Londynu. Wtedy był jeszcze szczeniakiem, świeżo po urodzeniu. Rodzice nagrali na kamerę to, jak się nim zachwycaliśmy i jak składaliśmy uroczystą przysięgę, że będziemy się nim zawsze opiekować. Nie zawsze szło nam świetnie wypełnianie tej przysięgi, ale staraliśmy się :). Mama w ogóle zawsze była przeciwna posiadaniu psa – w ostateczności pokochała go chyba najbardziej z nas wszystkich.

Umiał podawać łapę. Umiał się też położyć. Wytresowaliśmy go tak, że jak tylko zwęszył, że ktoś coś je, to od razu łapę podawał, nawet nieproszony, a jak mu się kazano kłaść, to już był tak podniecony tym kawałkiem mięska czy ciasteczka, które miał dostać, że leżał zaledwie pół sekundy, by zaraz rzucić się na smakołyk.

Kilka razy naszczekał na małe dziecko. Raz ugryzł babcię. Oj, ale mu się potem dostało! Sądzę, że ugryzł w afekcie, bo babcia zaatakowała go niespodziewanie, gdy zobaczyła, że się kąpie w kałuży. A jak dostał burę, to już nigdy nie działał w afekcie :). W rzeczywistości to był chyba najgorzej wytresowany i najmniej groźny pies, o jakim słyszałem…

Kiedy cała nasza trójka wyjechała na studia, rodzice musieli przejąć po nas psie obowiązki. Wychodzenie na spacery głównie, bo karmili go już wcześniej sami. Kiedy wracaliśmy na weekend, radość psiaka, w uczuciowym tego słowa znaczeniu, była ogromna. Wariował, skakał, szczekał, merdał ogonem. Lubił chyba nawet naszego (tj. mojego i żony) królika, ale królik chyba nie lubił jego, więc przywieźliśmy go tylko raz. Oczywiście królik wciąż żyje.

Ostatnio pies zachorował. Zapalenie płuc podobno. Dostał antybiotyki, ale bardzo osłabł. Nie jadł, nie pił. Kilka dni temu udało się sprawić, że coś tam zjadł. Rodzeństwo pojechało wczoraj do rodziców, żeby pomóc im w opiece nad chorowitkiem. Podobno siły wracały powoli, ale wczoraj zaczął wszystko zwracać – i pojawiły się kłopoty z oddychaniem. Dziś po 19 zdechł. Pochowali go w lasku, za cmentarzem. Tylko mnie nie było przy nim w jego ostatnich chwilach. Musiałem być w Warszawie i pracować. Miałem nadzieję, że go jeszcze zastanę przed Wielkanocą. Niestety, nie doczekał…

Niektórzy ludzie dużo mocniej przeżywają śmierć ukochanego zwierzęcia, niż ukochanej osoby. Wydaje mi się, że ja jestem wśród tych ludzi.

Nie do końca wiem dlaczego. Jedni mówią – bo pies ci nie powie, że coś go boli i może zdychać, a ty się nawet nie zorientujesz. Ja myślę, że może chodzić o duszę. Człowiek, stworzony na obraz i podobieństwo Boga, ma duszę rozumną i udział w życiu Bożym. Ma więc zbawienie, które przyniósł mu Chrystus, ma więc życie wieczne. Zwierzęta zaś nie mają duszy rozumnej, prawdopodobnie nie mają również duszy nieśmiertelnej, więc prawdziwie umierają podczas śmierci. To mnie chyba właśnie najbardziej boli – że wcale nieprawda, jakoby wszystkie psy szły do nieba.

Z drugiej jednak strony wszelkie stworzenie chyli się ku temu, by oddawać Panu cześć swym istnieniem. Pisarz natchniony opisał w Księdze Rodzaju Raj jako miejsce pełne zwierząt. I tak, ja wiem, bo mi ksiądz od dogmatycznej mówił, że nie wolno nam mitologizować przy interpretacji Biblii. Że nie wolno nam twierdzić, jakoby świat powstał w 6 dni i tak samo nie wolno nam twierdzić, że w Raju nie było agresji wśród zwierząt, a lew jadł trawę wraz z barankiem. Ale przecież i św. Franciszek nazywał zwierzęta swoimi braćmi mniejszymi. Czy jestem jedyny na świecie, który ma nadzieję na taki, mitologiczny, Raj?

„I wyrośnie różdżka z pnia Jessego, wypuści się odrośl z jego korzeni. I spocznie na niej Duch Pański, duch mądrości i rozumu, duch rady i męstwa, duch wiedzy i bojaźni Pańskiej. Upodoba sobie w bojaźni Pańskiej. Nie będzie sądził z pozorów ni wyrokował według pogłosek; raczej rozsądzi biednych sprawiedliwie i pokornym w kraju wyda słuszny wyrok. Rózgą swoich ust uderzy gwałtownika, tchnieniem swoich warg uśmierci bezbożnego. Sprawiedliwość będzie mu pasem na biodrach, a wierność przepasaniem lędźwi. Wtedy wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, cielę i lew paść się będą społem i mały chłopiec będzie je poganiał. Krowa i niedźwiedzica przestawać będą przyjaźnie, młode ich razem będą legały. Lew też jak wół będzie jadał słomę. Niemowlę igrać będzie na norze kobry, dziecko włoży swą rękę do kryjówki żmii. Zła czynić nie będą ani zgubnie działać po całej świętej mej górze, bo kraj się napełni znajomością Pana, na kształt wód, które przepełniają morze.” (Iz 11, 1-9)

Może to tylko mit, poemat, przenośnia, może… Może nie jestem jedynym, mój drogi piesku, który ma małą nadzieję, że jednak nie?

„I love my dog as much as I love you
But you may fade, my dog will always come through.”

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 66 Komentarzy

Walczyć igłą

Pojechałem na pogrzeb – w zeszłą środę, tydzień temu. To był dzień, który zapamiętam na długo. Spotkałem się z kolegami w sutannach, z ojcem duchownym. W ogóle msza pogrzebowa trwała chyba ze dwie godziny, koncelebrowana przez 20-30 kapłanów. Klerycy z mojego roku obstawiali czytania, psalmy i pomoc przy ołtarzu. Nawet chór seminaryjny śpiewał.

Na koniec, przy podziękowaniach i kondolencjach, wystąpił na przód dziekan naszego roku (gdzie indziej zwaliby go starostą) Paweł i powiedział ile Kuba dla nas znaczył. Potem wyjął jeden z ostatnich listów, które Kuba wysłał do nich do seminarium i zacytował. I ten cytat poruszył mnie najbardziej.

Jeśli utną mi jedną rękę, przestanę walczyć dzidą i przerzucę się na miecz. Jeśli zostaną mi dwa palce, będę walczył igłą. To zadanie stoi nie tylko przede mną, ale również przed Wami.

Nie muszę chyba tłumaczyć znaczenia tych słów. Walczyć igłą… Koniec notki.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

And that’s the way the cookie crumbles

Był niski, chudy i miał włosy tak trochę w stylu afro. Może bardziej w stylu Chopin po koncercie? Często uśmiechnięty, za to nigdy się nie złościł. Spokój. Ojciec Maciek stwierdził, że ciężko określić jego charakter, bo wykazuje niespotykany zanik uczuć. Wykazywał do tego znaczący geniusz. Miał same piątki. Prawie same.

Kiedyś już o nim pisałem. Dwa razy. Bo to był jeden z najlepszych kleryków na naszym roku. Kiedy pytali go czemu poszedł do seminarium, odpowiedział po prostu, że chciał służyć Bogu i ludziom. Ale to był jeden z tych przypadków, który wyglądał wiarygodnie.

Oprócz tego lubił fantasy. I Pokemony. I Japonię. Bratnia dusza.

Mama zapytała go kiedyś na jakie pójdzie studia. Odparł, że do seminarium. Zdenerwowała się i powiedziała, że ma sobie wybrać coś innego. „W takim razie japonistyka”. „Japonistyka? A co ty po tym będziesz robił?” „Pójdę do seminarium”.

Na studniówkę nie poszedł. Nie lubił takich imprez. Śmiał się, gdy szedł do kościoła na siódmą, a jego kumple w tym czasie mijali go, na kacu.

Miałem w nim ogromne wsparcie. Gdy chłopaki o coś się na mnie gniewali, zawsze wzruszał ramionami i mówił, że przecież nie ma o co. Raz, jak dostałem karty do Magica, rozegraliśmy partyjkę. Sam zbierał jednak raczej karty z Pokemonami. Wymienialiśmy się nowościami ze świata Johto. Gdy przegapiłem parę odcinków, dał mi kasetę ze swoimi. Ja zbierałem, on nagrywał, oglądał i kasował. Tę kasetę mam do dziś. „Pokemony dla Jamesa”.

Miał na imię Kuba. Na księdza nadawał się jak nikt. Jak nikt. Żył tym, to było widać. I był kochany. Bo taki cichy i spokojny. Uczył się dużo. Choć, jak twierdził, wcale tego nie lubił. „To dlaczego nie nauczysz się na trójkę żeby mieć spokój?” – spytałem kiedyś. „A skąd mogę wiedzieć, że już umiem na trójkę?”

W pokoju miał pustkę. Puste półki, czyste biurko. Pościelone łóżko. Jakby wcale się tam nie wprowadził. I tylko kalendarz z Pokemonami na ścianie.

Spotkałem go w wakacje. Ucieszyliśmy się jak dzieci. Przyszedł do Skarżyska, do Ostrej Bramy, na „pieszą pielgrzymkę” ze Starachowic, bo była ładna pogoda. Ja szedłem akurat po Monikę do szkoły. Roześmiał się. „A tak sobie myślałem, czy spotkam Mateusza…” Później już się nie spotkaliśmy.

W okolicy Bożego Narodzenia dostałem wiadomość od Anity, naszej wspólnej przyjaciółki, że Kuba przerwał formację. Ma raka płuc i bierze chemię. Nie przypuszczałbym… Nigdy nie palił papierosów. A jednak nie byłem w szoku. „Jeśli ktoś” – pomyślałem – „to właśnie Kuba”. Człowiek, który mógłby dać idealne świadectwo pięknego umierania. Świadectwo bycia wybranym, by odejść wcześniej. Czułem, że nie przeżyje. I wiedziałem, że Bóg wybrał dobrze.

Miałem go odwiedzić w ferie.

Nie znalazłem czasu.

Nie wiem kiedy pogrzeb. Ale chociaż tam postaram się być. Spotkam Anitę. I kolegów – już w sutannach.

Dziś przeżyłem mszę w sposób cudowny. Wiem, że Kuba też tam był. Bo teraz jest jeszcze szczęśliwszy niż był w seminarium.

„A sprawiedliwy, choćby umarł przedwcześnie, znajdzie odpoczynek. Starość jest czcigodna nie przez długowieczność i liczbą lat się jej nie mierzy: sędziwością u ludzi jest mądrość, a miarą starości – życie nieskalane. Ponieważ spodobał się Bogu, znalazł Jego miłość, i żyjąc wśród grzeszników, został przeniesiony. Zabrany został, by złość nie odmieniła jego myśli albo ułuda nie uwiodła duszy: bo urok marności przesłania dobro, a burza namiętności mąci prawy umysł. Wcześnie osiągnąwszy doskonałość, przeżył czasów wiele. Dusza jego podobała się Bogu, dlatego pospiesznie wyszedł spośród nieprawości. A ludzie patrzyli i nie pojmowali, ani sobie tego nie wzięli do serca, że łaska i miłosierdzie nad Jego wybranymi i nad świętymi Jego opatrzność. Sprawiedliwy umarły potępia żyjących bezbożnych, i dopełniona wcześnie młodość – leciwą starość nieprawego. Zobaczą bowiem kres roztropnego, a nie pojmą, co o nim Pan postanowił i w jakim celu zachował go bezpiecznym. Patrzą i żywią pogardę, ale Pan ich wyśmieje.” (Mdr 4, 7-18)

I każdy z nas odejdzie. I tak się właśnie kruszy ciacho…

[*]

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 10 Komentarzy