Posts Tagged With: Spowiedź

Próbna spowiedź? A co to jest w ogóle?

Ogromnymi krokami zbliżamy się do maja, który jest miesiącem pierwszych komunii. Już dziś mój blog przeszukują głównie ludzie, którzy zastanawiają się nad tym, jak się do komunii przygotować albo jakie prezenty kupić. I ja, jako nauczyciel w klasach trzecich (i ojciec trzecioklasisty) obserwuję sytuację na rynku komunijnym. Niestety, moje odczucia to głównie zdziwienie i zażenowanie.

CZYTAJ TAKŻE: Co powinien chrzestny na komunii?

Pisałem już o próbach pierwszej komunii, które dzieci muszą przeżywać popołudniami przez miesiąc do dwóch przed samą uroczystością. „W życiu czasem trzeba wiedzieć kiedy stać a kiedy siedzieć” – jak śpiewali sławni T-Raperzy znad Wisły i na tym właśnie te próby polegają. Jak wejść do kościoła, kto z kim ma usiąść, kto mówi wierszyk, kto czyta czytanie, kto śpiewa psalm, kto spędza pół godziny dziękując księżom i katechetom za piękne przygotowanie, kto komu i dlaczego daje kwiaty. Jednej rzeczy (a właściwie Osoby) w tym wszystkim nie ma: Jezusa Chrystusa. No nie ma, to jasne, bo pierwsza komunia święta to taki moment, w którym On dopiero pierwszy raz przychodzi, kiedy przyjmuje się Go po raz pierwszy. Pytanie tylko, jakie On ma znaczenie przy tych wszystkich próbach, sprawdzianach, odpowiedziach, wierszykach? Ale dzieci chodzą na próby, przez co nagle mają zajęte popołudnia, w czasie których mieli inne zajęcia (np. dodatkowy angielski) i trzeba je odwoływać. Jestem przekonany, że u większości dzieci Pan Jezus zajmuje jedno z ostatnich miejsc w całym tym przygotowaniu.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Top 10 prezentów na pierwszą komunię.

Nie jest to jednak wszystko. Ostatnio pojawił się w mojej świadomości temat próbnej spowiedzi świętej. Wiadomo, czym jest spowiedź – wyznaniem grzechów, ukorzeniem się przed Bogiem i prośbą o wybaczenie. Ale nie, przecież nie o to chodzi. Dzieci przed pierwszą spowiedzią muszą nauczyć się na pamięć odpowiedniej formułki. I tę formułkę zapamiętać (często w ogóle bez zrozumienia) po to, żeby powiedzieć ją w konfesjonale. I tak dzieci w nerwach uczą się formułki na pamięć, powtarzają ją w głowach i na głos, a – co jeszcze ciekawsze – „próbują” się w spowiadaniu z księdzem w czasie lekcji religii. Nie, to jeszcze nie wszystko. Są parafie, które organizują również próbne spowiedzi w kościele, przy konfesjonale. Wszystko jak trzeba, tylko bez wyznania grzechów. Bo co tu jest najważniejsze? Najważniejsze jest, by dobrze klęknąć, dobrze pozdrowić księdza i powiedzieć, że się więcej grzechów nie pamięta i się za nie żałuje. Ale grzechy? Nie, one nie są najważniejsze. One pojawią się dopiero na właściwej spowiedzi. Z tym, że przecież całkowicie nie o to chodzi ani w pierwszej spowiedzi, ani w pierwszej komunii świętej.

W obu tych sakramentach najważniejszy musi być Jezus Chrystus. W pierwszym – bo jest miłosierny, otwarty na nas i wybacza nam nasze grzechy. Które znamy i których żałujemy, do czego ani odrobinę nie jest nam potrzebna żadna formułka spowiedzi, choćby sam Jan Paweł II ją napisał. W drugim istotą sakramentu jest prawdziwy, żywy Chrystus przychodzący do nas w swoim Ciele i Krwi. Nie wierszyki, czytania (których w ogóle dzieci w trzeciej klasie nie powinny tykać) i kwiaty. W próbie spowiedzi próbuje się wszystko, poza spowiedzią. W próbie komunii próbuje się wszystko, poza komunią.

Ostatnio jedna z grup moich uczniów w trzeciej klasie miała zagwozdkę. Byli u spowiedzi, choć pierwsza komunia jest u nich dopiero za kilka tygodni. I dziewczynki dyskutowały z chłopcami: czy to była próba, czy prawdziwa spowiedź. Chłopcy twierdzili uparcie, że to była próba. Dziewczynki – że to była pierwsza właściwa spowiedź, a drugą mają mieć dzień przed komunią. Dziewczynki za swoim stwierdzeniem podały argument, że przecież dostali dyplom z napisem „Pamiątka pierwszej spowiedzi”, co znaczy, że to była prawdziwa spowiedź. Ale jakie to jest przygotowanie dziecka do pierwszego przyjęcia sakramentów, skoro oni nawet nie są pewni, czy już byli u pierwszej spowiedzi, czy tylko na (kolejnej) próbie…?

Jeszcze jedna anegdota. Dzieci z czwartych klas przygotowują się do rocznicy pierwszej komunii świętej… Tak, również chodzą na próby. Co ciekawsze, jeden z moich uczniów miesiąc w miesiąc chodzi do kościoła w pierwszy piątek, bo katechetka powiedziała, że jak nie odprawią pierwszych piątków, to ich… nie dopuści do rocznicy. Do czego ich nie dopuści? Do rocznicy? Jak oni już od roku (mam nadzieję) chodzą co niedziela do kościoła i przyjmują Ciało Chrystusa. Zatem jakie ma niby znaczenie to, czy ktoś ich dopuści czy nie dopuści do rocznicy? Czym w ogóle jest ta rocznica i dlaczego nie obchodzi się jej co roku? Czemu ma służyć, skoro nie wnosi zupełnie nic nowego do życia dzieci, chyba że powinno się liczyć kolejne próby, kolejne wierszyki i kolejne kwiaty.

CZYTAJ DALEJ: Nie ma obowiązku odprawienia pierwszych piątków.

Próby komunii i próby spowiedzi to rzeczy w ogóle nie potrzebne. Nie powinny mieć miejsca w czasie przygotowania dzieci do przyjęcia sakramentów. Są niezwykle sztucznym tworem służącym do odwrócenia uwagi dziecka od tego, co tak naprawdę jest ważne. Dziecko nie zapamięta łaski sakramentu, nie zapamięta ulgi po wyznaniu grzechów, nie zapamięta momentu przyjęcia Jezusa do serca. Zapamięta regułki, wierszyki i ustawienie w ławce. A przygotowanie do pierwszej komunii i spowiedzi powinno wyglądać inaczej. Dzieci muszą rozumieć istotę sakramentów i wzbudzić w sobie pragnienie serca, by do tych sakramentów dążyć. Muszą rozumieć, czym jest żal za grzechy i czym jest moment otrzymania Chleba do ust. To może dokonać się w każdym momencie, w czasie każdej przeciętnej mszy świętej. I choć zrozumiała jest potrzeba celebrowania sakramentu, nie może ona przesłonić tej istoty. A to niestety zdarza się nagminnie – i to wcale nie koniecznie z winy rodziców. Najbardziej winni są katecheci, księża i nie wiadomo skąd biorące się potrzeby, by wszystko pięćset razy przećwiczyć.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie ze strony Foter: Isidr☼ Cea on Foter.com / CC BY-NC-ND

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Mieszkać przed ślubem

Nareszcie udało się nam zainstalować internet… Mieszkamy sobie w naszym ciasnym, trzypokojowym mieszkanku na Chomiczówce, choć słowo „mieszkamy” jest z pewnością dużą przesadą – jako, że co chwila albo pędzimy do Bełchatowa, albo do Skarżyska. Wiecie jak to jest, na dwa miesiące przed ślubem… Dlatego muszę podkreślić, że cudownym jest ze strony naszych rodziców, że kupują nam mieszkanie i możemy spędzić te dwa miesiące przygotowań razem, na wspólnym. Że nie musi być tak, iż Ola mieszka w Bełchatowie, ja w Skarżysku, a jak przychodzi do załatwiania dokumentów i innych ważnych spraw, to albo Ola załatwia wszystko sama, albo ja wsiadam w pociąg o 5, jadę do Łodzi, a z Łodzi do Bełchatowa PKSem, żeby następnego dnia wracać tą samą trasą, tylko na odwrót. Bo oczywiście gdyby nie nasi rodzice, nie mielibyśmy też samochodu.

Mieszkamy więc razem. Nigdy nie byłem przeciwnikiem mieszkania ze sobą przed ślubem. Nie wymyślam tego dla własnego widzimisię – nawet jak byłem w Seminarium i nie zamierzałem kiedykolwiek być z kobietą, nadal twierdziłem, że mieszkanie ze sobą jest dobre. Nigdy nie twierdziłem jednak, że powinno się mieszkać ze sobą przed ślubem po to, by się poznać. Sprawdzić. Dowiedzieć się o sobie jak zachowujemy się w różnych sytuacjach. Jak możecie zauważyć po moim dotychczasowym postępowaniu (zaręczyny po trzech miesiącach, ostatnio nawet po miesiącu – 29 oczekujemy życzeń :), raczej od początku staram się pokochać, a po pokochaniu jestem gotów przyjąć wszystko, poza kłamstwem i niezdecydowaniem. Bo te dwie rzeczy sprawiają, że czuję się niepewnie, tak, jakbym tracił grunt pod nogami. Te dwie rzeczy naruszają moje zaufanie. Zawsze byłem zwolennikiem mieszkania ze sobą jeśli jesteśmy zdecydowani, pewni siebie, pełni zaufania, i jeśli postanowiliśmy pokochać na dobre i złe. Nie jestem więc oficjalnie ani przeciwnikiem, ani zwolennikiem mieszkania ze sobą przed ślubem. Jestem zwolennikiem mieszkania ze sobą przed ślubem w określonych uwarunkowaniach przyrodniczych.

Nie wiem, czy wspominałem, że w całe to sprawdzanie się często wstawia się pojęcie dopasowania seksualnego. Nie wiem, czy wspominałem, że coś takiego jak dopasowanie seksualne nie istnieje. I nie, my nie sprawdzamy się. I nie dopasowujemy się seksualnie.

Mieszkamy ze sobą. Razem jemy, śpimy w jednym łóżku, całujemy się. Nie współżyjemy. Kiedyś, Ola już o tym pisała nawet, przekroczyliśmy kilka granic, takich, których miałem już nigdy w życiu nie przekroczyć (po mojej historii z Gośką, może ktoś pamięta?). Zrobiliśmy to na mocy własnej decyzji, a nie za sprawą hormonów, feromonów i potęgi podświadomości. Nie dlatego, że krew nie woda, lecz dlatego, że tego chcieliśmy. Później, ze względu na nasze częste nieporozumienia na tym tle, zechcieliśmy również z tego zrezygnować. Postanowiliśmy więc, że kończymy z tym, poszliśmy do spowiedzi i teraz żyjemy w czystości (choć z pewnością nie tak, jak brat z siostrą). Ale nigdy nie współżyliśmy i nie współżyjemy, a większość granic wróciło na swoje miejsca. Tak, mieszkamy razem pod jednym dachem, śpimy obok siebie i wbrew pozorom (i księdzu Malińskiemu) nie mamy problemów z zachowaniem czystości. Tłumaczę to trochę tak, jak ojciec Salij tłumaczy na czym polegają cnoty: np. ktoś, kto kształci w sobie cnotę unikania alkoholu najpierw grzecznie odmawia, choć ma z tym problemy. Później jednak ma wewnętrzną niemożność picia alkoholu – a więc nie wyobraża sobie, że w ogóle mógłby się napić. Tak samo jest z seksem pozamałżeńskim. I z czystością małżeńską, jak sądzę, również.

Chwilowo nie chodzę do spowiedzi. Od dwóch tygodni nie byłem u Komunii – a naprawdę ostatni raz, kiedy w niedzielę opuściłem pełną Eucharystię, był bodajże kiedy miałem 16 lat i prowadziłem wątpliwe życie na wakacjach we Włoszech. A więc 7 lat temu. Jeszcze nie zdarzył mi się problem z otrzymaniem rozgrzeszenia – to Ola poszła do spowiedzi i go nie dostała. Ale uznałem, że jesteśmy tu na tym samym poziomie, i konsekwencje musimy ponosić razem.

I teraz jeszcze raz (choć notki o Malińskim kiedyś już były) pytanie: konsekwencje czego? Co takiego robimy? Okej, mieszkamy ze sobą. Śpimy ze sobą. Całujemy się – świetnie. A teraz wyobraźmy sobie sytuację następującą: jest sobie dziewczyna i jej chłopak, idą razem na imprezę, na tej imprezie się całują (są grzeczni, więc do niczego więcej nie dochodzi), potem ona, zmęczona, usypia w jego ramionach, on usypia obejmując ją, może nawet położą się na łóżku. Rano budzą się, idą razem do kościoła i prawdopodobnie nawet im do głowy nie przyjdzie, że mieliby się z czego spowiadać. Mnie by przynajmniej nie przyszło.

Jaka jest różnica między nami, a tamtymi ludźmi? Jemy razem posiłki? Spoko, a co jeśli oni przed kościołem zjedli śniadanie? Nie mogę powiedzieć – pewne różnice z wielkim prawdopodobieństwem są. Jeśli to coś złego – ksiądz u spowiedzi może powiedzieć: nie róbcie tego to a tego. I okej. Mógłby powiedzieć: nie śpijcie w jednym łóżku. Powiedzielibyśmy: postaramy się (choć Ola na przykład w czasie burzy boi się spać sama). Powiedziałby: żyjcie do ślubu jak brat z siostrą. Odrzeklibyśmy: da się zrobić. Choć zwykli nastolatkowie nie mają problemu moralnego podczas całowania się z własnym chłopakiem/dziewczyną, my moglibyśmy tego zaniechać. Ale nie o to chodzi. Ola powiedziała: Nie współżyjemy. Ksiądz odpowiedział: Siejecie zgorszenie. Wobec kogo? Kto się gorszy? Ludzie, którzy widzą, że mieszkamy razem. I wyobrażają sobie. To, co sobie wyobrażają, jak sądzę, to już ich sprawa. Spotkałem się przecież z wyobrażeniami ludzi, że skoro nie współżyję z Olą, to znaczy, że jestem impotentem. Wyobraźnia każdego człowieka działa w różny sposób i ktoś, kto ma ochotę, ma prawo powiedzieć sobie, że osoby które ze sobą nie mieszkają, również ze sobą współżyją. A jaka jest prawda – to wiedzą zawsze tylko zainteresowani. Chyba, że pojawią się dowody.

Ksiądz Galej na kursie powiedział nam o jakimś dokumencie kościelnym, jakiejś instrukcji, w której napisano do spowiedników, żeby nie udzielali rozgrzeszenia mieszkającym ze sobą przed ślubem. Nigdy nie udało nam się dotrzeć do tej instrukcji, choć szukaliśmy, bo byliśmy ciekawi. Malińskiego chyba nie zrozumieliśmy, ale sami zauważyliśmy, że seks jest pewną naturalną konsekwencją bycia w stałym związku. Dzięki temu musieliśmy trochę mocniej nad sobą popracować – i wypracowaliśmy to, że nadal żyjemy w czystości. Nie mamy pojęcia jaka jest tak naprawdę oficjalna wizja Kościoła – i dlaczego. Wiemy, że jedni księża myślą tak, a drudzy inaczej. Trafiliśmy na takiego, który twierdził, że rozgrzeszenia dać nie może. Podjęliśmy więc kolejną decyzję – będziemy przez ostatnie dwa miesiące żyć bez spotkania z Panem Bogiem w Eucharystii, bo potrzebujemy siebie nawzajem, by przygotować się do ślubu. Tylko to naprawdę bardzo zabawne, że po to, by móc dobrze przygotować się do ślubu, musimy oddalić się od Boga. Czy nie powinno być inaczej?

Na koniec zapytam jeszcze, mam nadzieję, że się nie obrazicie, z czystej ciekawości, państwa Sz.: Powiedzcie mi, czy Wy też, po zamieszkaniu ze sobą, mieliście problemy z uzyskaniem rozgrzeszenia? Czy udało się Wam jakoś z tym poradzić?

A, jeszcze, chciałem dodać, że blog ma już trzy lata. No, wiecie, razem z dwoma poprzednimi :). Ale noty rocznicowej nie będzie. Jest tylko notyfikacja :).

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Bojkot Bożego Narodzenia

Osobiście znam trzy osoby, które to zrobiły. Ale choćbym nie znał ani jednej, nie mam wątpliwości, że jest ich więcej. Dużo więcej.

W okolicy Bożego Narodzenia zwróciłem uwagę, że kilkoro moich znajomych, wierzących i praktykujących katolików, uczestnicząc w mszach świętych nie przystępowało do Komunii. Później okazywało się, że z różnych powodów nie przyjęli wcześniej sakramentu pojednania. Powody można by wymieniać. Strach przed spowiedzią. Zatwardziałość w grzechach. Brak skruchy i woli poprawy. Albo za długa kolejka do konfesjonału. Jakiekolwiek by nie były, doprowadziły do wystawienia Pana na próbę. Kolejną próbę.

Bóg przychodzi na świat, rodzi się w stajence. Pragnie też urodzić się w każdym z nas. Dać nam szansę zacząć na nowo. Ale my z powodu własnych słabości i braku zaufania każemy mu czekać. Ciągle czekać. Buntujemy się przeciw Jego miłości. Nie chcemy, by się urodził w nas.

Bojkotujemy Boże Narodzenie.

Gdy dowiedziałem się o tym, o każdym z tych trzech przypadków, zrobiło mi się bardzo przykro. Nie, nie miałem do nikogo żalu. Nie złościłem się na nikogo. Tylko łzy cisnęły mi się do oczu w smutku wywołanym ciemnością panującą w człowieku, której nawet rodzący się Bóg nie jest w stanie pokonać. Bo my nie chcemy Mu na to pozwolić.

Dlaczego dziś piszę o tym, zapytacie. Przecież Boże Narodzenie minęło trzy miesiące temu. Za trzy dni Wielkanoc. Już nie rodzi się Bóg. Już Zmartwychwstaje…

Otóż właśnie dlatego. Dlatego, że jedna z tych znanych mi osób poszła do spowiedzi kilka dni temu. Po raz pierwszy od nie wiem jak dawna, z bojkotem Bożego Narodzenia po drodze. Dlatego, że nadchodzi Wielkanoc, w czasie której Chrystus chce zmartwychwstać. Także zmartwychwstać w nas. Piszę to, bo macie jeszcze czas. Jeszcze te trzy dni na nawrócenie. Na pojednanie z Panem.

Na to, by nie pozwolić sobie na komfort bojkotu Wielkanocy…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 24 Komentarze

Mamy czas…?

„Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest…” To prawda. Jednakże…

Jezus chodził po świecie i mówił do ludzi. Podszedł jednego dnia do celnika zwanego Mateuszem i powiedział mu: Zostaw swój majątek i pójdź za mną. Ten natychmiast porzucił wszystko i zrobił to, co Pan mu nakazał.

Jak wygląda nasza wiara? Czy jesteśmy tacy jak celnik Mateusz, który porzucił wszystko i na zawsze, w całości oddał się woli Pana? Jak wygląda nasze życie? Nasze dążenie do świętości? Czy już zostaliśmy wiernymi sługami Jezusa? A może mówimy sobie: „Jeszcze nic nie wiem. Jeszcze jestem młody/młoda. Jeszcze nie zdążyłam/em dorosnąć do tego, by swe życie poświęcić Bogu. Mam czas, mam czas, mam czas…”

Były sobie panny. W zasadzie było ich 10 – połowa była mądra, a połowa głupia. Wszystkie czekały na Oblubieńca, aby przyjąć Go i ugościć. Aby dostać się na Jego ucztę weselną. Z tym, że te głupie stwierdziły, że mają czas, wszak jeszcze wczesna godzina, komu by się spieszyło, można przespać parę chwil. Tylko się zdrzemnąć. Pozostałe w tym czasie udały się do sklepu, po oliwę do lampy, by cały czas być gotowe.

W zasadzie żadna z nich nie spodziewała się, że Oblubieniec przyjdzie JUŻ. Ale przyszedł. Wstały głupie panny i powiedziały: „Matko, ojcze i wszyscy inni! Toż my jeszcze nie gotowe! Wszak tyle czasu mamy!” Ale czasu już nie było. Wszedł Oblubieniec, zaprosił mądre panny na wesele. Głupie w tym czasie pobiegły szukać oliwy. Ale już było za późno.

Mamy czas. Mamy czas. Mamy czas…?

„I opowiedział im następującą przypowieść: Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia? Lecz on mu odpowiedział: Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć.” (Łk 13, 6-9). Bóg mówi nam w tej przypowieści, że ma cierpliwość nad swymi sługami. My jesteśmy drzewkiem. Drzewkiem, które od lat myśli, że ma czas. Że jeszcze nie pora. Że Bóg poczeka, wszak jest cierpliwy. Wszak jest dla Niego ważne to, żebyśmy byli zbawieni, więc nie stanie mi się krzywda gdy jestem pod wpływem grzechu. Poczekam, nie pójdę do spowiedzi. Jestem pod wpływem grzechu, ale nie myślę nad tym, by go zdjąć. Dziś, jutro, za rok. Mam czas, mam czas, mam czas…

„A jeśli nie, w przyszłości możejsz je wyciąć.” Bóg jest łaskawy i miłosierny. Ale dla Niego czas nie istnieje. Wobec Niego każda chwila jest wiecznością. Każda stracona chwila jest straconą wiecznością. Nie jesteś gotowy/gotowa? Jutro może być o jedno jutro za późno, by stać się gotowym. Jutro sklep z oliwą może być zamknięty. Może jednak wydamy wreszcie ten owoc, jeśli tak uparcie obkładają nas nawozem. Choć już trzy lata nie ma z nas pożytku.

Jeden z moich wspaniałych kolegów z Seminarium, bardzo wierzący i zdolny do nauki, ostatnio wyszedł na chwilę. Ma raka płuc. Nigdy nie palił papierosów. Nie wiem co przeżywa, jak to dla niego wygląda. Ale jak go znam, nie oskarża Boga. Przecież nigdy nie wiemy, kiedy Pan Bóg przyjdzie.

Masz czas? Ja go nie mam. Każda chwila w oddaleniu od Boga jest wystawianiem Go na próbę. „No, przecież nie zrobisz mi nic. Przecież mnie kochasz!” Nie pamiętacie: „Lecz Jezus mu odparł: Powiedziano: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego.” (Łk 4, 12) To od Boga, nie od nas zależy, kiedy zachorujemy, wpadniemy pod samochód, spadniemy z konia, kiedy umrzemy. I nie mamy prawa mieć do Niego pretensji o to, że przecież nie jesteśmy jeszcze gotowi. Czas nagli. Tylko od nas zależy czy odpowiemy na Jego sygnały.

Mamy czas. Mamy czas. Mamy czas…?

Nie. Nie mamy.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 18 Komentarzy

Radość Pojutrze, wuj a nie facet i spowiedź przedświąteczna

Po długiej przerwie wreszcie mam normalny dostęp do internetu i mogę normalnie napisać notkę. Dlatego pewnie Was nie zdziwi, że notka (mam nadzieję) będzie dość długa, a w zasadzie nie będzie to jedna notka, lecz 3 w jednym (coś jak szampon, odżywka i nie-wiem-co-oni-tam-jeszcze-wymyślili-ale-coś-było w jednej butelce). Powyżej zamieszczony tytuł odnosi się bowiem do trzech różnych rzeczy (jak można się domyślić, pooddzielanych przecinkiem oraz spójnikiem „i”), z których każda powinna była zostać napisana w różnych odstępach czasu. I tak – pierwsza w okolicach rocznicy śmierci Papieża JP II, druga w miniony czwartek, trzecia zaś w sobotę. Ale postanowiłem zrobić fuzję i oto nastąpią trzy. Szykujcie się więc na poważnie długą lekturkę (coś mi się zdaje, że już do tej pory jest przesadnie długa ;). I może jeszcze nim zacznę, podniosę rękę i zapytam panią profesor czy można odpowiadać na pytania w dowolnej kolejności. Można? No to zaczynam…

2. Wuj a nie facet

Historia może się wydać interesująca wielu osobom i, mam nadzieję, niektórym oburzająca. Zdarzyła mi się właśnie we czwartek. Tego dnia akurat miałem dzień wolny w pracy i dałem się zaprosić przez kumpelę Iwonę do niej do domu by pomóc jej w angielskim. Iwona należy do niewierzącej części społeczności, jest jednak dość tolerancyjną osobą. Pozanałem ją pewnego pięknego… nocy właściwie na dyskotece w Łodzi. I choć pierwszy raz umówiła się ze mną potem dlatego, że „jestem dupkiem” (oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu), więc się mnie nie bała, to raczej nie stosowała nigdy przytyków dotyczących mej kleryckiej przeszłości, mej seksualnej wstrzemięźliwości i innych moich etyczno-moralnych przywar. Spotykaliśmy się zresztą potem dość często i miałem pewną wątpliwą przyjemność poznać nawet jej rodziców. Historia ta ich właśnie dotyczy, a mamusi głównie.

No więc pojawiłem się u Iwony trochę po 16, akurat podawano obiad. Byłem z lekka głodny, ale nie mam do nikogo pretensji, że mimo iż uczę ich córę za darmochę angielskiego to jeszcze nie dostanę wyżerki. Nie o to zresztą chodzi. Bo już pod koniec lekcji (która zresztą nie wiem czy była potrzebna, Iwona bowiem wydawała się nieźle orientować w tej partii materiału) zostałem jednak poczęstowany kawałkiem chałwy. Mamuśka podała mi ją na talerzyku, po czym, asekuracyjnie, rzuciła przez ramię: „Tylko się nie módl. Bo jak ostatni raz tu byłeś to się modliłeś. To ja ci daję jeść, a nie Pan Bóg. Ja jestem wierząca, ale nie do przesady”. Iwona już wcześniej (na poprzednim spotkaniu) mówiła mi, że mamuśka się o to doczepiła i robiła jej wymówki, więc fakt ów przemilczałem (zresztą ja robię znak krzyża tylko przed posiłkiem. POSIŁKIEM, a nie kawałkiem chałwy). Skończyłem lekcję, grzecznie wpałaszowałem chałwę i wyszedłem na korytarz by zbierać się na aut. Iwona postanowiła odprowadzić mnie na przystanek. Gdy i ona stanęła na korytarzu, mamuśka zawołała do niej z pokoju: „Mam nadzieję, że dzisiaj pójdziecie spać wcześniej, nie tak jak wczoraj”. Iwona na to, że nie. „Ale czy wy nie rozumiecie? My chcemy uprawiać seks! Seks, nie mamy do tego prawa?” Obleśny śmiech… Stałem na korytarzu zawiązując buty, udając że nie słyszę (w sumie nie przeszkadza mi, że małżonkowie chcą uprawiać seks. Tylko po co właściwie tak głośno?). Jednak atak nastąpił bardzo szybko. Po obleśnym śmiechu kolejne słowa: „Ale twój kolega się zgorszy…” A potem kolejna salwa obleśnego śmiechu i kolejne słowa: „No bo jeszcze dziewczyna jak chce poczekać z seksem do ślubu, to ja rozumiem. Ale taki facet to za przeproszeniem chuj a nie facet”. No cóż, nie twierdzę, że lubię jak mnie nazywają chujem, ale nie należę też do ludzi cierpiących po tym katusze. Uczę się od Albina (pamiętacie notkę „Bóg jest”? Jeśli tak, to wiecie jak wygląda Albin i domyślacie się, że często lecą w jego stronę najróżniejsze obelgi). Odpowiedziałem więc bardzo grzecznie (choć z przerzutką na „ty”, bo do tego zdania bardziej pasuje druga osoba): „Mów mi chuju”. Na to mamuśka, że nareszcie powinienem dorosnąć. Iwona usiłowała powstrzymać mający nastąpić słowotok, ale ja już dałem się wciągnąć. „Czy to, że nie uprawiam seksu przed ślubem świadczy o tym, że jestem nie dorosły?”. „Nie. Ale choćby to, że w tak młodym wieku chciałeś iść do seminarium”. Możecie sobie przypomnieć mój sentyment do Seminarium i wyobrazić, że dla mnie tego było za wiele. „A mnie się wydaje” – wycedziłem najgrzeczniej jak potrafię – „że o niedojrzałości świadczy dziecko w wieku 16 lat” (dla zainteresowanych – Iwona jest o 16 lat młodsza od mamuśki). No i tu mamuśka uznała, że chyba przegiąłem. Zaczęła mnie wyklinać, wyganiać i mówić rzeczy w stylu „wrzucać to możesz sobie, ale nie mnie”. Powiedziała, że mam sobie iść i że mnie nie chce więcej u siebie w domu widzieć. Odparłem, że ja chyba wcale nie mam ochoty wracać. Rzuciłem „Dowidzenia”, kiwnąłem głową przerażonej Iwonie, która zatrzymała się w połowie wiązania buta i wyszedłem. Czekałem sekundkę na Iwonę, ale że nie wychodziła, a za chwilkę jechała pięćdziesiątka, szaleńczym biegiem pomknąłem ku przystankowi i tak zakończyła się owa ciekawa historia. Odtąd z Iwoną nie miałem kontaktu, ale mam nadzieję, że jeszcze się kiedyś spotkamy. Pożyczyła ode mnie 50 złotych. I 4 części Narnii…

A jaki z tego morał, każdy zapyta? A taki, że jeśli ktoś jest prawowiernym chrześcijaninem i jest z tego dumny, musi oczekiwać, że spotkają go prześladowania. Mówił o tym sam Chrystus. Im bardziej święte ma człowiek zasady, tym szerzej zakrojone działania wroga, by zgnieść, zniszczyć, sponiewierać. Ale, z drugiej strony, im więcej podobnych, skierowanych przeciw nam działań, tym większa pewność, że robimy słusznie, że nasze zasady są dobre i że bolą tych, którzy nie potrafią. Tylko co nie potrafią? Nie potrafią zrozumieć? Nie. Chyba dawno zrozumieli. Nie potrafią żyć zgodnie z Prawdą. Co się zaś tyczy „ciętego języka”, jak to nazwał Albin gdy mu o tym opowiedziałem (chwaląc mnie zresztą za ów cięty język), muszę przyznać, że odpowiednie ważenie słów w takich sytuacjach i cios, dobry cios, we właściwym momencie, może dać do myślenia wrogowi. I pamiętajcie, by nie dać się zwyciężyć złu, lecz by zło dobrem zwyciężać…

3. Spowiedź przedświąteczna

Dawno nie miałem takiej przerwy między spowiedzią a spowiedzią. Dwa miesiące. Wielu powiedziałoby że to normalka, że co dwa miesiące to się święci spowiadają. Przed Seminarium rzeczywiście spowiadałem się co dwa miesiące (chyba że wpadałem w „ciąg”; wtedy T, mój ówczesny niemal stały spowiednik miał mnie dość, bo przychodziłem co trzy dni), ale w samym Seminarium nauczono mnie spowiadać się częściej. Na początku co dwa tygodnie, potem trochę się opuściłem (do „co trzy tygodnie”). Ale nie potrafiłem sobie wyobrazić żeby nie iść do Ojca Maćka raz na jakiś czas. Ojciec Maciek to mój spowiednik z Seminarium, jeśli chodzi o ścisłość. Tym czasem, co już przecież pisałem w notce „Awans”, po wygnaniu mnie z Domu moja moralność i wrażliwość opadła i choć z pewnością w Seminarium nie grzeszyłem aż tyle ile grzeszę w obecnej chwili, to wtedy miałem jakoś wrażliwsze sumienie i byłem pewien, że grzeszę więcej. No i tak się właśnie me losy toczyły, że przez ostatnie 2 miesiące do konfesjonału nie zaglądałem. A przecież miałem iść, choćby przed Bierzmowaniem Przyjaciółki. No ale wreszcie się zebrałem, zważywszy że idą Święta i by wypadało. Zacząłem formułkę, a potem się posypało. Właściwie większość grzechów przypominało mi się już podczas spowiedzi, tak że minęła chwilka nim skończyłem. Kapłan po drugiej stronie kratki zapytał czy brałem udział w Drodze Krzyżowej. Raz. W rekolekcjach? Chciałem, ale praca mi nie pozwoliła (szczera prawda). Jakieś postanowienie wielkopostne? Odmawiam codziennie Różaniec. Dobrze. Masz Pismo Święte? Przy sobie (tu taki znaczący uśmiech z mojej strony). Nawet… No to za pokutę przeczytasz sobie List świętego Pawła do Filipian. Żałuj za grzechy…

Żałowałem. Łzy zaczęły mi płynąć i uśmiech zagościł na mych ustach. Jednocześnie. Czułem się cudownie. Wspaniale. Tak jakbym jeszcze nigdy nie był taki czysty jak teraz. Tak jakby cały świat przejaśniał. I śmiałem się z samego siebie, że myślałem, iż nie jest ze mną źle, że w zasadzie nie mam się z czego spowiadać i może bym do tego konfesjonału w ogóle nie podchodził. Dziś już wiem, choć wiedziałem to wcześniej, że nie warto zwlekać. Nie warto czekać do ostatniej chwili. Nie warto czekać do Świąt. Grzech nie jest wart tego by go w sobie kisić. Trzeba się go jak najszybciej pozbywać. Płakałem i śmiałem się na przemian, taki byłem szczęśliwy. A przeciwnikom spowiedzi ustnej powiem tylko, że dla tego uczucia całkowitego wyzwolenia warto oczekiwać na właśnie TEN moment. No i spowiedź przez pośrednictwo kapłana ma tą przewagę, że uczy nas pokory. I wzbudza większy żal. Dziękuję, Panie, za to, że ustanowiłeś sakrament Pojednania.

1. Radość Pojutrze

Dziś trudno mi już określić dlaczego nazwałem tą notkę „Radość Pojutrze”. Co w zasadzie oznacza Pojutrze? Jak dla mnie – dzień następny. Więcej. Dzień jeszcze następny. Tak jakby coś, czego nie możemy się spodziewać. Czego nie możemy nawet podejrzewać. Jutro bowiem to coś co można jakoś przewidzieć. Na co można mieć nadzieję. Czego można się obawiać. Jutro to symbol zagadki do której posiadamy klucz. Tym kluczem możemy otworzyć zagadkę nim Jutro nastąpi. Do Pojutrza nie mamy klucza. Pojutrze to wielka niewiadoma. Coś zupełnie nieprzewidywalnego.

Jednocześnie Pojutrze to ten okres w którym gaśnie zapał i entuzjazm po śmierci JP II i zaczyna się normalne życie. To ten moment w którym wszyscy już ochłonęli i z trzeźwością zaczynają oceniać Pontyfikat, Życie, Twórczość. Albo z trzeźwością zapominają Jutro, w Pojutrze wchodząc tak jakby nie tylko nie istniało Jutro, nawet jakby nie istniało Dziś, czyli śmierć Jana Pawła II, ale nawet jakby Wczoraj nie miało miejsca. A Wczoraj to dla wielu z nas, zwłaszcza najmłodszych TYLKO Pontyfikat Jana Pawła II. Ale nie w tym rzecz. Bo nie zamierzam stosować żadnego podsumowania minionego roku, żadnej oceny Pokolenia JP II, żadnego rozszyfrowywania tajemnic następcy, Benedykta XVI. Chcę napisać o mojej własnej, prywatnej Radości mojego własnego, prywatnego Pojutrze. Dnia, którego nie spodziewałem się nawet w najśmielszych snach.

W okolicach ferii zimowych bodajże dostałem SMSa-łańcuszek od mojej Ciotki. W nim to napisano „Dziś mija tyle-to-a-tyle dni od śmierci Papieża. Wyślij ten SMS do tylu-to-a-tylu osób, a za tyle-to-a-tyle dni (czyli dokładnie w rocznicę – przyp. Autor Notki) przytrafi Ci się wielkie szczęście”. Nie wierzę w łańcuszki (stary zabobon), ale tym razem, dla śmiechu, rozesłałem (były u mnie wtedy Qrczaki, może to był Sylwester? Tak czy inaczej wszyscy wokoło podostawali ode mnie tego SMSa). No i czas trwał. Nie twierdzę, że nic się nie działo aż do dnia. Nie. Było wielkie wydarzenie. Jedna Pani wyznała mi, że się jej podobam. W zasadzie to był tzw. Wieczór Zwierzeń, gdy wszyscy siedzimy w kółku i każdy o każdym wszystko szczerze. No i się odważyła. Byłem w ciężkim szoku (zresztą wiecie jak traktuję te dziewczyny, które znały mnie jako kleryka, a nagle okazuje się że interesują się mną jako facetem), nie tylko ja zresztą. Poza mną w całym towarzystwie tylko Albin nie wiedział prawdy wcześniej, a jednak chyba nikt nie spodziewał się, że Pani się wygada. Wygadała się. Dodała jeszcze, że dała sobie spokój, bo podoba mi się jej siostra (wspominałem już o Owej kilka razy; zresztą zdarzyło się i w tej notce jednokrotnie) i że nie ma o czym gadać. Reszta towarzystwa postanowiła iść za śladem Pani i wywalić kawę na ławę, przez co parę szpil sobie wetknęliśmy, ale przy okazji cała atmosfera ostatecznie się oczyściła. No ale wiedziałem, że Pani nie istnieje dla mnie jako dziewczyna, w końcu „podoba mi się jej siostra” i nawet jeśli Owa dała mi kosza, to nie znaczy że mam sobie korzystać z okazji i „zadowalać się” tym co zostało. Powiedziałem więc Albinowi, że nic i nigdy.

A potem się zakochałem…

Tu właśnie zaczęło się moje prywatne, nieprzewidziane Pojutrze. Kombinowanie, romantyzm, podchody i robienie wszystkiego, by nie wyglądało to tak, jakbym korzystał z okazji… Wydałem się na tydzień przed rocznicą. Wtedy też postanowiliśmy o tym, że jesteśmy ze sobą. 24 marca 2006 roku, około 23:30. Przez SMSy. Pani bowiem jest ze Skarżyska. Ja też. Ale mieszkam w Rzgowie, jak wszyscy dobrze wiecie. Spotkaliśmy się więc dopiero w tydzień po tym, jak zaczęliśmy być ze sobą. Na kilka dni przed Pojutrzem Jana Pawła II. I dopiero wtedy uzmysłowiłem sobie, że to może nie jakieś łańcuszki, ale rzeczywiste wstawiennictwo Papieża u Boga wyjednało mi coś, co mogę nazwać Wielką Radością Pojutrze. Coś, czego się nie spodziewałem, a jednak przyszło. Miłość. Prawdziwa, jeszcze raz, jeszcze jedna Miłość do Kobiety. Do Mojej Pani. Wierzę w to, że Judym dostał jeszcze jedną szansę. Bo w sumie dla Judyma nie było wyjścia – jego ideały wymagały samotności. Ale może moje nie są aż tak zaborcze? Może marzę jednak o idealnym małżeństwie, o dzieciach, o domu i psie. I o tym, żeby jednak wspólnie, we dwoje, wypełniać misję Kościoła. Głosić ludziom Boga swą Miłością. Może jednak coś z tego będzie. Nie chcę zapeszać. A przede wszystkim modlę się bym nie postąpił jak za pierwszym razem. Bym potrafił jak najwięcej kochać, a jak najmniej narzucać swych myśli, swych ideałów, swych pomysłów i planów. Kto wie, czy Bóg rzeczywiście nie chce bym doznał raz jeszcze szczęścia. Prawdziwego szczęścia. Szczęścia dla dwojga. Radości Pojutrze…

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 15 Komentarzy