Posts Tagged With: Szpital św. Zofii

Laetare

Dziś czwarta niedziela Wielkiego Postu. Niedziela zupełnie wyjątkowa, bo choć nadal nie śpiewa się podczas mszy uroczystego Alleluja, to jednak jest to niedziela radości w środku zadumy przygotowującej nas do Wielkanocy. W tym dniu ksiądz może założyć różowy ornat zamiast fioletowego, co symbolizuje właśnie tę radość.

Moja córka wybrała sobie ciekawy dzień na przyjście na świat. Urodziła się w Wielkim Poście, okresie smutku i zadumy, ale akurat w tę niedzielę, która jest niedzielą radości. Poród nie trwał długo, choć, zgodnie z reakcją i relacją żony był nieco bardziej męczący niż poprzedni. Ale córeczkę mamy śliczną. Patrzyłem na nią dziś w szpitalu przez długą chwilę i nie mogłem powstrzymać wzruszenia. Cieszę się, że jest już z nami, po tej stronie brzucha. Mam tylko nadzieję, że dogada się z bratem, gdy wróci do domu.

„Lætáre, Ierúsalem, et convéntum fácite omnes qui dilígitis eam: gaudéte cum lætítia, qui in tristítia fuístis: ut exsultétis et satiémini ab ubéribus consolatiónis vestræ. Lætátus sum in his quæ dicta sunt mihi: in domum Dómini íbimus.”

„Wesel się, Jeruzalem! A wszyscy, którzy ją miłujecie, śpieszcie tu gromadnie. Cieszcie się i weselcie, którzyście się smucili, radujcie się i nasyćcie się z piersi pociechy waszej. Uradowałem się, gdy mi powiedziano: Pójdziemy do domu Pańskiego.”

Radujcie się więc razem ze mną moim szczęściem! I módlcie się o zdrowe życie duchowe dla mojej pięknej panienki…

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Rodzić rodzinnie

Wielkimi krokami zbliża się dzień narodzin naszego drugiego potomka. Właściwie to już przedbiegi – i mogę się pochwalić, że tym razem mamy córeczkę. Kiedy pisałem notkę o narodzinach G.M. zaznaczyłem, że warto będzie napisać kiedyś o wartości porodu rodzinnego. Sądzę, że w związku ze zbliżającym się rozwiązaniem będzie dobrze, jeśli podzielę się z Wami moimi na ten temat przemyśleniami.

Jeśli ktoś (jak np. dziś koleżanka z pracy) pyta mnie, czy będziemy rodzić razem, odpowiadam bez wahania: oczywiście! Zresztą już raz to przeszedłem, drugi raz jest tym bardziej oczywisty. Być może ktoś powie: taka dziś moda, na te porody rodzinne. Ja na to odpowiem: rzeczywiście, jest moda, ale ja się w życiu modą nie kieruję. Nie dlatego pragnę uczestniczyć w porodzie, że to dziś modne.

Ciążowo-mamowe czasopisma piszą artykuły podające argumenty za uczestnictwem ojców przy narodzinach dziecka. Ważnym argumentem jest tutaj to, że przynosi to ojcu ogromną radość, a potem może być dumny z tego, że był tam i mógł natychmiast zobaczyć swojego narodzonego brzdąca. Ja zaś powiem, że owszem – to naprawdę piękna i wzruszająca chwila, być tam i to zobaczyć, ale nie należy to do najważniejszych argumentów za. Dużo ważniejszym argumentem jest wsparcie. W czasie małżeńskiej przysięgi obiecywaliśmy sobie, że będziemy ze sobą w zdrowiu i chorobie, w dobrej i złej doli. Poród nie jest ani chorobą, ani złą dolą. Jest jednak niewątpliwie jednym z najtrudniejszych momentów w życiu kobiety. Dlatego właśnie mężczyzna, jej mąż i ojciec ich dziecka, powinien być przy niej szczególnie wtedy. Oczywiście – nie urodzi za nią. Ale będąc tam, będzie mógł pocieszyć, otrzeć czoło, podać wodę, pomóc zmienić pozycję, powiedzieć że kocha i że wszystko będzie dobrze. Zawołać personel, gdy nadejdzie kryzys, ochrzanić personel, gdy nastanie konieczność, wymóc na personelu bezpośredni kontakt matki i dziecka, albo zostać z dzieckiem, gdy matka będzie musiała ich na chwilę opuścić. W naszym przypadku choćby zaistniała ta ostatnia sytuacja – gdy celem usunięcia łożyska lekarz musiał uśpić moją żonę, to ja zostałem z naszym synem by się nim opiekować. Oczywiście, że mężczyzna nie będzie w tym wszystkim najważniejszy, ale to nie ma znaczenia – i raczej w ten sposób się w czasie porodu nie myśli. A i tak w gruncie rzeczy w co bardziej ludzkich szpitalach to mężczyzna jest odpowiedzialny za wiele spraw – nie tylko za przecięcie pępowiny, ale choćby za ogrzanie dziecka po porodzie (owija się je w pieluszki ogrzane wcześniej na ciele taty, tak by było mu ciepło i by chłonęło ojcowską florę bakteryjną). Jednak najważniejsze jest wsparcie dla żony. Podobno bliskość najukochańszej osoby potrafi wielokrotnie obniżyć nawet fizyczny ból.

A teraz kilka kwestii, co do których osobiście się nie zgadzam. Przytoczę tu fragmenty z artykułu publikowanego w lutowym numerze M jak Mama (str. 94-95), czyli „Rodzić we dwoje”. Autor artykułu, Tomasz Czarnecki, pisze np. „To przecież ona rodzi, a jesteś na pewno przekonany, że nigdy w życiu nie chciałbyś tego przeżywać, co będzie musiała przeżyć ona”. Czyżby? Otóż na pewno wcale nie jestem przekonany. Co więcej: kiedy byłem młodszy, marzyłem o tym, bym mógł rodzić dzieci, aby choć z jednej z kobiet móc zdjąć ten trud i ból. Dziś uczestniczę w porodzie dlatego również, że przynajmniej część tego bólu chciałbym wziąć na siebie, choć wiem, że niewiele mogę. Tak więc pan Czarnecki się myli, mówiąc „na pewno” i zwracając się do każdego czytelnika. Bo ja akurat na pewno nie.

Druga rzecz to kwestia intymności: „Przy okazji dobra rada dla ciebie: nawet jeśli istnieje takie przyzwolenie, czasem lepiej odwrócić głowę, by nie zobaczyć pewnych sytuacji. Zdaniem naocznych świadków, są widoki, które pozostawiają trwały ślad w męskiej psychice. Dlatego polecamy miejsce za głową partnerki lub obok niej. Pisząc wprost: nie warto zaglądać między nogi, bo podczas porodu widok nie musi być najwspanialszy”, a skądinąd kobieta może nie chcieć twojej obecności, ponieważ może kierować nią „obawa o utratę resztek intymności”. To mi też przypomina znane i kłamliwe hasło roznoszone przez kobiety: „Przecież nie będzie patrzył ci między nogi, tylko głęboko w oczy”. Po pierwsze: skoro teraz preferuje się porody na stojąco, kucąco, siedząco, to jak ten „partner” ma znaleźć się koło głowy partnerki i patrzeć jej w oczy? Ale, nawet jeśli poród odbywa się na leżąco (nasz taki był, przez wzgląd na jego przebieg, a nie na wrogość personelu), to po drugie: jak wyobrazimy sobie patrzenie prosto w oczy kobiecie, która właśnie napręża się w skurczach? Resztki intymności kobieta utraciła poczynając z mężczyzną dziecko (a tak naprawdę nie utraciła ich, tylko podzieliła się nimi z tymże mężczyzną). A że „między nogi” wyglądają trochę inaczej, niż poza czasem porodu naprawdę nie powinno mieć, moim zdaniem, znaczenia. Jeśli, mężczyzno, jesteś mężem swojej żony, to przyjdzie ci ją oglądać naprawdę w różnych sytuacjach w ciągu życia. Nie zawsze będzie w tym czasie umyta i pachnąca – choć zawsze będzie piękna. Co więcej – właśnie kiedy nie będzie umyta i pachnąca, może najbardziej ciebie potrzebować. Jak to było ze mną? Kiedy G.M. zaczął wychylać główkę, położna rzekła: „Proszę, widać główkę, niech pan patrzy”. No i co? Spojrzałem, oczywiście. To nie był odruch, którego żałowałem. Ja nigdy nie twierdziłem, że będę w tym czasie stał przy głowie mojej żony i patrzył jej w oczy. Jesteście małżeństwem? Jesteście dla siebie w dobrej i złej doli? To oddajcie sobie nawzajem resztki swojej intymności. I nie martwcie się. Niektórzy twierdzą, że takie „patrzenie” może wywołać traumę i odrzucić człowieka od współżycia? A ja sądzę, że to zależy od tego, z jakim nastawieniem podchodzi się do swojej żony. Czy jesteś z nią po to, by ci pachniała? Czy po to, by ją wspierać i kochać bez względu na wszystko? Jeśli druga odpowiedź jest prawidłowa, to ja nie wierzę w żadne męskie poporodowe traumy. Dla mnie to była tylko radość z uczestnictwa i obecności.

Gdy żona po raz pierwszy zaszła w ciążę, informowaliśmy wszystkich słowami „Jesteśmy w ciąży”. Te słowa niejednokrotnie wywoływały ludzką wesołość. A jednak uparcie je powtarzaliśmy, bo to było nasze dziecko od poczęcia, razem w tę ciążę zaszliśmy, razem w niej byliśmy, razem rodziliśmy i razem wychowujemy. Dlatego też jestem za porodami rodzinnymi – pod warunkiem, że ta rodzina to mąż i żona, a nie żona i teściowa…

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Nowe dziecię już na świecie – Home edition

Obawy się pojawiały, ja nie mówię. Było ich całkiem sporo – ale świetnie potrafiliśmy sobie z nimi poradzić. Mówią, że chodzi o nastawienie. I o to, czy dziecko jest chciane, czy niechciane. To było bardzo chciane, niezwykle ukochane do istnienia. Kiedyś polemizowałem z doktorantem teologii, którego teoria mówi, że dzieci się biorą z pożądania, a nie z miłości – i że jego córka tylko dlatego jest ukochana, że Bóg przebił się ze swoją miłością przez jego i żony pożądanie. Spoko, ładna teoria. Na szczęście sprawdzalność w praktyce nie jest stuprocentowa. Gdy pytano mnie na egzaminie z laikatu w duszpasterstwie skąd się biorą dzieci, automatycznie wiedziałem jak odpowiedzieć – z miłości. Tak, to dziecko było niezwykle ukochane, choć Bóg znając życie i tak musiał się z własną miłością przebijać przez ogromne warstwy grzechów i egoizmu.

Poród wyglądał tak, jakby go nie było. Baliśmy się, że będzie trudno urodzić – bo te skurcze jakieś bezbolesne, to pewnie jakaś ściema. Żona wspierała się na mnie, ale mnie też nie było ciężko (nie tak, jak mojemu koledze, którego żona rodziła miesiąc wcześniej). W czasie skurczu normalnie oddychała, a jak się skupiała na rozmowie, to nawet zapominała o skurczach. O 16, tj. nieco wcześniej, weszliśmy na porodówkę, bo silniejsze skurcze zaczęły się nad ranem, ale pani położna zbadała i wysłała do domu, żeby wywoływać poród domowymi sposobami. Zabrałem się za to z ochotą :). Wróciliśmy o 1 w nocy – skurcze były nieco silniejsze, ale baliśmy się, że nic nie zdziałaliśmy. Ku naszemu zdziwieniu mieliśmy już 5 centymetrów. Trochę chodzenia po sali, trochę kręcenia na piłce, trochę podpierania drabinek – i badanko. 8 centymetrów. „To gdzie jest ten kryzys przy siedmiu?” spytała moja żona. Przy siedmiu podobno zazwyczaj już nie podają znieczulenia, już jest za późno. „Jakiego znieczulenia?” – spytała moja żona. Potem próbowaliśmy wejść do wody – było całkiem miło. Tylko po półgodzinie wciąż było 8. KTG, a potem położna postanowiła przebić worek. Był naprawdę twardy. I okazało się, że blokował poród, bo natychmiast po jego przebiciu zaczęły się parte. Dwa, silne, bolesne. Ale to trwało chwilkę. Potem już były słabsze, kontrolowalne. Żonka pociągnęła, główka się wychyliła. Raz dwa – i już Bobek był na wierzchu.

Przyznam, że bardziej się upociłem z nerwów niż Ona. Potem mieliśmy jeszcze małą skrobankę – bo worek owodniowy rzeczywiście nam się twardy uprodukował i nie chciał zejść. A potem to już było wszystko dobrze.

Ostatecznie poród dokończyliśmy w pozycji leżącej, ale to nie miało większego znaczenia. I ja, jako tatuś i mąż, muszę powiedzieć, że nie wyobrażam sobie (jak i nigdy sobie nie wyobrażałem), bym nie mógł być przy nich w tym momencie. Zaszliśmy w ciążę razem, byliśmy więc w ciąży razem – rodziliśmy też razem. I to ja, jeszcze w okresie przednarzeczeńskim, optowałem za tą formą. Żona szybko dała się przekonać. I słusznie. Nie zemdlałem. Nie było mi nawet słabo. Nie umierałem ze strachu. Nie nabrałem obrzydzenia. Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej. I pamiętajcie, naiwne kobiety, które mówicie „Jak chce być przy porodzie, to dlaczego ma nie być, przecież i tak stoi przy głowie i patrzy ci w oczy”: bardzo się mylicie. Chyba, że tak jest we wszystkich szpitalach poza św. Zofią. W Zofii jest zupełnie inaczej. I wbrew pozorom – jeśli oczywiście kochacie swoich mężów tak bardzo, że potraficie być na nich do końca otwarte – dużo lepiej.

Po co ja to wszystko piszę? Tak, wiem, rodzinne porody to świetny pomysł na napisanie notki. Ale może skupię się na tym kiedy indziej. Teraz czas zakończyć newsa.

Nasz pierworodny Syn G.M. urodził się w Uroczystość Świętej Trójcy, w dniu wyborów do Parlamentu Europejskiego, w niedzielę 7 czerwca 2009 roku, o godzinie 4.55. Jest piękny i zdrowy.

Dziękuję wszystkim za modlitwę! :)

A, i proszę o wyrozumiałość, bo mam zawalenie głowy. Ale ja to wszystko napiszę, obiecuję ;).

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy