Posts Tagged With: Teologia

Postaw wszystko na jedną kartę

Kiedy studiowałem teologię bardzo mierził mnie przedmiot teologia duchowości. Teoria modlitwy i różnych szkół duchowości – nie czułem się w tym najlepiej. Nie w tym rzecz, że nie lubiłem teorii. Teoria to dla mnie najbardziej satysfakcjonująca część nauk teologicznych. Teoria dotycząca prawdziwości Pisma Świętego, dotycząca życia Chrystusa, Jego istoty. Teoria dotycząca dogmatów. Nie lubiłem teologii duchowości, bo teoria i duchowość nigdy nie szły mi w parze. Dla mnie duchowość to wtedy była sprawa indywidualna. Każdy człowiek ma swoją duchowość, a więc swój sposób przeżywania bliskości z Bogiem i nie zgadzałem się z tym, że da się to ubrać w teorię. Oczywiście nie do końca miałem rację, ale do teologii duchowości nigdy się jakoś nie przekonałem.

W teologii wciągnęła mnie teoria właśnie i te przedmioty, w których teoria przekładać się miała na praktykę, a nie praktyka na teorię. Zaangażowałem się więc w zajęcia z teologii fundamentalnej, trochę mniej z dogmatycznej, obocznie zaś z moralnej, a duchowości pozostawiłem na szarym korku. Teologia nigdy nie doprowadziła mnie także do utraty wiary – czym straszyli niektórzy. Nie miałem wątpliwości w istnienie Boga. Teorie fundamentalne i dogmatyczne jeszcze mnie w tej wierze utwierdzały. Po niedługim czasie przestałem sobie niestety zdawać sprawę z tego, że nie wystarczy wierzyć w Boga. Przede wszystkim należy wierzyć Bogu.

teologiaTeoria teologii powinna pchać w stronę praktyki, a ja zatrzymałem się na teorii. Odrzuciłem też przedmiot, ten który na praktyce się opierał, jako zbyt nieteologiczny. Bardzo szybko zapomniałem, że żywa wiara to nie wiara w dogmaty czy fakty o Jezusie, lecz bycie z tymże Jezusem w prawdziwej relacji. To wiara w obecność Jezusa w naszym życiu, w naszej codzienności. Modlitwa to nie odklepywane paciorki, lecz rozmowa z samym Bogiem. Nawet jeśli odmawiamy różaniec, nie jest on tylko przesuwanymi koralikami, lecz byciem z Bogiem, w Jego towarzystwie. Moja teologia, moje bycie „wybitnym” teologiem oparło się zatem na teorii, na Jezusie historycznym, na dogmatach i moralnym napominaniu, a nie na żywej wierze i kontakcie z Chrystusem zmartwychwstałym. Nie chcę przy tym powiedzieć, że żałuję, iż jestem piewcą dogmatyki, historyczności Jezusa i moralności katolickiej. To wszystko bardzo ważne rzeczy, które w odpowiedni sposób wykorzystane doprowadzą nas do prawdziwego Zbawiciela. Jednak bez duchowości, bez osobistej, prawdziwej wiary, bez osobistego kontaktu z Bogiem te teorie są tylko czczą gadaniną.

Miewam takie momenty w życiu, gdy zdaję sobie sprawę z małości mojej osobistej wiary. Gdy zdaję sobie sprawę, że w każdym większym fragmencie Pisma Świętego jestem w stanie znaleźć mniejszy fragment, który nakazuje mi napominać bliźniego. Że zwracam właśnie uwagę na tę teorię, ewentualnie praktykę u innych, ale omijam ją u siebie. Ostatnio po raz kolejny zdałem sobie sprawę z tego, że w moim życiu nie trzeba tylko ludzi, do których mogę przemawiać, którym mogę dawać rady, lecz przede wszystkim realnej obecności Chrystusa, takiego tu i teraz, obok mnie, szepczącego do ucha, albo wręcz wrzeszczącego. I po raz kolejny zdałem sobie sprawę, że nie można być teologiem, nawet takim wcale niewybitnym, jeśli nie żyje się wiarą, jeśli nie przyjaźni się z Jezusem, jeśli nie rozmawia się z Bogiem w swojej codzienności.

Momentem, w którym zdałem sobie z tego sprawę, nie był moment, w którym dowiedziałem się o śmierci naszego trzeciego dziecka. To wydarzenie miało miejsce tydzień wcześniej, w czasie spotkania wspólnoty Domowego Kościoła. Przeżyłem najpierw bardzo budującą spowiedź. Potem usłyszałem kilka mądrych słów już na samym spotkaniu. Wreszcie rozmowa z moją Żoną pozwoliła mi zrozumieć, że za bardzo dążę do krytyki innych, a za mało wgłębiam się we własną relację z Jezusem. Tydzień później dowiedziałem się, że straciliśmy dziecko, ale już od tygodnia pracowałem nad swoją wiarą. Bardzo trudne wydarzenie nie sprawiło, że moja wiara się rozproszyła – wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej się wzmocniła. Zacząłem odmawiać nowennę pompejańską – o niej jeszcze napiszę z pewnością. Zbliżyłem się do Boga ponownie. I choć pewnie będę się jeszcze od Niego oddalał, to mam nadzieję, że nigdy na tyle daleko, bym nie mógł doń znów powrócić.

Nie piszę tej notki tylko po to, by przed kimkolwiek się korzyć. Piszę ją, bo jak zwykle mam pokusę moralizowania i wskazywania palcem w stronę innych. W sumie od tego mam Was, drodzy czytelnicy. Piszę ją po to, by wszyscy, do których dotrę mogli dowiedzieć się, że można nie wiem jak wiele teoretyzować, nie wiem do jak wielu cytatów z Pisma Świętego sięgać, nie wiem jak często chodzić do kościoła, ale bez prawdziwej, żywej relacji z Chrystusem to wszystko są śmieci. To wszystko do wyrzucenia.

Należy w życiu wszystko postawić na jedną kartę. Wszystko postawić na ostrzu noża. Pozamykać wszystkie pouchylane furtki, by pozostać w ciasnym, ale bezpiecznym pomieszczeniu – pomieszczeniu miłości Pana Boga. Jest tylko jedna karta, na którą warto postawić w życiu wszystko, a tą kartą jest Jezus Chrystus. Jeśli zatem zaczniemy w naszym życiu od zaufania Panu, On pomoże nam poukładać wszystkie nasze teorie, moralności i upomnienia. Życzę Wam tego z całego serca!

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Greatest Hits

W serialu „Lost” jeden z odcinków nosił tytuł „Greatest Hits”. Charlie, żegnając się w nim ze światem, tworzył prywatną listę najważniejszych, najpiękniejszych momentów swojego życia. Na pierwszym miejscu znalazł się moment, w którym poznał Claire, blond-włosą piękność, miłość jego życia.

Dziś mija sześć lat odkąd oficjalnie jesteśmy razem. Dla mnie to szczególna rocznica – jak każda trzecia rocznica naszego związku. Wprawdzie to jest dopiero druga trzecia rocznica, ale cieszę się, że jesteśmy już ze sobą te 2×3 lata. Sześć lat temu powiedziałem Ci przecież, że Cię kocham i chcę spędzić z Tobą życie. Ty wtedy odpowiedziałaś: „Powiesz mi to za 3 lata”, a ja: „Wtedy też Ci to powiem”. Powiedziałem, a od tamtego czasu kolejne 3 lata minęły. I z tej okazji postanowiłem zrobić moją własną listę Greatest Hits, podsumowującą sześć lat naszego „razem”, pokazującą to, w jaki sposób wpłynęłaś na mnie, na moje życie. Jak je zmieniłaś.

Lista jest prywatna i z pewnością nie zawiera wszystkiego, co mogłaby zawierać. Jest to 10 pozycji, które przyszły mi do głowy i które poszeregowałem rosnąco do najważniejszej. Nie zdziwię się, jeśli Twoja lista będzie inna. Dziś jednak zobacz, jak Cię odbieram i dlaczego tak bardzo Cię kocham, że chcę spędzić z Tobą życie.

10. Ono

Ostatnio czytałem wywiad z Szymonem Majewskim, w którym była mowa o akcji, w której bierze udział, mianowicie że książka to najlepszy sposób na podryw. Kiedy to zobaczyłem, pomyślałem, że przecież u nas też wszystko zaczęło się od książki. „Ono” pojawiło się w moim życiu przed początkiem naszego związku i również dlatego otwiera moją listę. Kiedyś, w maju jeszcze, czy może nawet w kwietniu, siedziałaś na wykładzie i czytałaś. Ja siadłem blisko, w odległości około jednej koleżanki i zapytałem, co czytasz. Oczywiście nie byłem w rzeczywistości zainteresowany tym, co czytałaś. Bardzo zależało mi po prostu, żeby z Tobą porozmawiać. Ty pokazałaś mi okładkę – to właśnie było „Ono” Doroty Terakowskiej. Lubiłem Terakowską, bo kiedyś prowadziła w „Przekroju” Muzeum Rzeczy Nieistniejących i wówczas nawet miałem z nią krótki kontakt e-mailowy. Powiedziałem więc, że będziesz mi musiała tę książkę pożyczyć. Odpowiedziałaś, że oczywiście mi pożyczysz. I w końcu tak to się zakończyło, że książka znalazła się u mnie. Później okazało się, że specjalnie czytałaś ją tak ostentacyjnie, żeby mnie nią zainteresować. I sobą także.

Sama książka była bardzo ciekawa. O zgwałconej nastolatce, która zachodzi w ciążę i przeżywa dylemat, czy dziecko urodzić. Taka „nasza” w treści. Jednak nie tyle sama książka wpłynęła na moje późniejsze postanowienia, co liczne dopiski ołówkiem. Twój prywatny sposób przeżywania tego, co czytałaś. Twój prywatny sposób kontaktowania się ze mną. Właściwie obie te rzeczy, jednocześnie. To sprawiło, że gdy na 54 stronie przeczytałem pierwszy dopisek (nie licząc wcześniejszego zaznaczenia dotyczącego bycia swoją mamą), że „Hm, chciałabym mieć kalejdoskop”, postanowiłem natychmiast kupić Ci pierwszy prezent ode mnie. I zamówiłem kalejdoskop na Allegro od jednego wytwórcy. Dalej mogłem się o Tobie dowiedzieć jeszcze więcej. Na przykład, że „The past will catch you up as you run faster”. Mnóstwo pozaznaczanych cytatów, które przysuwały mnie bliżej do Twoich myśli, Twoich interpretacji, tego kim jesteś i jaka jesteś. I wreszcie bardzo długi zaznaczony fragment ze stron 299-300: „Aby go było tylko tyle, żebyś czuło się wolne i aż tyle, żebyś chciało być ze mną. Tylko tyle, żebyśmy oboje wiedzieli, że poza nami jest jeszcze mnóstwo innych rzeczy godnych uwagi, i aż tyle, żebyśmy pojęli, że te inne rzeczy będą piękniejsze, gdy będziemy je razem poznawać. I żebyśmy się zawsze nawzajem słyszeli i mówili do siebie, patrząc sobie w oczy, a wchodząc do domu, żebyśmy głośno tupali, wtedy nasze nogi będą sobie mówić: ‚Tak, to ja, oto jestem'”. Z dopiskiem od Ciebie: „Takie mniej więcej jest moje największe marzenie”. Właśnie wtedy wzruszyłem się najbardziej, pamiętam jak dziś. Właśnie wtedy postanowiłem spełnić z Tobą Twoje mniej więcej największe marzenie. Właśnie wtedy, nie rozmawiając z Tobą prawie wcale, znając Cię tyle, co nic, postanowiłem Cię pokochać. Właśnie wtedy Cię pokochałem i wtedy wszystko nabrało sensu. Tylko jeszcze na koniec, na stronie 459, przeraziłem się, bo zaznaczyłaś tekst „lubimy nietoperze” i dopisałaś przy nim „mhm :)”. Przypomniała mi się moja pierwsza narzeczona, jej fascynacja nietoperzami. To Twoje „mhm” było dla mnie jak cięcie nożem, ponieważ ona wolała Snape’a i innych przerośniętych nietoperzy ode mnie. Ale mimo Twojego „mhm” postanowiłem zaryzykować. Pozostać przy dziewczynie, z którą jeszcze nawet nie rozmawiałem. Zacząć wszystko od początku i wyjść z bagienka. 26 czerwca znałem Cię troszkę lepiej, byliśmy na kilku randkach i powiedziałem chłopakowi, który chciał Cię zabrać na spacer, że „ona jest zajęta”. Potem powiedziałem, że Cię kocham. Ale kochałem Cię już wcześniej. Dzięki „Ono” i temu, że zdążyłaś mi nim tak wiele opowiedzieć.

Ostatecznie na szczęście okazało się, że nie jesteś Snaperką. Tylko po prostu lubisz nietoperze.

„Za horyzontem wielka korona gór
Na karoserii różowieje kurz
Odsuwasz dach, w rękę łapiesz wiatr
Powiedz prawdę, ile lat mnie kochasz?
Droga ucieka, noga już ciężka jest
Opór decha i z oczu znika sen
Będzie nam najbliższych czasem brak
Spalone mosty to najlepszy w życiu start

Ratujmy co się da
Obróćmy jeszcze raz
Kalejdoskop”

9. Studia teologiczne

Ty nie studiowałaś teologii, choć przecież też o tym myślałaś. Ja zacząłem je zaraz po maturze, na długo przed naszym spotkaniem. Chciałem zostać księdzem, więc wstąpiłem do Seminarium w Radomiu, a tam zafascynowałem się studiami teologicznymi. Niestety, założyłem bloga, który nie spodobał się przełożonym (konkretnie jednemu przełożonemu) i zostałem pozbawiony uczestnictwa w formacji teologicznej i ukochanych studiach. Potem przez dwa lata błąkałem się między Rzgowem a Łodzią, studiowałem polonistykę zaocznie, potem stosunki międzynarodowe (które miały być japonistyką), ale żadne z powyższych nie zainteresowały mnie tak, jak teologia. Na stosunkach międzynarodowych spotkałem jednak Ciebie i postanowiłem spróbować. „Ono” pomogło mi Cię pokochać, jednak dopiero potem, po pierwszym (zakończonym niepowodzeniem) zaproszeniu Cię na randkę, trafiłem na Twój blog. A tam – facet w niebieskich koszulach i ten sam facet z tałką. „Twój” facet z tałką. Byłem wstrząśnięty, bo ja już się Tobą fascynowałem, ale nie miałem pojęcia, że Ty fascynujesz się mną. Byłem przerażony, bo wtedy już wiedziałem, że wyjeżdżasz z Łodzi, jedziesz szukać swoich wymarzonych studiów w Warszawie. Z przerażeniem zagadałem z koleżanką i powiedziałem, że już za późno. Że wszystko straciłem – a to była moja jedyna szansa. Koleżanka odpowiedziała: „Dlaczego wszystko straciłeś? Jedź z nią do tej Warszawy!”. To było jak grom z jasnego nieba. Zrozumiałem, że odpowiedź była tam, gotowa i czekała na odkrycie: zupełnie zwyczajnie zostawić Łódź i pojechać za Tobą. Następnego dnia dzwoniłem na UKSW. To był jedyny i niepowtarzalny moment, by wrócić na teologię. By skończyć studia, których tak bardzo pragnąłem. Dziekanat powiedział, że przyjmą mnie na 2 rok. Poinformowałem Cię o tym w komentarzach – że jadę z Tobą i że już wiem, że mnie przyjmą. Zbiłem Cię z tropu. Przecież właściwie się nie znaliśmy. Ale ja wiedziałem, że dla mnie to jest jedyna szansa, by złapać dwie sroki za (jeden) ogon. Żeby mieć ciastko i zjeść ciastko. „You can have your cake and eat it”. Być z najbardziej idealną kobietą na świecie i skończyć wymarzone studia.

Skończyłem je. Dzięki Tobie. Cała przygoda z teologią to przygoda z Warszawą. Najpierw Bródno, potem Chomiczówka. Szybkie, dynamiczne zmiany w naszym życiu. I wiem, że to jeszcze nie koniec. Przede mną doktorat, muszę tylko wyczuć odpowiedni moment, żeby nań wskoczyć. Ale wiem, że to wszystko Twoja zasługa. Ty dałaś mi odwagę, żeby rzucić wszystko, zacząć od nowa, żeby postawić ponownie życie na ostrzu noża. Nawet jeśli życzliwi ludzie komentowali to tak: „Co roku powtarza się ta sama historia. Dziewczyna cię rzuca (tzn. trudno powiedzieć kto kogo rzuca), ty masz doła i zmieniasz studia. Może zmienił byś coś naprawdę?”. Zmieniłem naprawdę. Jestem teologiem (wybitnym) i mam (wybitną) Żonę. I dobrze mi z tym.

8. Filmy, które razem obejrzeliśmy

Jedną z rzeczy, które nas łączą, jest zamiłowanie do podobnych filmów i seriali. Wiele naszych randek to wypady do kina. Wprawdzie pierwsza nasza randka swój przebieg znalazła w parku na Stokach, a nie w sali kinowej, jednak już wkrótce poszliśmy razem na Piratów z Karaibów 3. A może to był Shrek 3? Nie pamiętam kolejności, ale pamiętam jak długo nie mogłem odważyć się, żeby schwytać Cię za dłoń. Przeczytałem bowiem kiedyś u Ciebie na blogu, że lubisz chodzić do kina z koleżankami, ponieważ nie obłapiają po rękach w czasie seansu i można się skupić. Zrozumiałem przez to, że nie lubisz, więc się wzbraniałem – a Ty czekałaś, kiedy się wreszcie zdecyduję. Po drugiej randce kinowej chyba pierwszy raz się pocałowaliśmy. Kiedy już odprowadziłem Cię do domu. Ale szczerze mówiąc – nie pamiętam.

Od tamtej pory zdążyliśmy już obejrzeć Piratów z Karaibów 4, Shreka 4 i szereg innych filmów. Wszystkie filmy Pixara, jeszcze zanim urodził się nasz syn, kolejny fascynat Buzza i Chudego. Kreskówki Dreamworks, już nie tak nałogowo i nie wszystkie, ale nadal sporo. Epoka Lodowcowa. Ogólnie kreskówki. Ale przecież nie tylko. Kiedyś mieliśmy fazę na komedie romantyczne. Głupie, polskie komedie klasy B, ale i zagraniczne. Po obejrzeniu „Rozważnych i romantycznych. Klub miłośników Jane Austen” tak się zafascynowałem pomysłem, że sam chciałem zakładać kółko literackie imienia Doroty Terakowskiej. „PS. Kocham Cię” zaintrygowała nas nie tylko jako umiejętne rozegranie wątku romantyczno-komediowego przy uprzedniej śmierci jednego z małżonków. W postaciach dostrzegliśmy też analogię do nas samych.

Filmami fantasy chyba ja Cię zainteresowałem. Dzięki mnie obejrzałaś „Gwiezdne Wojny”. Razem widzieliśmy „Władcę Pierścieni” i krytykowaliśmy „Hobbita”. „Gwiezdny Pył” nas oczarował, wracamy do niego z radością. Do tego dochodzą filmy przygodowe o poszukiwaczach skarbów. Klasyczny „Indiana Jones”, ale również „Skarb Narodów” i „Bibliotekarz”, bardziej nowoczesne odpowiedniki. Wreszcie seriale, kupowane nałogowo na DVD, również w wersji zagranicznej, jeśli w Polsce nie wyszły. „Lost: Zagubieni”, będący inspiracją tego wpisu. Później „Prison Break”, sprowadzani zza granicy „Sliders” poleceni przez Ciebie, na koniec „Fringe”. Czekam jeszcze na „Doctor Who?”, może i Tobie się spodoba.

Oglądane przez nas filmy są nie tylko elementem naszych wspólnych zainteresowań, ale także inspiracją dla przemyśleń i dyskusji, w których czasem się nie zgadzamy. Tak było ze „Szkołą uwodzenia”. Jednak najczęściej zdanie mamy podobne. Czasem pozytywne, jak w kwestii „Wpadki”. Czasem negatywne, jak przy „Robin Hoodzie”. Czasem zaś tak zachwycamy się wspólnie jakimś filmem, że staje się nie tylko pomysłem na tytuł notki, lecz czymś, co ujmuje określony problem w sposób doskonały. „To właśnie miłość”

7. Pierwszy wyjazd do Szkocji

Kiedy poznaliśmy się i zaczęliśmy być ze sobą, ja akurat wybierałem się na zarobek do Wielkiej Brytanii. Miałem tam przepracować wakacje i wrócić ubogacony. Po kilku poważnych burzach nasz związek się mocniej utwierdził i rzutem na taśmę postanowiłaś jechać ze mną, oczywiście wyłącznie po to, by zwiedzić Szkocję, o czym zawsze marzyłaś. Pojechaliśmy we troje, jeszcze z Dagunią, naszą koleżanką z uczelni, którą wcześniej oboje opuściliśmy (uczelnię, nie Dagunię; do tego Dagunia nie opuściła uczelni). To był dla nas prawdziwy chrzest bojowy i sprawdzian trwałości naszego związku. Zamieszkaliśmy razem po raz pierwszy, jeszcze przed przeprowadzką do Warszawy i wtedy też zaczęła się polemika na temat mieszkania razem przed ślubem i czy to się może łączyć z trzymaniem rączek przy sobie. Nie zarobiliśmy ani grosza – w jedynej pracy, w której mnie chciano, poszukiwano kogoś przynajmniej na pół roku. Ale nie przechlapane pieniądze, nie nasze zresztą, były w tym wszystkim najważniejsze. Najważniejsze było wprowadzenie codziennych rytuałów, wspólnego spędzania czasu. I to, że wtedy właśnie powiedziałaś mi, że mnie kochasz. A wiedziałem, jak poważne są to dla Ciebie słowa. I wiedziałem, że jeśli mówisz mi to, to mówisz to na serio. Kilka dni później byliśmy już zaręczeni.

Leżeliśmy sobie w kuchni na materacu i o czymś rozmawialiśmy. Ty w pewnym momencie powiedziałaś: „Ja się z tobą ożenię. To znaczy nie, ja wyjdę za ciebie, jeśli tylko mnie zechcesz”. Zdziwiony podjąłem temat, pytając czy masz świadomość, co przed chwilą powiedziałaś. Następnie, na wszelki wypadek, dopytałem jeszcze, czy za mnie wyjdziesz. Zgodziłaś się, oczywiście. Tak też dotrzymałem mojej wewnętrznej obietnicy, powodowanej dwukrotnym błędem, że nigdy więcej nie oświadczę się po trzech miesiącach związku. Oświadczyłem się po jednym.

Pierścionek mieliśmy kupić za pierwszą wypłatę, której nie dostaliśmy. Zamówiliśmy go już i postanowiliśmy, że ze Szkocji bez niego nie wyjedziemy. Więc wzięłaś pieniądze z bankomatu i wróciłaś z pierścionkiem. Ja go wykupiłem, a potem jeszcze odegrałem scenę na środku ulicy, z klękaniem i wręczaniem pierścionka. Jedna pani pomyślała, że to na serio i cofnęła się, żeby nam pogratulować. W sumie to było na serio. Tylko po raz drugi.

Ze Szkocji pozostało nam zamiłowanie do Nando’sa, w którym nie dostaliśmy właśnie pracy, za to dostaliśmy sosy peri-peri i jedliśmy je później, a jeszcze później kupiłem je w Warszawie, w Kuchniach Świata i jemy je do dzisiaj. A wtedy nawet nie mieliśmy za co spróbować, jak w tym Nando’sie karmią. Rozmiłowaliśmy się też w Subway’u, którego i w Polsce jadamy. Ja zamarzyłem o Doctorze Who po obserwowaniu wystawy w połączonym z biblioteką publiczną muzeum. W bibliotece korzystaliśmy za darmo z internetu. Wyjeżdżaliśmy zmienieni, poważniejsi. I smutni, że już nie mamy za co przedłużyć pobytu. I że musimy uciekać ze Szkocji.

6. Wspólne pragnienia

To jeden z tematów, który obejmuje ogólnie całokształt naszego istnienia. Naszego związku, od początku, aż do teraz. Zawiera się w tym Twoje mniej więcej największe marzenie zaznaczone w „Ono” i wszystko, co wokół niego. Wchodzą w to wszystkie oczekiwania dotyczące życia i przyszłości – te prozaiczne i te bardziej wzniosłe. Oboje na przykład pragniemy spokojnego, cichego życia w domku na wsi. Z ogrodem, do którego można wyjść zawsze i można dzieci wypuścić, z psem. O basenie marzę sobie sam, ale raczej nic i tak z niego nie będzie. Pragniemy jednak też żyć w przyjaźni z Bogiem. Być ortodoksyjnymi katolikami, trzymającymi się Kościoła, choć nasze wychowanie katolickie było pełne luk. Właśnie dlatego zeszliśmy się – bo oboje szukaliśmy sposobu, by umieścić Boga na pierwszym miejscu. Pragnęliśmy, by wszystko znalazło się tam, gdzie trzeba i udało się, bo zaczęliśmy być ze sobą z założeniem, że oddamy nasz związek Bogu. Oczywiście nie było łatwo. I nadal nie jest. Ale staramy się, by to pragnienie się wypełniało.

Od początku, nieco przewrotnie, pragnęliśmy mieć katolicką rodzinę pełną dzieci. I od początku zakładaliśmy, że to będzie nasza wspólna rodzina. Kiedy na drugiej randce zapoznawałem Cię z Albinem weszliśmy w temat gotowania. Okazało się, że żadne z nas tego nie potrafi. Zapytałem wtedy: „To kto będzie u nas gotował?”. I zdziwiło nas to dopiero jakiś czas później. Już wtedy, choć jeszcze nie do końca dogadując to, pragnęliśmy wziąć ślub. Pierwsza wyprawa do Szkocji tę sprawę wyciągnęła z ukrycia.

Pragnęliśmy katolickiej rodziny i pragnęliśmy jej szybko. Dlatego oboje chcieliśmy mieć dziecko zaraz po ślubie. To też nam się udało. Nasz Synek urodził się w niecałe 9 miesięcy po zawarciu przez nas sakramentu małżeństwa, co może się wręcz wydawać podejrzane osobom, które nie znają się na NPRze. A potem nasze pragnienia doprowadziły do pojawienia się Córki. Bóg jeden wie zaś kto będzie następny…

Wspólne pragnienia pchają nasz związek do przodu. Pragnienie wyjazdu we dwoje do Paryża, pragnienie wybudowania domu, kupienia samochodu. Pragnienie powiększenia rodziny i wychowania dzieci na dobrych katolików. Ale najważniejsze, że mamy jeden wspólny cel. Tym celem jest zbawienie, a małżeństwo nasze jest drogą do zbawienia. Pragniemy zatem być zbawieni. Razem, jak na katolickich małżonków przystało.

5. Domowy Kościół

We wcześniejszej młodości przechodziłem przez różne wspólnoty katolickie. Nie licząc wspólnoty seminaryjnej i ministranckiej zetknąłem się na rekolekcjach z Rodzinami Nazaretańskimi, należałem do wspólnoty św. Franciszka, tuż przed poznaniem Cię w Łodzi zaś do Neokatechumenatu. Nigdy nie byłem w Oazie (czyli w Ruchu Światło-Życie), ale męczył mnie zarówno Neokatechumenat, jak i Rodziny Nazaretańskie. U Franciszka było mi najlepiej – miał taki oazowy klimat. I jakoś zawsze wiedziałem, że mój klimat jest w Ruchu. Ty zaś skończyłaś całą formację młodzieżową i w pewnym momencie stwierdziłaś, że jak już będziesz miała męża, to wstąpisz do Domowego Kościoła. Miałaś też krucjatę, którą ja od dawna pragnąłem podpisać.

Kiedy zaczęliśmy być ze sobą, opowiedziałaś mi to wszystko i zafascynowałaś mnie. Znalazłaś niewypełnioną deklarację członkowską KWC i niedługo przed ślubem nareszcie ją podpisałem. Jednak kiedy wzięliśmy ślub, nie spieszyliśmy się ze znalezieniem wspólnoty. To ona znalazła nas. Małżeństwo moich znajomych z teologii pragnęło również należeć do Domowego Kościoła i szukali chętnych do wspólnego założenia wspólnoty. Natychmiast na to przystaliśmy.

Mówią, że człowiek może być zbawiony nie należąc do żadnej wspólnoty, ale to prawie niemożliwe. Oczywiście jest to duża przesada i żart, ale ma w sobie to coś. Comiesięczne spotkania bowiem sprawiają, że człowiek bardziej się mobilizuje do pracy na co dzień. Zobowiązania Domowego Kościoła pomagają w utrzymaniu dobrej relacji z Bogiem, ze współmałżonkiem, ale i z dziećmi, i z innymi ludźmi. A coroczne rekolekcje budują i dają moc na kolejny rok pracy nad sobą i współpracy z Panem. Gdyby nie Ty i to, że możemy należeć do Domowego Kościoła razem, nie wiem, gdzie byśmy teraz byli. Z pewnością nie tak blisko siebie i nie tak blisko Boga.

4. Jedność myśli

Na początku naszego związku i naszego małżeństwa zarzucano mi, że Cię zmanipulowałem, ponieważ dotychczas myślałaś tak, jak chciałaś, a teraz myślisz tak, jak ja uważam. To oczywiście nieprawda i sama dobrze o tym wiesz. Walczyliśmy z tym poglądem, choć najważniejsze było, że oboje znaliśmy prawdę. Tak naprawdę to my zwyczajnie myślimy tak samo. Nie, nie jest to wcale jakiś tajemniczy sposób porozumiewania się bez słów. Nie rozumiemy się intuicyjnie. Ale od początku w wielu znaczących i mniej znaczących sprawach zgadzamy się ze sobą niemal doskonale. Myślimy w ten sam sposób o problemach etycznych, jak aborcja, eutanazja, homoseksualizm. Zgadzamy się doskonale w kwestii antykoncepcji – jeszcze zanim się zeszliśmy, oboje przeszliśmy gruntowne studium tematu, a potem było tylko lepiej. Rozumiemy się świetnie w temacie wychowania dzieci, stosujemy podobne metody, choć nie zawsze prawidłowo. Ale trzymamy w tym temacie wspólny front, co każdemu wychodzi na zdrowie. Jeśli chodzi o bicie dzieci – owszem – również oboje z założenia tego nie robimy. Wcale tego wcześniej nie omawialiśmy!

Zgadzamy się i rozumiemy w tematach politycznych. Czytamy tę samą prasę, oglądamy te same programy, oburzamy się tymi samymi medialnymi doniesieniami. To niby proza. Każde małżeństwo powinno mieć taką jedność myśli. Ale sądzę, że właśnie dlatego jesteśmy stosunkowo udanym małżeństwem. Ponieważ w tak wielu tematach się rozumiemy i zgadzamy, że liczni nasi dyskutanci zarzucali mi manipulowanie Tobą. I ostrzegali, by nie zniszczyć dzieci w ten sam sposób…

3. Narodziny dzieci

Dwa różne momenty, dwie różne chwile, każda zupełnie inna, a jednak podobne. Oba te momenty wrzuciłem do jednego punktu, bo żadne z moich dzieci i żaden z ich porodów nie są dla mnie ważniejsze. Te momenty naszego wspólnego życia znajdują się na trzecim miejscu także dlatego, że uczestniczyliśmy w nich oboje. Jestem zwolennikiem i wielkim orędownikiem porodów rodzinnych nie dlatego, że taka teraz jest moda. Moda przychodzi i odchodzi. Teraz na przykład jest znowu moda, żeby rodzić z mamą albo przyjaciółką. Ja jednak jestem zdania, że w porodzie powinien uczestniczyć mąż równo z żoną, ponieważ poród jest jednym z najtrudniejszych momentów w życiu kobiety. A mężczyzna obiecuje przecież kobiecie w dniu ślubu, że będzie się o nią troszczył w zdrowiu i w chorobie, i że nie opuści jej aż do śmierci. Miejsce mężczyzny nie jest tylko przy pięknej, wymakijażowanej kobiecie. Jego miejsce jest przede wszystkim przy kobiecie cierpiącej. Wtedy ona potrzebuje jego wsparcia. I dlatego byłem już z Tobą dwa razy i zamierzam być więcej.

Syn rodził się w 2009 roku, w Szpitalu Świętej Zofii. Była noc, poród w pojedynczej sali był jeszcze płatny (drogo płatny, musiałem odłożyć niezłą sumkę), a my korzystaliśmy z udogodnień świetnego szpitala i razem czekaliśmy na Syneczka. Moment, gdy wreszcie wystawił główkę i pojawił się po tej stronie brzucha był jednym z najpiękniejszych w moim życiu. Bardzo się cieszę, że byłem tam wtedy z Tobą. Że byliśmy tam razem. Nigdy bym z tego nie zrezygnował.

Córka urodziła się w 2012 roku, w tym samym szpitalu. Był dzień, a sala nie była już płatna. Do tego była nowa, większa i posiadała jeszcze więcej dogodności i sprzętu. Trudno w to uwierzyć – pierwsza sala 3 lata wcześniej już wydawała się niemal idealna. Tym razem urodziliśmy szybciej, bardziej świadomie, bardziej spokojnie i – chyba – jeszcze mniej boleśnie. Córcia urodziła się do wanny, w wodzie. I tym razem wzruszyłem się. Bycie przy tym, jak rodzą się własne dzieci, to coś, czego ojciec powinien doświadczyć.

Rodzinny poród nie wywołał we mnie wstrętu ani obrzydzenia. Nie patrzę przez to na Ciebie jak na matkę, ale nie żonę. Wręcz przeciwnie – teraz, dzięki naszemu wspólnemu przejściu przez przybycie naszych maluszków na tę stronę brzucha, podobasz mi się jeszcze bardziej. Dla mnie zawsze byłaś najpiękniejsza, ale teraz piękniejesz jako dzielna, silna matka i troskliwa żona. Albo na odwrót. Gorąco pragnę powtórzyć to jeszcze. Wcale nie jeden raz.

2. Drugi wyjazd do Szkocji

Kiedy powiedziałem Ci po raz pierwszy, że Cię kocham, odpowiedziałaś, że powiem Ci to za trzy lata. Odparłem, że „Wtedy też Ci to powiem”. Jak obiecałem, tak też zrobiłem. Fundując Ci jednocześnie podróż-niespodziankę sentymentalną. Wróciliśmy tam, gdzie spędziliśmy najwspanialsze zarobkowe wakacje, w czasie których nic nie zarobiliśmy. Oczywiście Ty do samego końca nie wiedziałaś, dokąd jedziemy.

Ten wyjazd śmiało mogę nazwać przygodą naszego życia. Zostawiliśmy rocznego Synka z dziadkami, a sami wsiedliśmy w pociąg do Berlina. Tylko ja miałem plan podróży. I zaczęło się przeskakiwanie z pociągu do pociągu. W Berlinie przesiedliśmy się do szybkich kolei i już do samego Glasgow mknęliśmy 300 km/h. Po drodze, zamiast w Paryżu, nocowaliśmy w Saarbrücken – koleje francuskie miały strajk. Natychmiast pokochałem to miasto. Następnego dnia rano musieliśmy jednak dostać się do Paryża, żeby kupić kuzynowi upragniony krawat. Zakupu dokonaliśmy i pomknęliśmy do Londynu pod Kanałem La Manche. A potem do Glasgow, a z Glasgow do Paisley.

Dawne wspomnienia odżyły. Tym razem, ze zdecydowanie słabszą kondycją fizyczną, wszędzie jeździliśmy autobusami – poprzednio te dystanse pokonywaliśmy pieszo. Mieszkaliśmy we wspaniałym hotelu i jedliśmy w pysznej restauracji hotelowej. Odwiedziliśmy też naszą kamienicę przy 19 Neilston Road, w której poprzednim razem wynajmowaliśmy mieszkanie. Zjedliśmy wreszcie w Nando’sie, tym samym, w którym poprzednio miałem pracować. I, nareszcie, po trzech latach, powiedziałem Ci, że Cię kocham i chcę spędzić z Tobą życie.

Od tamtej chwili minęły kolejne 3 lata. W tym roku nigdzie nie wyjechaliśmy, jesteśmy w Warszawie, a ja piszę tę notkę. Być może wyjedziemy gdzieś później. Teraz zastanawiamy się, jak to możliwe, że do tamtych trzech lat, które wydawały się punktem niezwykle odległym, doszły kolejne trzy. Ale właśnie ze względu na te trzy tak bardzo zależy mi na dzisiejszej rocznicy. Bo dziś znów Ci to powiem…

„Your lipstick stains on the front lobe of my left side brains
I knew I wouldn’t forget you, and so I went and let you blow my mind
Your sweet moon beam, the smell of you in every single dream I dream
I knew when we collided, you’re the one I have decided who’s one of my kind

Hey soul sister,
ain’t that Mr. Mister on the radio,
stereo,
the way you move ain’t fair,
you know!
Hey soul sister,
I don’t want to miss
a single thing you do…
tonight”

1. Ślub

Nasz ślub nie był wcale najbardziej emocjonalnym momentem naszego wspólnego życia. Choć oczywiście był bardzo emocjonalny – sam płakałem jak bóbr. Nie był też zdecydowanie najbardziej interesującym momentem. Z całą pewnością pociągnął za sobą mnóstwo nieprzyjemności, w tym odnowienie i przetasowanie układów rodzinnych, dyskusje na temat alkoholu (albo wódka, albo my), ale też mnóstwo radości, jak wesołe tańce z rodzicami, z rodzeństwem. Ten moment nie był ani dość emocjonalny, ani dość interesujący, by trafić na pierwsze miejsce.

Ten moment był jednak najważniejszy. Krótka chwila i przysięga złożona przed ołtarzem odmieniła wszystko na zawsze. Wcześniej byliśmy tylko narzeczeństwem, byliśmy nim zdecydowanie za długo, teraz staliśmy się małżeństwem. To nie było tylko proste, nic nie znaczące „tak”, to było sakramentalne „tak”, to był początek nowego życia. Ksiądz Adam zapytał mnie w czasie kazania, czy kiedyś widziałem cud. Kiwałem głową, niby na tak, ale jednak na nie. On odparł, że cud właśnie tu się dokonał. Że to, że udzieliliśmy sobie nawzajem sakramentu małżeństwa sprawiło, że dokonał się cud, bo Bóg połączył nas w jedno.

To był początek naszej dobrej, wspólnej drogi. Niedługo minie pięć lat. Na naszym koncie ukończone studia, dwoje urodzonych i ochrzczonych dzieci, wiele pięknych i wiele trudnych chwil, rozmów. Pragnę, by było ich więcej. Codziennie więcej. Byśmy mogli obchodzić 10, 25 i 50 rocznicę małżeństwa. Byśmy mogli obchodzić 9, 15 i 30, a wreszcie 60 rocznicę związku. Bo, nawet kiedy jestem Ci obcy, nawet kiedy doprowadzam do kłótni, to pamiętaj, że bardzo Cię kocham. I zawsze będę Cię kochał.

To jest moje Top Ten. To są moje Greatest Hits. Nie znalazło się tu wiele rzeczy. Władysławowo, Pobierowo, koncert Coldplay. Dixit, Carcassonne… I oczywiście Majówka u Cytrynnów. Pewnie mógłbym długo wymieniać. Twoje największe przeboje naszego związku mogą być zupełnie inne. Mam jednak nadzieję, że lata przed nami sprawią, że lista ta będzie się zmieniać, przestawiać. Że jej numerki będą się przemieszczać.

A najważniejsze w tym wszystkim, że już zawsze będziemy się kochać. Tak, jak kochamy się teraz. Tak, jak przysięgaliśmy sobie na ślubie.

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Dupek w pozytywnym tego słowa znaczeniu

Dawno nie pisałem notki, a jeszcze dłużej nie pisałem notki w kategorii „O mnie”. Blog, który przez długie lata był blogiem prywatno-teologicznym, teraz wreszcie stał się czysto tematyczny. Mimo tego raz na jakiś czas coś sprowokuje mnie do prywatnych wynurzeń. Tym razem była to moja Małżonka, która zamieściła komentarz na blogu Cytrynny oraz sama Cytrynna, która ten komentarz zedytowała. Komentarz sam głosił, że koleżanki z pracy uważają mnie za „dupka w pozytywnym znaczeniu” jednak ze względów cenzuralnych słowo „dupka” przeinaczono na „tyłka”. Dowcip spalono, ale nie wiedziano o co chodzi, więc uznałem, że warto historię szerzej opisać, troszkę poddając się tak lubianemu przeze mnie kiedyś emocjonalnemu ekshibicjonizmowi.

Historia zaczęła się na późniejszych studiach, czyli już w Łodzi, już po usunięciu z Seminarium. Choć oczywiście towarzyszyła mi od zawsze, jako nienazwana. Nazwała ją znajoma, dziwna ogólnie istota, na owe czasy uczennica liceum. Poznałem ją na dyskotece, bo czasami jako były seminarzysta – buntownik wybierałem się w takie miejsca grzechu i rozpusty. Znajoma była zahukaną, smutną dziewczyną, która usiłowała znaleźć swoje miejsce. Wymieniliśmy się numerami telefonów i zaczęliśmy się spotykać. Nie wyszło z tego nigdy nic, co można by nazwać związkiem. Zwyczajnie przyjacielskie wypady na pizzę, czasem jakieś przytulenie, ale raczej pocieszające, a nie romantyczne. Znajoma zwierzyła mi się z wielu trudnych rzeczy i nie wiedziałem, czy jej wierzyć, choć na część z nich miała dokumentację medyczną. I oto pewnego dnia powiedziała mi, że nigdy wcześniej nikomu o tym wszystkim nie mówiła. Mnie jednak potrafiła zaufać i się zwierzyć. „Wiesz dlaczego?” zapytała. Nie wiedziałem. „Bo jesteś dupkiem”. Nie była to dla mnie pomyślna informacja. „Oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu” dodała, na wszelki wypadek.

Kontakt z tą znajomą urwał się chyba na dobre. Ale hasło „dupek w pozytywnym znaczeniu” przylgnęło do mnie w jakiś sposób na dłużej. Z uśmiechem używa go moja Małżonka, czasem też Albin – mój najlepszy przyjaciel. Przy okazji muszę przypomnieć, że matka owej znajomej pewnego dnia nazwała mnie „chuj, a nie facet”, co miało podobne znaczenie, z tym że mniej pozytywne. Ale jaka właściwie jest definicja dupka w pozytywnym znaczeniu? Sam się nad tym długo zastanawiałem. Dziś już jednak rozumiem i choć nie brzmi to zbyt pięknie, dobrze określa moje podejście do życia. Czy do kobiet.

Kiedy wyrzucili mnie z Seminarium, wiele dziewczyn, które dotychczas traktowały mnie jak kolegę i trzymały kciuki za moje powołanie, nagle zaczęło na mnie patrzeć jak na potencjalnego męża. Nazwałem to zjawisko napisem na czole. Napis, złotymi literami, głosił: „Byłem klerykiem. Nic Ci nie grozi”. W gruncie rzeczy nie chodziło jednak o bycie klerykiem, tylko o mój charakter w ogóle. To JAKIM byłem klerykiem. Otóż ja się z dziewczynami przyjaźniłem. Owszem, podobały mi się, ale bardziej jeszcze je lubiłem. Traktowałem je podmiotowo do tego stopnia, że czasem je to wkurzało. Niektórym dziewczynom, które starały się do mnie zbliżyć, przeszkadzało wręcz, że nie rzucam się na nie jak na kawałek mięsa, ale ja nie wiedziałem czemu miałbym to robić. One myślały, że mi się nie podobają, a więc pewnie są brzydkie. Ja widziałem w nich piękno cielesne, ale i wewnętrzne. Nie przekraczałem granic i trzymałem rączki przy sobie (dlatego mogłem sobie, moim zdaniem, pozwolić na mieszkanie z dziewczyną przed ślubem). Przytulałem dziewczyny, gdy tego chciały – bliższe i dalsze. I nigdy nie było to przytulanie erotyczne. W Seminarium wzbudzałem kontrowersje, bo kolegowałem się ze studentkami, które z nami studiowały teologię (część tych przyjaźni przetrwało do dzisiaj). Nie rozumiałem czemu to kogokolwiek oburza, przecież żadnej nie próbowałem poderwać. Podobnie było po Seminarium – dziewczyny chciały być ze mną bynajmniej nie dlatego, że byłem przystojny i mężny, lecz dlatego, że mogłem przytulić, pocieszyć i, potencjalnie, dobrze wychować dzieci. Nawet moja Żona zwróciła na mnie uwagę, gdy obserwowała moje umazane atramentem z pióra dłonie i stwierdziła, że te dłonie będą nosić jej dzieci. Noszą…

Oczywiście, to wszystko pozytywne. To, że wzbudzam zaufanie. To, że się zaprzyjaźniam, że czasem wysłucham, że przytulę i pocieszę. To jest faktycznie pozytywne. Znaczenie. Słowa „dupek”. Ja mogę wysłać koleżankom w szkole Walentynkę. Koleżanki się wzruszą, pocieszą, podziękują, odwdzięczą. Żadnej z nich nie przyjdzie do głowy, że próbuję je poderwać. Nawet, gdybym robił to właśnie w tym celu. Koleżankom na studiach prawiłem komplementy takie, że się czerwieniły. Przyjaźniliśmy się, ale żadnej z nich nie przyszło do głowy, że próbuję je poderwać. Więcej – podziwiały mnie jako męża i ojca. Czasem mówiły, że zazdroszczą mojej żonie tego, że ma takiego męża. Ale nigdy nie wydawały się odbierać mojego istnienia i zachowania jako próby podrywu. Ot, bardzo sympatyczny, przyjacielski facet. Czasem zabawny rubasznik – moje grube dowcipy są częścią mnie. Mogłem zrobić wiele rzeczy, mogłem powiedzieć wiele słów. I NIC! Ani krztyny podejrzliwości, ani krztyny oburzenia. Tylko szeroki uśmiech na twarzy.

O co chodzi? Nie jestem w stanie tego wyjaśnić. Gdzie jest ten element mojego charakteru, który sprawia, że to, co u innych byłoby odebrane jako próba podrywu, u mnie jest interpretowane jako miły komplement? Nie mam pojęcia. Jednak definicja, którą podała moja znajoma, oddaje to doskonale do tego stopnia, że moja Żona posługuje się nią w komentarzach. Moja Żona nie boi się, że poderwę koleżankę ze studiów czy z pracy, choćbym prawił im komplementy i wysyłał Walentynki. I ma rację. Tylko że sam nie rozumiem dlaczego.

Oto i cały dowcip. Teraz mam to z głowy.

Przepraszam Cytrynnę, że musiała przebrnąć przez cały ten stek wulgarnych wyrażeń ;).

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy

Magdalenka

Ta notka powstaje w przypływie wzruszeń i szoku przeżytych wczoraj podczas lektury blogu mojej bliskiej znajomej. Część z Was z pewnością zna Panią Elę Wiater lepiej, niż ja. Część nie zna jej wcale. Bardziej dla tych drugich, niż dla tych pierwszych napiszę coś, choć sam wiem niewiele.

Kiedy chrześcijanina zapytać w co wierzy, mówi Credo. Żyd opowie całą historię działania Boga w jego życiu i w życiu jego narodu. Ponieważ Pani Ela pozostaje dla mnie zagadką i nie wiem o niej zbyt wiele, nie utworzyłem też żadnego Credo na jej temat, mogę tylko po żydowsku napisać, jaki wpływ miała na moje życie. Wszystko zaczęło się dokładnie w momencie, kiedy zamknąłem poprzedni blog i założyłem ten, nowy. Coś (któryś z tagów mojej notki?) poprowadziło mnie na blog Pani teolog, u której postanowiłem zostawić komentarz. Ona odpowiedziała komentarzem u mnie (pierwszy komentarz na tym blogu był właśnie od niej) i tak się zaczęła nasza znajomość. Szybko dowiedziałem się, że w tym czasie Pani Ela była redaktor naczelną pisma eSPe. Po niedługim czasie poprosiła mnie o napisanie artykułu do tegoż pisma, co z radością uczyniłem. Dzięki jej pomocy opublikowałem więc swój pierwszy, niezwykle grafomański artykuł, wówczas jeszcze pod pseudonimem Maurycy Teo. Artykuł dotyczył podejścia filozofów do kwestii duszy i po tym, jak zacząłem w późniejszym terminie uczęszczać na wykład w tym temacie, zorientowałem się, jak bardzo tendencyjnie poprowadziłem ów zapisek. Mimo tego udało mi się opublikować dzięki uprzejmości Pani Eli ten artykuł, następnie zaś znalazła się dla mnie i praca zarobkowa w samym wydawnictwie. Oczywiście znów Ela zakręciła się wokół mnie, za co jestem jej niezmiernie wdzięczny. Napisałem kilka tekstów do książki, która ostatecznie (przynajmniej na razie) nie wyszła drukiem, ale zaraz potem znalazła się druga. Mój udział w jej pisaniu był podobny, tym razem jednak udało się ją ukończyć i wyszła drukiem (możecie o niej przeczytać w mojej notce „Samochwała„. Tam również znajdziecie link na stronę wydawnictwa, gdzie książkę możecie kupić). Kiedy książka wychodziła drukiem Pani Wiater już nie była naczelną czasopisma eSPe, dziś wygląda na to, że znów wróciła do tegoż wydawnictwa.

Kontakt między mną a Panią Elą nieco osłabł ostatnimi czasy. Nie przeszkadzało mi to jednak w szukaniu u niej wsparcia, m.in. w czasie burzliwej dyskusji, w jakiej brałem udział na Facebooku, a która dotyczyła aborcji. Ela jak zwykle potrafiła mi mądrze i spokojnie odpowiedzieć, kojąc moje nerwy i pozwalając na zaprzestanie bezsensownych dyskusji.

Kiedy Pani Wiater robiła doktorat, mocno trzymałem za nią złożone dłonie (ktoś mi kiedyś napisał, że kciuki bywają nieskuteczne). Udało się, doktorat wyszedł drukiem. Obiecałem, że kupię – jeszcze nie kupiłem. Teraz trzymam dłonie jeszcze mocniej złożone. Piszę tę notkę, bo dowiedziałem się, trochę poniewczasie, że Pani Ela była w jednym z pociągów, które zderzyły się pod Szczekocinami. Przeżyła, co napisała po długim pobycie w szpitalu u siebie na blogu. Bóg jeszcze nie chciał jej zabrać, to nie był jeszcze jej moment. Co mnie, jak i innych jej licznych znajomych, bardzo cieszy. Choć nie wątpię, że ma już przygotowane miejsce w Domu Pana.

Piszę, bo chcę prosić Was, byście również pomodlili się za Panią Elę Wiater, aby szybko wracała do zdrowia. I zapraszam również na jej BLOG, na którym prócz wstrząsającej relacji z wypadku można przeczytać mnóstwo mądrzejszych i bardziej rzeczowych niż u mnie notatek dotyczących Boga i wiary.

Elu! Wracaj szybko do zdrowia! Niech Bóg pozwoli Ci jeszcze długo żyć, byśmy mogli się jeszcze wiele od Ciebie nauczyć!

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Ładowanie akumulatorów

Zakończył się bardzo owocny dla nas rok, nazwijmy to, akademicki. Przede wszystkim ukończyłem moje umiłowane studia i zostałem magistrem teologii (czyli pełnoprawnym teologiem). Smutno, że to już koniec, cieszę się jednak, że na magistrze lista dostępnych stopni naukowych się nie kończy. Przypuszczalnie jednak dalszy rozwój mojej kariery naukowej nie nastąpi w przyszłym semestrze, ponieważ znalazłem także pracę, w pełni zgodną z moim powołaniem. Od września będę uczył. Wprawdzie angielskiego, a nie religii, ale za to w szkole specjalnej. Daje mi to więc duże możliwości sprawdzenia się w trudnych sytuacjach, a przy okazji pozwala skupić się na pomaganiu ludziom, którzy są w nieco innej, pewnie trudniejszej sytuacji niż ja. Oczywiście mam nadzieję, że w latach następnych będę miał możliwość pogodzenia pracy w szkole z kontynuacją studiów. A może spróbuję coś wymyślić już teraz?

Z drugiej strony jest też wspólnota Domowego Kościoła, do której z małżonką należymy. W związku z nią pojawił się pewien problem, mianowicie – zgodnie z zasadami – przed wakacjami przeprowadzono demokratyczne wybory, w czasie których wyłoniono nową parę animatorską. Zgadzam się tu z moją żoną, że wybrano niestety małżeństwo najmniej odpowiedzialne i najmniej nadające się do tej roli, najbardziej zapóźnione i o najsłabszej wierze. My akurat sami nigdy byśmy na to małżeństwo nie zagłosowali. Jeszcze większy problem polega na tym, że wybrano nas… Szczerze mówię, postawiłbym na kogokolwiek innego, ale nie na siebie. Przed tymi wyborami pojawiły się w naszych głowach nawet myśli, że może powinniśmy odejść ze wspólnoty. Ale Opatrzność widać nad nami czuwa, nie możemy sobie teraz tak po prostu odejść. I jeszcze musimy się wziąć w garść, sprężyć i stać się niezmiernie odpowiedzialni. Pan Bóg ma z pewnością poczucie humoru i to jest raczej jakiś czarny humor. Ale ja nadal Go kocham ;).

No i właśnie – nie lubię słów „ładowanie akumulatorów” – tak zwykli gadać ludzie związani z Oazą, zwłaszcza ci młodsi i bardziej postrzeleni. Twierdzi się, że rekolekcje wakacyjne to jest taki moment, kiedy się tymi Bożymi emocjami nadziuchasz do pełna i potem ma ci starczyć na cały kolejny rok. Nie lubię tych słów, ponieważ uważam, że energię powinno się czerpać nie z dwóch tygodni intensywnej emocjonalnej jazdy, lecz z codziennej modlitwy, rozmowy z bliskimi, coniedzielnych mszy świętych. Tak jak, żeby nabrać zdrowej, wysportowanej sylwetki, nie należy przechodzić na wyniszczającą dietę, ale zmienić całkowicie swoją codzienność. Jednak okazuje się, że czasami oczyszczająca głodówka albo tydzień na diecie Dukana może przynieść znaczne efekty, które pozwolą coś zmienić na szybko, nie wykluczając przedłużenia efektu przez codzienne ćwiczenia i zdrowe żywienie. Tak samo jest z rekolekcjami. Można naładować baterie i nie koniecznie rozładować je natychmiast, ale dalej, w codzienności, po trochu je doładowywać. A z pewnością przyda się wejść w nowy rok szkolny czy wspólnotowy z pełnymi akumulatorami, zwłaszcza gdy zdamy sobie sprawę, jak trudny to może być rok.

Jedziemy na rekolekcje do Bystrej. Obiecuję swoją za Was modlitwę, a i Wy módlcie się za nas. I oczywiście do przeczytania po zakończeniu!

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Dancing in September

Tytuł wrześniowy, chociaż już dawno grudzień. Ale w tej samej piosence zespołu Earth, Wind & Fire i grudzień się pojawia:

Now December found the love that we shared in September.
Only blue talk and love,
Remember – the true love we share today.

Zresztą 21 września (data pojawiająca się na początku utworu) jest dla mnie w pewnym sensie osobista. No i uwielbiam film, z którego tę piosenkę znam. Kto zgadnie jaki to film? Dodam dla podpowiedzi, że jest niezbyt stary, bardzo magiczny i z pewnością familijny. Może ponownie jako nagrodę wyślę zwycięzcy Prince Polo? :)

Ale skąd pomysł na taką notkę? Ta piosenka, zwyczajnie gdy ją słyszę, za każdym razem napawa mnie optymizmem. A niecały tydzień temu jechałem wcześnie rano na egzamin ex universa (taki teologiczny egzamin z całego toku studiów, a dokładnie z czterech najważniejszych działów: fundamentalnej, moralnej, dogmatycznej i Pisma Świętego) i oczywiście zdawałem sobie sprawę, że umiem zdecydowanie zbyt mało i mogę mieć pewne trudności ze zdaniem. I oczywiście gdy tak sobie rozmyślałem pesymistycznie (niektórzy powiedzieliby, że realistycznie), radio Vox – które nota bene gorąco polecam – zagrało mój ukochany September. Zacząłem więc drzeć gębę, choć tekstu na pamięć nie znam, przy okazji kiwając się na wszystkie strony i wzbudzając ogólne zainteresowanie ludzi na ulicy. I zrozumiałem, że tępy nie jestem i egzamin zdam. Ostatecznie zdałem – nie jakoś przesadnie dobrze, ale zawsze do przodu. Tak oto największa zmora studentów teologii znalazła się za mną. Przede mną jeszcze, przede wszystkim, magisterka…

A ja, zamiast zagłębić się w Przewodniku apologetycznym Josha McDowella, to notkę dla Was piszę. Cóż, trudno. Najwyżej przed egzaminem puszczę sobie September i z Bożą pomocą zdam na pewno :).

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Myli się Pan, Panie Dawkins

Pańską książkę, „Bóg urojony” czytam z dużym zainteresowaniem. Wraz z żoną dostaliśmy ją w prezencie ślubnym od pewnych pozytywnie do Pana nastawionych znajomych. Być może przypuszczali, że ta książka skłoni mnie do zmiany światopoglądu. Muszę jednak stwierdzić, że nie sądzę, aby jakikolwiek wierzący człowiek, który ma swoją wiarę w miarę poukładaną, mógł się dzięki Pańskiej książce „nawrócić” na ateizm. Być może przekonuje Pan tych, dla których wiara ma niewielkie znaczenie, utwierdza ludzi już przekonanych, ale wierzący człowiek może w bardzo prosty sposób zauważyć, że się Pan myli. Oczywiście, by odeprzeć Pańskie zarzuty, wypadałoby napisać całą książkę, co pozostawiam raczej osobom mądrzejszym od siebie (kilka podobnych książek już zresztą powstało). Chciałbym się w niniejszym tekście skupić więc tylko na jednym krótkim zagadnieniu, które wyraźnie nie daje Panu spokoju.

Pisze pan co następuje: „Bóg zdolny do zaprojektowania Wszechświata (czy czegokolwiek innego) sam musi być istotą niezmiernie złożoną, a zatem, statystycznie rzecz biorąc, nieprawdopodobną” (str. 217). Następnie zaś podkreśla Pan, że Pańscy dyskutanci w odpowiedzi mówili o Panu tak: „że brutalnie wmuszam właściwą dla nauki epistemologię teologii, która w najmniejszym stopniu jej nie potrzebuje. Kimże bowiem jestem ja, naukowiec, by pouczać teologów o złożoności Boga. Wszak naukowe argumenty (a do takich przywykłem w mojej własnej dziedzinie) są nieadekwatne, jako że teologowie zawsze utrzymywali, iż Bóg pozostaje poza zasięgiem nauki” (str. 217). Cytat z Pańskiej książki, w którym przytacza Pan, z pewnością nie dosłownie, wypowiedź dyskutantów, brzmi dość ironicznie – nic dziwnego, w końcu to Pańska książka, a Pan się z rozmówcami nie zgadzał. Jestem jednak w stanie domyślić się (o ile owi wspominani teologowie rzeczywiście mieli rozum tam, gdzie być powinien), jak wyglądała właściwa odpowiedź na Pańskie argumenty. Ja odpowiem Panu właśnie w ten sposób.

Otóż kiedy pisze Pan o tym, że Bóg, gdyby istniał, musiałby być niezwykle złożony i niezwykle nieprawdopodobny (a w innych miejscach, że musiałby być stworzony przez coś lub kogoś jeszcze bardziej złożonego), podchodzi Pan do tej kwestii z punktu widzenia naukowego dogmatyka. To jest właśnie to, co nazwał Pan wmuszaniem właściwej dla nauki epistemologii teologii. Nas nazywa Pan dogmatykami, ale sam nie jest w tym od nas gorszy. Kiedy bowiem mówi Pan o hipotezie Boga, zakłada Jego „stworzenie” przez człowieka, a właściwie – przez naukowca. Co więcej – sam Pan tworzy sobie swoje własne wyobrażenie Boga, który musi (nie ma innego wyjścia) poddać się zasadom fizyki, logiki i prawdopodobieństwa. Jeśli ktoś zaś twierdzi, że jest inaczej, Pan wyśmiewa to, używając słów: „teologowie zawsze utrzymywali, iż Bóg pozostaje poza zasięgiem nauki”. Owszem, Bóg jednak pozostaje poza zasięgiem nauki. Ale nie dlatego, że dzięki temu łatwiej jest Go sobie założyć. Postaram się Panu wyjaśnić to, co wcale nie jest takie skomplikowane.

Kiedy mówi Pan o Bogu jako nieprawdopodobnym i nieskończenie złożonym, wkłada Go Pan w ramy tego świata. Używa Pan słów teologów, podkreślających, że Bóg nie jest z tego świata, nawet nie próbując ich w jakikolwiek sposób zrozumieć. A gdyby Pan spróbował, to przecież mógłby Pan pojąć, bo to nie jest takie trudne. Chyba, że zakłada się, że nie może istnieć nic, co jest nie z tego świata. Co ogólnie brzmi dość dziwnie, jeśli ma się przed sobą człowieka, który uważa za wielce prawdopodobne istnienie życia (a nawet cywilizacji) na innych planetach, czy choćby większej ilości wszechświatów, choć własnych tez nie opiera na żadnych konkretnych podstawach – a Pan właśnie jest takim człowiekiem. Co ciekawsze, stwierdza Pan, że możliwość tego, by nasz świat był przez kogoś stworzony jest nieskończenie niewielka, ale jednocześnie uważa, że stworzenie życia w laboratoryjnych warunkach jest więcej niż prawdopodobne.

Jeśli wydaje się Panu, że człowiek jest w stanie sprawić, by w zupełnie sterylnych warunkach powstało życie, to chyba jest Pan również w stanie przyjąć, że w dalszym ciągu to życie będzie podlegać ewolucji, aż, w konsekwencji, stanie się jakimś złożonym gatunkiem, a być może nawet założy cywilizację. Skoro jesteśmy w stanie (Pana zdaniem) stworzyć życie, to jesteśmy również w stanie ukierunkować jego rozwój, czyż nie? Skoro do tego jest Pan zwolennikiem teorii o istnieniu życia na innych planetach, to dlaczego nie bierze Pan pod uwagę możliwości następującej: Jakaś pozaziemska cywilizacja zechciała zrobić sobie eksperyment, wzięła więc próbówkę i stworzyła sobie życie. Niniejszym właśnie zażywiła ziemię. Przepraszam, skoro człowiek jest, Pana zdaniem, zdolny do stworzenia życia, to co każe nam twierdzić, że sam również nie został wcześniej stworzony (przez taką choćby obcą cywilizację), tylko powstał w wyniku kilku przypadków i długotrwałego doboru naturalnego (co, oczywiście, jedno się z drugim nie wyklucza).

Wyobraźmy sobie bardziej skomplikowaną sytuację. Nie mamy do czynienia z cywilizacją z tego wszechświata (z obcej planety), tylko z jakiegoś, proponowanego przez Pana, innego. Dajmy na to – tamten jest większy. Albo inny w ogóle. W naszym panują takie zasady biologiczne, fizyczne, logiczne, etc., a w tamtym zupełnie inne. Gdybyśmy tam trafili, nie potrafilibyśmy nic zrozumieć, bo w żadnym wypadku nie byłoby to zgodne z naszym rozumem – ichnia logika czy fizyka byłyby bowiem „spoza tego świata”. Ciężko sobie to wyobrazić, ale sam Pan stwierdził, że gdyby człowieka ze średniowiecza przenieść w nasze czasy, to uznałby większość tego, co zobaczy, za cud. Będąc płaszczakiem (osobą żyjącą w hipotetycznym dwuwymiarowym uniwersum) nie potrafilibyśmy sobie wyobrazić świata trójwymiarowego, choćbyśmy nawet przypuszczali, że coś takiego może istnieć. Tak też i nam trudno sobie wyobrazić wszechświat, który jest zupełnie inny (rządzą nim inne prawa), niż nasz. Ale spróbujmy sobie wyobrazić, że takie coś istnieje. I właśnie istoty z tamtego świata stwarzają sobie w próbówce nasz wszechświat – zupełnie inny niż ich. Mogą mieć oczywiście problemy z pojęciem go, ale przecież gdybyśmy my stworzyli świat płaszczaków na kartce papieru – oni by nas nie potrafili pojąć, ale my ich – owszem. Tak więc przypuszczam, że jest Pan w stanie jednak wyobrazić sobie, że obca cywilizacja nie z tego świata (wszechświata, czy czego tam) stwarza nasz wszechświat i nas samych w próbówce – skoro jest Pan sobie wyobrazić, że my potrafilibyśmy życie stworzyć.

Oczywiście kiedy mówię o hipotetycznych obcych cywilizacjach czy wszechświatach, nie mam na myśli Boga. Podaję je tylko jako przykład, że sam Pan zgadza się na istnienie czegoś, co jest poza tym światem, a sądzę, że byłby Pan również w stanie zgodzić się na istnienie czegoś, co działa na zupełnie innych zasadach niż ten świat (choć bardzo trudno jest sobie wyobrazić inną logikę czy inne prawdopodobieństwo). Kiedy mówię jednak o Bogu, mam na myśli to, co słowo „Bóg” oznacza. A więc jest to istota nie z tego świata w takim znaczeniu, że ogólnie nie jest ze świata. Kiedy Pan mówi o Bogu jako niezwykle złożonym bycie, który musiałby być jeszcze przez kogoś stworzony i którego istnienie jest niezmiernie nieprawdopodobne, wychodzi Pan od dołu, od swojego naukowego myślenia, od własnego pojęcia stworzenia, od własnego rachunku prawdopodobieństwa, od pojęć pochodzących i rozumianych w tym świecie. Tymczasem jeśli Bóg istnieje (a Jego istnienia nie będę tutaj dziś udowadniał), to dla Niego żadne prawdopodobieństwo czy inne, czysto ludzkie pojęcia i rozumowania nie mają zupełnie żadnego znaczenia. Dlatego, że On jest prosty, niezłożony (Panu wydaje się, że musiałby być złożony, bo Pan musi Go sobie we własnej głowie poskładać, jeśli chce Go Pan sobie podporządkować), a przede wszystkim – że właśnie jest, sam dla siebie, swoim własnym „nie tym” światem. Jeśli więc Bóg istnieje, to stworzył świat wraz z jego fizyką, logiką i rachunkiem prawdopodobieństwa. Dlatego też właśnie „teologowie zawsze utrzymywali, iż Bóg pozostaje poza zasięgiem nauki”, bo jeśli Bóg istnieje – to właśnie On stworzył świat, w którym my możemy naukę uprawiać. Świat, który jest logiczny i prawdopodobny według naszej logiki i prawdopodobieństwa, danych nam tylko po to, żeby łatwiej nam się było w tym świecie poruszać.

Dlatego za głupotę uznaję słowa pewnego teologa, którego przytacza Pan w swojej książce: „Teizm uznaje, że istnieje taka jedna przyczyna – osoba o nieskończonej mocy (Bóg może zrobić wszystko, co jest logicznie możliwe), nieskończonej wiedzy (Bóg wie wszystko, co jest logicznie możliwe do wiedzenia) i nieskończonej wolności” (str. 211). Otóż człowiek ten robi dokładnie to, co Pan, tylko od innej strony – wymyśla sobie Boga zgodnego z ludzkim myśleniem. Jedyna między Wami różnica to to, że on zakłada, że Bóg jest, a Pan, że Go nie ma. Bóg zaś może zrobić i wie wszystko, niezależnie od tego, czy jest to zgodne z naszą, ludzką logiką, czy nie. On bowiem raczej stworzył nas tak, że jesteśmy zgodni z naszą własną logiką. I nic nie stałoby na przeszkodzie, by stworzył cokolwiek innego, co nie byłoby z tą logiką w żaden sposób zgodne. Oczywiście, trudno nam to sobie wyobrazić. Ale musi Pan wiedzieć jedno – jeśli Bóg istnieje, to nie jest absolutnie ten Bóg, którego Pan w sobie zaprzeczył.

Z pozdrowieniami.

Maurycy Teo

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy

O blogu i o Bogu

Witajcie serdecznie na moim blogu!

Jestem Maurycy – i tak możecie się do mnie zwracać, będzie mi bardzo miło. Drugi człon – Teo – to nie moje nazwisko, lecz skrót od „teologia ogólna”. Jestem bowiem studentem Teologii Ogólnej. Nie jest to chyba mój pomysł na przyszłość, bo nie wiem jeszcze co mogę robić po jej ukończeniu. Jest to raczej moje hobby, moje wielkie zamiłowanie, moje ogromne spełnione marzenie. W tej chwili studiuję na trzecim roku, mam nadzieję, że wytrwam do końca. Hobbystycznie piszę, choć dopiero od niedawna mam pewne możliwości współpracy z jakimś medium pisanym tak trochę bardziej na poważnie. Założenie tego bloga ma również związek z moim pisarskim hobby. Ogólnie przypuszczam, że może się zdarzyć, iż właśnie z pisaniem (przy czym widzę ogromny związek z teologią) zwiążę swoją przyszłość. Lub, w ostateczności, zostanę katechetą :).

Prywatnie jestem żonaty, a już wkrótce spodziewam się wyjścia na świat naszego pierwszego dziecka. Weekendami pracuję, by utrzymać rodzinę na jakimkolwiek poziomie, w ciągu tygodnia zaś się uczę. Moje życie niewątpliwie dąży do ogromnej szczęśliwości, której przedsmak mam możliwość czuć już tu, na ziemi. Tą szczęśliwością jest, rzecz jasna, życie wieczne, w co mocno wierzę.

Jestem katolikiem. Jeśli jeszcze o tym nie wspominałem, to robię to teraz. Całym moim życiem kieruje Bóg – a ja w życiu kieruję się Bogiem. Jego słowami, czynami, nauką. Raduję się ogromnie, ponieważ wiem, że Bóg stworzył świat – w tym także człowieka, który stał się koroną stworzenia, uczyniony na obraz i podobieństwo Boga. Wiem też, że człowiek zgrzeszył, poddał się złej woli i dał się skusić przez szatana. Tym większa jest moja radość gdy przypomnę sobie, że Bóg zesłał swego jedynego Syna, Jezusa Chrystusa, na ziemię, by odkupił nas od grzechu i wyrwał spod władzy szatana poprzez swoją śmierć i zmartwychwstanie. Pomyślcie, czy to nie jest niesamowite, że Ktoś umarł za nasze grzechy, po to, by pokonać szatana, a gdy wszyscy myśleli już, że odszedł na zawsze, On trzeciego dnia zmartwychwstał, pokonując śmierć! Kiedy na przykład mówię o tym dzieciom na lekcji religii w drugiej klasie, nie mogę pokonać swoich emocji…

Tak, Bóg jest dla mnie na pierwszym miejscu. Nikt ani nic nie zajmuje Jego miejsca – ani moja żona, ani moje dziecko, mój dom czy moje studia. Są ludzie, którzy mogą się temu dziwić. Jak to – zapytają – to Ty chyba nic nie robisz, tylko się modlisz i latasz do kościoła? Nie! Zawsze powtarzam za świętym Augustynem te słowa: „Jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko jest na swoim miejscu”. To naprawdę niesamowite, ale kiedy ustawi się Boga jako priorytet, to wszystkie inne wartości nabierają tego boskiego charakteru. Jeśli kochasz żonę z myślą o wieczystej miłości Boga do nas – to kochasz ją po tysiąckroć bardziej i umiesz to okazywać po tysiąckroć lepiej. To autentyczna prawda!

Jak już napisałem, jestem katolikiem. A to oznacza, że nie tylko wierzę w Boga i w Biblię, ale również w Kościół katolicki, założony przez samego Mesjasza, Jezusa Chrystusa. Wierzę też w nauczanie Kościoła. A oprócz tego, że w nie wierzę, to jeszcze je rozumiem. Tak na zwykłą, ludzką logikę. I uznaję (chyba) wszystko to, o czym naucza Kościół. Tego bloga założyłem zaś z myślą o Was – którzy szukacie, błądzicie, nie potraficie zrozumieć – aby spróbować rozwiać Wasze wątpliwości i odnaleźć drogę. I o Was również – którzy nie zgadzacie się i oburzacie – by zachęcić do mądrej i twórczej polemiki. Oraz o Was – którzy myślicie tak jak ja i rozumiecie to wszystko, może czasem troszkę w inny sposób – abyśmy się nawzajem wspierali dobrym słowem i radą, napominali się kiedy potrzeba i pomagali sobie nawzajem.

Mam szczerą nadzieję, że misja, którą sobie założyłem, powiedzie się choć w stopniu minimalnym. Serdecznie zapraszam do lektury i zostawiania swoich komentarzy, myśli i spostrzeżeń. Niech Pan będzie z Wami!

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy

Ja czy nie ja?

Pewnie wielu z Was znów napisze, że ciągle tylko narzekam. Że nie mogę się pogodzić z tym co było, zapomnieć, zacząć żyć normalnie. I pewnie będziecie mieli rację. To wielce prawdopodobne, że jestem malkontentem. Ale również prawdopodobne, że mam powody by być…

Okej, może nie są to powody takie, jak pisała Makota, że mnie opuścili przyjaciele. Może są mniej ważne. I może się powtarzam, znów się powtarzam. I są ludzie, którzy piszą, że nikt nie lubi, gdy człowiek się rozczula nad sobą na blogach. I pewnie tego nie lubicie. A notka o Awansie nie padła tak dawno, by znów wracać do ciężkich spraw. Ale wrócę, może ktoś mnie przytuli…

A pomysł na notkę wziął się stąd, że z jakiegoś powodu zacząłem przeglądać notki z mojego pierwszego bloga. Notki i komentarze, zwłaszcza te do notki ostatniej. Te, gdzie tyle ciepła spotkało mnie z Waszej strony, gdzie mogłem się czuć dowartościowany, gdzie mogłem czuć, że rzeczywiście mam mnóstwo przyjaciół. Ale były ku temu powody. Ja, ważny jak nic kleryk, Ten, Który Studiuje W Seminarium, zsstąpiłem z wysokości do Was, małego proszku ludzkości (mam nadzieję, że odczytaliście w tym zdaniu ironię, bo owszem, zdanie to było pełne ironii) by Wam towarzyszyć, by Wam pomagać. By dzielić się z Wami tym, co zostało mi przekazane przez ten rok w Seminarium. Tak na serio nie czułem się jakoś specjalnie ważny. Ale wiedziałem, że moja wiedza po jednym roku teologii jest trochę większa niż człowieka po zeru latach teologii. I pomagałem Wam. Pokochaliście mnie i uwierzyliście we mnie, w moje powołanie, w to, że zostanę księdzem. Ja pokochałem Was i widziałem, że to co robię, jest dobre. Było dobre. Może czasem byłem, jak to ujmuję, rubaszny, ale najczęściej zachowywałem się dobrze i naprawdę w miarę moich możliwości starałem się pomóc. Nikt nie uważał mnie za takiego, co pozjadał wszystkie rozumy, choć wielu się ze mną nie zgadzało. To jasna sprawa. Miałem autorytet. Byłem klerykiem.

Dziś już od ponad roku nie jestem. Przez jakiś czas, jak już pisałem, zawzięcie walczyłem. Wy walczyliście ze mną. Podejrzewam, że listów z prośbą o ratunek wpłynęło do rektora więcej niż mógłbym przypuszczać. Ale potem zostałem sam, w dużym brzydkim pokoju w Rzgowie, robiąc w McDonaldzie i wielu z Was o mnie zapomniało. Może nie do końca zapomniało, ale niewielu pamiętało, że jeszcze przed chwilą byłem klerykiem, że jeszcze przed chwilą, no kurczę, nie oszukujmy się, miałem autorytet. Szybko stałem się „księdzem” w żartach, zacząłem być popychany (no dobra, nie przez Was, ale przez wielu nowych znajomych). Czułem się jak rzucony na głęboką wodę, bez koła ratunkowego. Do tego wokół mnie zaczęło pływać stado rekinów, a moja wiara i miłość nie była na tyle silna, by wyjść z tego spotkania bez szwanku. Wy czasem mi pomagaliście, ale, jak mówię, częściej słyszałem słowa w stylu „czemu ty ciągle narzekasz?”. Tak więc nie, nie wyszedłem z tego bez szwanku. Niestety.

I tak dziś czytam notki z poprzedniego bloga. Wspierane autorytetami, cytatami z Pisma Świętego. I czytam te najnowsze. Ogromna różnica. Mniej wkładanego serca. No i przede wszystkim: tak, ja tak uważam i to jest bezwzględna prawda! Może jest… Ale nie potrafię jej już poprzeć cytatem, nie potrafię znaleźć odpowiedniego autorytetu, który stoi za moim myśleniem. Bo od roku nie mam z tym wszystkim kontaktu. Dziś wokół mnie świat. Świat studentów, na japonistyce buddystów, rastamanów, zwolenników reinkarnacji, panków, obśmiewców. Ja sam. Po co poszedłem na japoński? Bo kiedyś chciałem jechać na misje do Japonii. Może nadal chcę? Tak, chcę. Chcę skończyć teologię. Chcę wiązać życie z Bogiem, jak by to nie miało wyglądać. Ale jest ciężko. Ciężko wstać rano na 7 do kościoła, ciężko bronić Boga i Kościoła wobec buddystów, którzy identyfikują mnie „w żartach” z Radiem Maryja. Ciężko modlić się codzień, ciężko nie grzeszyć. Ciężko nie zmieniać się pod wpływem otoczenia w którym nie ma Cię kto wesprzeć. Są przyjaciele, ale są daleko. I często nie rozumieją. Często nie rozumieją, że obiecałem Bogu, że będę tylko Jego. Nie rozumieją, że do dziś nie mogę się pogodzić z tym, że nie ma mnie w Seminarium. To przykre…

Przykre, że ja też przestaję to rozumieć. Ja czy nie ja?

„Mija czas i każdy z nas, choć ten sam, jest inny…” – Wilki.

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 10 Komentarzy

It’s all ’bout the money!

Ten blog stracił już chyba swój pierwotny półprywatny, półtematyczny charakter. Dziś wydaje się być całkowicie prywatny. Opowiada o złamanym życiu pewnego byłego kleryka i jego kłopotach w pracy, na studiach i w miłości. I teoretycznie chciałem by ta notka miała może oparcie w czymś innym (w końcu mamy Wielki Post, przed nami Wielkanoc… A może coś o czystości?). Przecież odkąd przestałem cechować się wiedzą na tematy teologiczno – moralne, sam blog przestał być tak często odwiedzany i czytany. Jednak jak zwykle chwilowy przypływ emocji zwyciężył. I jak ostatnio prawie zawsze – dziś znów o moich prywatnych, jakże emocjonujących, przeżyciach…

Ale nie do końca. Bo przecież sytuacja dotyczy wielu (zarówno znanych mi jak i nieznanych) osób. Dotyczy konfrontacji o której już raz była mowa. W notce „Jezus Chrystus kontra Święty Mikołaj” wspominałem już o walce Mamony ze Świętością. Dziś raczej o walce owej Mamony z wyższymi ideałami. Co mam na myśli? Spójrzmy jeszcze raz na sytuację Artdico Gnorofexa. Idealista wylatuje z seminarium za publiczne wypisywanie swoich przemyśleń i działanie ku formowaniu przed uformowaniem samego siebie. Zakochany w teologii wierzy, że właśnie ona pomoże mu zbliżyć się do Boga tak bardzo jak to tylko możliwe. Pochłania wiedzę z filozofii, Pisma Świętego, patrologii. Kocha codzienne Msze Święte, kocha śpiew w chórze, kocha spokój i wyciszenie małego pokoiku. Wypada i wtedy kilku przychylnych mu kapłanów daje kilka cennych rad. Jeden proponuje polonistykę, drugi (widocznie zauważył potencjał delikwenta) mówi o dalszej próbie sił na teologii. Artdico wie, że o polonistyce nigdy nie marzył, ale ponieważ wyrzucają go nie tylko z Seminarium, lecz również z uczelni, wie również, że pod koniec września to się absolutnie nigdzie na teologię nie dostanie. Atakuje więc polonistykę zaoczną. Zatrudnia się w McDonaldzie. Żyje. Wzdycha. Kościół odwiedza coraz rzadziej, wreszcie wpada tam tylko w niedzielę. Przestaje pisać, rysować, popada w marazm. Śpi, pracuje, śpi, pracuje… Czasem z marazmu wyciągają go wpadające na ferie Qrczaki (przynajmniej jest się z kim pokłócić), czasem po pracy zamiast kłaść się spać jedzie do Albina. Ale je coraz mniej, właściwie tylko śpi i pracuje. Studia okazują się (przynajmniej w porównaniu do dziennych) porażką. W sumie co to za studia, że studiuje się po 3 dni raz na 2 tygodnie, zabula się za nie 300 złotych miesięcznie, a częstokroć wykładowcy i tak się nie pojawiają? Po pół roku coraz głębszego marazmu Artdico stwierdza, że byle do wakacji, a potem wszystko się ułoży. Potem wróci na teologię, rzuci tą robotę, rzuci polonistykę i znów zatopi się w swoich ideałach. Znów dosięgnie nieba, którego dotykał przez rok. Znów zacznie pisać. Znów zagłębi się w modlitwie. Znów będzie poznawał tajniki ponad 2000 lat myśli ludzkiej, tajemnice Pisma Świętego, mądrość Ojców Kościoła.

Chłopak przyjeżdża do domu. Mama już wie, że polonistyka na zaocznych nie ma sensu. Już drugi rok praktycznie zmarnowany. Mama pyta co dalej. Artdico wie. Nie ma wątpliwości. Szuka teologii w Łodzi. Już kombinują coś z Albinem w sprawie mieszkania (więc nie będzie samotny), już szuka gdzie jest jakaś katedra teologiczna (bo podobno jest, tylko głęboko ukryta). Wszystko będzie super, byle dożyć do wakacji. Na to mama pyta: A z czego ty będziesz żył? Zresztą, nie tylko mama. Przychodzi w odwiedziny mądra ciotka, która ma mnóstwo argumentów przeciw studiowaniu teologii. Teoretycznie mają rację. W końcu może jakby Artdico wciąż planował być księdzem, to ta teologia mogłaby mu zapewnić jakiś żywot. A tak – to kim on będzie? Katechetą? Katecheci nie są potrzebni. Zresztą cóż to za los katechety? Artdico nie ma argumentów. Ma, ale jak zwykle utopijne. Jako mądry, pojętny uczeń zdobędzie stypendium naukowe, potem, po studiach, zrobi doktorat (którego absolutnie nie planował robić gdy chciał być księdziem), potem może zrobi drugi kierunek. Myśli o japonistyce. I to już jakiś czas. Mama pyta czy nie lepiej zacząć od japonistyki. Po tym, chciał nie chciał, praca jest. Tłumacz. Ambasador. Po japonistyce nie ma źle płatnych stanowisk. Mama nie wie, że Artdico myśli o japonistyce z powodów równie idealistycznych co o teologii. Chce (a przynajmniej przemknęło mu to przez głowę) zostać misjonarzem, a co, właśnie że w Japonii. I że nie pragnie ambasad, drogich samochodów, a tłumaczyć na japoński mógłby Grzegorczyka albo Tishnera. Że już dziś żyje na jednym posiłku dziennie więc jest w stanie żyć tak całe życie. I nie obchodzi go to, że w jego wieku Tata miał już ustaloną datę ślubu. Bo Artdico przestał planować ślub. Artdico planuje zbawienie. I szuka najlepszej drogi do niego prowadzącej. Najprostszej? Tam nie ma prostych dróg. Tam droga wiedzie przez ciernie. Przez studia po których nie ma pracy. Po których można bloga prowadzić i cieszyć się, że Anka Amerykanka zrozumiała, że „Kleryk też człowiek”, a Połowa Duszyczki wie coś więcej o przepisach liturgicznych. I nie mieć z tego nic więcej jak tylko dziką radość, że jeśli coś dokonujesz ramię w ramię z Bogiem, to to nie może być złe, choćby ktoś naprawdę ważny tak myślał. Tam nie ma wystawnych przyjęć, drogich samochodów, garniturów i krawatów. Jest kromka chleba z masłem i płacz podczas śpiewu Ojca Rafała. Jest artykuł w gazecie za talerz zupy. Rodziny z tego nie utrzymasz. Ale przyjaciołom pieniądze nie są potrzebne by pozostali przyjaciółmi. Po pół roku marazmu Artdico już wie, że nie ma dość silnej wiary, by sobie bez nich poradzić. Ale wie też, że właśnie dlatego Bóg mu ich dał i to w niezwykłej ilości. I że choćby nie chciał, przeżyje tak długo, jak tylko będzie Mu potrzebny. I że nie chce kasy. Nie chce, choćby się skichał. Właśnie dlatego w tydzień po wypłacie nie miał już pieniędzy. Bo wydał je by ugościć przyjaciół. Bo kupił Tygodnik Powszechny. I znaczki na listy. Nie potrzebuje nic więcej. Mama opuszcza ze złości ręce. „To dowiedz się co chcesz robić i jak przyjedziesz następnym razem to masz już wiedzieć”. Artdico, też wkurzony, pisze notkę. Qrczak Expugnis i Albin budują z klocków Lego jakiś pojazd. Artdico wie, że z takimi przyjaciółmi nie potrzebne mu pieniądze. Bóg jest…

To sytuacja chłopca zwanego Artdico Gnorofex. Czyli Mateusza Gajka. Ale nie tylko moja. Znam osobiście chociaż jedną osobę, która znalazła się przede mną w podobnej sytuacji. Przełamała niechęć. Postanowiła porzucić ideały i zagłębiła się w coś, z czego rodzinę utrzyma. Wiem, że nie jest jej łatwo. Wiem, że to nie powód trudnych studiów lecz właśnie tłumienia ideałów. A skąd mamy te ideały, które przychodzi nam tłumić? Wierzę, że zsyła nam je Bóg. Wierzę, że to dzięki Niemu zafascynowałem się teologią i że to On doprowadził mnie do złożenia Mu przysięgi, że tylko dla Niego będę. Kocham Go i chcę Mu poświęcić całe życie. Ale są ludzie, których ideałem nie jest teologia i pomoc w łowieniu dusz, lecz np. nauczanie, leczenie, gaszenie pożarów, studiowanie zachowań koni. Ci ludzie stoją przed wyborem tak jak ja. Bo najczęściej jest tak, że z zewnątrz ich ideały wydają się mało atrakcyjne, głupie i mało dochodowe. A tu trzeba z czegoś żyć. „Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary? Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo /Boga/ i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy.” (Mt 6, 30-34) A wszystko rozbija się o pieniądze…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 16 Komentarzy