Posts Tagged With: TVN

Rozwiązki partnerskie

Wczoraj w Sejmie odbyła się debata, transmitowana w TVN24 i relacjonowana we wszystkich pozostałych stacjach, dotycząca propozycji wprowadzenia prawodawstwa dotyczącego związków partnerskich. Wieczorem na TVN prezenterka informacji zapytała dlaczego coś „brzmiącego w tak ludzki sposób” jak związki partnerskie wzbudza tyle kontrowersji. Następnie dowiedzieliśmy się, że posłanka Ruchu Palikota usiłowała przedstawić logiczne argumenty, ale musiała sobie radzić z „czymś takim” (tu niestety niechlujnie wyglądająca, rozkrzyczana posłanka z PiS). Oczywiście do tego wypowiadał się pan Biedroń, mówiąc o naturalnym występowaniu homoseksualizmu i przyrodzonym prawie do związków partnerskich, inny pan z Palikota, który przyprowadził nastoletnich przyjaciół ze wszystkich trzech typów relacji – związek gejowski, związek lesbijski i związek heteroseksualny, ale bez legalizacji – i domagał się uczciwości wobec nich, itp.

Nie, nie piszę tu, aby poobrażać się na Palikotowców. Nie chcę też argumentować jak pani z PiSu, że związki homo są niezgodne z naturą i planem Bożym wobec człowieka. Czy są? Oczywiście, że są. Ale to ich sprawa co oni zrobią z tą informacją i z kim położą się do łóżka. Dziś nie chcę namawiać do leczenia homoseksualizmu. O tym już pisałem nieraz i dziś nie to siedzi mi w głowie. Zastanawia mnie raczej idea związków partnerskich samych w sobie.

W informacjach pytano dwójkę młodych ludzi, żyjących ze sobą x lat, ale niezaślubionych, jakie jest ich spojrzenie na związki partnerskie. Mówili o swoich kłopotach, opowiadali o parze znajomych, którzy żyli razem 30 lat, a nie mieli możliwości dowiedzieć się o swoim stanie zdrowia w szpitalu. Rozumiem ich problemy, pytam tylko: po co je sobie stwarzają? Czy legalizacja „wolnego” związku celem dziedziczenia czy zasięgania informacji w szpitalu, a nawet wspólnego rozliczania się, jest taka skomplikowana? W Polsce mamy dwa rodzaje ślubów: wyznaniowy i cywilny. Zawierając małżeństwo wyznaniowe (np. przyjmując sakrament małżeństwa) mamy też obowiązek zalegalizować nasz związek w urzędzie, nie musimy jednak legalizować związku w Kościele, kiedy bierzemy wyłącznie ślub cywilny. Istnieje więc sposób na legalizację związku dwóch osób różnych płci bez tykania się z jakąkolwiek religią. Z tym, że tych państwa, o których mowa nie interesuje „ani taka forma legalizacji” – pokazany kościół i młodzi – „ani taka” – tu pokazany urząd stanu cywilnego. To ciekawe – dlaczego tak mało osób to zastanawia? Państwa nie interesuje ani jedna forma legalizacji ich związku, ani druga, tylko chcą, żeby wprowadzono im trzecią formę! Na zdrowy chłopski rozum: czym ta forma „związku partnerskiego” (co rzeczywiście brzmi ludzko i znaczy tyle co związek dwójki ludzi, w którym nie ma ważniejszego, lecz nawzajem się wspomagają) będzie się jakoś znacząco różniła od ślubu cywilnego? Trzeba będzie przyjść do urzędu. Trzeba będzie podpisać papierki, złożyć jakąś deklarację (której pewnie nie będą nazywać przysięgą). Nie będzie trzeba zakładać obrączek, które są tak naprawdę tylko symbolem, a wiele osób i tak ich nie nosi. Poza tym czy w razie rozejścia się partnerów sprawy sądowe będą łatwiejsze niż w przypadku rozwodu? Wątpię – papierki podpisane, jest wspólna własność, jest prawo dziedziczenia. Kiedy będzie papier, że dwie osoby pozostają w związku partnerskim, któraś z nich zawsze będzie chciała zabrać o jedną wspólną rzecz za dużo i na zwyczajnym odpodpisaniu (skreśleniu podpisów?) się nie skończy. Między propozycją związku partnerskiego wysuwanego przez Ruch Palikota czy SLD a małżeństwem cywilnym (nie staję dziś w obronie sakramentu, choć każdy związek cywilny dwójki ochrzczonych osób nie będący zaprzysiężony w Kościele pozostaje związkiem cudzołożnym) nie widzę żadnej różnicy prócz tej, że w związku partnerskim (na razie) nie będzie wolno adoptować dzieci. Ale partnerski związek hetero najczęściej nie będzie miał problemów z osobistą produkcją potomstwa.

Trochę inaczej ma się sprawa ze związkami homoseksualnymi. Dla nich z oczywistych względów nie ma czegoś takiego jak ślub cywilny. Od zawsze bowiem instytucja małżeństwa istniała po to, by łączyć mężczyznę i kobietę celem wspólnego pożycia i płodzenia potomstwa. Małżeństwo może więc być z definicji związkiem kobiety i mężczyzny. Podpinanie go pod związki gejowskie czy lesbijskie jest nadużyciem polegającym na próbie modyfikowania pojęć do własnych potrzeb. Prawdą jednak jest, że nieważne jak bardzo nieprawidłowo, homoseksualiści łączą się w pary, czasem na długie lata i chcą czegoś takiego, jak dostęp do informacji o zdrowiu partnera, możliwość dziedziczenia/oddania dziedzictwa, czy opieka nad dzieckiem partnera po jego śmierci (niestety, to bardzo bolesne, ale brak adopcji przez pary homoseksualne nie załatwia sprawy wychowywania przez nie dzieci, ponieważ często mają oni dzieci z poprzednich związków, albo – o zgrozo – dokonują sztucznego zapłodnienia, żeby mieć wspólne dziecko). W kwestii adoptowania dziecka partnera jestem oczywiście przeciw, jednak rozumiem ich, że chcą po sobie dziedziczyć (a więc mieć dostęp do tego, co kiedyś było wspólne) i móc uzyskać o sobie informacje w szpitalu. Czy do tego celu potrzebne są jednak jakiekolwiek związki partnerskie? Jeśli już, to tylko w wersji proponowanej przez PO – z możliwością dziedziczenia, jeśli związek trwał dłużej niż rok (takie związki mogą mieć tendencje do częstego rozpadania się) i zasięgania informacji, bez adopcji i wspólnego rozliczania się. Z tym, że zamiast nazywać to związkiem partnerskim, ja bym to nazwał czymś w rodzaju deklaracji. W obecności notariusza podpisujemy papierek, na którym zapisane jest, że w razie mojej śmierci (o ile testament nie mówi inaczej, ale wtedy nie potrzeba podpisywać papierka) dziedziczy po mnie ten a ten, tenże sam ma dostęp do informacji na mój temat w przypadku, gdybym trafił do szpitala. Nie potrzebny żaden związek, w końcu wielu osobom (zwłaszcza tym hetero) zależy w tym wypadku na tym, żeby pozostawać w rozwiązłości (czy, brzydziej mówiąc, w konkubinacie). Wystarczyłaby deklaracja ze wskazaniem nazwiska. To załatwiałoby wszystkie prawa dotyczące tzw. związków partnerskich, oczywiście te najbardziej oczywiste. Z tej przysługi mogliby zresztą skorzystać też ludzie żyjący samotnie, którzy nie mają nikogo poza najlepszym przyjacielem czy przyjaciółką, albo bliżej im do cioci niż własnej matki. Oni mogliby podpisać, że chcą oddać swój majątek lub dopuścić do informacji na swój temat osobę, która jest im najbliższa, a z którą przecież wcale nie muszą pozostawać w żadnym związku partnerskim.

Uważam więc, że należy umożliwić dorosłym ludziom, którzy nie chcą czy nie mogą wziąć ślubu, decydowanie o tym, kto po nich odziedziczy albo kto uzyska informacje. Wspólne rozliczenie jest logiczne w małżeństwie, w małżeństwie też powinny się wychowywać dzieci (dlatego adopcja czy rodzinne domy dziecka powinny być dostępne tylko dla małżeństw), ponieważ związek dwójki ludzi różnych płci jest najbardziej naturalnym środowiskiem wychowania dzieci, jako że z takiego związku dzieci się właśnie w naturze biorą. Instytucja związku partnerskiego jest jednak niepotrzebna i tak naprawdę nie jest obliczona na spełnianie „naturalnych ludzkich potrzeb”, lecz na podkopanie, zniszczenie instytucji małżeństwa rozumianego – z definicji – jako legalny związek mężczyzny i kobiety.

Skwituję to wspomnieniem o sytuacji, która zdarzyła mi się podczas zakładania karty PayBack w Smyku. Przy wypełnianiu deklaracji trafiłem na pytanie kto będzie korzystał z dodatkowej karty (otrzymywało się dwie). Odpowiedzi były mniej-więcej takie: Rodzic, dziadek, ktoś z rodzeństwa, przyjaciel, partner, inne. Zaznaczyłem „inne”. I dopisałem „żona”.

Reklamy
Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Ukryta prawda – głęboko

W piątek przyszło mi obejrzeć TVNowski program „Ukryta prawda”, powstały po niezasłużonym sukcesie jego polsatowskich odpowiedników jakiś czas temu. Zazwyczaj nie oglądam tego typu badziewi, „Mięsnego jeża” zaś znam tylko z piosenki Klejnutów, ale tym razem – za namową żony – zrobiłem wyjątek. Spowodowane było to tematem odcinka: dwie gimnazjalistki wzięły udział w paradzie równości i zrobione nań zdjęcia opublikowały na szkolnym blogu. Dyrektor dała im za to reprymendę, jednak w ich obronie wystąpiła nauczycielka polskiego. Taż sama nauczycielka prowadziła kółko polonistyczne, na którym omawiała dzieła literackie Safony (lesbijka), Dąbrowskiej (lesbijka), Konopnickiej (możliwe, że też lesbijka) i Platona (nie lesbijka, ale przejdzie). Nauczycielka sama przez się również zaliczała się do zaszczytnej kategorii wybranych autorek, choć nie obnosiła się z tym (oraz ze swoim romansem z inną nauczycielką z tej samej szkoły). Nauczycielka owa weszła w konflikt z panią dyrektor, po stronie tejże stanął jednak inny polonista, który walczył przeciwko „pedalstwu”, „zboczeniom”, które są niezgodne z „prawem natury” i tym podobnym słowom, świadczącym niezbicie o popapraniu faceta, jego narwaniu i nietolerancji, oraz doskonale ukazującym profil TVN.

Nauczycielka kłóci się z dyrekcją, ponieważ „szkoła powinna uczyć tolerancji”. Dyrekcja zakazuje uczestnictwa dwóch sprawczyń mezaliansu w kółku oraz omawiania na kółku homoliteratury, więc nauczycielka postanawia złośliwie, że do końca roku będą omawiać tylko… wiersze ks. Twardowskiego (ciekawe, zgadłem zanim w programie padło nazwisko). Uczniowie rzygają tym pomysłem, albowiem literatura ta jest spoko, ale już ją omawiają na religii. Piszą więc petycję o nieingerowanie w kółko nauczycielki, w efekcie czego kółko zostaje jej odebrane a na to miejsce wchodzi tamten zły polonista. Uczniowie wychodzą jak tylko on wchodzi, więc on robi awanturę koleżance, że nastawia uczniów przeciw niemu, a potem nasyła na nią kobietę, która próbuje ją uwieść. Pani profesor jest wierna swojej rudej koleżance, also nie ulega pokusie, w efekcie czego pani nasłana stwierdza, że tamta lesbijką nie jest. W głowie spiskowców pojawia się jednak diabelski plan: zmontować zdjęcie nauczycielki w dwuznacznej pozie z inną kobietą i wrzucić na stronę porno. Sprawa trafia do dyrektorki i nauczycielka dostaje nakaz pójścia na zwolnienie lekarskie. Kłóci się ze swoją dziewczyną i poddaje, gdy nagle do sali wpadają owe dwie uczennice z nagranym na komórkę filmikiem na którym…

Katolicki polonista molestuje nastolatka

Do sali wchodzi dyrektor w jakiejś sprawie, ale nauczycielka przejmuje inicjatywę i pokazuje szefowej nagranie. W efekcie pani dyrektor natychmiast postanawia o zwolnieniu złego polonisty, zastąpieniu go lesbijką na stanowisku wychowawcy klasy i wszystko wszystkim wybacza (poza rzeczonym polonistą). Koleżanki z pracy przyznają się że są parą (głupkowato się przy tym uśmiechając, trzymając się za ręce i patrząc sobie w oczy), polonistka odchodzi z pracy i znajduje inną w jakimś wydawnictwie, gdzie panuje tolerancja. Zgadza się na prowadzenie kółka z wybranymi uczniami. Panu nauczycielowi wytoczono proces.

Program tak mną wstrząsnął, że nie mogłem nie opisać go tutaj. Przeraża mnie bezpośredniość lansowania przez jedno z najpopularniejszych mediów krajowych homopropagandy. Przeraża mnie sposób ukazania katolickich obrońców moralności (krzyczą, używają wyrazów typu „pedał”, są agresywni i pedofilami). Przeraża mnie też stwierdzenie biorące się Hugo wie skąd, że szkoła powinna uczyć tolerancji. Przecież chyba nikt nigdzie takiego zapisu nie zamieścił? Szkoła powinna uczyć, zwłaszcza uczyć prawdy, ale nie żadnej poprawnej politycznie tolerancji. I zdaję sobie sprawę, że znów odnoszę się do elementu popkultury jakby to był wyznacznik myślenia ludzkości. Ale już to pisałem – to, co ludzie oglądają, wpływa na ich myślenie. Banalna ścieżka ukazująca, że lesbijki są biedne, pokrzywdzone i walczą o prawa ludzkości, a osoby wierzące to agresywni szydercy i pedofile (ale przecież nie geje, bo jak pedofil to już nie gej przecież). To trafi do ludzi, którzy powiedzą „tak jest właśnie”. Znam osoby, które twierdzą, że w „Ukrytej prawdzie” pojawiła się historia ich życia. Program ma moim zdaniem trafiony tytuł – prawda jest w nim bardzo głęboko ukryta. Na wierzch wychodzą wyświechtane kłamstwa i niszczycielskie propagandowe hasełka. Osobiście, gdyby się dało, zmieniłby nazwę programu na „Gówno prawda”. Pasowałaby jeszcze lepiej.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy

Wuje muje dzikie węże

Tyle właśnie myślę o tym, co dzieje się w mediach w ostatnich dniach. Może nieco bardziej wulgarnie, ale już kiedyś zaznaczyłem, że nie używam wulgaryzmów w tytułach notek. Ale do rzeczy.

Rzeczpospolita sprzedała we wtorek newsa, że polscy biegli odkryli we wraku Tupolewa, na pokładzie którego zginął między innymi prezydent Lech Kaczyński, ślady trotylu i nitrogliceryny. Świat zawrzał, Jarosław Kaczyński oficjalnie ogłosił, że śmierć 96 osób była zbrodnią, w której udział brał również polski rząd. Natychmiast w temacie wypowiedziała się także Gazeta Wyborcza, zamieszczając np. w warszawskiej kolejce podziemnej vel. metro komunikat, że odkryto ładunki wybuchowe, które mogły pochodzić z (uwaga!) II Wojny Światowej, jako że w okolicy Smoleńska trwały bitwy i znajduje się tam wiele pozostałości. Jak widać pozostałości lubią wskakiwać na fotele rozbijających się właśnie samolotów. Mniejsza z tym jednak, ponieważ już wkrótce wydano komunikat, że informacja z Rzeczpospolitej jest niepotwierdzona, że badania nie zostały zakończone i tym podobne. Dopiero wówczas premier Donald Tusk wypowiedział się, że Jarosław Kaczyński oskarżając ich o współudział w domniemanej zbrodni działa na niekorzyść państwa polskiego (prawie jak terroryści w Ameryce). Kaczyński zaś zastanawiał się, czy Tusk zamierza go zamordować, czy zadowoli się banicją. Trochę przepychanek, a tymczasem Rzepa poinformowała, że się pomylili, bo substancja może być trotylem, ale nie musi. Później zaś wycofali się z przeprosin, co oczywiście Gazeta podchwyciła i do następnego dnia rozpamiętywała namiętnie. Przy okazji wypowiedział się wreszcie człowiek, który wydał oficjalny komunikat o tym, że rzeczywiście wielce profesjonalny sprzęt wysyłał sygnały, że coś tam jest, ale oprócz ładunków wybuchowych mogły to być kosmetyki, rozpuszczalniki albo okna z PCV. Mógł to być też namiot w którym w tym czasie przebywali, ponieważ namiot ten wydawał podobne dźwięki. Tak czy inaczej nie stwierdzono w miejscu zdarzenia śladów ładunków wybuchowych.

Oczywiście dla mediów takich jak TVN24 komunikat „nie stwierdzono” jest jednoznaczny z „nie było”, czyli już za chwilę dowiedzieliśmy się, że na pokładzie TU ileśtam ileś ładunków wybuchowych nie było wcale, zresztą przed odlotem potwierdziły to psy pasterskie. Rzeczpospolita zaś jest nierzetelną gazetą czerpiącą z niepewnych źródeł, a pan który napisał artykuł już od dawna nie jest wiarygodny, bo kiedyś ogłosił stenogramy, które nie były prawdziwe. I już dziś w „Metrze” (nie mylić z kolejką podziemną), również sygnowanym przez GazWyb można było przeczytać wielki prześmiewczy artykuł o tym, jaką popisówkę walnęła sobie Rzepa i jak bardzo negatywnie wpłynie to na wizerunek – jedynego przecież właściwego – rządu.

Wiem, że nie wiemy prawie nic. Ale wiemy też, że wiele osób powiązanych z katastrofą smoleńską i mających coś do powiedzenia ginie z jakichś powodów, najczęściej popełniając samobójstwo. Czy uginają się pod presją? Wiemy, że Tusk potrafi tak zaszantażować swoich ludzi, że w ciągu godzin zmieniają poglądy i bilans sumienia. Może i redakcję Rzeczpospolitej tak zaszantażował? Nie wiem, to tylko moje domysły. Ciekaw jestem przy tym, kto redaktorowi Rzet sprzedał informację o trotylu i jak długo jeszcze pożyje.

Czy udowodnią obecność ładunków wybuchowych? Nie wiem. Czy ktoś za to odpowie? Nie wiem. Czy za zgaszone papierosy w zbezczeszczonych, wymieszanych zwłokach zmarłych w katastrofie ktoś odpowie? Nie wiem. Raczej nie Rosjanie, którzy nie zamierzają odpuścić Kaczyńskiemu i Polsce oskarżania ich o istnienie we wraku ładunków, których istnieniu póki co nie da się zaprzeczyć. Cała sprawa Tupolewa ma za dużo realnych luk, żeby dało się na nie machnąć ręką. Ale Gazeta Wyborcza w towarzystwie TVN zawsze będą stały na straży, żeby pokazać która wersja jest prawdziwsza i dlaczego ich przeciwnicy są śmieszni w tak infantylny sposób.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy

Kampania w sprawie inwigilacji

Mama półrocznej Magdy przedstawiła inny bieg wydarzeń, niż dotychczas rozpatrywany. Najprawdopodobniej nie było to porwanie, lecz nieumyślne spowodowanie śmierci/zabójstwo w afekcie/zabójstwo z premedytacją (niepotrzebne skreślić) z rąk rzeczonej mamy. Trwające długi czas poszukiwanie porywacza oraz zaginionej okazało się być bezsensowną stratą czasu i pieniędzy. Teraz zmieniło się zaś w poszukiwanie zwłok dziewczynki, którą podobno matka miała niechcący wypuścić z kocyka, przez co ta straciła życie. Miejsce ukrycia zwłok podobno wskazała matka.

Przez to, że porwanie okazało się jednak nie być porwaniem los półrocznej Magdy nie stał się ani odrobinę mniej tragiczny. Trochę bardziej tragiczna stała się zaś otoczka budowana wokół (do przed chwilą bardzo prawdopodobnej) teorii o porwaniu. Bo oto bezwzględny porywać uderza kobietę, tak że ta traci przytomność, po czym uprowadza jej dziecko. Psy śledcze gubią trop na parkingu. I tu do akcji wkraczają… reporterzy z TVN24.

Z ekranu telewizora dobiegają nas słowa mówiące o tym, co w takiej sytuacji można zrobić. Pierwsza rzecz to zdobycie informacji od sieci telefonii komórkowych. Telefonie bowiem posiadają rejestr wszystkich swoich numerów telefonów (mają taki obowiązek) i są w stanie wskazać, które numery telefonów były aktywne w pobliżu miejsca porwania, w czasie kiedy się ono odbyło. Informacja zdobyta w ten sposób może pomóc namierzyć bezwzględnego porywacza po numerze telefonu. Kolejną rzeczą są – rzecz jasna – kamery miejskie. Podobno w Sosnowcu tego typu kamer nie ma zbyt wiele, ale pozostają jeszcze prywatne kamery, np. sklepowe, z których nagrania należy przejrzeć, bo być może któraś z nich wyhaczyła przestępcę.

To cudownie, gotowi jesteśmy pomyśleć, że mamy współcześnie tak wiele możliwości wyszukiwania przestępców. Kamery, śledzenie numerów telefonów, pewnie i podsłuch rozmów… Tak, sytuacje typu „porwane dziecko” są wspaniałą pożywką dla wzrostu w ludziach ochoty do bycia zniewolonym. Kiedy powiedzą komuś: „Będziemy teraz podglądać każdy twój ruch i nagrywać twoje rozmowy”, on odpowie „Wara!” Jednak gdy powiemy: „Kamery i nagrania są potrzebne, żeby nikt nie porywał dzieci”, wielu odpowie „W porządku”. To, po raz kolejny, jest gra na uczuciach osób, które boją się stracić kogoś bliskiego, albo po prostu ciężko przeżywają krzywdę małych dzieci. A ta gra na uczuciach ma doprowadzić tylko do jednego: do ogólnospołecznego przyzwolenia na bycie inwigilowanym i na znalezienie się w społecznej niewoli. Przesadzam? Może. Chociaż widziałem film „Raport mniejszości”. Niby zwykłe science-fiction, z jasnowidzkimi bohaterami, a jednak ukazujące to, o czym próbuję napisać. Czyli to, co może stać się z ludźmi, gdy będą chcieli za wszelką cenę zabezpieczyć siebie i swoje dzieci przed jakimkolwiek nieszczęściem. Oto mężczyzna, któremu porwano dziecko, włącza się w kampanię w sprawie inwigilacji, polegającą na podłączeniu trójki jasnowidzów do komputera, który ukazuje miejsce i czas dokonania przestępstwa zanim się ono wydarzy. Dzięki temu niedoszły przestępca jest unieszkodliwiany przed czynem i karany wiecznym wydaleniem ze społeczeństwa. Oczywiście – kiedy bohater zostaje uwikłany w sprawę, w której to on ma stać się zabójcą, okazuje się, że cała kwestia inwigilacji jest niebezpieczną maszynką, nad którą kontrolę trzyma, kogo byśmy się wcale nie spodziewali. A w konsekwencji wyciągnięty jest wniosek: przesadne obserwowanie społeczeństwa nie pomaga mu, lecz szkodzi. I drugi: nie można nikogo karać prewencyjnie.

Tak jak mówiłem, film science-fiction, ale niezwykle trafnie ukazuje to, co czeka każdego z nas, gdy wiedzeni niskimi uczuciami zaczniemy zgadzać się na zwiększanie obserwacji naszego życia z zewnątrz, kosztem naszej wolności. Tak przy okazji przyszło mi jeszcze do głowy, zupełnie od czapy, że w czasie trwania wielkiej nagonki anty-ACTA to jest sytuacja, która może odwrócić ludzką uwagę od tegoż sporu. Co więcej, nie tylko odwrócić uwagę, ale może i zwiększyć nasze społeczne zezwolenie na wprowadzenie ACTA. No bo przecież, skoro dzięki zaglądaniu mi do komputera małe dzieci byłyby bezpieczniejsze…

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 3 Komentarze