Posts Tagged With: Upadek

Źle się dzieje z tą Europą

Od miesiąca jestem na stażu w redakcji portalu wPolityce.pl. Zajmujemy się wprawdzie głównie sprawami stricte politycznymi (komisja Amber Gold, weryfikacyjna, reforma sądownictwa, prezydenckie weto), ale między tymi tematami przewijają się też sprawy społeczne. I odkąd – będąc w pracy – przeskakuję po portalach (również zagranicznych) poszukując tematów, zauważam o wiele więcej problemów, które – jak choroba – toczą naszą wielowiekową Europę.

Jako przykład podam sprawę Charliego Garda. Chłopca urodzonego z poważną chorobą, którego rodzice postanowili włożyć wszelkie siły w ratowanie jego życia i zdrowia. Znaleźli lekarza w USA, który był gotów podjąć się eksperymentalnego leczenia. Rodzice nie mieli pieniędzy, ale dobra akcja w internecie sprawiła, że szybko zdobyli ile potrzebowali na wyjazd i kurację. Niestety, brytyjski sąd, a potem Europejski Trybunał Praw Człowieka, stwierdziły, że podróż do Stanów Zjednoczonych byłaby zbyt niebezpieczna dla jego zdrowia i życia, w związku z czym powinien zostać odłączony od aparatury podtrzymującej życie. Zatem należało uśmiercić dziecko, ponieważ próba ratowania go mogła grozić mu śmiercią… Ponowoczesna logika. Lekarze w szpitalu nie chcieli nawet dać Charliemu możliwości zakończenia swego życia w domu. Dopiero nagłośnienie sprawy i reakcja papieża Franciszka oraz prezydenta USA Donalda Trumpa sprawiły, że chłopcu i jego rodzicom dano jeszcze jedną szansę. Właśnie dziś zapadła ostateczna decyzja o odłączeniu chłopca od aparatury podtrzymującej życie. Podobno w ramach zakończenia uporczywej terapii… I prawdopodobnie jest to związane z czasem, jaki – zamiast leczyć dziecko – rodzice poświęcili na włóczenie się po sądach.

Ale to nie jedyny przykład ponowoczesnego zapatrywania Europy. W ciągu tego miesiąca zalegalizowano tzw. „homoseksualne małżeństwa” w Niemczech. Całe szczęście, że nasza budząca kontrowersje konstytucja nadal stwierdza, że małżeństwo to związek mężczyzny i kobiety. Niemcy nie uznają już tej, płynącej z natury człowieka, zasady. Ale i u nas zrobiło się głośno o kolejnym „ślubie humanistycznym” między Julią i Dominiką – o czym pisał m.in. Dziennik Łódzki. Dziewczyny związały się przysięgą nie mającą przełożenia na jakiekolwiek polskie prawo, ale to nie przeszkadza im w rozgłaszaniu na cały świat swojej miłości.

We Francji natomiast mają problem z surogatkami. Otóż rodzenie dzieci przez kobiety „na zamówienie” jest w tym kraju nielegalne. To nie znaczy jednak, że Francuzi nie omijali tego przepisu poprzez rodzenie sobie dzieci w krajach, w których ten proceder jest dozwolony. Mieli jednak problem, ponieważ dotychczas francuskie prawo – przez wzgląd na zakaz surogactwa – uznawało surogatkę za matkę dziecka i nie akceptowało innych zapisów rejestrowanych w kraju urodzenia. Dziś nadal nie uznają np. partnera ojca za prawowitego rodzica, jednak zgodzili się na adoptowanie tegoż dziecka przez owego partnera. Francuzi cieszą się, bo nareszcie dziecko będzie mogło mieć dwóch tatusiów, choć jest urodzone przez surogatkę w innym kraju.

Upadek obyczajów w Europie i postępujące elementy tego samego w Polsce mają miejsce już nie na ciepłym, bezpiecznym, pozbawionym problemów kontynencie. Na którym – w obliczu „końca historii” – dochodzi do działań dekadenckich i perwersyjnych zachowań. Dziś jest to już kontynent przeżywający walkę o zachowanie własnej tożsamości w obliczu najazdu Arabów i Afrykańczyków. Ten napór obcych kultur sprawia, że Włosi chcą wypuścić wszystkich na północ – a ich północni sąsiedzi chcą zamknąć granice. Francuzi, którzy tracą Calais przez muzułmanów usiłujących wsiadać na jadące do Wielkiej Brytanii ciężarówki, zamierzają przenieść odprawę paszportową na drugi brzeg Kanału La Manche, by pozbyć się kłopotu – ale Brytyjczycy są zadowoleni z tego, że ta odprawa odbywa się jednak na kontynencie.

Do tego dochodzi coraz bardziej agresywna Rosja. Która wyraźnie czerpie pełnymi garściami z tego, że w Europie panuje zaślepiona dekadencja. Już ma Krym i wschód Ukrainy, już ponownie zabrała sobie część Gruzji. Ale Europejczycy nie obudzili się i nie wiadomo, czy się obudzą. Czy nie będziemy mieli jednak do czynienia z powtórką z rozrywki. Z czasów, gdy wielkie Cesarstwo Rzymskie było tak ogromne i silne, że nic nie mogło mu zaszkodzić. Więc ludzie żyjący w nim oddali się zabawie i spożywaniu. Przez co – napadnięci przez tzw. barbarzyńców, dali się zmieść z powierzchni ziemi. To samo dzieje się w ponowoczesnej Europie.

____________________________________

We wpisie zastosowano zdjęcie przedstawiające humanistyczny ślub Julii i Dominiki, za: http://www.dzienniklodzki.pl/strona-kobiet/zwiazki/a/julia-i-dominika-wziely-slub-od-tej-chwili-jestesmy-zona-i-zona-zdjecia,12228495/

Reklamy
Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Ja czy nie ja?

Pewnie wielu z Was znów napisze, że ciągle tylko narzekam. Że nie mogę się pogodzić z tym co było, zapomnieć, zacząć żyć normalnie. I pewnie będziecie mieli rację. To wielce prawdopodobne, że jestem malkontentem. Ale również prawdopodobne, że mam powody by być…

Okej, może nie są to powody takie, jak pisała Makota, że mnie opuścili przyjaciele. Może są mniej ważne. I może się powtarzam, znów się powtarzam. I są ludzie, którzy piszą, że nikt nie lubi, gdy człowiek się rozczula nad sobą na blogach. I pewnie tego nie lubicie. A notka o Awansie nie padła tak dawno, by znów wracać do ciężkich spraw. Ale wrócę, może ktoś mnie przytuli…

A pomysł na notkę wziął się stąd, że z jakiegoś powodu zacząłem przeglądać notki z mojego pierwszego bloga. Notki i komentarze, zwłaszcza te do notki ostatniej. Te, gdzie tyle ciepła spotkało mnie z Waszej strony, gdzie mogłem się czuć dowartościowany, gdzie mogłem czuć, że rzeczywiście mam mnóstwo przyjaciół. Ale były ku temu powody. Ja, ważny jak nic kleryk, Ten, Który Studiuje W Seminarium, zsstąpiłem z wysokości do Was, małego proszku ludzkości (mam nadzieję, że odczytaliście w tym zdaniu ironię, bo owszem, zdanie to było pełne ironii) by Wam towarzyszyć, by Wam pomagać. By dzielić się z Wami tym, co zostało mi przekazane przez ten rok w Seminarium. Tak na serio nie czułem się jakoś specjalnie ważny. Ale wiedziałem, że moja wiedza po jednym roku teologii jest trochę większa niż człowieka po zeru latach teologii. I pomagałem Wam. Pokochaliście mnie i uwierzyliście we mnie, w moje powołanie, w to, że zostanę księdzem. Ja pokochałem Was i widziałem, że to co robię, jest dobre. Było dobre. Może czasem byłem, jak to ujmuję, rubaszny, ale najczęściej zachowywałem się dobrze i naprawdę w miarę moich możliwości starałem się pomóc. Nikt nie uważał mnie za takiego, co pozjadał wszystkie rozumy, choć wielu się ze mną nie zgadzało. To jasna sprawa. Miałem autorytet. Byłem klerykiem.

Dziś już od ponad roku nie jestem. Przez jakiś czas, jak już pisałem, zawzięcie walczyłem. Wy walczyliście ze mną. Podejrzewam, że listów z prośbą o ratunek wpłynęło do rektora więcej niż mógłbym przypuszczać. Ale potem zostałem sam, w dużym brzydkim pokoju w Rzgowie, robiąc w McDonaldzie i wielu z Was o mnie zapomniało. Może nie do końca zapomniało, ale niewielu pamiętało, że jeszcze przed chwilą byłem klerykiem, że jeszcze przed chwilą, no kurczę, nie oszukujmy się, miałem autorytet. Szybko stałem się „księdzem” w żartach, zacząłem być popychany (no dobra, nie przez Was, ale przez wielu nowych znajomych). Czułem się jak rzucony na głęboką wodę, bez koła ratunkowego. Do tego wokół mnie zaczęło pływać stado rekinów, a moja wiara i miłość nie była na tyle silna, by wyjść z tego spotkania bez szwanku. Wy czasem mi pomagaliście, ale, jak mówię, częściej słyszałem słowa w stylu „czemu ty ciągle narzekasz?”. Tak więc nie, nie wyszedłem z tego bez szwanku. Niestety.

I tak dziś czytam notki z poprzedniego bloga. Wspierane autorytetami, cytatami z Pisma Świętego. I czytam te najnowsze. Ogromna różnica. Mniej wkładanego serca. No i przede wszystkim: tak, ja tak uważam i to jest bezwzględna prawda! Może jest… Ale nie potrafię jej już poprzeć cytatem, nie potrafię znaleźć odpowiedniego autorytetu, który stoi za moim myśleniem. Bo od roku nie mam z tym wszystkim kontaktu. Dziś wokół mnie świat. Świat studentów, na japonistyce buddystów, rastamanów, zwolenników reinkarnacji, panków, obśmiewców. Ja sam. Po co poszedłem na japoński? Bo kiedyś chciałem jechać na misje do Japonii. Może nadal chcę? Tak, chcę. Chcę skończyć teologię. Chcę wiązać życie z Bogiem, jak by to nie miało wyglądać. Ale jest ciężko. Ciężko wstać rano na 7 do kościoła, ciężko bronić Boga i Kościoła wobec buddystów, którzy identyfikują mnie „w żartach” z Radiem Maryja. Ciężko modlić się codzień, ciężko nie grzeszyć. Ciężko nie zmieniać się pod wpływem otoczenia w którym nie ma Cię kto wesprzeć. Są przyjaciele, ale są daleko. I często nie rozumieją. Często nie rozumieją, że obiecałem Bogu, że będę tylko Jego. Nie rozumieją, że do dziś nie mogę się pogodzić z tym, że nie ma mnie w Seminarium. To przykre…

Przykre, że ja też przestaję to rozumieć. Ja czy nie ja?

„Mija czas i każdy z nas, choć ten sam, jest inny…” – Wilki.

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 10 Komentarzy

Awans

Tytuł dzisiejszej notki z pewnością zabrzmi dość ironicznie w stosunku do pozostałej jej części, bo i taki jest rzeczywiście. Notka musi opowiedzieć bowiem o ogromnym upadku, który przeżyłem w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Ale skąd ten ironiczny tytuł? Otóż, jak już pisałem, w mojej paczce na studiach nadano mi ksywę ksiądz. Ania cały czas zwraca się do mnie „proszę księdza”, a i pozostali, jak tylko zrobię coś mało odpowiedniego, rzucają „księże, no co ksiądz?” Ale awans dotyczy czegoś więcej, a w tym wypadku to akurat dorobiłem się trzeciego stopnia święceń. Bo oto w pracy otrzymałem ksywkę biskup. Nie można powiedzieć, w końcu jest to słowo bardziej wymowne w swej treści, jak również przecież łatwiej wymawialne jako wołacz (boć i dwie sylaby brzmią bardziej dźwięcznie aniżeli jedna). Ale jak już mówiłem awans nie jest tu najważniejszy. Najważniejsze jest to, że z każdym kolejnym „stopniem święceń” opadam coraz niżej w swej wierze i moralności…

Wszystko zaczęło się z momentem usunięcia z seminarium. Pamiętacie wszyscy, że byłem wtedy walczący. Walczący jeszcze mocniej niż przedtem. Bo nie tylko walczyłem o świętość i życie, lecz walczyłem także o prawa każdego człowieka do swojego zdania i walki o swoje. W tym samym czasie walczyły we mnie jednocześnie dwie rzeczy: katolicka ortodoksyjność i żal do Kościoła. Ogromny żal… Ale czas mijał, z początku walczyłem jeszcze porządnie i ramię w ramię z Kościelną nauką. Potem dostałem się na studia. Jeszcze chodziłem do kościoła, jeszcze się modliłem. No i awans – zostałem „biskupem”, czyli pracownikiem restauracji McDonald’s. Zabrakło czasu na kościół. Ale czy czasu? W końcu odkąd poszedłem do pracy, wreszcie mogłem coś robić, w coś się zaangażować. Zabrakło chęci. Zaczęło się spanie po 10-11 godzin dziennie, praca i znów sen. Modlitwa jeszcze o tyle o ile, ale już po tym, jak dziecko się urodziło – okrzepła zupełnie. Pozostał żal do Kościoła (nie do całego, do pojedynczych jego przedstawicieli) i ogromna nadzieja na powrót. Nadzieja, której nie mogę oprzeć nawet na Bogu. Może mogę, ale chyba nie wierzę w jej powodzenie.

Upadek związany z moją moralnością i religijnością (chodzę do kościoła raz na tydzień, a jednocześnie jestem niedzielnym katolikiem, których tak nie znoszę) wiąże się też z upadkiem tego, kim byłem, w oczach ludzi. Z kleryka, który był na wszystkich otwarty i wszystkim chciał pomóc, stanowiąc we własnej osobie pewnien, chcąc nie chąc, autorytet, zmieniłem się w gościa który ciągle narzeka, jęczy i wszystkich sam prosi o pomoc. No i pojawił się problem z dziewczynami. Nie jestem w stanie do końca go zrozumieć, ale to wygląda tak, że kilka dziewczyn które znały mnie i szanowały jako kleryka, teraz nagle wzmożyły swoje zainteresowanie mną jako facetem. A ja sam nie wiem w czym to ma źródło, no i jak się osobiście na to zapatrywać. Zwłaszcza że, jak już napisałem, zmieniłem się i nie należę już do przesiąkniętych pobożnością chłopaków, lecz do istot czujących się niezmiernie skrzywdzonymi i w ten sposób wciąż skutecznie zatruwającymi powietrze. A jednak, nie będę nadmiernie skromny, budzę zainteresowanie, i to właśnie tych dziewczyn, które znały mnie wyłącznie jako kleryka. I nie wiem, może to jest coś co Bóg sobie tam kombinuje by znów wyprowadzić mnie na prostą. Zwłaszcza że wśród tych dziewczyn jest taka jedna… Ale… Ale mamy ten problem, Moi Mili, że nie mamy pojęcia co Bóg sobie kombinuje. Ufam Mu. Gość ma głowę na karku. Ale czy On mnie tylko kusi, czy naprawdę chce mnie wyprowadzić na prostą? Nie wiem.

Wiem, że wciąż żyję. Wiem, że czytuję Tygodnik Powszechny i książki Tishnera, co wcześniej by mi do głowy nie przyszło. Więc może nie jest jeszcze do końca tak źle? Każdego dnia próbuję się zmobilizować by wstać o godzinę wcześniej i każdego dnia śpię do południa. Każdego dnia pragnę pomodlić się więcej i każdego dnia zasypiam po króciutkim paciorku. I tylko wciąż wierzę w to, że Ten Tamten ma wobec mnie jakiś konkretny plan. I że muszę mu zaufać. I że skoro On zmartwychwstał, to może i ja wrócę. Jak Syn marnotrawny…

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 23 Komentarze