Posts Tagged With: Wakacje

Godzina w tygodniu, dzień w miesiącu, tydzień w roku

Rodzina to mąż, żona i dzieci. Taka jest skrócona i nienaukowa, ale prawdziwa definicja. Od definicji małżeństwa definicję rodziny odróżnia fragment „i dzieci”, małżeństwo to bowiem mąż i żona. Mąż i żona zaś to mężczyzna i kobieta połączeni sakramentem małżeństwa. Wprowadzam te pojęcia na początku, ponieważ chcę uwypuklić coś, o czym sam słyszę wielokrotnie, a mianowicie to, że bardzo ważna jest rodzina, ale zdecydowanie ważniejsze jest małżeństwo.

Musimy dbać o nasze dzieci, bo małżeństwo powołane jest do tego, by przyjąć i po katolicku wychować potomstwo. Przede wszystkim jednak musimy dbać o małżeństwo, ponieważ to swoją żonę wybrał sobie mąż na partnerkę na całe życie; to swojego męża wybrała dla siebie żona. Oni są parą, która wspomaga Boga w procesie stwórczym i otrzymuje potomstwo jako zadanie, ale ponieważ właśnie są parą (a nie pojedynczą osobą), muszą robić wszystko, co w ich mocy, by działać jak para, żyć jak para, kochać się jak para. Najbardziej na świecie.

Przeczytałem niegdyś w książce traktującej o wychowaniu dzieci („Rodzice w akcji” Moniki i Marcina Gajdów), że aby dobrze wychować dzieci, na dobrych i szczęśliwych ludzi, przede wszystkim należy zadbać o swoje małżeństwo. Mąż i żona bowiem, kiedy zapominają o sobie i o swoim szczęściu, starając się jak najlepiej zająć swoimi dziećmi, tracą tak naprawdę tę możliwość. Prawdą bowiem jest to, co głoszą nowoczesne, feministyczne hasełka, że nieszczęśliwa matka to nieszczęśliwe dziecko. Dodam od siebie więcej – nieszczęśliwy ojciec to także nieszczęśliwe dziecko. Feministyczne hasełka tego już nie głoszą, bowiem ich zdaniem na szczęście matki składać się powinno: dziecko w żłobku, realizowanie się w pracy przez długie godziny, wychodzenie z koleżansiami na browca w każdym możliwym momencie no i oczywiście odpowiedni partner, następny partner lub jeszcze jeden partner, zwłaszcza gdy z ojcem dziecka jest nieszczęśliwa. Tymczasem to wszystko zawsze tylko pozory szczęścia, bowiem szczęście dziecka wypływa i rodzi się nie ze szczęścia matki jako indywiduum, nie ze szczęścia ojca jako indywiduum, lecz ze szczęścia ich obojga, jako pary złączonej sakramentem, jako małżeństwa. Małżonkowie, którzy się kochają, w doskonalszy sposób kochają też dzieci. Małżonkowie, którzy są ze sobą szczęśliwi, dają dzieciom wzór szczęścia. Także wzór miłości, wzór małżeństwa i prawidłowej rodziny.

Rodzice muszą więc czasem zapomnieć o dzieciach. To brzmi głupio i jest głupie, bo tak naprawdę wcale nie należy zapominać o dzieciach. Dzieci trzeba zagospodarować z kimś zaufanym i upewnić się, że spędzą czas we wspaniały sposób. Dzieci należy zostawić tak, by mąż mógł spędzić czas ze swoją żoną, a żona ze swoim mężem. I tu pojawia się wzór, który dla mnie stanowi tytuł wpisu. Godzina w tygodniu, dzień w miesiącu, tydzień w roku. Wynika z tego, że nie żadnym wyjątkiem, lecz prawidłowością powinna być małżeńska randka raz na tydzień. Kino, kolacja, teatr, opera. Oczywiście, będzie tego kapkę więcej niż godzina, ale ta „godzina” pada tutaj raczej umownie. Ważne, by zabezpieczyć dzieci tak, aby nie musieć się nigdzie spieszyć.

Randka raz na tydzień to świetny pomysł, ale dopiero początek. Ideał sięga wyżej, dając małżonkom dzień w miesiącu. Widzę to jako „weekend z babcią” dla dzieci. Rodzice zostawiają dzieci u swoich rodziców rano, noc spędzają w hotelu, wracają następnego dnia. Po śniadaniu. Albo po obiedzie. Ale to jeszcze nie wszystko. Pozostaje bowiem tydzień w roku. Czyli wspólny urlop. Czas, w którym dzieci na dłużej pozostają pod opieką dziadków, lub innych bliskich osób, by w tym czasie rodzice mogli zająć się sobą. Wyjechać. Wczasy z dziećmi to bardzo ważna, potrzebna dla budowania więzi rodzinnych rzecz. Ale nie możemy zapominać o tym, że to małżeństwo jest najważniejsze, że my, jako dorośli ludzie, też potrzebujemy spędzać czas w swoim towarzystwie. Że potrzebujemy przypominać sobie lata swojego narzeczeństwa, kiedy jeszcze nie było dzieci, kiedy byliśmy tylko dla siebie. Czasem musimy być tylko dla siebie. Z myślą o sobie i swoich dzieciach.

Kiedy ma się dzieci starsze niż 10 lat (wszystkie) takie rozwiązanie jest z pewnością możliwe. Powtarzamy je każdemu, kogo spotkamy (a zasłyszeliśmy je na jednej z konferencji na jednych z rekolekcji), ale sami nie do końca się stosujemy. Kwestia jest logiczna – nie da się, bo nasze dzieci są jeszcze za małe. Wcześniej, kiedy był tylko Syn, randkowaliśmy regularnie. Teraz z Córką raz na tydzień jest marzeniem. Raz w miesiącu – to i tak dobrze. Czasem za mało. Ale wystarczy. „Dzień w miesiącu” mieliśmy właściwie tylko raz. W Walentynki, kiedy Synek miał rok i osiem miesięcy. Jego można było zostawić w każdym wieku z kimkolwiek. Wtedy się udało – piękny weekend, choć nie wyjechaliśmy z Warszawy. Mam nadzieję, że uda się kiedyś powtórzyć.

Gdy piszę te słowa, siedzimy wraz z Żoną w autokarze wiozącym nas na drugi w naszym życiu „tydzień w roku”, odkąd urodziło się pierwsze dziecko. Poprzednio wyjechaliśmy po 3 latach związku, po roku od urodzenia Synka. Teraz jedziemy po kolejnych 3 latach, po roku od urodzenia Córki. Nie jest tydzień w roku, ale jest około dwa na trzy lata. Też dobrze. Tym razem przed nami Paryż. Jedziemy zaleczyć nasze małżeństwo, choć wcale nie miewa się źle. Zaleczanie polega na odpoczynku, na wspólnym byciu, na spaniu do późna, na łażeniu do późna. Ważne. I potrzebne.

Kochamy nasze dzieci. Całą trójeczkę (trzecie, siłą rzeczy, musi jechać z nami). Nie chcemy ich opuszczać, zostawiać. Pragniemy, by spędziły czas z dziadkami najlepiej jak to możliwe. Wyjeżdżamy dla nich, by lepiej się nimi zajmować, by więcej im z siebie dawać. By odnowić naszą miłość, którą potem przekażemy im. Jedziemy, ponieważ by dobrze dbać o rodzinę, trzeba najpierw dobrze zadbać o małżeństwo. Bo – przeczytałem to we wspomnianej już wcześniej książce Gajdów – nie ma sakramentu rodziny. Jest sakrament małżeństwa.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy

Nie ma wakacji od Boga

Kiedyś między mną, a dobrą znajomą, koleżanką ze wspólnoty, tuż przed wakacjami (i rozejściem się naszych dróg) nastąpiła wymiana zdań prowadzona przez komunikator internetowy. Ja zapytałem: „Czy wakacje są od Boga?”. Pytanie rzecz jasna skonstruowane nieprawidłowo, co mogło wywołać odpowiedź inną od zakładanej, przy jednoczesnym podobnym myśleniu. Koleżanka odpowiedziała „Tak, wakacje są od Boga”, na co ja odparłem, że „Nie ma wakacji od Boga”. Ja źle zapytałem, koleżanka źle zrozumiała, ale myślenie było jedno. Wakacje są od Boga, ale nie ma wakacji od Boga. Wakacje są bowiem od tego, żeby wierzyć w Boga. Od tego nie ma odpoczynku.

To może się wydawać gadaniem głupiego na pustyni – przecież każdy logicznie myślący człowiek wie, że Pan Bóg nie przestaje istnieć w momencie ostatniego dzwonka. Wakacje to sygnał laby od szkoły, ale przecież nie od Boga. Każdy człowiek powinien to rozumieć, jednak przecież moja rozmowa z koleżanką nie odbywała się bez sensu. Rozmawiałem z nią na ten temat, ponieważ miała myślenie podobne do tego, jakie ma spora część młodzieży, a do tego także spora część rodziców tej młodzieży. A także część osób, które nie są niczyimi rodzicami, a w wakacje odpoczywają w szczególny sposób. Wielu ludziom, zwłaszcza młodzieży zdejmującej krawat w ostatni piątek czerwca wydaje się, że należy im się odpoczynek nie tylko od szkoły czy pracy, ale też od kościoła. Jak wolne, to wolne – bez wyjątków.

To jest myślenie na zasadzie schematów, na zasadzie konia w kieracie. Konik jedzie sobie w poniedziałek do szkoły, we wtorek do szkoły, w środę, czwartek, piątek do szkoły, w sobotę ma przerwę, w niedziele do kościoła, w poniedziałek znowu do szkoły. Czasem pójdzie na wagary w poniedziałek, czasem w środę, czasem w niedzielę. Bez różnicy. A jak się wyrwie z kieratu, to ma wolne cały tydzień. Niedziela się już nie różni ani od poniedziałku, ani od soboty. Sobota trwa dwa miesiące. Tymczasem to nie jest myślenie katolika, to nie jest myślenie osoby wierzącej. Kościół w niedzielę to nie jest bowiem odpowiednik szkoły w tygodniu. Kościół to miejsce, w którym spotykamy się z naszym przyjacielem, którym jest Bóg. Są osoby, które powiedzą, że wolą iść do lasu porozmawiać z Bogiem. Odpowiemy, że po pierwsze najczęściej wcale nie wolą, tylko zwyczajnie im się nie chce. A po drugie – w lesie nie ma Boga dotykalnego w sakramentach. Zwłaszcza w sakramencie Eucharystii. Niedzielna msza święta, czasem nudna, czasem interesująca, jest naszym cotygodniowym łącznikiem z Panem Bogiem i łącznikiem na cały tydzień. Jest momentem odświeżenia naszej wiary, przypomnienia i przebaczenia naszych grzechów, zrozumienia Bożych słów. To nie jest coś, co sobie można odwalić w roku szkolnym, a potem zrobić przerwę, bo nikt nie sprawdza. W szkole dzwonków nie ma, ale dzwonek w kościele jest. Pan Bóg nie chce, żebyśmy sobie jechali i nie zabierali Go ze sobą.

Sytuacje są różne. Nie zawsze jest tak, że ktoś sobie odpuszcza niedzielną mszę świętą, bo są wakacje. Czasem normalnie chodzi do kościoła, niedziela to niedziela, ale oto wyrusza w podróż. Na przykład jest za granicą. Albo jedzie skądś dokądś i po drodze nie ma się za bardzo jak zatrzymywać. I oto w ten sposób, zamiast rozejrzeć się za miejscowym kościołem i za miejscową mszą świętą, daje sobie spokój, bo przecież nie będzie poświęcał całych swoich planów i czasu wakacyjnego na szukanie kościoła. Pamiętam doskonale jakiego miałem kaca moralnego, kiedy w tym samym roku, w którym szedłem do seminarium, wyjechałem z rodziną za granicę. W niedzielę akurat znaleźliśmy się w obcej miejscowości, w której były baseny i na te baseny się wybieraliśmy. Rzuciłem wówczas hasło, że wszak jest niedziela i należy poszukać kościoła. Padła odpowiedź, że tu w pobliżu nie ma kościoła. Rzekłem, że trzeba pojechać do najbliższej miejscowości i tam go odnaleźć. Zostałem jednak przegłosowany, a że nie miałem możliwości działać na własną rękę, zmuszony do rezygnacji z uczestnictwa w mszy świętej niedzielnej. Zaintrygowało mnie, jak łatwo można sobie odpuścić, kiedy się chce…

Pamiętam również doskonale moment, kiedy dotarliśmy pierwszy raz do Szkocji. Ja z moją wówczas jeszcze nie Małżonką mieliśmy priorytet: znaleźć lokalną parafię i dowiedzieć się, kiedy są msze. Daga kręciła nosem, pytając, czy nie możemy sobie tutaj odpuścić. Dla nas było rzeczą naturalną: skoro kochamy Pana Boga i chcemy z Nim wiązać życie, to nie możemy sobie zrobić wakacji od Niego. Niektórym z jakichś przyczyn nie mieści się w głowie podobne rozwiązanie. Kościoła szukaliśmy długo, spacerując w piątek (27 lipca) po Paisley, wreszcie znaleźliśmy go, chyba było już po zmroku. To była katedra św. Mirina, a więc najważniejszy kościół w diecezji Paisley. Ciekawe, ponieważ działał zupełnie inaczej, niż nasze polskie katedry. Uczestniczyliśmy tam w pięknych, radosnych mszach, choć w innym języku. Mimo, że dla niektórych taka determinacja była niezrozumiała.

Jutro pierwsza niedziela wakacji. Dzieci wesoło wybiegły ze szkoły i pytanie, czy wybiegną też z kościołów. Czy tym razem także kościoły, nie tylko na Chomiczówce, będą puste, bo wakacje, wyjazd do babci, działki. Bo w wakacje są inne rzeczy do roboty, niż chodzenie do kościoła. Przypomina mi się też mój syn, który wie, mając 4 lata, że w niedzielę chodzi się do kościoła – i nawet to lubi. Wie też, że jak jest z dziadkami, tj. rodzicami swojej Żony, może kombinować i mówić, że mu się nie chce do kościoła. I ja wiem, że teraz, kiedy na początku wakacji wyjechał z nimi na wczasy, prawdopodobnie w jutrzejszą niedzielę w kościele go nie będzie.

Ja będę. Spotkamy się?

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy

Herbata z Cytrynną

„Kaszëbsczé jezora, kaszëbsczi las, Kaszëbë, Kaszëbë wòłają was” – śpiewała siedem lat temu pewna śliczna dziewczyna, która naówczas była uczennicą gimnazjum, podczas występu ze szkolnym teatrem na kaszubskim święcie wciągania tabaki. Tam też obecny był premier Tusk, który wówczas jeszcze premierem nie był i mógł sobie pozwolić na bycie tam. Siedem lat to mnóstwo czasu – Tusk jest premierem, a dziewczyna dwudziestokilkulatką (a przez swoją determinację mam z nią kontakt, choć byłem tylko cichym fanem) – a ja nigdy nie przypuszczałem, że wrócę w te tereny, które wspominam cudownie, i to niespodziewanie, z przypadku jakby.

Staram się utrzymać blog w tematyce teologicznej, ale moi stali czytelnicy wiedzą, że nie zawsze mi to wychodzi tak, jakbym chciał. Zresztą czasem chcę właśnie odwrotnie, zdarza mi się bowiem przeżywać coś, co sprawia, że nabieram ochoty na odskocznię. Ten wpis dedykuję zaś blogerce Cytrynnie, jej mężowi Piotrowi i ich latorośli – Stasiowi. Znajomość z Państwem wydawać by się mogła dziwna, gdybyśmy żyli jeszcze 10 lat temu. Dziś nadal zadziwia nas głęboko, choć już nie tak bardzo. Bo jednak niezbyt często wciąż się zdarza poznać kogoś przez internet, nawiązać kontakt poprzez komentarze na blogu, a potem spotkać się ni stąd ni zowąd, będąc zafascynowanymi sobą nawzajem. My zapraszamy, oni przyjeżdżają, a przecież znamy się tylko przez internet. Ale to nie wszytko.

Padło bowiem w pewnym momencie pytanie co by tu zrobić na majówkę. Inicjatywa wyszła on bliskich osób wiele mogących, które chciały, by dzieci pojechały nad morze powdychać jodu i chciały również ten wyjazd sfinansować. Ja jednak pomyślałem inaczej. Jeśli ktokolwiek miałby finansować wyjazd nad morze, to byłbym to ja. A przecież nad morzem mamy znajomych – więc może do nich? Idea padła i została przyjęta z radością. I tak oto na długi weekand (week and two more days) pojechaliśmy do Cytrynnów na wieś, prawie że nad morze, ale jednak nie do końca, bowiem morze znajduje się dalej od Warszawy, niż wieś. Pojechaliśmy do ludzi bliskich sobie sposobem bycia, myślenia, podejściem do spraw priorytetowych, a jednak wciąż odległych i nieznanych. I tych kilka dni pozwoliło zweryfikować i potwierdzić, że nawet wśród przypadkowo poznanych w internecie ludzi można mieć prawdziwie bratnie dusze, prawdziwych przyjaciół.

Nie mam menadżera blogowego, jako jedyny bodaj z naszej trójki, pewnie dlatego, że jestem jedynym tu blogującym mężczyzną, a to my, mężczyźni, jesteśmy menadżerami naszych żon. Dlatego nie będę raportował dokładnie całości wypadu. Było pięknie. Były Kaszuby, których się nie spodziewałem – Wdzydze Kiszewskie i Kościerzyna. Znane mi miejsca, piękne miejsca, do których wróciłem nieświadomie. Był domek, niewielki, ale bardzo przytulny, pokoik dla naszych dzieciaczków i salon z kuchnią do jedzenia (i tycia) oraz grania w planszówki. Była sesja Warhammera, prowadzona przeze mnie także z przypadku, po 10 latach odkąd ostatnim razem byłem mistrzem gry. Był odpoczynek od internetu, od komputera. Była cisza i spokój. I bliskość wspaniałych ludzi, którzy pozwolili nam spędzić czas w sposób zdecydowanie bardziej piękny, niż spędzilibyśmy go sami, gdzieś w nadmorskim kurorcie.

Kaszuby wspominam bardzo miło. Teraz będę wspominał je jeszcze milej i jeszcze bardziej będę tęsknił. Siedzę, piszę, zjadam stworzone przez Cytrynnę tiramisu, którego wczoraj było za dużo, a dzisiaj brakuje… Was też nam brakuje! Piotr, potrafiący bez skrępowania wyrazić swoje uczucia, powiedział mi wczoraj przez telefon „Tęsknimy, bardzo tęsknimy”. My też tęsknimy. I mamy nadzieję na szybką powtórkę z rozrywki.

I żeby królik pobiegał jeszcze po dworze, bo teraz siedzi w klatce jakiś osowiały…

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Wakacje

wakacjePora na dobranoc, bo już księżyc świeci!
Dzieci lubią misie.
Misie lubią dzieci.

Czas na wakacje. Do zobaczenia kiedyś, gdzieś. Może.

Mimo wielu różnych nieporozumień – miło było Was u siebie gościć.

A jeśli kogoś w czymś uraziłem – najmocniej przepraszam.

No to narta!

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 8 Komentarzy

Here I go again on my own…

I znów trochę mylący tytuł. „On my own” nie znaczy bowiem w tym wypadku tego, że jestem sam, nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi, niech mnie ktoś przytuli. Nie, wręcz przeciwnie. Są przyjaciele (głównie Qrczaki, ale można naliczyć kilkoro innych, niezrzeszonych), jest wspaniała dziewczyna (także Qrczak), jest rodzina i nawet pies jest. „On my own” w tym wypadku oznacza raczej coś takiego, że oto wróciłem do punktu wyjścia i muszę zacząć wszystko, lub prawie wszystko, od początku. Rzgów pożegnałem i sądzę, że już na zawsze. Po ostatnim tygodniu spędzonym tam z moją Panią spakowałem manatki i wywiozłem cały nagromadzony przez rok sprzęt nowym Volkswagenem (moich rodziców) do Skarżyska. Trzeba przyznać, że trochę było nam ciasno z Moniką na tylnym siedzeniu, bo ponad połowę owego zajmowały bagaże (te które się nie upchnęły w bagażniku), a Tata i tak był zadowolony, że udało się wszystko zmieścić. No ale właśnie tak pożegnałem Rzgów.

Wraz ze Rzgowem pożegnałem McDonalda. Jeju, nie wiecie (może niektórzy wiedzą…) jaka to ulga, zakończyć pół roku ciężkiej pracy do której zmusiła cię sytuacja życiowa bardziej niż własny wybór. Ja mam dopiero 21 lat i w dalszym ciągu pragnę zostać umysłowcem. Naukowcem – to możliwe. Ale nie lepiarzem hamburgerów. Trochę było szkoda rozstawać się ze znajomymi, trzeba bowiem stwierdzić, że ekipa doborowa, ale nie ma róży bez kolców, jak to mówią. Żadnych pieniędzy nie udało mi się zaoszczędzić, choć jeszcze przede mną pensja za czerwiec więc kto wie, może przetrwa do końca wakacji. Mama się denerwuje bo zachciewa mi się własnego peceta (choćby po to, by móc pisać tego bloga częściej niż raz w miesiącu) ale nie mam własnych oszczędności. A może ktoś mi powie jak można oszczędzić coś z 500 złotych pensji miesięcznie?

Ale najciekawszy wybór to porzucenie polonistyki. Cóż, trzeba przyznać, że już od połowy tego roku akademickiego twierdziłem, że studia zaoczne to coś absolutnie nie dla mnie, ale skoro już zapłaciliśmy te 3600 złotych za rok, to Mama poprosiła bym się postarał go zaliczyć. No i się postarałem… No dobrze. Może się nie starałem. Ot, ironia. Gościu któremu najmniej zależało, bo i tak rezygnuje, zaliczył wszystkie egzaminy. Na tróję bo na tróję, ale bezsprzecznie zostałem przyjęty na drugi rok. Tym czasem moi przyjaciele Ania i Piotr (ostatnia para z naszej paczki trwająca przy polonistyce) oblała Staropolską, choć kuli. Isn’t that ironic? Wprawdzie papierów jeszcze nie zabrałem (czekam na podbicie indeksu), ale już wiem że polonistyka – adieu!

No i oto znów podążam, całkiem sam. Bez pieniędzy, bez studiów, bez pracy, bez lokalu. Co dalej? Albin ma mieszkanie, ale raczej nie ma na nie co liczyć póki co. Więc trzeba będzie poszukać czegoś nowego w Łodzi. Tak, zostaję w Łodzi, i chyba już wspominałem, że planuję japonistykę. Jeszcze nim trafiłem do Seminarium, już mi świtało w głowie pragnienie zostania japonistą. W Łodzi jest podobno najlepsza prywatna szkoła zajmująca się takimi sprawami. Mają i japonistykę, i skandynawistykę, i iberystykę, i sinologię. Tak więc składam papiery do WSSM. Po raz trzeci na pierwszy rok. „Bo ja bardzo lubię swoją klasę, zwłaszcza gdy jest pierwsza”. Z nadzieją, że to wreszcie uda mi się skończyć. Co do pracy, mam ambicję by pisać do jakiejś gazety, ale to już się trzeba będzie zastanowić później. Póki co – nie mam pomysłów. Mieszkanie, studia, praca… Najlepiej komputer z internetem…

Wakacje! Hura, hura, hura! Nareszcie mam wakacje, po najbardziej powalonym, pomylonym i najcięższym roku mojego życia! Nareszcie mogę się opalać na plaży obok Najpiękniejszej Kobiety Świata (i obok innych Qrczaków, z mym bratem na czele), mogę planować długie wędrówki po Górach Świętokrzyskich, mogę iść na pielgrzymkę do Częstochowy, mogę spać do której mi się tylko podoba! Wakacje! Co zamierzam? No, powiedzmy, że możecie oczekiwać częstszych notek, częstszych odwiedzin u Was, powróci również forum (już nad nim pracuję). Będzie tak jak w poprzednie wakacje, a może nawet lepiej. Ale póki co kończę. Kończę tą jak najmniej obrończo-życiową-i-świętościową notkę i pozdrawiam! A dziś i tak będę siedział do późna przy kompie ;P.

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy