Posts Tagged With: Wiara

Wierząca żona, wierzący mąż

Kiedy człowiek wchodzi w dorosłość i zaczyna się zastanawiać nad związaniem się na stałe z innym człowiekiem, zadaje pytania o priorytety. Jakie cechy powinny łączyć go z potencjalnym współmałżonkiem? Podobne zainteresowania, jednakowe wykształcenie, a może samodzielność i niezależność? Wielokrotnie – zwłaszcza wśród katolików – pada też pytanie o wiarę. Czy człowiek, z którym chcę wiązać przyszłość, powinien być wierzący? Niejednokrotnie spotkać można osoby wprawdzie mocno zaangażowane w życie Kościoła, ale upierające się jednocześnie, że nie mają zamiaru wiązać się z „fanatykami religijnymi”. Jeśli bowiem ktoś się naprawdę podoba, to kwestia wiary nie jest barierą. Czy mają rację?

W pierwszej kolejności powinno się samemu posegregować to, co w życiu ważne. Każdy logicznie myślący wierzący człowiek musi dojść do wniosku, że o ile z naszej perspektywy „wiara” stanęłaby być może gdzieś między „miłością” a „wiernością” (lub dowolną inną cechą), o tyle zupełnie inaczej wygląda to z perspektywy Boga. Miłość, jak wiemy, jest największa (większa jest od wiary i nadziei, jak pisał święty Paweł), ale prawdziwa miłość nie może istnieć bez Boga. Przy dłuższym zastanowieniu trzeba przyznać, że nic tak naprawdę nie może istnieć bez Boga. Ludzie, wielcy w swoich oczach, pozostają pojedynczymi ziarnami piasku na pustyni przy ogromie Bożych mocy i Bożego stworzenia. Jeśli zatem my, myśląc po ludzku, ustawiamy sobie kwestię wiary jako jedną z wielu cech, które weźmiemy pod uwagę przy wyborze małżonka, to nie może już ona być jedną z wielu, gdy przyjdzie nam stanąć przed Panem twarzą w twarz.

Ludzkie życie jest tylko chwilą w porównaniu do wieczności u boku Boga. Zajmujemy tylko nic nieznaczącą przestrzeń wobec nieskończoności, do której powołał nas Pan. Wkładanie wiary między inne cechy świadczy o przywiązaniu człowieka do ziemskich spraw. Naturalne zaś, skoro nasze życie ma być drogą do zbawienia, jest ustawianie wiary jako podstawowej cechy osoby, z którą będzie trzeba tę drogę przejść. Ponieważ z osobą, z którą wejdziemy w związek małżeński, będziemy musieli spędzić resztę życia, to przede wszystkim powinno to być życie, w ciągu którego nawzajem prowadzimy się drogą do nieba.

Człowiek, który ma zostać naszym życiowym partnerem, może posiadać mnóstwo pozytywnych cech. Może być piękny lub przystojny, bogaty, mądry, zaradny, oczytany. Ale ponieważ będzie towarzyszył nam już zawsze, musi pomagać nam, a nie przeszkadzać w dążeniu do spotkania z Bogiem w niebie. Dlatego warto, przy poszukiwaniu małżonka skupić się najpierw na tym, czy jest wierzący i czy – kiedy już przyjmiemy sakrament małżeństwa – będzie dobrym towarzyszem w wierzeniu Bogu i ufaniu Mu.

Aby nie pozostawać tylko w sferze spraw pozaziemskich, warto spojrzeć perspektywicznie także na ludzką doczesność. Jest to nic w porównaniu z wiecznością, ale jednocześnie wszystko, na co mamy wpływ i cała nasza droga ku owej wieczności. Dlatego bardzo ważne jest zastanowienie się nad tym, jak nasze życie będzie wyglądało, gdy zwiążemy je z kimś niewierzącym. Kłopoty pojawią się już prawdopodobnie w czasie narzeczeństwa. Będą one dotyczyły zapewne zachowania czystości do ślubu – ponieważ człowiek nie mający w sercu Boga często nie rozumie potrzeby wstrzemięźliwości „skoro się kochamy”. Problemy katolików mogą nawarstwiać się w momencie samej celebracji sakramentu, kiedy to sakrament jest udzielany jednostronnie, a dla współmałżonka często nie ma praktycznego znaczenia. Następnie mogą pojawić się kłopoty z pożyciem małżeńskim, jako że ludzie niezwiązani z Kościołem w sposób bardzo ścisły najczęściej nie potrafią pojąć chrześcijańskiej etyki seksualnej (dotyczy do zwłaszcza odrzucenia antykoncepcji). Może się okazać, że aby utrzymać dobre relacje małżeńskie, osoba wierząca będzie musiała zrelatywizować swoje podejście do wierności Bogu, a przez to przestawi kwestię zbawienia na dalszy plan.

Jeszcze więcej trudności bywa spowodowanych różnicami w poglądach na wychowanie dzieci. Nie-katolicy często nie chcą chrzcić dziecka, sądząc że powinno ono samo podjąć decyzję o swojej przynależności religijnej. Jeśli jednak nawet zgodzą się na sakrament, mogą nie zgadzać się lub przynajmniej utrudniać regularne uczestnictwo potomka we mszy świętej. Bywa tak, że rodzic, dbając o wychowanie i edukację swoich dzieci, chce zapisać je do szkoły katolickiej. Spotyka jednak silny opór drugiego z rodziców, który sprzeciwia się „indoktrynowaniu” dzieci. Na koniec może okazać się, że dziecko odbierze zachowanie niewierzącego rodzica jako „fajniejsze” i będzie wolało pójść w jego ślady – na przykład grać w niedzielę na konsoli, zamiast iść do kościoła.

Szereg doczesnych kłopotów mogących wynikać z wybrania sobie niewierzącego małżonka należy przeciwstawić korzyściom płynącym z faktu, że zarówno mąż, jak i żona, są wierzący. Potwierdzone jest, że ludzie naprawdę żyjący wiarą dużo rzadziej się rozstają, bardziej się wspierają i w bardziej konstruktywny sposób przeżywają porażki lub nieszczęścia (takie jak choroba dziecka, a nawet zdrada małżeńska). Badania przeprowadzone jakiś czas temu przez amerykańską psycholog Mercedes Arzur Wilson pozwalają nam dojść do wniosku, że liczba rozwodów wśród osób naprawdę wierzących (i stosujących metody naturalnego planowania rodziny) jest bardzo niska. O ile bowiem ogólnie rozwodzi się w USA 50% małżeństw, o tyle wśród katolickich małżeństw sakramentalnych jest to już tylko 33%. Jeśli małżeństwa te chodzą co niedzielę do kościoła, rozwodzą się tylko w 2% przypadków. Te zaś, które oprócz tego modlą się codziennie i przestrzegają zasad etyki chrześcijańskiej, rozwodzą się tylko w 1 przypadku na 1429 (czyli 0,07%).

Warto zatem uświadomić sobie, że skoro najważniejszym celem człowieka jest zbawienie, to powinien on podejmować wszystkie swoje decyzje, myśląc o zbawieniu. Zwłaszcza te decyzje, które dotyczą całego jego dalszego życia. I trzeba sobie postawić pytanie, czy mój współmałżonek ma mi być przeszkodą, czy pomocą w dążeniu do tego celu? Czy lepiej, byśmy szli wspólnie, ramię w ramię ku Bogu, czy bym to ja musiał dźwigać jego, przy aktywnym jego oporze, narażając się nie tylko na porażki, ale i na własną utratę wiary. A utrata wiary oznacza decyzję o odrzuceniu zbawienia. Warto o tym pamiętać.

____________________________________

Tekst ukazał się na stronie internetowej wRodzinie.pl.

We wpisie zastosowano zdjęcie autorstwa victoriagoldveber ze strony internetowej Foter.com / CC BY-SA

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Postaw wszystko na jedną kartę

Kiedy studiowałem teologię bardzo mierził mnie przedmiot teologia duchowości. Teoria modlitwy i różnych szkół duchowości – nie czułem się w tym najlepiej. Nie w tym rzecz, że nie lubiłem teorii. Teoria to dla mnie najbardziej satysfakcjonująca część nauk teologicznych. Teoria dotycząca prawdziwości Pisma Świętego, dotycząca życia Chrystusa, Jego istoty. Teoria dotycząca dogmatów. Nie lubiłem teologii duchowości, bo teoria i duchowość nigdy nie szły mi w parze. Dla mnie duchowość to wtedy była sprawa indywidualna. Każdy człowiek ma swoją duchowość, a więc swój sposób przeżywania bliskości z Bogiem i nie zgadzałem się z tym, że da się to ubrać w teorię. Oczywiście nie do końca miałem rację, ale do teologii duchowości nigdy się jakoś nie przekonałem.

W teologii wciągnęła mnie teoria właśnie i te przedmioty, w których teoria przekładać się miała na praktykę, a nie praktyka na teorię. Zaangażowałem się więc w zajęcia z teologii fundamentalnej, trochę mniej z dogmatycznej, obocznie zaś z moralnej, a duchowości pozostawiłem na szarym korku. Teologia nigdy nie doprowadziła mnie także do utraty wiary – czym straszyli niektórzy. Nie miałem wątpliwości w istnienie Boga. Teorie fundamentalne i dogmatyczne jeszcze mnie w tej wierze utwierdzały. Po niedługim czasie przestałem sobie niestety zdawać sprawę z tego, że nie wystarczy wierzyć w Boga. Przede wszystkim należy wierzyć Bogu.

teologiaTeoria teologii powinna pchać w stronę praktyki, a ja zatrzymałem się na teorii. Odrzuciłem też przedmiot, ten który na praktyce się opierał, jako zbyt nieteologiczny. Bardzo szybko zapomniałem, że żywa wiara to nie wiara w dogmaty czy fakty o Jezusie, lecz bycie z tymże Jezusem w prawdziwej relacji. To wiara w obecność Jezusa w naszym życiu, w naszej codzienności. Modlitwa to nie odklepywane paciorki, lecz rozmowa z samym Bogiem. Nawet jeśli odmawiamy różaniec, nie jest on tylko przesuwanymi koralikami, lecz byciem z Bogiem, w Jego towarzystwie. Moja teologia, moje bycie „wybitnym” teologiem oparło się zatem na teorii, na Jezusie historycznym, na dogmatach i moralnym napominaniu, a nie na żywej wierze i kontakcie z Chrystusem zmartwychwstałym. Nie chcę przy tym powiedzieć, że żałuję, iż jestem piewcą dogmatyki, historyczności Jezusa i moralności katolickiej. To wszystko bardzo ważne rzeczy, które w odpowiedni sposób wykorzystane doprowadzą nas do prawdziwego Zbawiciela. Jednak bez duchowości, bez osobistej, prawdziwej wiary, bez osobistego kontaktu z Bogiem te teorie są tylko czczą gadaniną.

Miewam takie momenty w życiu, gdy zdaję sobie sprawę z małości mojej osobistej wiary. Gdy zdaję sobie sprawę, że w każdym większym fragmencie Pisma Świętego jestem w stanie znaleźć mniejszy fragment, który nakazuje mi napominać bliźniego. Że zwracam właśnie uwagę na tę teorię, ewentualnie praktykę u innych, ale omijam ją u siebie. Ostatnio po raz kolejny zdałem sobie sprawę z tego, że w moim życiu nie trzeba tylko ludzi, do których mogę przemawiać, którym mogę dawać rady, lecz przede wszystkim realnej obecności Chrystusa, takiego tu i teraz, obok mnie, szepczącego do ucha, albo wręcz wrzeszczącego. I po raz kolejny zdałem sobie sprawę, że nie można być teologiem, nawet takim wcale niewybitnym, jeśli nie żyje się wiarą, jeśli nie przyjaźni się z Jezusem, jeśli nie rozmawia się z Bogiem w swojej codzienności.

Momentem, w którym zdałem sobie z tego sprawę, nie był moment, w którym dowiedziałem się o śmierci naszego trzeciego dziecka. To wydarzenie miało miejsce tydzień wcześniej, w czasie spotkania wspólnoty Domowego Kościoła. Przeżyłem najpierw bardzo budującą spowiedź. Potem usłyszałem kilka mądrych słów już na samym spotkaniu. Wreszcie rozmowa z moją Żoną pozwoliła mi zrozumieć, że za bardzo dążę do krytyki innych, a za mało wgłębiam się we własną relację z Jezusem. Tydzień później dowiedziałem się, że straciliśmy dziecko, ale już od tygodnia pracowałem nad swoją wiarą. Bardzo trudne wydarzenie nie sprawiło, że moja wiara się rozproszyła – wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej się wzmocniła. Zacząłem odmawiać nowennę pompejańską – o niej jeszcze napiszę z pewnością. Zbliżyłem się do Boga ponownie. I choć pewnie będę się jeszcze od Niego oddalał, to mam nadzieję, że nigdy na tyle daleko, bym nie mógł doń znów powrócić.

Nie piszę tej notki tylko po to, by przed kimkolwiek się korzyć. Piszę ją, bo jak zwykle mam pokusę moralizowania i wskazywania palcem w stronę innych. W sumie od tego mam Was, drodzy czytelnicy. Piszę ją po to, by wszyscy, do których dotrę mogli dowiedzieć się, że można nie wiem jak wiele teoretyzować, nie wiem do jak wielu cytatów z Pisma Świętego sięgać, nie wiem jak często chodzić do kościoła, ale bez prawdziwej, żywej relacji z Chrystusem to wszystko są śmieci. To wszystko do wyrzucenia.

Należy w życiu wszystko postawić na jedną kartę. Wszystko postawić na ostrzu noża. Pozamykać wszystkie pouchylane furtki, by pozostać w ciasnym, ale bezpiecznym pomieszczeniu – pomieszczeniu miłości Pana Boga. Jest tylko jedna karta, na którą warto postawić w życiu wszystko, a tą kartą jest Jezus Chrystus. Jeśli zatem zaczniemy w naszym życiu od zaufania Panu, On pomoże nam poukładać wszystkie nasze teorie, moralności i upomnienia. Życzę Wam tego z całego serca!

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 komentarze

Nie ma wakacji od Boga

Kiedyś między mną, a dobrą znajomą, koleżanką ze wspólnoty, tuż przed wakacjami (i rozejściem się naszych dróg) nastąpiła wymiana zdań prowadzona przez komunikator internetowy. Ja zapytałem: „Czy wakacje są od Boga?”. Pytanie rzecz jasna skonstruowane nieprawidłowo, co mogło wywołać odpowiedź inną od zakładanej, przy jednoczesnym podobnym myśleniu. Koleżanka odpowiedziała „Tak, wakacje są od Boga”, na co ja odparłem, że „Nie ma wakacji od Boga”. Ja źle zapytałem, koleżanka źle zrozumiała, ale myślenie było jedno. Wakacje są od Boga, ale nie ma wakacji od Boga. Wakacje są bowiem od tego, żeby wierzyć w Boga. Od tego nie ma odpoczynku.

To może się wydawać gadaniem głupiego na pustyni – przecież każdy logicznie myślący człowiek wie, że Pan Bóg nie przestaje istnieć w momencie ostatniego dzwonka. Wakacje to sygnał laby od szkoły, ale przecież nie od Boga. Każdy człowiek powinien to rozumieć, jednak przecież moja rozmowa z koleżanką nie odbywała się bez sensu. Rozmawiałem z nią na ten temat, ponieważ miała myślenie podobne do tego, jakie ma spora część młodzieży, a do tego także spora część rodziców tej młodzieży. A także część osób, które nie są niczyimi rodzicami, a w wakacje odpoczywają w szczególny sposób. Wielu ludziom, zwłaszcza młodzieży zdejmującej krawat w ostatni piątek czerwca wydaje się, że należy im się odpoczynek nie tylko od szkoły czy pracy, ale też od kościoła. Jak wolne, to wolne – bez wyjątków.

To jest myślenie na zasadzie schematów, na zasadzie konia w kieracie. Konik jedzie sobie w poniedziałek do szkoły, we wtorek do szkoły, w środę, czwartek, piątek do szkoły, w sobotę ma przerwę, w niedziele do kościoła, w poniedziałek znowu do szkoły. Czasem pójdzie na wagary w poniedziałek, czasem w środę, czasem w niedzielę. Bez różnicy. A jak się wyrwie z kieratu, to ma wolne cały tydzień. Niedziela się już nie różni ani od poniedziałku, ani od soboty. Sobota trwa dwa miesiące. Tymczasem to nie jest myślenie katolika, to nie jest myślenie osoby wierzącej. Kościół w niedzielę to nie jest bowiem odpowiednik szkoły w tygodniu. Kościół to miejsce, w którym spotykamy się z naszym przyjacielem, którym jest Bóg. Są osoby, które powiedzą, że wolą iść do lasu porozmawiać z Bogiem. Odpowiemy, że po pierwsze najczęściej wcale nie wolą, tylko zwyczajnie im się nie chce. A po drugie – w lesie nie ma Boga dotykalnego w sakramentach. Zwłaszcza w sakramencie Eucharystii. Niedzielna msza święta, czasem nudna, czasem interesująca, jest naszym cotygodniowym łącznikiem z Panem Bogiem i łącznikiem na cały tydzień. Jest momentem odświeżenia naszej wiary, przypomnienia i przebaczenia naszych grzechów, zrozumienia Bożych słów. To nie jest coś, co sobie można odwalić w roku szkolnym, a potem zrobić przerwę, bo nikt nie sprawdza. W szkole dzwonków nie ma, ale dzwonek w kościele jest. Pan Bóg nie chce, żebyśmy sobie jechali i nie zabierali Go ze sobą.

Sytuacje są różne. Nie zawsze jest tak, że ktoś sobie odpuszcza niedzielną mszę świętą, bo są wakacje. Czasem normalnie chodzi do kościoła, niedziela to niedziela, ale oto wyrusza w podróż. Na przykład jest za granicą. Albo jedzie skądś dokądś i po drodze nie ma się za bardzo jak zatrzymywać. I oto w ten sposób, zamiast rozejrzeć się za miejscowym kościołem i za miejscową mszą świętą, daje sobie spokój, bo przecież nie będzie poświęcał całych swoich planów i czasu wakacyjnego na szukanie kościoła. Pamiętam doskonale jakiego miałem kaca moralnego, kiedy w tym samym roku, w którym szedłem do seminarium, wyjechałem z rodziną za granicę. W niedzielę akurat znaleźliśmy się w obcej miejscowości, w której były baseny i na te baseny się wybieraliśmy. Rzuciłem wówczas hasło, że wszak jest niedziela i należy poszukać kościoła. Padła odpowiedź, że tu w pobliżu nie ma kościoła. Rzekłem, że trzeba pojechać do najbliższej miejscowości i tam go odnaleźć. Zostałem jednak przegłosowany, a że nie miałem możliwości działać na własną rękę, zmuszony do rezygnacji z uczestnictwa w mszy świętej niedzielnej. Zaintrygowało mnie, jak łatwo można sobie odpuścić, kiedy się chce…

Pamiętam również doskonale moment, kiedy dotarliśmy pierwszy raz do Szkocji. Ja z moją wówczas jeszcze nie Małżonką mieliśmy priorytet: znaleźć lokalną parafię i dowiedzieć się, kiedy są msze. Daga kręciła nosem, pytając, czy nie możemy sobie tutaj odpuścić. Dla nas było rzeczą naturalną: skoro kochamy Pana Boga i chcemy z Nim wiązać życie, to nie możemy sobie zrobić wakacji od Niego. Niektórym z jakichś przyczyn nie mieści się w głowie podobne rozwiązanie. Kościoła szukaliśmy długo, spacerując w piątek (27 lipca) po Paisley, wreszcie znaleźliśmy go, chyba było już po zmroku. To była katedra św. Mirina, a więc najważniejszy kościół w diecezji Paisley. Ciekawe, ponieważ działał zupełnie inaczej, niż nasze polskie katedry. Uczestniczyliśmy tam w pięknych, radosnych mszach, choć w innym języku. Mimo, że dla niektórych taka determinacja była niezrozumiała.

Jutro pierwsza niedziela wakacji. Dzieci wesoło wybiegły ze szkoły i pytanie, czy wybiegną też z kościołów. Czy tym razem także kościoły, nie tylko na Chomiczówce, będą puste, bo wakacje, wyjazd do babci, działki. Bo w wakacje są inne rzeczy do roboty, niż chodzenie do kościoła. Przypomina mi się też mój syn, który wie, mając 4 lata, że w niedzielę chodzi się do kościoła – i nawet to lubi. Wie też, że jak jest z dziadkami, tj. rodzicami swojej Żony, może kombinować i mówić, że mu się nie chce do kościoła. I ja wiem, że teraz, kiedy na początku wakacji wyjechał z nimi na wczasy, prawdopodobnie w jutrzejszą niedzielę w kościele go nie będzie.

Ja będę. Spotkamy się?

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 9 komentarzy

Święty Jan Paweł od Kremówek

Aktualny stan rzeczy dotyczący Papieża Polaka doskwiera mi od wielu lat. Przeszkadzało mi to już właściwie jeszcze kiedy Jan Paweł II żył, a ja byłem w liceum. Pamiętam moment, kiedy z rodziną wybrałem się na wycieczkę do Wadowic, by odwiedzić miasto, z którego papież się wywodził. To, co najbardziej zapamiętałem z wycieczki, to rynek miasteczka, wokół którego roiło się od cukierni specjalizujących się w sprzedaży kremówek. Choć z chęcią zjadłem jedną (która prawdopodobnie do kremówki, na którą po maturze chodził Karol Wojtyła nie miała wiele wspólnego) i jedną zawiozłem swojej ówczesnej narzeczonej, ten stan rzeczy zaczynał mnie powoli irytować. Kumulacja nastąpiła jednak już po śmierci papieża. Pojęcie „Nasz papież”, które istniało przecież wcześniej, teraz nabrało nowego znaczenia. Gazeta Wyborcza wykorzystała chociażby to pojęcie, by wzbogacić się na gawiedzi, chcącej kupić wszystkie ery, bery, pompki i rowery związane z „naszym” papieżem. „Naszym” czyli papieżem Polakiem. Jedynym właściwym na stanowisku papieża. I nawet długo długo w pontyfikat Benedykta XVI nadal pojawiały się sytuacje, gdy mówiąc „papież” miało się na myśli Jana Pawła II. Dziś na stolicy piotrowej Franciszek, a „papież” nadal jest ten sam.

Co się jednak dzieje w mediach czy wśród pospołu, to naprawdę małe piwo. Największa nerwówka łapie mnie kiedy widzę to, co dzieje się w parafiach. We wszystkich parafiach. A jeśli istnieją takie, w których się nie dzieje, to chyba tylko jakiś chlubny wyjątek. Parafia musi bowiem mieć swój pomnik Jana Pawła II. Pomnik, choćby najbardziej paskudny, przed kościołem musi być. Jeśli nie stać parafii, albo z jakichś powodów nie widzi miejsca na pomnik u siebie, stawia figurkę jedynego papieża we wnętrzu kościoła. A nawet jeśli nie stawia figurki, to tworzy kapliczki w nawach bocznych, poświęcone najwspanialszemu wśród papieży. Jeśli w kościele znajduje się jeden obraz Jana Pawła II, to naprawdę wspaniale. Przepisy liturgiczne mówią, że we wnętrzu świątyni może znajdować się tylko jeden wizerunek danego świętego. Jana Pawła II jednak takie obostrzenia nie dotyczą – można spotkać po dwa lub trzy wizerunki. No i obowiązkowo należy się starać o relikwie Jana Pawła II. W mojej parafii są. Comiesięczne błogosławieństwo kobiet spodziewających się dziecka lub modlących się o nie zostało zmienione na comiesięczne błogosławieństwo relikwiami Jana Pawła II. Przestaliśmy z żoną chodzić po błogosławieństwo…

A dziś przeczytałem, że w Częstochowie budują największy ze wszystkich pomników Jana Pawła II. Podobno zlecił to właściciel parku miniatur. Najnowsza miniatura ma mieć 14 metrów i być widoczna z każdego zakątka miasta. Czy to już szczyt wszystkiego, czy jeszcze można zrobić więcej dla tego bałwochwalczego kultu?

Żeby było jasne – Jan Paweł II był moim zdaniem świetnym papieżem. Zrobił naprawdę wiele nie tylko dla ekumenizmu, ale też dla rodziny, dla Kościoła na innych kontynentach. Napisał wiele ciekawych, mądrych, choć trudnych encyklik czy adhortacji. Jana Pawła II naprawdę cenię za to, jak działał i czego nauczał. Jestem jak najbardziej zwolennikiem wyniesienia go za to wszystko na ołtarze, bo dokonał w imieniu Pana wielkich rzeczy. Nie śmiałem jednak, jak co poniektórzy, powiedzieć przed beatyfikacją, że uważam Jana Pawła II za świętego. Czekałem cierpliwie na wyrok Rzymu i Nieba i powiem szczerze, że mi się nie spieszyło. Denerwuje mnie potrójnie pośpiech z wynoszeniem Jana Pawła II do grona błogosławionych, w momencie kiedy tłum nie mający o „pięknie umierającym” papieżu zielonego pojęcia, krzyczy „Santo subito!”. Denerwuje mnie wciskanie Jana Pawła II gdzie się da. Nie lubię już wszechbędącej Barki, nie cierpię przesłodkiej kremówkowości. Nie oszukujmy się bowiem, najważniejsze zdaniem wielu w Janie Pawle II było to, że był Polakiem i lubił kremówki. I przez tę polskość, i przez te kremówki teraz Jan Paweł II musi być wszędzie. W każdej polskiej parafii i w każdym polskim kościele. Wcisnęli go nawet do modlitwy Krucjaty Wyzwolenia Człowieka i widać, że wcale nie jest mu tam wygodnie. „Chcemy wraz z Tobą i z oddanym Ci całkowicie błogosławionym Janem Pawłem II stanąć pod krzyżem Chrystusa, wyznając, iż tylko zjednoczenie z Nim w miłości, której wyrazem jest ofiara, może wyzwolić życiodajną i macierzyńską moc dla ratowania tych, którzy stali się niewolnikami dlatego, że utracili zdolność miłowania czyli posiadania siebie w dawaniu siebie”. Powiedzcie szczerze: co nam daje wtrynienie tam błogosławionego? Satysfakcję chyba tylko, że go tam wtryniliśmy…

Kult Jana Pawła II nie wygląda w Kościele polskim jak kult jakiegokolwiek innego świętego. Zdecydowanie nie jest to kult przez świętego do Boga. Błogosławienie relikwiami JPII, więcej podobizn niż wizerunków Chrystusa, dodawanie go do przeróżnych modlitw, prześciganie się w gorliwości i pojedynki na pomniki – to zdecydowanie jest kult bałwochwalczy. Do tego coroczne kalendarze opatrzone Janem Pawłem II całującym dzieci, Janem Pawłem II robiącym okularki, Janem Pawłem II wypuszczającym gołębia i Janem Pawłem II jedzącym kremówki – nieważne że po maturze (bo, jak powiadają, wówczas były alkoholizowane, ale kto zrozumiał dowcip ten trąba)… Monety z Janem Pawłem II, kubeczki i T-shirty z ckliwymi hasełkami nieistniejącego pokolenia JPII… Wszystkiego od zatrzęsienia, a prawdziwej wiedzy na temat błogosławionego, prawdziwej wiary w Boga za pośrednictwem brak. Jest uwielbienie dla polskości, ekumeniczności i kremówek…

Mam naprawdę dość powoływania się na Jana Pawła II wtedy tylko, kiedy to jest wygodne, albo kiedy przyniesie korzyści finansowe (np. sprzedaż kalendarzy). Wolę powoływanie się na Jezusa Chrystusa. I pamięć, że Jan Paweł II był tylko Jego uniżonym sługą.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 7 komentarzy

O blogu i o Bogu

Witajcie serdecznie na moim blogu!

Jestem Maurycy – i tak możecie się do mnie zwracać, będzie mi bardzo miło. Drugi człon – Teo – to nie moje nazwisko, lecz skrót od „teologia ogólna”. Jestem bowiem studentem Teologii Ogólnej. Nie jest to chyba mój pomysł na przyszłość, bo nie wiem jeszcze co mogę robić po jej ukończeniu. Jest to raczej moje hobby, moje wielkie zamiłowanie, moje ogromne spełnione marzenie. W tej chwili studiuję na trzecim roku, mam nadzieję, że wytrwam do końca. Hobbystycznie piszę, choć dopiero od niedawna mam pewne możliwości współpracy z jakimś medium pisanym tak trochę bardziej na poważnie. Założenie tego bloga ma również związek z moim pisarskim hobby. Ogólnie przypuszczam, że może się zdarzyć, iż właśnie z pisaniem (przy czym widzę ogromny związek z teologią) zwiążę swoją przyszłość. Lub, w ostateczności, zostanę katechetą :).

Prywatnie jestem żonaty, a już wkrótce spodziewam się wyjścia na świat naszego pierwszego dziecka. Weekendami pracuję, by utrzymać rodzinę na jakimkolwiek poziomie, w ciągu tygodnia zaś się uczę. Moje życie niewątpliwie dąży do ogromnej szczęśliwości, której przedsmak mam możliwość czuć już tu, na ziemi. Tą szczęśliwością jest, rzecz jasna, życie wieczne, w co mocno wierzę.

Jestem katolikiem. Jeśli jeszcze o tym nie wspominałem, to robię to teraz. Całym moim życiem kieruje Bóg – a ja w życiu kieruję się Bogiem. Jego słowami, czynami, nauką. Raduję się ogromnie, ponieważ wiem, że Bóg stworzył świat – w tym także człowieka, który stał się koroną stworzenia, uczyniony na obraz i podobieństwo Boga. Wiem też, że człowiek zgrzeszył, poddał się złej woli i dał się skusić przez szatana. Tym większa jest moja radość gdy przypomnę sobie, że Bóg zesłał swego jedynego Syna, Jezusa Chrystusa, na ziemię, by odkupił nas od grzechu i wyrwał spod władzy szatana poprzez swoją śmierć i zmartwychwstanie. Pomyślcie, czy to nie jest niesamowite, że Ktoś umarł za nasze grzechy, po to, by pokonać szatana, a gdy wszyscy myśleli już, że odszedł na zawsze, On trzeciego dnia zmartwychwstał, pokonując śmierć! Kiedy na przykład mówię o tym dzieciom na lekcji religii w drugiej klasie, nie mogę pokonać swoich emocji…

Tak, Bóg jest dla mnie na pierwszym miejscu. Nikt ani nic nie zajmuje Jego miejsca – ani moja żona, ani moje dziecko, mój dom czy moje studia. Są ludzie, którzy mogą się temu dziwić. Jak to – zapytają – to Ty chyba nic nie robisz, tylko się modlisz i latasz do kościoła? Nie! Zawsze powtarzam za świętym Augustynem te słowa: „Jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko jest na swoim miejscu”. To naprawdę niesamowite, ale kiedy ustawi się Boga jako priorytet, to wszystkie inne wartości nabierają tego boskiego charakteru. Jeśli kochasz żonę z myślą o wieczystej miłości Boga do nas – to kochasz ją po tysiąckroć bardziej i umiesz to okazywać po tysiąckroć lepiej. To autentyczna prawda!

Jak już napisałem, jestem katolikiem. A to oznacza, że nie tylko wierzę w Boga i w Biblię, ale również w Kościół katolicki, założony przez samego Mesjasza, Jezusa Chrystusa. Wierzę też w nauczanie Kościoła. A oprócz tego, że w nie wierzę, to jeszcze je rozumiem. Tak na zwykłą, ludzką logikę. I uznaję (chyba) wszystko to, o czym naucza Kościół. Tego bloga założyłem zaś z myślą o Was – którzy szukacie, błądzicie, nie potraficie zrozumieć – aby spróbować rozwiać Wasze wątpliwości i odnaleźć drogę. I o Was również – którzy nie zgadzacie się i oburzacie – by zachęcić do mądrej i twórczej polemiki. Oraz o Was – którzy myślicie tak jak ja i rozumiecie to wszystko, może czasem troszkę w inny sposób – abyśmy się nawzajem wspierali dobrym słowem i radą, napominali się kiedy potrzeba i pomagali sobie nawzajem.

Mam szczerą nadzieję, że misja, którą sobie założyłem, powiedzie się choć w stopniu minimalnym. Serdecznie zapraszam do lektury i zostawiania swoich komentarzy, myśli i spostrzeżeń. Niech Pan będzie z Wami!

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 7 komentarzy

Rozpoczyna się show!

wsdradomNie wiem jeszcze dokładnie jak się trzeba posługiwać tym narzędziem ani jak to działa, ale mam nadzieję, że pewna znana mi Dominika trochę mi pomoże. Tak czy inaczej pozdrawiam wszystkich. Jestem Mateusz i jestem klerykiem. A blog ten ma być zatytułowany „Z pamiętnika stukniętego kleryka”. Będę tu opowiadał o życiu w Seminarium, o wierze i doktrynie Kościoła Katolickiego, oraz będę starał się odpowiadać na intygujące Was pytania. Mam nadzieję, że uda mi się potoczyć ten wózek. Pozdrawiam wszystkich i niech Was Bóg błogosławi!

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 7 komentarzy