Posts Tagged With: Wiara

Co nam daje zbawienie, a co go nie daje?

Nasz najstarszy syn 27 maja 2018 roku po raz pierwszy przyjął komunię świętą i mógł w pełni uczestniczyć we mszy świętej. Później kilka razy byliśmy też na mszy w białym tygodniu, i we wtorek ksiądz powiedział kazanie o świętej Małgorzacie Marii Alacoque oraz o tym, jak Bóg obiecał, że przez odprawienie nabożeństwa pierwszych dziewięciu piątków miesiąca z pewnością będziemy zbawieni. Dzieci dostały nawet specjalne karteczki, na których mają zebrać dziewięć podpisów od kapłanów i dzięki temu mieć dowód, że to nabożeństwo mają już „z głowy”.

W związku z powyższym, po raz kolejny w ostatnich miesiącach, zapaliła mi się czerwona lampka. Bowiem jakie my, jako katolicy, mamy prawo do ustalania, co nam da zbawienie w stu procentach, a co nie? Nabożeństwa takie, jak właśnie pierwsze piątki, odmawianie koronki do Bożego Miłosierdzia nad umierającym, czy nowenna pompejańska, stały się fetyszem u wielu wierzących, oraz często przesłaniają prawdziwą istotę wiary. Przebłagalna spowiedź i – przede wszystkim – komunia święta w pierwszy piątek miesiąca, która ma ogromną wartość dla rozwoju wiary, dla wielu stała się pewną ścieżką do zbawienia. Owszem – zamierzam sam zadbać o to, by mój dziewięciolatek również co miesiąc uczestniczył we mszy świętej i przyjmował komunię. Ale sam pęd do tego, wysyłanie maluchów po pierwszej komunii i liczenie wszystkiego skrupulatnie (u mnie wszystkich wnuków pilnowała babcia), żeby potem mieć już „z głowy”, stał się prawdziwą paranoją, do tego mocno wspieraną przez kościelnych hierarchów.

Nie jest zła spowiedź comiesięczna – wręcz przeciwnie, jest bardzo dobra i często potrzebna. Sam staram się praktykować zasadę comiesięcznej spowiedzi. Nie ma nic złego w uczestnictwie we mszy świętej w każdy pierwszy piątek. Nie odwodzę nikogo od sakramentów. Nie odwodzę od modlitwy – sam odmawiam koronkę, a nowennę pompejańską skończyłem bodaj cztery czy pięć razy. Odwodzę tylko od naiwnej, zabobonnej i niezgodnej z katolicyzmem wiary, że jeśli „odbębniłem” jako dziewięciolatek dziewięć pierwszych piątków (a mam to na piśmie), to nic więcej już nie muszę, bo Bóg przecież obiecał zbawienie i teraz już nie ma wyjścia. Próbuję pokazać, że zbawienie naszego umierającego bliskiego nie leży w tym, czy odmawia się nad nim koronkę do Bożego miłosierdzia. A odmawianie nowenny pompejańskiej nie spowoduje, że teraz Bóg już będzie musiał spełnić naszą prośbę, niezależnie od tego, o co prosimy. Nie zaczarujemy Boga pierwszymi piątkami, ani nowenną. Bóg nie jest zdeterminowany przez nas.

Zbawienie daje nam wiara i nieustanne podążanie drogą Chrystusa, bo „kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony”. Zbawienie jest łaską, ponieważ nikt nie jest do końca godny, by zbawienie osiągnąć. Zatem łaska, bez której nie da się być zbawionym, oraz wiara, by tę łaskę przyjąć. Bóg łaskę każdemu daje darmo – i zawsze tak wiele, by wystarczyło każdemu. Co innego jeśli chodzi o przyjęcie tej łaski – możemy, poprzez wiarę, łaskę przyjąć, albo odrzucić ją jeśli nie chcemy wierzyć Bogu. I to jest wszystko. Każdy czyn, każdy „dobry uczynek”, który wielu uważa za drogę do zbawienia, jest tylko czystą konsekwencją naszej wiary i łaski Bożej (bo „wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”, a „beze Mnie nic nie możecie uczynić”). Odprawianie nabożeństw pierwszopiątkowych i odmawianie nowenn wynika z wiary, która jest wcześniejsza. Dlatego też mam duże wątpliwości, czy ja – jako dziewięciolatek – miałem wystarczająco dużą wiarę, by rzeczywiście ofiarować tę komunię dziewięć razy na przebłaganie za grzechy nasze. Z pewnością byłem na tyle młody, by ulegać osobom z mojego otoczenia, które uważały, że powinienem szybko to zakończyć, by później nie martwić się o zbawienie.

Nie jestem protestantem i nie sięgam do protestantyzmu. Jestem katolikiem, który jest przekonany, że nasze zbawienie wynika z wiary i łaski, a nie z odprawienia jakichkolwiek rytuałów, mającym nam to zbawienie zapewnić. Wiara w Boga, a nie pierwsze piątki, da nam zbawienie. I, co jeszcze warto zaznaczyć, zarówno nabożeństwo pierwszych piątków, koronka do Bożego miłosierdzia, jak i nowenna pompejańska, zostały przedstawione poszczególnym osobom w objawieniach prywatnych. Pierwsze piątki – świętej Małgorzacie Marii Alacoque. Koronka do Bożego miłosierdzia – świętej s. Faustynie Kowalskiej. Nowenna pompejańska – Fortunatinie Agrelli z Neapolu. A Kościół katolicki nie zobowiązuje do wierzenia w żadne prywatne objawienia, nawet te, które są przezeń zatwierdzone. A to oznacza, że możemy być zbawieni opierając się tylko na Piśmie Świętym i na wierze, oraz – oczywiście – na kroczeniu drogą wskazywaną nam przez Kościół. A wszelkie pobożne rytuały, często zmieniające się w bałwochwalcze fetysze, możemy sobie darować.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie ze strony Foter: EpiskopatNews on Foter.com / CC BY-NC-SA

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Nie ma obowiązku odprawienia pierwszych piątków

W XVII wieku (konkretnie w latach 1647-1690) żyła na świecie kobieta, zakonnica, znana jako święta Małgorzata Maria Alacoque. A bardziej niż z nazwiska, znana jest z rozpropagowania nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusowego. To jej właśnie osobiście objawiał się Jezus, przekazując wiedzę o swoim Sercu i namawiając ją do poświęcenia swojego życia mówieniu o Nim innym. Właśnie Małgorzata usłyszała te słowa: „W nadmiarze Mojego miłosierdzia wszystkim, którzy będą przystępować do Komunii św. przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca, udzielę łaski ostatecznej skruchy, tak że nie umrą w Mojej niełasce i bez sakramentów św. i Moje serce w tej ostatniej godzinie będzie dla nich najpewniejszą ucieczką”. I z tych słów wyłoniło się tak popularne dziś nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca.

Założenie jest jasne, choć jego wykonanie nieco wypaczone: Jeśli w dziewięć (przyjęte jest, że kolejnych) pierwszych piątków miesiąca przystąpi się do komunii świętej, w chwili śmierci dostąpi się łaski skruchy, a więc nie umrze się w grzechu i poza Bożym miłosierdziem. Wykonanie nabożeństwa jest wypaczone choćby przez to, że w pierwsze piątki większy nacisk kładzie się na sakrament pokuty i pojednania, nie zaś na Eucharystię. Związane jest to z pokutującym dotychczas założeniem (skądinąd słusznym), że komunię można przyjmować w stanie łaski uświęcającej, a więc najbezpieczniej jest znaleźć się w tym stanie tuż przed samym jej przyjęciem. Inne wypaczenie jest jednak dużo poważniejsze. Otóż przez wieki nauczyliśmy się traktować nabożeństwo pierwszych piątków jak jeszcze jeden cudowny (mógłbym równie dobrze napisać „magiczny”) amulet, który uchroni nas przed potępieniem. To znaczy: możemy być grzesznikami, łobuzami, obrazoburcami, ale mamy odklepane dziewięć piątków, więc Bóg nas zbawi mocą samego faktu, bo obiecał – i teraz nie ma już wyjścia.

Przez dwa tysiące lat chrześcijaństwa stworzyliśmy sobie całe tony amuletów, niby boskiego pochodzenia, które mają za zadanie ustrzec nas przed śmiercią w grzechu. Szkaplerze, cudowne medaliki, odmawianie koronki do Miłosierdzia Bożego przy umierającym, czy właśnie nabożeństwo pierwszych piątków. U mnie to ostatnie pilnowane było przez babcię. Każde z jej wnuków musiało po pierwszej komunii udać się przez dziewięć kolejnych miesięcy do kościoła. Babcia skrupulatnie wszystko liczyła, a gdy ktoś np. nie mógł, bo w danym miesiącu był chory, to liczyła od początku. Oczywiście zawsze towarzyszyła każdemu z wnucząt, by na 100% się przekonać, że wszystko jest w porządku. Bo miała przeświadczenie, że odprawienie dziewięciu pierwszych piątków zapewni jej wnukom święte życie i w efekcie zbawienie. Nie mam jej tego za złe – jakże bym śmiał – ale muszę potwierdzić, że nie miałem wówczas, jako dziewięciolatek, pojęcia, dlaczego tak naprawdę chodzę do kościoła w każdy pierwszy piątek. Nie przeszkadzało mi to, byłem wychowywany w Kościele, ale jednocześnie nie było w tym przesadnie wielkiej wiary, a już na pewno nie zdawałem sobie sprawy z tego, że związane jest to z objawieniem, a komunię powinienem przyjmować dzięki czyniąc Panu za Jego wielkie miłosierdzie. Ot, po prostu pierwsze piątki należało odbyć, a jak się to już zrobiło, to uff, można było odetchnąć z ulgą.

Widzę współcześnie dwa silne skrajne nurty w Kościele – i trzeci, płynący spokojnie środkiem. Pierwszy z nich to Kościół otwarty, żyjący w świecie i oddychający światem, wyciągający kwestię Bożego miłosierdzia jako czegoś, co może przyprowadzić do Boga każdego – a więc dopuszczający dopuszczanie każdego do sakramentów, bez względu na to, czy żyją w grzechu, czy nie. Kościół otwarty zakazuje oceniać tak ludzi, jak i ich czynów, i woła tylko do przyjmowania wszystkich z miłosierdziem, a jak nie chcesz, toś łobuz. Drugi nurt to ten oparty na wierze niby magii. Przywołuje on setki cudownych medalików, modlitw i nabożeństw, które mają nie tyle zbliżyć ludzi do Chrystusa, co raczej zapewnić im zbawienie. Z drugiej strony odrzuca on mnóstwo rzeczy jako magiczne i rozumie je jako dzieło szatana (jednorożce, gry komputerowe, Harry Potter). Trzeci nurt to ten, który opiera się na wierze i rozumie. Ludzie w nim wierzą w Chrystusa i wierzą Chrystusowi, ale rozważają też wszystko rozumowo. Wiara jest bowiem aktem woli, ale opartym na rozumie. Ja sam zaliczam się do tego trzeciego nurtu – nie odrzucam nabożeństw i wiary w Boże miłosierdzie, ale nie przyjmuję za pewnik zbawienia niczego poza moją własną wiarą w Chrystusa. A do tego wiem, że wiara musi pociągać za sobą czyny, a więc nie możemy jako Kościół uznać za „wiernych” tych, którzy żyją w ciągłym grzechu.

W związku z powyższym nie odrzucam szkaplerza, medalika, ani pierwszych piątków miesiąca. Jestem zwolennikiem każdej z tych rzeczy – o ile są one poprzedzone prawdziwą wiarą w Jezusa Chrystusa. Nic nie daje nabożeństwo pierwszych piątków, jeśli jest ono wymuszone czymkolwiek, choćby poczuciem kogoś ważnego dla nas, że dzięki temu zapewni nam zbawienie.

Piszę o tym wszystkim, ponieważ dowiedziałem się zadziwiającej rzeczy. Otóż niektóre szkoły i parafie – a dokładnie działający między nimi katecheci – wymagają podobno od dzieci po pierwszej komunii świętej odbycia dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Czwartoklasiści mają karteczki z polami na pieczątki – a księża po spowiedzi przybijają dzieciom te pieczątki na tych kartkach. Pierwszy piątek zaliczony przez przybicie pieczątki. Do tego katecheci traktują odbycie pierwszych piątków jako wymóg przed przystąpieniem do… rocznicy pierwszej komunii. Wydaje mi się to zupełnie absurdalne z kilku powodów. Po pierwsze: w Kościele nie ma obowiązku odprawiania jakiegokolwiek nabożeństwa, poza coniedzielną mszą świętą. Żadne dziecko, w żadnym wieku, przygotowujące się do któregokolwiek sakramentu, nie powinno być zmuszane do uczestnictwa w żadnym „ponadprogramowym” nabożeństwie: w roratach, drodze krzyżowej czy pierwszym piątku. To wiarę kandydata do sakramentu się sprawdza, a liczba pieczątek nie jest w najmniejszym stopniu wyznacznikiem gorliwości wiary. Po drugie: rocznica pierwszej komunii jest jakąś wymyśloną tradycją, która owszem, jest pewnie sentymentalna, ale nie ma żadnego liturgicznego czy sakramentalnego znaczenia. Dzieci między pierwszą komunią a jej rocznicą zdążyły już przyjąć Ciało Chrystusa tak wiele razy, że sama „powtórka” nie jest właściwie żadną dodaną wartością. Po trzecie: uczestnictwo w pierwszych piątkach miesiąca musi wynikać z osobistej wiary – w przeciwnym razie będzie tylko nic nieznaczącym odklepywaniem paciorków. Zmuszenie uczniów do autozbawienia przez katechetów mija się z celem, a straszenie ich niedopuszczeniem do rocznicy pierwszej komunii nie może być bardziej absurdalne.

Piszę to nie jako wróg Kościoła, który próbuje podkopać autorytet katechetów. Piszę to jako katecheta (nieczynny aktualnie, ale wciąż katecheta), który troszczy się o duszę i zbawienie dzieci i młodzieży. Ale zbawienie poprzez prawdziwą wiarę, a nie przez odklepanie praktyk, których sensu nawet nie rozumieją.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay, za: https://pixabay.com/pl/biblia-krzy%C5%BC-wielkanoc-2167783/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Wiara, modlitwa i łaska Boża to nie są żadne magiczne sztuczki

Mój poprzedni artykuł wywołał pewne poruszenie, ponieważ skrytykowałem w nim modlitwę pacierzową, jako odmawianie serii pozbawionych znaczenia regułek i przeciwieństwo modlitwy. Warto w związku z powyższym wytłumaczyć, że nie krytykuję pacierza jako takiego – samego w sobie. Moja krytyka dotyka tylko bezmyślnego odklepywania wyuczonych wierszyków, bo ktoś pomógł nam tak bardzo uwierzyć w konieczność tego procederu, że – nawet pozbawieni wiary – nie moglibyśmy zasnąć bez odmówienia pacierza.

Sama „modlitwa pacierzowa” ma swoje mocne zakorzenienie w Piśmie Świętym i w nauczaniu Chrystusa. „Ojcze nasz” to modlitwa, której swoich uczniów nauczył sam Jezus. Jej wartość jest nieoceniona. „Zdrowaś Mario” to w połowie słowa, którymi archanioł Gabriel powitał Marię z Nazaretu, gdy przybył, aby poinformować ją o tym, że będzie matką Boga. Każda z tych modlitw, podobnie jak „Aniele Boży”, czy „Wierzę w Boga” posiada nieocenioną wartość i – dobrze zrozumiana – przybliża prawdy wiary i wyjaśnia nasze umiejscowienie w świecie. Dlatego nigdy i nikogo nie chcę odwodzić od uczenia dzieci modlitw pacierzowych, od tłumaczenia im ich, wyjaśniania zawartych w nich słów. Argument, że dzieci przygotowujące się do pierwszej komunii, które są w domu nauczone modlitw, mają łatwiej z zaliczaniem ich – jest jak najbardziej zasadny. Kiedyś sam byłem w pewnym sensie przeciwnikiem obowiązku zaliczania wszystkich modlitw przed komunią – stawiałem na osobistą, prawdziwą wiarę danego dziecka bardziej, niż na wyuczenie się regułek. Dziś wiem, że te regułki – tylko kiedy są dobrze wyjaśnione – stanowią podstawy wiary tychże dzieci. Ale – znowu – tylko wtedy, kiedy zaliczanie ich nie opiera się na starym mechanizmie 3xZ (zakuć, zdać, zapomnieć), lecz wprowadza dzieci w prawdy wiary o Chrystusie.

Pacierz jest formą modlitwy, nie gorszą od modlitwy spontanicznej. Choć nie wyobrażam sobie – jako członek Domowego Kościoła – powiedzieć na dzieleniu się zobowiązaniami, że wprawdzie nie robiłem namiotu spotkania (osobista rozmowa z Bogiem na wzór Mojżesza), ale za to odmawiałem codzienne różaniec albo koronkę do miłosierdzia, a w czasie namiotu spotkania odmawiałem pacierz. Różaniec jest dla mnie cenną modlitwą, ale zdaję sobie sprawę, jak trudno jest odmówić go w skupieniu. Kilka razy odprawiałem nowennę pompejańską – ale traktowanie jej jako magicznej formuły, która sprawi, że na 100% spełni się intencja w której się modliłem, jest mieszaniem wiary z czarodziejskim podejściem do niej.

Wiele osób, które argumentują za odmawianiem pacierza, za nowenną pompejańską, za wczesną komunią świętą, wydaje się mieć niesamowicie magiczne podejście do łaski Bożej. Odmawianie pacierza traktuje jako element zaczepienia z Panem Bogiem, nawet gdy wszystkie inne elementy wiary już zniknęły. Tymczasem dla wielu jest to element przyzwyczajenia, który – być może – wywoła w pewnym momencie refleksję nad własną wiarą, ale jako seria odklepywanych po wielokroć modlitw nie sprawi, że będziemy bliżej Boga. Podobnie ma się sprawa z pierwszą komunią, zwłaszcza na wczesnym etapie życia. Nie jestem przeciwnikiem wczesnej komunii. Jest ona dla mnie wspaniałą możliwością, jeśli dziecko przeżywa ogromną tęsknotę za Bogiem, popartą prawdziwą wiarą. Czy taka wiara może dotyczyć dziecka pięcioletniego? Sądzę, że może. Ale niech to będzie właśnie wiara, a nie podejście rodziców do Ciała Chrystusa jako do magicznego amuletu, który ochroni ich dziecko przed wszelkimi nieszczęściami, a już na pewno przed grzechem ciężkim. Nie, tak nie będzie. Również dziecko, które przyjęło komunię na wczesnym etapie, będzie grzeszyć. Ważne, by jego osobista świadomość pozwalała mu na szybki powrót do Boga.

Znajoma przypomniała mi ostatnio znakomity cytat z filmu „Evan Wszechmogący”. Są to słowa postaci Boga z tegoż filmu: „Jeśli ktoś modli się o cierpliwość, czy Bóg mu ją daje, czy raczej daje szansę na bycie cierpliwym? Jeśli ktoś modli się o odwagę, Bóg daje mu odwagę, czy szansę na to, by był odważny? A jeśli ktoś modli się o to, by rodzina się ze sobą zbliżyła, czy Bóg daje ciepłe uczucia, czy szansę by się pokochali?”. Cytat ten znakomicie oddaje to, co próbuję przekazać w niniejszym artykule. Że łaska Boża to nie jest magiczna moc, która w cudowny sposób uzdalnia nas do wielkich czynów. Jest to raczej stawianie nam na drodze wielu sposobności, byśmy mogli tych czynów dokonywać. Bóg daje nam talenty – owszem. Ale to od nas zależy jak i do czego te talenty wykorzystamy. Owszem, jeśli nasza wiara byłaby choćby wielkości ziarna gorczycy, moglibyśmy góry przenosić. Ale to nie oznacza, że otoczymy cudowną opieką nasze dzieci przez to, że poniekąd zmusimy je do wcześniejszej komunii, wyślemy na serię pierwszych piątków miesiąca i wyuczymy je serii modlitw pacierzowych, których im nie wyjaśnimy.

Wiara to podstawa naszego zbawienia. Co do tego mamy pewność. Nasza wiara nie daje w magiczny sposób pewności zbawienia naszym dzieciom. Ich zbawienie zależy od ich osobistej wiary. Dlatego „Ojcze nasz” odmawiane z wiarą i komunia święta przyjmowana z wiarą obdarzają łaskami, których nie jesteśmy w stanie ocenić. Bez wiary jednak to wszystko jest perłami rzucanymi przed wieprze. I żadna magia tego nie zmieni.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Wierząca żona, wierzący mąż

Kiedy człowiek wchodzi w dorosłość i zaczyna się zastanawiać nad związaniem się na stałe z innym człowiekiem, zadaje pytania o priorytety. Jakie cechy powinny łączyć go z potencjalnym współmałżonkiem? Podobne zainteresowania, jednakowe wykształcenie, a może samodzielność i niezależność? Wielokrotnie – zwłaszcza wśród katolików – pada też pytanie o wiarę. Czy człowiek, z którym chcę wiązać przyszłość, powinien być wierzący? Niejednokrotnie spotkać można osoby wprawdzie mocno zaangażowane w życie Kościoła, ale upierające się jednocześnie, że nie mają zamiaru wiązać się z „fanatykami religijnymi”. Jeśli bowiem ktoś się naprawdę podoba, to kwestia wiary nie jest barierą. Czy mają rację?

W pierwszej kolejności powinno się samemu posegregować to, co w życiu ważne. Każdy logicznie myślący wierzący człowiek musi dojść do wniosku, że o ile z naszej perspektywy „wiara” stanęłaby być może gdzieś między „miłością” a „wiernością” (lub dowolną inną cechą), o tyle zupełnie inaczej wygląda to z perspektywy Boga. Miłość, jak wiemy, jest największa (większa jest od wiary i nadziei, jak pisał święty Paweł), ale prawdziwa miłość nie może istnieć bez Boga. Przy dłuższym zastanowieniu trzeba przyznać, że nic tak naprawdę nie może istnieć bez Boga. Ludzie, wielcy w swoich oczach, pozostają pojedynczymi ziarnami piasku na pustyni przy ogromie Bożych mocy i Bożego stworzenia. Jeśli zatem my, myśląc po ludzku, ustawiamy sobie kwestię wiary jako jedną z wielu cech, które weźmiemy pod uwagę przy wyborze małżonka, to nie może już ona być jedną z wielu, gdy przyjdzie nam stanąć przed Panem twarzą w twarz.

Ludzkie życie jest tylko chwilą w porównaniu do wieczności u boku Boga. Zajmujemy tylko nic nieznaczącą przestrzeń wobec nieskończoności, do której powołał nas Pan. Wkładanie wiary między inne cechy świadczy o przywiązaniu człowieka do ziemskich spraw. Naturalne zaś, skoro nasze życie ma być drogą do zbawienia, jest ustawianie wiary jako podstawowej cechy osoby, z którą będzie trzeba tę drogę przejść. Ponieważ z osobą, z którą wejdziemy w związek małżeński, będziemy musieli spędzić resztę życia, to przede wszystkim powinno to być życie, w ciągu którego nawzajem prowadzimy się drogą do nieba.

Człowiek, który ma zostać naszym życiowym partnerem, może posiadać mnóstwo pozytywnych cech. Może być piękny lub przystojny, bogaty, mądry, zaradny, oczytany. Ale ponieważ będzie towarzyszył nam już zawsze, musi pomagać nam, a nie przeszkadzać w dążeniu do spotkania z Bogiem w niebie. Dlatego warto, przy poszukiwaniu małżonka skupić się najpierw na tym, czy jest wierzący i czy – kiedy już przyjmiemy sakrament małżeństwa – będzie dobrym towarzyszem w wierzeniu Bogu i ufaniu Mu.

Aby nie pozostawać tylko w sferze spraw pozaziemskich, warto spojrzeć perspektywicznie także na ludzką doczesność. Jest to nic w porównaniu z wiecznością, ale jednocześnie wszystko, na co mamy wpływ i cała nasza droga ku owej wieczności. Dlatego bardzo ważne jest zastanowienie się nad tym, jak nasze życie będzie wyglądało, gdy zwiążemy je z kimś niewierzącym. Kłopoty pojawią się już prawdopodobnie w czasie narzeczeństwa. Będą one dotyczyły zapewne zachowania czystości do ślubu – ponieważ człowiek nie mający w sercu Boga często nie rozumie potrzeby wstrzemięźliwości „skoro się kochamy”. Problemy katolików mogą nawarstwiać się w momencie samej celebracji sakramentu, kiedy to sakrament jest udzielany jednostronnie, a dla współmałżonka często nie ma praktycznego znaczenia. Następnie mogą pojawić się kłopoty z pożyciem małżeńskim, jako że ludzie niezwiązani z Kościołem w sposób bardzo ścisły najczęściej nie potrafią pojąć chrześcijańskiej etyki seksualnej (dotyczy do zwłaszcza odrzucenia antykoncepcji). Może się okazać, że aby utrzymać dobre relacje małżeńskie, osoba wierząca będzie musiała zrelatywizować swoje podejście do wierności Bogu, a przez to przestawi kwestię zbawienia na dalszy plan.

Jeszcze więcej trudności bywa spowodowanych różnicami w poglądach na wychowanie dzieci. Nie-katolicy często nie chcą chrzcić dziecka, sądząc że powinno ono samo podjąć decyzję o swojej przynależności religijnej. Jeśli jednak nawet zgodzą się na sakrament, mogą nie zgadzać się lub przynajmniej utrudniać regularne uczestnictwo potomka we mszy świętej. Bywa tak, że rodzic, dbając o wychowanie i edukację swoich dzieci, chce zapisać je do szkoły katolickiej. Spotyka jednak silny opór drugiego z rodziców, który sprzeciwia się „indoktrynowaniu” dzieci. Na koniec może okazać się, że dziecko odbierze zachowanie niewierzącego rodzica jako „fajniejsze” i będzie wolało pójść w jego ślady – na przykład grać w niedzielę na konsoli, zamiast iść do kościoła.

Szereg doczesnych kłopotów mogących wynikać z wybrania sobie niewierzącego małżonka należy przeciwstawić korzyściom płynącym z faktu, że zarówno mąż, jak i żona, są wierzący. Potwierdzone jest, że ludzie naprawdę żyjący wiarą dużo rzadziej się rozstają, bardziej się wspierają i w bardziej konstruktywny sposób przeżywają porażki lub nieszczęścia (takie jak choroba dziecka, a nawet zdrada małżeńska). Badania przeprowadzone jakiś czas temu przez amerykańską psycholog Mercedes Arzur Wilson pozwalają nam dojść do wniosku, że liczba rozwodów wśród osób naprawdę wierzących (i stosujących metody naturalnego planowania rodziny) jest bardzo niska. O ile bowiem ogólnie rozwodzi się w USA 50% małżeństw, o tyle wśród katolickich małżeństw sakramentalnych jest to już tylko 33%. Jeśli małżeństwa te chodzą co niedzielę do kościoła, rozwodzą się tylko w 2% przypadków. Te zaś, które oprócz tego modlą się codziennie i przestrzegają zasad etyki chrześcijańskiej, rozwodzą się tylko w 1 przypadku na 1429 (czyli 0,07%).

Warto zatem uświadomić sobie, że skoro najważniejszym celem człowieka jest zbawienie, to powinien on podejmować wszystkie swoje decyzje, myśląc o zbawieniu. Zwłaszcza te decyzje, które dotyczą całego jego dalszego życia. I trzeba sobie postawić pytanie, czy mój współmałżonek ma mi być przeszkodą, czy pomocą w dążeniu do tego celu? Czy lepiej, byśmy szli wspólnie, ramię w ramię ku Bogu, czy bym to ja musiał dźwigać jego, przy aktywnym jego oporze, narażając się nie tylko na porażki, ale i na własną utratę wiary. A utrata wiary oznacza decyzję o odrzuceniu zbawienia. Warto o tym pamiętać.

____________________________________

Tekst ukazał się na stronie internetowej wRodzinie.pl.

We wpisie zastosowano zdjęcie autorstwa victoriagoldveber ze strony internetowej Foter.com / CC BY-SA

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Postaw wszystko na jedną kartę

Kiedy studiowałem teologię bardzo mierził mnie przedmiot teologia duchowości. Teoria modlitwy i różnych szkół duchowości – nie czułem się w tym najlepiej. Nie w tym rzecz, że nie lubiłem teorii. Teoria to dla mnie najbardziej satysfakcjonująca część nauk teologicznych. Teoria dotycząca prawdziwości Pisma Świętego, dotycząca życia Chrystusa, Jego istoty. Teoria dotycząca dogmatów. Nie lubiłem teologii duchowości, bo teoria i duchowość nigdy nie szły mi w parze. Dla mnie duchowość to wtedy była sprawa indywidualna. Każdy człowiek ma swoją duchowość, a więc swój sposób przeżywania bliskości z Bogiem i nie zgadzałem się z tym, że da się to ubrać w teorię. Oczywiście nie do końca miałem rację, ale do teologii duchowości nigdy się jakoś nie przekonałem.

W teologii wciągnęła mnie teoria właśnie i te przedmioty, w których teoria przekładać się miała na praktykę, a nie praktyka na teorię. Zaangażowałem się więc w zajęcia z teologii fundamentalnej, trochę mniej z dogmatycznej, obocznie zaś z moralnej, a duchowości pozostawiłem na szarym korku. Teologia nigdy nie doprowadziła mnie także do utraty wiary – czym straszyli niektórzy. Nie miałem wątpliwości w istnienie Boga. Teorie fundamentalne i dogmatyczne jeszcze mnie w tej wierze utwierdzały. Po niedługim czasie przestałem sobie niestety zdawać sprawę z tego, że nie wystarczy wierzyć w Boga. Przede wszystkim należy wierzyć Bogu.

teologiaTeoria teologii powinna pchać w stronę praktyki, a ja zatrzymałem się na teorii. Odrzuciłem też przedmiot, ten który na praktyce się opierał, jako zbyt nieteologiczny. Bardzo szybko zapomniałem, że żywa wiara to nie wiara w dogmaty czy fakty o Jezusie, lecz bycie z tymże Jezusem w prawdziwej relacji. To wiara w obecność Jezusa w naszym życiu, w naszej codzienności. Modlitwa to nie odklepywane paciorki, lecz rozmowa z samym Bogiem. Nawet jeśli odmawiamy różaniec, nie jest on tylko przesuwanymi koralikami, lecz byciem z Bogiem, w Jego towarzystwie. Moja teologia, moje bycie „wybitnym” teologiem oparło się zatem na teorii, na Jezusie historycznym, na dogmatach i moralnym napominaniu, a nie na żywej wierze i kontakcie z Chrystusem zmartwychwstałym. Nie chcę przy tym powiedzieć, że żałuję, iż jestem piewcą dogmatyki, historyczności Jezusa i moralności katolickiej. To wszystko bardzo ważne rzeczy, które w odpowiedni sposób wykorzystane doprowadzą nas do prawdziwego Zbawiciela. Jednak bez duchowości, bez osobistej, prawdziwej wiary, bez osobistego kontaktu z Bogiem te teorie są tylko czczą gadaniną.

Miewam takie momenty w życiu, gdy zdaję sobie sprawę z małości mojej osobistej wiary. Gdy zdaję sobie sprawę, że w każdym większym fragmencie Pisma Świętego jestem w stanie znaleźć mniejszy fragment, który nakazuje mi napominać bliźniego. Że zwracam właśnie uwagę na tę teorię, ewentualnie praktykę u innych, ale omijam ją u siebie. Ostatnio po raz kolejny zdałem sobie sprawę z tego, że w moim życiu nie trzeba tylko ludzi, do których mogę przemawiać, którym mogę dawać rady, lecz przede wszystkim realnej obecności Chrystusa, takiego tu i teraz, obok mnie, szepczącego do ucha, albo wręcz wrzeszczącego. I po raz kolejny zdałem sobie sprawę, że nie można być teologiem, nawet takim wcale niewybitnym, jeśli nie żyje się wiarą, jeśli nie przyjaźni się z Jezusem, jeśli nie rozmawia się z Bogiem w swojej codzienności.

Momentem, w którym zdałem sobie z tego sprawę, nie był moment, w którym dowiedziałem się o śmierci naszego trzeciego dziecka. To wydarzenie miało miejsce tydzień wcześniej, w czasie spotkania wspólnoty Domowego Kościoła. Przeżyłem najpierw bardzo budującą spowiedź. Potem usłyszałem kilka mądrych słów już na samym spotkaniu. Wreszcie rozmowa z moją Żoną pozwoliła mi zrozumieć, że za bardzo dążę do krytyki innych, a za mało wgłębiam się we własną relację z Jezusem. Tydzień później dowiedziałem się, że straciliśmy dziecko, ale już od tygodnia pracowałem nad swoją wiarą. Bardzo trudne wydarzenie nie sprawiło, że moja wiara się rozproszyła – wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej się wzmocniła. Zacząłem odmawiać nowennę pompejańską – o niej jeszcze napiszę z pewnością. Zbliżyłem się do Boga ponownie. I choć pewnie będę się jeszcze od Niego oddalał, to mam nadzieję, że nigdy na tyle daleko, bym nie mógł doń znów powrócić.

Nie piszę tej notki tylko po to, by przed kimkolwiek się korzyć. Piszę ją, bo jak zwykle mam pokusę moralizowania i wskazywania palcem w stronę innych. W sumie od tego mam Was, drodzy czytelnicy. Piszę ją po to, by wszyscy, do których dotrę mogli dowiedzieć się, że można nie wiem jak wiele teoretyzować, nie wiem do jak wielu cytatów z Pisma Świętego sięgać, nie wiem jak często chodzić do kościoła, ale bez prawdziwej, żywej relacji z Chrystusem to wszystko są śmieci. To wszystko do wyrzucenia.

Należy w życiu wszystko postawić na jedną kartę. Wszystko postawić na ostrzu noża. Pozamykać wszystkie pouchylane furtki, by pozostać w ciasnym, ale bezpiecznym pomieszczeniu – pomieszczeniu miłości Pana Boga. Jest tylko jedna karta, na którą warto postawić w życiu wszystko, a tą kartą jest Jezus Chrystus. Jeśli zatem zaczniemy w naszym życiu od zaufania Panu, On pomoże nam poukładać wszystkie nasze teorie, moralności i upomnienia. Życzę Wam tego z całego serca!

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Nie ma wakacji od Boga

Kiedyś między mną, a dobrą znajomą, koleżanką ze wspólnoty, tuż przed wakacjami (i rozejściem się naszych dróg) nastąpiła wymiana zdań prowadzona przez komunikator internetowy. Ja zapytałem: „Czy wakacje są od Boga?”. Pytanie rzecz jasna skonstruowane nieprawidłowo, co mogło wywołać odpowiedź inną od zakładanej, przy jednoczesnym podobnym myśleniu. Koleżanka odpowiedziała „Tak, wakacje są od Boga”, na co ja odparłem, że „Nie ma wakacji od Boga”. Ja źle zapytałem, koleżanka źle zrozumiała, ale myślenie było jedno. Wakacje są od Boga, ale nie ma wakacji od Boga. Wakacje są bowiem od tego, żeby wierzyć w Boga. Od tego nie ma odpoczynku.

To może się wydawać gadaniem głupiego na pustyni – przecież każdy logicznie myślący człowiek wie, że Pan Bóg nie przestaje istnieć w momencie ostatniego dzwonka. Wakacje to sygnał laby od szkoły, ale przecież nie od Boga. Każdy człowiek powinien to rozumieć, jednak przecież moja rozmowa z koleżanką nie odbywała się bez sensu. Rozmawiałem z nią na ten temat, ponieważ miała myślenie podobne do tego, jakie ma spora część młodzieży, a do tego także spora część rodziców tej młodzieży. A także część osób, które nie są niczyimi rodzicami, a w wakacje odpoczywają w szczególny sposób. Wielu ludziom, zwłaszcza młodzieży zdejmującej krawat w ostatni piątek czerwca wydaje się, że należy im się odpoczynek nie tylko od szkoły czy pracy, ale też od kościoła. Jak wolne, to wolne – bez wyjątków.

To jest myślenie na zasadzie schematów, na zasadzie konia w kieracie. Konik jedzie sobie w poniedziałek do szkoły, we wtorek do szkoły, w środę, czwartek, piątek do szkoły, w sobotę ma przerwę, w niedziele do kościoła, w poniedziałek znowu do szkoły. Czasem pójdzie na wagary w poniedziałek, czasem w środę, czasem w niedzielę. Bez różnicy. A jak się wyrwie z kieratu, to ma wolne cały tydzień. Niedziela się już nie różni ani od poniedziałku, ani od soboty. Sobota trwa dwa miesiące. Tymczasem to nie jest myślenie katolika, to nie jest myślenie osoby wierzącej. Kościół w niedzielę to nie jest bowiem odpowiednik szkoły w tygodniu. Kościół to miejsce, w którym spotykamy się z naszym przyjacielem, którym jest Bóg. Są osoby, które powiedzą, że wolą iść do lasu porozmawiać z Bogiem. Odpowiemy, że po pierwsze najczęściej wcale nie wolą, tylko zwyczajnie im się nie chce. A po drugie – w lesie nie ma Boga dotykalnego w sakramentach. Zwłaszcza w sakramencie Eucharystii. Niedzielna msza święta, czasem nudna, czasem interesująca, jest naszym cotygodniowym łącznikiem z Panem Bogiem i łącznikiem na cały tydzień. Jest momentem odświeżenia naszej wiary, przypomnienia i przebaczenia naszych grzechów, zrozumienia Bożych słów. To nie jest coś, co sobie można odwalić w roku szkolnym, a potem zrobić przerwę, bo nikt nie sprawdza. W szkole dzwonków nie ma, ale dzwonek w kościele jest. Pan Bóg nie chce, żebyśmy sobie jechali i nie zabierali Go ze sobą.

Sytuacje są różne. Nie zawsze jest tak, że ktoś sobie odpuszcza niedzielną mszę świętą, bo są wakacje. Czasem normalnie chodzi do kościoła, niedziela to niedziela, ale oto wyrusza w podróż. Na przykład jest za granicą. Albo jedzie skądś dokądś i po drodze nie ma się za bardzo jak zatrzymywać. I oto w ten sposób, zamiast rozejrzeć się za miejscowym kościołem i za miejscową mszą świętą, daje sobie spokój, bo przecież nie będzie poświęcał całych swoich planów i czasu wakacyjnego na szukanie kościoła. Pamiętam doskonale jakiego miałem kaca moralnego, kiedy w tym samym roku, w którym szedłem do seminarium, wyjechałem z rodziną za granicę. W niedzielę akurat znaleźliśmy się w obcej miejscowości, w której były baseny i na te baseny się wybieraliśmy. Rzuciłem wówczas hasło, że wszak jest niedziela i należy poszukać kościoła. Padła odpowiedź, że tu w pobliżu nie ma kościoła. Rzekłem, że trzeba pojechać do najbliższej miejscowości i tam go odnaleźć. Zostałem jednak przegłosowany, a że nie miałem możliwości działać na własną rękę, zmuszony do rezygnacji z uczestnictwa w mszy świętej niedzielnej. Zaintrygowało mnie, jak łatwo można sobie odpuścić, kiedy się chce…

Pamiętam również doskonale moment, kiedy dotarliśmy pierwszy raz do Szkocji. Ja z moją wówczas jeszcze nie Małżonką mieliśmy priorytet: znaleźć lokalną parafię i dowiedzieć się, kiedy są msze. Daga kręciła nosem, pytając, czy nie możemy sobie tutaj odpuścić. Dla nas było rzeczą naturalną: skoro kochamy Pana Boga i chcemy z Nim wiązać życie, to nie możemy sobie zrobić wakacji od Niego. Niektórym z jakichś przyczyn nie mieści się w głowie podobne rozwiązanie. Kościoła szukaliśmy długo, spacerując w piątek (27 lipca) po Paisley, wreszcie znaleźliśmy go, chyba było już po zmroku. To była katedra św. Mirina, a więc najważniejszy kościół w diecezji Paisley. Ciekawe, ponieważ działał zupełnie inaczej, niż nasze polskie katedry. Uczestniczyliśmy tam w pięknych, radosnych mszach, choć w innym języku. Mimo, że dla niektórych taka determinacja była niezrozumiała.

Jutro pierwsza niedziela wakacji. Dzieci wesoło wybiegły ze szkoły i pytanie, czy wybiegną też z kościołów. Czy tym razem także kościoły, nie tylko na Chomiczówce, będą puste, bo wakacje, wyjazd do babci, działki. Bo w wakacje są inne rzeczy do roboty, niż chodzenie do kościoła. Przypomina mi się też mój syn, który wie, mając 4 lata, że w niedzielę chodzi się do kościoła – i nawet to lubi. Wie też, że jak jest z dziadkami, tj. rodzicami swojej Żony, może kombinować i mówić, że mu się nie chce do kościoła. I ja wiem, że teraz, kiedy na początku wakacji wyjechał z nimi na wczasy, prawdopodobnie w jutrzejszą niedzielę w kościele go nie będzie.

Ja będę. Spotkamy się?

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy

Święty Jan Paweł od Kremówek

Aktualny stan rzeczy dotyczący Papieża Polaka doskwiera mi od wielu lat. Przeszkadzało mi to już właściwie jeszcze kiedy Jan Paweł II żył, a ja byłem w liceum. Pamiętam moment, kiedy z rodziną wybrałem się na wycieczkę do Wadowic, by odwiedzić miasto, z którego papież się wywodził. To, co najbardziej zapamiętałem z wycieczki, to rynek miasteczka, wokół którego roiło się od cukierni specjalizujących się w sprzedaży kremówek. Choć z chęcią zjadłem jedną (która prawdopodobnie do kremówki, na którą po maturze chodził Karol Wojtyła nie miała wiele wspólnego) i jedną zawiozłem swojej ówczesnej narzeczonej, ten stan rzeczy zaczynał mnie powoli irytować. Kumulacja nastąpiła jednak już po śmierci papieża. Pojęcie „Nasz papież”, które istniało przecież wcześniej, teraz nabrało nowego znaczenia. Gazeta Wyborcza wykorzystała chociażby to pojęcie, by wzbogacić się na gawiedzi, chcącej kupić wszystkie ery, bery, pompki i rowery związane z „naszym” papieżem. „Naszym” czyli papieżem Polakiem. Jedynym właściwym na stanowisku papieża. I nawet długo długo w pontyfikat Benedykta XVI nadal pojawiały się sytuacje, gdy mówiąc „papież” miało się na myśli Jana Pawła II. Dziś na stolicy piotrowej Franciszek, a „papież” nadal jest ten sam.

Co się jednak dzieje w mediach czy wśród pospołu, to naprawdę małe piwo. Największa nerwówka łapie mnie kiedy widzę to, co dzieje się w parafiach. We wszystkich parafiach. A jeśli istnieją takie, w których się nie dzieje, to chyba tylko jakiś chlubny wyjątek. Parafia musi bowiem mieć swój pomnik Jana Pawła II. Pomnik, choćby najbardziej paskudny, przed kościołem musi być. Jeśli nie stać parafii, albo z jakichś powodów nie widzi miejsca na pomnik u siebie, stawia figurkę jedynego papieża we wnętrzu kościoła. A nawet jeśli nie stawia figurki, to tworzy kapliczki w nawach bocznych, poświęcone najwspanialszemu wśród papieży. Jeśli w kościele znajduje się jeden obraz Jana Pawła II, to naprawdę wspaniale. Przepisy liturgiczne mówią, że we wnętrzu świątyni może znajdować się tylko jeden wizerunek danego świętego. Jana Pawła II jednak takie obostrzenia nie dotyczą – można spotkać po dwa lub trzy wizerunki. No i obowiązkowo należy się starać o relikwie Jana Pawła II. W mojej parafii są. Comiesięczne błogosławieństwo kobiet spodziewających się dziecka lub modlących się o nie zostało zmienione na comiesięczne błogosławieństwo relikwiami Jana Pawła II. Przestaliśmy z żoną chodzić po błogosławieństwo…

A dziś przeczytałem, że w Częstochowie budują największy ze wszystkich pomników Jana Pawła II. Podobno zlecił to właściciel parku miniatur. Najnowsza miniatura ma mieć 14 metrów i być widoczna z każdego zakątka miasta. Czy to już szczyt wszystkiego, czy jeszcze można zrobić więcej dla tego bałwochwalczego kultu?

Żeby było jasne – Jan Paweł II był moim zdaniem świetnym papieżem. Zrobił naprawdę wiele nie tylko dla ekumenizmu, ale też dla rodziny, dla Kościoła na innych kontynentach. Napisał wiele ciekawych, mądrych, choć trudnych encyklik czy adhortacji. Jana Pawła II naprawdę cenię za to, jak działał i czego nauczał. Jestem jak najbardziej zwolennikiem wyniesienia go za to wszystko na ołtarze, bo dokonał w imieniu Pana wielkich rzeczy. Nie śmiałem jednak, jak co poniektórzy, powiedzieć przed beatyfikacją, że uważam Jana Pawła II za świętego. Czekałem cierpliwie na wyrok Rzymu i Nieba i powiem szczerze, że mi się nie spieszyło. Denerwuje mnie potrójnie pośpiech z wynoszeniem Jana Pawła II do grona błogosławionych, w momencie kiedy tłum nie mający o „pięknie umierającym” papieżu zielonego pojęcia, krzyczy „Santo subito!”. Denerwuje mnie wciskanie Jana Pawła II gdzie się da. Nie lubię już wszechbędącej Barki, nie cierpię przesłodkiej kremówkowości. Nie oszukujmy się bowiem, najważniejsze zdaniem wielu w Janie Pawle II było to, że był Polakiem i lubił kremówki. I przez tę polskość, i przez te kremówki teraz Jan Paweł II musi być wszędzie. W każdej polskiej parafii i w każdym polskim kościele. Wcisnęli go nawet do modlitwy Krucjaty Wyzwolenia Człowieka i widać, że wcale nie jest mu tam wygodnie. „Chcemy wraz z Tobą i z oddanym Ci całkowicie błogosławionym Janem Pawłem II stanąć pod krzyżem Chrystusa, wyznając, iż tylko zjednoczenie z Nim w miłości, której wyrazem jest ofiara, może wyzwolić życiodajną i macierzyńską moc dla ratowania tych, którzy stali się niewolnikami dlatego, że utracili zdolność miłowania czyli posiadania siebie w dawaniu siebie”. Powiedzcie szczerze: co nam daje wtrynienie tam błogosławionego? Satysfakcję chyba tylko, że go tam wtryniliśmy…

Kult Jana Pawła II nie wygląda w Kościele polskim jak kult jakiegokolwiek innego świętego. Zdecydowanie nie jest to kult przez świętego do Boga. Błogosławienie relikwiami JPII, więcej podobizn niż wizerunków Chrystusa, dodawanie go do przeróżnych modlitw, prześciganie się w gorliwości i pojedynki na pomniki – to zdecydowanie jest kult bałwochwalczy. Do tego coroczne kalendarze opatrzone Janem Pawłem II całującym dzieci, Janem Pawłem II robiącym okularki, Janem Pawłem II wypuszczającym gołębia i Janem Pawłem II jedzącym kremówki – nieważne że po maturze (bo, jak powiadają, wówczas były alkoholizowane, ale kto zrozumiał dowcip ten trąba)… Monety z Janem Pawłem II, kubeczki i T-shirty z ckliwymi hasełkami nieistniejącego pokolenia JPII… Wszystkiego od zatrzęsienia, a prawdziwej wiedzy na temat błogosławionego, prawdziwej wiary w Boga za pośrednictwem brak. Jest uwielbienie dla polskości, ekumeniczności i kremówek…

Mam naprawdę dość powoływania się na Jana Pawła II wtedy tylko, kiedy to jest wygodne, albo kiedy przyniesie korzyści finansowe (np. sprzedaż kalendarzy). Wolę powoływanie się na Jezusa Chrystusa. I pamięć, że Jan Paweł II był tylko Jego uniżonym sługą.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy

O blogu i o Bogu

Witajcie serdecznie na moim blogu!

Jestem Maurycy – i tak możecie się do mnie zwracać, będzie mi bardzo miło. Drugi człon – Teo – to nie moje nazwisko, lecz skrót od „teologia ogólna”. Jestem bowiem studentem Teologii Ogólnej. Nie jest to chyba mój pomysł na przyszłość, bo nie wiem jeszcze co mogę robić po jej ukończeniu. Jest to raczej moje hobby, moje wielkie zamiłowanie, moje ogromne spełnione marzenie. W tej chwili studiuję na trzecim roku, mam nadzieję, że wytrwam do końca. Hobbystycznie piszę, choć dopiero od niedawna mam pewne możliwości współpracy z jakimś medium pisanym tak trochę bardziej na poważnie. Założenie tego bloga ma również związek z moim pisarskim hobby. Ogólnie przypuszczam, że może się zdarzyć, iż właśnie z pisaniem (przy czym widzę ogromny związek z teologią) zwiążę swoją przyszłość. Lub, w ostateczności, zostanę katechetą :).

Prywatnie jestem żonaty, a już wkrótce spodziewam się wyjścia na świat naszego pierwszego dziecka. Weekendami pracuję, by utrzymać rodzinę na jakimkolwiek poziomie, w ciągu tygodnia zaś się uczę. Moje życie niewątpliwie dąży do ogromnej szczęśliwości, której przedsmak mam możliwość czuć już tu, na ziemi. Tą szczęśliwością jest, rzecz jasna, życie wieczne, w co mocno wierzę.

Jestem katolikiem. Jeśli jeszcze o tym nie wspominałem, to robię to teraz. Całym moim życiem kieruje Bóg – a ja w życiu kieruję się Bogiem. Jego słowami, czynami, nauką. Raduję się ogromnie, ponieważ wiem, że Bóg stworzył świat – w tym także człowieka, który stał się koroną stworzenia, uczyniony na obraz i podobieństwo Boga. Wiem też, że człowiek zgrzeszył, poddał się złej woli i dał się skusić przez szatana. Tym większa jest moja radość gdy przypomnę sobie, że Bóg zesłał swego jedynego Syna, Jezusa Chrystusa, na ziemię, by odkupił nas od grzechu i wyrwał spod władzy szatana poprzez swoją śmierć i zmartwychwstanie. Pomyślcie, czy to nie jest niesamowite, że Ktoś umarł za nasze grzechy, po to, by pokonać szatana, a gdy wszyscy myśleli już, że odszedł na zawsze, On trzeciego dnia zmartwychwstał, pokonując śmierć! Kiedy na przykład mówię o tym dzieciom na lekcji religii w drugiej klasie, nie mogę pokonać swoich emocji…

Tak, Bóg jest dla mnie na pierwszym miejscu. Nikt ani nic nie zajmuje Jego miejsca – ani moja żona, ani moje dziecko, mój dom czy moje studia. Są ludzie, którzy mogą się temu dziwić. Jak to – zapytają – to Ty chyba nic nie robisz, tylko się modlisz i latasz do kościoła? Nie! Zawsze powtarzam za świętym Augustynem te słowa: „Jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko jest na swoim miejscu”. To naprawdę niesamowite, ale kiedy ustawi się Boga jako priorytet, to wszystkie inne wartości nabierają tego boskiego charakteru. Jeśli kochasz żonę z myślą o wieczystej miłości Boga do nas – to kochasz ją po tysiąckroć bardziej i umiesz to okazywać po tysiąckroć lepiej. To autentyczna prawda!

Jak już napisałem, jestem katolikiem. A to oznacza, że nie tylko wierzę w Boga i w Biblię, ale również w Kościół katolicki, założony przez samego Mesjasza, Jezusa Chrystusa. Wierzę też w nauczanie Kościoła. A oprócz tego, że w nie wierzę, to jeszcze je rozumiem. Tak na zwykłą, ludzką logikę. I uznaję (chyba) wszystko to, o czym naucza Kościół. Tego bloga założyłem zaś z myślą o Was – którzy szukacie, błądzicie, nie potraficie zrozumieć – aby spróbować rozwiać Wasze wątpliwości i odnaleźć drogę. I o Was również – którzy nie zgadzacie się i oburzacie – by zachęcić do mądrej i twórczej polemiki. Oraz o Was – którzy myślicie tak jak ja i rozumiecie to wszystko, może czasem troszkę w inny sposób – abyśmy się nawzajem wspierali dobrym słowem i radą, napominali się kiedy potrzeba i pomagali sobie nawzajem.

Mam szczerą nadzieję, że misja, którą sobie założyłem, powiedzie się choć w stopniu minimalnym. Serdecznie zapraszam do lektury i zostawiania swoich komentarzy, myśli i spostrzeżeń. Niech Pan będzie z Wami!

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy

Rozpoczyna się show!

wsdradomNie wiem jeszcze dokładnie jak się trzeba posługiwać tym narzędziem ani jak to działa, ale mam nadzieję, że pewna znana mi Dominika trochę mi pomoże. Tak czy inaczej pozdrawiam wszystkich. Jestem Mateusz i jestem klerykiem. A blog ten ma być zatytułowany „Z pamiętnika stukniętego kleryka”. Będę tu opowiadał o życiu w Seminarium, o wierze i doktrynie Kościoła Katolickiego, oraz będę starał się odpowiadać na intygujące Was pytania. Mam nadzieję, że uda mi się potoczyć ten wózek. Pozdrawiam wszystkich i niech Was Bóg błogosławi!

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy