Posts Tagged With: Wola

Hormony, feromony i potęga podświadomości

To jest hasło, którym zwykłem określać wszystkie zewnętrzne, choć jednocześnie wewnętrzne czynniki mające wpływ na ludzkie decyzje. Zewnętrzne, ponieważ nie mamy wpływu na ich działanie, są od nas niezależne: one wpływają na nas, my nie wpływamy na nie. Wewnętrzne, ponieważ pochodzące od czynnika ludzkiego, pochodzące od nas samych. Taki pasożyt, kosmita-zombie, który żyje w nas i w nas się naprodukowuje, a my nie mamy nic do powiedzenia. Przy tym wszystkim jestem wielokrotnie zadziwiony, że nie nazwałem dotąd żadnej notki w ten sposób, a hasło pojawia się tylko raz i to w jednej z najnowszych notek. Hasło „hormony, feromony i potęga podświadomości” towarzyszyło mi bowiem wielokrotnie przez długi czas zmagań w kwestii mieszkania narzeczonych razem przed ślubem. Czyli jakieś 5-6 lat temu.

Ta notka nie ma być kolejną próbującą przekonać o nieszkodliwości wspólnej kohabitacji. Wystarczająco dużo o tym pisałem, a ostatnio opowiedziałem się przeciw (nie do końca, ale podałem argumenty dla mnie logiczne). Choć temat powrócił w czasie kolejnej dyskusji na ten sam temat. Rozmawiałem z koleżanką, że nie widzę nic przeciwko mieszkaniu wspólnemu narzeczonych, o ile ci narzeczeni żyją jednocześnie w czystości. Koleżanka stwierdziła, że każdy normalny, zdrowy mężczyzna prędzej czy później spróbuje uwieść swoją przyszłą żonę, jeśli będą mieli mieszkać wspólnie. Odparłem, jak to już miewam w zwyczaju, że w takim razie jestem chorym mężczyzną, a do tego nienormalnym, skoro mimo mieszkania z narzeczoną zachowałem czystość, a po ślubie urodziła dwójkę dzieci (a więc nie jestem – jak powiadali niektórzy – aseksualny).

Trudne te słowa i dość osobiste, ale odważam się je tu zamieścić, bo wielokrotnie w dawnych latach już na blogu padały. Są konieczne, by podkreślić to, do czego dążę: że żaden zdrowy, normalny mężczyzna nie musi się nigdy i do nikogo dobierać, przed, po i w trakcie ślubu. Normalny, zdrowy mężczyzna nie ma buraczanych potrzeb, jak mawiał ksiądz Mieczysław Maliński, które niby sprawiają, że musi podjeść dobrze i z kimś się przespać. O ile bowiem jedzenie jest potrzebą – bez tego się umrze – ale nie musi być to, po męsku rozumiane, dobre jedzenie (golonka i Magdoland), o tyle seks (zwany także współżyciem seksualnym) nie jest żadną potrzebą. Potrzebą nawet nie nazwałbym współżycia małżeńskiego. W małżeństwie jest potrzeba bliskości i jedności ze współmałżonkiem, która może się objawiać poprzez współżycie – to jest jeden z najdoskonalszych sposobów spełnienia potrzeby bliskości. Żaden mężczyzna jednak nie potrzebuje współżyć seksualnie, bo nie jest pustym zwierzakiem.

Człowiek – zarówno mężczyzna, jak i kobieta – to jedność trzech. Te trzy zwane są przez św. Pawła duchem, duszą i ciałem. Nie jest tak, jak przyzwyczailiśmy się dzięki Augustynowi podążającemu za Platonem, że człowiek to dusza i ciało, czy może właściwie dusza w ciele, lecz trzy: duch, dusza i ciało. Filozofowie i teologowie wierni nauczaniu Pawła interpretują te trzy jako rozum, wolę i uczucia. Dla psychologów będzie to z kolei psychika, duchowość i cielesność. Skupmy się na pierwszej interpretacji. Człowiek nie jest jak zwierzę, które ma dwie rzeczy: uczucia i instynkty. Instynkty są odpowiedzią mózgu zwierzęcia na pobudki uczuć. Dlatego pies, który się boi, schowa się za fotel, a ten, który wyczuje suczkę w rui, idzie w tango. Człowiek też ma instynkty wynikające z uczuć, ale nawet jakby chciał, nie będzie się tymi instynktami kierował. Człowiek bowiem, nawet jakby nie zamierzał, każdą pobudkę swojego instynktu weźmie pod rozważanie, w myśli, choćby bardzo krótko, rozważy za i przeciw, wreszcie podejmie decyzję z instynktem związaną. Choćby działo się to w ułamku sekundy, zdrowy człowiek (nie dotykam tu osób upośledzonych, czy chociażby tych pod wpływem narkotyków), nawet podążając za instynktem zrobi to świadomie.

Są setki, tysiące impulsów, pochodzących z zewnątrz i mających wpływ na ludzkie działanie. Są setki i tysiące impulsów, które organizm człowieka sam wysyła, w swoją stronę (hormony) czy w stronę drugiego człowieka (feromony), niezależne od człowieka, więc i zewnętrzne. Hormony produkowane w przysadce mózgowej czy trzustce są dla nas impulsami do działania, czy do zaprzestania działania. Wywołują stres, strach, przypływ energii – to, co nazywamy uczuciami. Feromony rozsyłane w powietrzu, połączone z krótką mini, dużym dekoltem, zwłaszcza w taką jak dziś pogodę, rozgrzewają zmysły, wywołują silny pociąg. Wreszcie nasza podświadomość, pamięć z wczesnego dzieciństwa, wyuczone schematy działań, zegar biologiczny – motywują nas do działania, którego nie zawsze rozumiemy. Uczucia, uczucia, uczucia – niezależne od nas. Ale my, ludzie, nie jesteśmy zwierzętami. Mamy rozum, na mocy którego rozważamy, co dane uczucie może dla nas oznaczać. Czasem robimy to dłużej, czasem krócej, ale nigdy bez zastanowienia. Myślimy, bo jesteśmy ludźmi. Takimi nas Pan Bóg stworzył. Wreszcie, rozważywszy całość, wszystkie za i przeciw, podejmujemy decyzję o działaniu. Ponieważ oprócz rozumu mamy jeszcze wolę. Decydujemy, czy, kiedy podchodzi do nas na ulicy, w upalny dzień, szkolna miłość i, rozsyłając wokół siebie niewyczuwalny zmysłami zapach, kusi długością swych nóg, a nasz organizm reaguje uderzeniem hormonów do mózgu, zalewając nam wzrok i słuch, pójść z nią w tany, czy nie. Nie mamy buraczanych potrzeb. Woda postawiona na ogniu nie musi się zagotować, bo my nie jesteśmy czajnikiem z wodą, my decydujemy czy i kiedy ten czajnik z ognia należy zdjąć.

Mogę mieszkać z piękną kobietą, przytulać się do niej i spać z nią, ale to nie znaczy, że muszę się do niej zbliżać na mocy jakichś niedookreślonych, nieistniejących buraczanych potrzeb. Mam żonę, która kiedyś była moją narzeczoną, która miewa lepsze czy gorsze momenty, która miewa najróżniejsze momenty cyklu, która bywa w połogu. Gdybym miał się kierować hormonami, feromonami i potęgą podświadomości, musiałbym często moją żonę krzywdzić. Ale jestem człowiekiem, dorosłym i świadomym, potrafiącym decydować o swoim życiu. Nie kieruję się instynktami czy buraczanymi potrzebami (choć lubię zjeść i goloneczkę, i McDonalda) i nie mam – nigdy nie miałem – problemu z panowaniem nad sobą. Kiedy jeszcze trwałem w narzeczeństwie mówiono mi, że walka ze swoim popędem doprowadzi do stresów związanych ze współżyciem w małżeństwie, że ostatecznie wpłynie na nieudane życie seksualne. Nic takiego się nie stało – i ja wiedziałem, że nic takiego się nie stanie. Głównie dlatego, że ja nie walczyłem ze swoim popędem. Nigdy nie walczyłem, bo nie musiałem walczyć. Zwyczajnie, ze względu na to, że jestem osobą myślącą i świadomą, potrafiłem i potrafię nad swoim popędem panować.

Człowiek jest istotą myślącą i decyzyjną. Nie rządzą nim hormony, feromony, potęga podświadomości, uczucia i ciepłe powietrze. Człowiek decyduje o sobie i ważne, by decydował mądrze. Potrafi zdecydować z kim, kiedy i dlaczego pójdzie do łóżka.

Jeśli nie potrafi, najwyższy czas, by się nauczył.

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

W ostatniej chwili

Minęło kolejne 500 lat…

Pytania Ciamajdy są naprawdę ciekawe i dają do myślenia. I czasem rzeczywiście trzeba troszkę dłużej pomyśleć, żeby udzielić na nie odpowiedzi. Ale pozwólcie, że spróbuję.

Cała komentarzowa wypowiedź Ciamajdy brzmiała tak:

Napisałeś tak: „Może Bóg nie zmusi nikogo, by za Nim poszedł, ale to człowiek w ostatniej chwili zdecyduje, że jednak chce za Nim pójść?” W takim razie moje pytanie jest następujące. Czy to nie byłoby tak, że to właśnie owa „ostatnia chwila”, jej nieskończona powaga i znaczenie – a nie sam człowiek ze swej nieprzymuszonej woli – popychałaby go w objęcia Boga? I czy w takim razie nie mielibyśmy do czynienia ze swoistym przełamaniem wolności człowieka i jego ubezwłasnowolnieniem? Bo to nawet nie chodzi o strach przed potępieniem. Powiedzmy że człowiek by się tego potępienia nie bał. Ale dlaczego ta „ostatnia chwila” miałaby się pod względem nawrócenia wyróżniać spośród wszystkich chwil mijającego życia. Jasne, że nie musiałoby być za późno, wierzę że miłosierdzie boże sprawia, że nigdy, dopóki żyje człowiek, nie jest za późno, ale nie potrafię zrozumieć tego, że właśnie tej „ostatniej chwili” nadaje się takie znaczenie w kwestii nawrócenia. No i można zapytać, czy każdy człowiek taką ostatnią chwilę, w której mógłby się namyślić, ma zagwarantowaną. Jeśli ktoś bardzo grzeszny, no potwór wręcz, wpada pod samochód, to trudno zakładać że mógłby przed śmiercią zdążyć pojednać się z Panem Bogiem, bo on może nawet nie widziałby tego rozpędzonego samochodu za sobą. Inna sprawa, to czy nawrócenie polega tylko na przeproszeniu Pana Boga i powiedzeniu: chcę. Bo to brzmi bardzo podniośle i pięknie, ale również naiwnie i zadziwiająco nierozsądnie.

Nie istnieje żadna nieskończona powaga i znaczenie „ostatniej chwili”. Ostatnia chwila nie jest żadnym magicznym zdarzeniem. Owszem, wyraziłem swego rodzaju nadzieję, że człowiek w swej wolności mógłby nawrócić się w ostatniej chwili, co prowadziłoby do powszechnego zbawienia dzięki ludzkiemu nawróceniu. Jednak sama ostatnia chwila jako cudowne zdarzenie nie istnieje. Ciamajda ma bowiem rację: gdyby wszystko zależało od owej ostatniej chwili, byłoby to złamaniem ludzkiej, koniecznej do zbawienia świadomego, wolności. Wówczas byłoby tak, jak pisze Ciamajda, że „mielibyśmy do czynienia ze swoistym przełamaniem wolności człowieka i jego ubezwłasnowolnieniem”.

Czym zatem byłaby ta ostatnia chwila, gdyby można było przypuszczać, że rzeczywiście istnieje? Otóż część teologów wyraża swoją nadzieję, że ta ostatnia chwila mogłaby być rzeczywiście czymś wyjątkowym, ale nie ze względu na swoją ostatniochwilowość. Tłumacząc wcześniej to zagadnienie zapomniałem o najważniejszym, Bożym elemencie „ostatniej chwili”. Otóż osoby wyrażające nadzieję na istnienie ostatniej chwili interpretują ją w następujący sposób: jest to moment na samej granicy życia lub śmierci, w którym jeszcze żyjesz, ale dane jest ci już oglądać Boga. Związane jest to z tym, że za życia jesteśmy od Boga oddzieleni, po śmieci zaś oglądamy Go twarzą w twarz. Ta „ostatnia chwila” miałaby być zaś taką chwilą graniczną. Mówi się więc, że w związku z obejrzeniem i zachwyceniem się wszechogromem i nieskończoną dobrocią Boga, człowiek podejmowałby w tej ostatniej chwili ostatni akt woli, wyciągając rękę do Boga i mówiąc „amen”. Albo, jak Ciamajda napisał, „chcę”.

Oczywiście, w dalszym ciągu możemy mieć wątpliwości, czy gdybyśmy rzeczywiście w ostatniej chwili życia mieli możliwość oglądania oblicza Pana, to w ogóle moglibyśmy powiedzieć „nie chcę”. Czy mielibyśmy wybór, czy nie byłoby to przełamanie naszej wolności. Jest to jednak dylemat podobny do tego, czy Maryja mogła odmówić Gabrielowi przyjęcia Bożego Dziecka. Czy, jako bezgrzeszna, nie popełniłaby wówczas grzechu. I rzeczywiście można by powiedzieć, że Jej wola w jakiś sposób była złamana. Jednak nie wolno mieć wątpliwości, czy dokonała aktu zgody jako własnej decyzji. Nikt Jej do tego nie przymuszał, nawet jeśli wynik wyboru był z góry możliwy do przewidzenia. Tak też byłoby z „ostatnią chwilą”. Choć nie sposób prawdopodobnie ujrzeć oblicze Pana i powiedzieć „nie chcę”, to jednak zachwyt i wszechogarniająca miłość nie są powodem do odtrącenia naszej wolności. Bóg nie ciągnąłby nas na siłę w ostatniej chwili, lecz wyciągałby rękę, którą my moglibyśmy schwycić lub nie.

Można więc powiedzieć, że ta ostatnia chwila nie musiałaby wcale trwać nawet ułamka sekundy. Największa szuja potrącana przez niezauważony samochód też by ją miała. Dla Boga czas bowiem tak naprawdę nie ma znaczenia. Pozostaje jednak pytanie, „czy nawrócenie polega tylko na przeproszeniu Pana Boga i powiedzeniu: chcę”. To rzeczywiście „brzmi bardzo podniośle i pięknie, ale również naiwnie i zadziwiająco nierozsądnie”. Zgadza się, jest to coś w rodzaju patetycznej nadziei na, jednak, apokatastazę, bez względu na to, co poszczególni ludzie robili za życia. Dlatego ja nie jestem wielkim orędownikiem nawrócenia w ostatniej chwili. Sądzę, że potrzeba chociaż spowiedzi, przydałoby się też namaszczenie. Jednak z drugiej strony jest Jezusowa przypowieść o robotnikach.

Albowiem królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: „Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam”. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: „Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie?” Odpowiedzieli mu: „Bo nas nikt nie najął”. Rzekł im: „Idźcie i wy do winnicy!” A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: „Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych!” Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: „Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty”. Na to odrzekł jednemu z nich: „Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi» (Mt 20, 1-16).

W związku z powyższym fragmentem, gdyby liczyć, że ktoś przyszedłby do pracy w ostatniej chwili, dostałby taką samą nagrodę, jak ci, którzy pracowali od początku dnia. O ile oczywiście w ogóle możliwe jest nawrócenie w tej, teoretycznej przecież, ostatniej chwili.

Z trzeciej strony Szatan miał możliwość ciągłego oglądania Boga twarzą w twarz. A jednak podjął decyzję odwrotną, powiedział „nie chcę”. Niezbadane są wyroki Boskie. I wola Bożych stworzeń.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Zgodne z wolą Pana

To nie będzie długa notka, chciałem tylko złożyć życzenia. Każdemu, kto na stałe czyta mego bloga oraz wszelkim przypadkowym odwiedzającym. Chyba jasne jest, że nie przeczytacie tu prostych życzeń zdrowia, szczęścia i pomyślności, choć każda z tych rzeczy z pewnością godna jest bycia życzoną. Mogę życzyć pieniędzy, sobie też ich życzę, ale z oczywistą rezerwą – bo gdybyśmy je już dostali, to czy zrobilibyśmy z nimi coś dobrego? Zbudowałbym dom, kupił samochód i… mam jeszcze wiele pomysłów których chyba wcale nie powinienem realizować…

Dziś życzę wszystkim, aby Święta Bożego Narodzenia zawsze były dla nich „Merry Christmas”, a nie „Happy Holidays”. Żeby prezenty, choinka i wigilijne obżarstwo nie były istotą świąt, lecz wyłącznie świętowaniem czegoś większego. Większego, czyli narodzenia Pana Jezusa, Jedynego Prawdziwego Boga i Zbawiciela. I nie w żłóbku betlejemskim, ani nawet nie w naszym domu – lecz w każdym z nas. I aby to narodzenie trwało już na zawsze, a nie do następnego grzechu w dniu jutrzejszym, z którego wyspowiadamy się dopiero przed Wielkanocą (albo i nie).

Przede wszystkim życzę jednak spełnienia wszelkich najskrytszych i najjawniejszych marzeń, tych, które są zgodne z wolą Pana.

Wesołych Świąt!

Wesołych Świąt!

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Miłość, jaką jest, moimi oczami

O miłości wiemy niewiele. Miłość jest jak gruszka. Gruszka jest słodka i ma kształt. Spróbuj zdefiniować kształt gruszki.
(Jaskier – „Pół wieku poezji”; z dzieła Andrzeja Sapkowskiego „Wiedźmin”)

Miłość to coś, o czym powstało tysiące książek, dzieł, esejów, felietonów, powieści, opowiadań, piosenek… Każdy praktycznie kiedyś coś na jej temat powiedział, każdy coś o niej wie, albo myśli, że wie. Ja również wielokrotnie (choćby i na tym blogu) wypowiadałem się na temat miłości. Nie tylko na blogu zresztą. Mam jednak świadomość, że choćbym nie wiem jak dużo powiedział, czy choćby nie wiem jak dużo powiedziałby na jej temat każdy z Was, zawsze byłby to tylko początek, namiastka, nikły atom całej potęgi jaką stanowi miłość. Nie twierdzę więc, że wiem o miłości dużo, bo na całej ziemi nie ma człowieka, który by o niej dużo wiedział. Ale wypadki ostatnich kilku dni zmusiły mnie do wyrażenia się na temat tego, czym w moim przekonaniu jest miłość, raz jeszcze. I może Arnie ma rację, może za wiele o niej mówię, może wiem o niej więcej niż się do niej stosuję, więc może wypowiem się na jej temat (bezpośrednio oczywiście) po raz ostatni w życiu. Ale przez to postaram się wyczerpać wszystkie moje wiadomości, przypuszczenia i nadzieje dotyczące miłości które nagromadziły się we mnie i którymi staram się żyć.

1. Miłość jest jedna

„Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością.” (1 J 4, 8) Większość tego, co wiemy o miłości (oczywiście tego, co jest prawdą, a nie tego, co podpowiadają nam różne media i tym podobne źródła) czerpiemy z Pisma Świętego. To, co w swym liście napisał święty Jan uważane jest za definicję Boga. Bóg jest miłością, a ponieważ Bóg jest jeden, miłość również jest jedna. Co więcej, jeśli Bóg jest miłością, cała miłość pochodzi od Boga, w Bogu ma swoje źródło. Jeśli więc ktokolwiek kocha, naprawdę kocha, wie, że jego miłość pochodzi od Boga. Że Bóg dał mu miłość którą on teraz ofiaruje innym. A nawet jeśli tego nie wie, to nie można zaprzeczyć, że tak jest w rzeczywistości. Co oprócz tego napisał Jan? Że jeśli ktoś nie miłuje, nie zna Boga. Znajomość Boga nie oznacza tu wszelakiej wiedzy na Jego temat, jak my byśmy to dziś rozumieli, lecz samo obcowanie ze Stwórcą. Bezpośredni kontakt. To więc oznacza, że by w ogóle mówić o jakiejkolwiek bliskości z Bogiem, o jakiejkolwiek wierze, trzeba najpierw miłować. Trzeba najpierw kochać.

Napisałem, że miłość jest jedna. Co miałem na celu pisząc te słowa? Otóż chodziło mi o to, że jeśli kocham swoją mamę, tatę, siostrę, brata, dziewczynę, nawet psa, kocham ich wszystkich jedną miłością. Jedną, która jednak objawia się na wiele różnych sposobów. Inaczej będę kochał przyjaciół, inaczej brata, a zupełnie inaczej dziewczynę z którą, powiedzmy, chciałbym się ożenić i mieć dzieci. Ale nie można zaprzeczyć, że jeśli idę ulicą i wyzywam kogoś od, powiedzmy, ladacznic, a później tymi samymi ustami wyrażam miłość mojej dziewczynie, to chyba coś tu jest nie tak. Bo jeśli miłość jest jedna, jeśli wszystkich kocham tą samą miłością, to muszę (a przynajmniej powinienem) kochać nią zarówno dziewczynę, jak i tą osobę, którą uważam za ladacznicę. Dodatkowo, tą samą miłością kocham kogoś kto wyrządził mi krzywdę, jak i kogoś kto kocha mnie wzajemnie. I choć za każdym razem ta miłość będzie objawiać się w zupełnie inny sposób, bo przecież niejedno ma imię, to za każdym razem będzie to ta sama miłość.

2. Miłość jest punktem wyjścia

„Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.” (1 Kor 13, 1) To początek najpiękniejszego, moim zdaniem, dzieła poetyckiego – Hymnu o miłości. Nie muszę go tu chyba przytaczać w całości, większość z Was ma pojęcie o co tu chodzi. A chodzi o to, że każdy z nas, jeśli nie kocha, nie znaczy nic. I choćbym umiał przenosić góry, śpiewać, latać, choćbym był wirtuozem fortepianu albo genialnym literatem, albo potrafił powiedzieć „mleko skondensowane w puszcze” od tyłu bez zająknięcia, a nie umiałbym kochać, mógłbym nazwać się śmieciem. Małym, nic nie znaczącym śmieciem. Bo „miłości bym nie miał”… Miłość leży u podstaw. Jeśli Bóg jest miłością, a Bóg jest wieczny i przekracza czas, to miłość również jest wieczna. Bóg ukochał do istnienia świat i ukochał do istnienia ludzi, dlatego mamy prawo poruszać się w tych nikłych skorupkach naszych ciał. Miłość leży więc u podstaw całego świata i wszystkiego co się na nim dzieje. Wszystkiego także w nas. Naszego pierwszego oddechu, naszego pierwszego kroku, pierwszego wypowiedzianego słowa. To wszystko poprzedziła miłość Stwórcy do nas. Nasza wola (o tym szerzej w następnym punkcie) jest również dziełem Jego miłości. I teraz my możemy zdecydować, czy chcemy być bardziej podobni do Boga, czy bardziej od Niego różni. My decydujemy czy u podstaw naszego postępowania będzie leżała miłość, tak jak u podstaw każdego Bożego dzieła. Czy zacznę kontakt z jakimkolwiek człowiekiem podchodząc do niego z miłością, ufnością, czy raczej spojrzę na niego i powiem, że nie zasługuje na moją miłość. I tu wrócę do punktu pierwszego. Jeśli miłość jest jedna, to podchodząc do wybranych osób z miłością, tak naprawdę do nikogo nie podchodzimy z miłością. I znowu – jeśli miłość niejedno ma imię, to do różnych osób podejdziemy z miłością która inaczej się objawi. Ale musimy przyznać, że by móc znać Boga, jak mówił Jan, czy móc w ogóle cokolwiek znaczyć, jak pisał Paweł, musimy najpierw kochać. Czyli miłość powinna leżeć u podstaw naszego postępowania.

3. Miłość jest aktem woli

Cała dwutysiącletnia filozofia chrześcijańska już od początku jakoś nie miała wątpliwości, że miłość jest aktem woli. Ale co to oznacza? W człowieku dają się zauważyć trzy rejony, powiedzmy, wewnętrzne. Rejon uczuć czy popędów, rejon rozumu oraz rejon woli. I tak jak widzimy ten trzystopniowy podział, tak wielu z nas nie jest w stanie określić granicy między jedną a drugą strefą. Co więcej – wielu całkowicie błędnie zamieszcza samą miłość w sferze uczuć i choćby nie wiem jak wiele argumentów przeciw temu podawać, i tak będą utrzymywali, że miłość jest uczuciem. Ale dlaczego twierdzę, że nie? Uczucia bowiem są to zjawiska informujące nas o czymś, mówiące nam że dzieje się z nami coś dobrego albo niedobrego. Uczucie zakochania mówi nam, że taka-to-a-taka osoba zrobiła na nas wrażenie i że się nam podoba. Uczucie zazdrości mówi nam, że ktoś stanowi zagrożenie np. dla naszego związku. Uczucie niepokoju mówi nam, że coś się z nami dzieje niedobrego i powinniśmy coś z tym zrobić. I dalej – jeśli zwiążemy się z tą osobą i jakiś czas będziemy z nią przebywać, zakochanie minie. Jeśli pokonamy wroga zagrażającego naszemu związkowi, zazdrość zniknie. Jeśli odnajdziemy źródło tego czegoś niedobrego i je zniszczymy, niepokój odejdzie. A miłość? Miłość, nawet jeśli ma jakiś początek, to nie tylko o niczym nas nie informuje, lecz trwa bez końca. Bo, skoro Bóg jest miłością, to jeśli miłość by się kończyła, musiałby też następować koniec Boga. Do tego uczuć się nie przysięga. Nie można przysiąc że będę zakochany aż do śmierci, bo, prawdopodobnie, nie będę, choćbym nie wiem jak próbował. Tym czasem na ślubie przysięgamy, że będziemy kochać aż do śmierci. Miłość więc nie leży w popędzie i uczuciach, choć same uczucia miewają pewien wpływ na to jak się ona objawia.

Dalej następują dwie typowe dla człowieka rzeczy – rozum i wola. Wielu stawia je na równi i twierdzi, że wzajemnie się uzupełniają. Jednak filozofowie chrześcijańscy doszli do wniosku, że wola ma przewagę nad rozumem. Przewaga ta polega m.in. na tym, że rozumem rozpatrujemy pewne rzeczy, stanowiska, stwierdzamy co nam się bardziej opłaca, co mniej, ale właśnie wolą podejmujemy decyzję nad wyborem. I choć określimy sobie w rozumku że coś jest lepsze, i tak możemy wybrać to, co gorsze. Ale, co więcej, miłość właśnie absolutnie nie może być logiczna. Jeśli ktoś z Was spotkał w życiu miłość logiczną, to może mi ją opisać. Muszę przyznać, że jeśli człowiek miałby posługiwać się tylko rozumem, nigdy by nie pokochał. Miłość bowiem wymaga np. poświęcenia, które z całą pewnością nie należy do logicznych, a więc opłacalnych rzeczy (no bo pomyślmy: czy logiczniejsze byłoby oglądać sobie telewizję i zajadać pizzę w czasie wolnym, czy może wykorzystać ten czas na pomoc przy dzieciach autystycznych w jakimś domu opieki? Jasne że logika kazałaby nam odpocząć. A miłość każe pomagać…). Miłość wymaga też zauważenia w drugiej osobie wad, które należy pomóc jej zwalczać, co również nie jest logiczne. Miłość wreszcie dotyczy ludzi najróżniejszych, także tych, których nie lubimy, naszych nieprzyjaciół. Chyba nie jest logiczne kochanie swych nieprzyjaciół? Raczej nie przynosi nam ono korzyści. A jednak mamy ich kochać. I czasami nawet kochamy.

Trzecia więc, i najwyższa, jest sfera woli. Wiele osób twierdzi wręcz, że wolność jest największym prezentem jaki Bóg mógł dać ludziom. Wola służy u nas do podejmowania decyzji. Często wbrew temu co czujemy i wbrew temu co myślimy. Wola pomaga nam wykonywać rzeczy z punktu widzenia rozumu wręcz niewykonalne. Często mówi się, że sportowcy wygrywają ostatnią siłą woli. Że ktoś wyszedł z choroby bo miał wielką wolę wytrwania. Czy że ktoś mógł pójść na piwo, ale wolał zostać na lekcjach… Wola, coś, za pomocą czego decydujemy, pozwala nam właśnie kochać. Miłość jest więc aktem woli. Najwyższym spośród wszystkich jej aktów. Aby więc kochać, nie trzeba mieć na to logicznych powodów. Nie trzeba się zakochiwać. Aby móc kochać, wystarczy chcieć kochać. Wystarczy – ale tu jest haczyk. Bo niby wystarczy sobie postanowić, że się będzie kochało, ale często po prostu się nie chce… Dlaczego? Bo kochać jest trudno. Czym bowiem jest miłość? Ja definiuję ją tak (zaznaczam, że jest to moja własna definicja): Jest to postanowienie, że będzie się dbało o dobro i szczęście drugiej osoby bez względu na wzgląd. Czyli bez względu na dobro własne, bez względu na wzajemność miłości, bez względu znowu na stan kochanej osoby. No bo jeśli osoba kochana czuje się świetnie gdy pali trawkę, my kochając ją, próbujemy ją przekonać żeby nie paliła. Wiemy, że będzie na nas wściekła, a jeśli dopniemy swego, to jeszcze przez jakiś czas będzie czuła się potwornie, ale wiemy również, że potem będzie szczęśliwa, choć musi minąć sporo czasu. Jeśli mąż pije alkohol żona, z miłości, powinna wystawić mu walizki za drzwi i kazać wrócić jak zmądrzeje. Choć będzie jej przykro, że go nie ma i że nie ma się do kogo przytulić, a on będzie się przez miesiąc błąkał po ulicy, to wytrzeźwieje i może nigdy się już nie napije. Znowu – jeśli kochamy jakąś osobę, a ona nagle, po jakimś czasie przebytu w związku (oczywiście nie mówię tu o małżeństwie) stwierdza, że z pewnością będzie szczęśliwa pozostając osobą wolną, to choć wiemy, że będziemy cierpieć katusze, pozwalamy jej odejść, żeby była szczęśliwa. I to przecież w żadnej mierze nie jest logiczne. W żadnej mierze nie wynika też z uczuć. Wynika z woli, z aktu woli niezwykle ciężkiego do podjęcia. Właśnie dlatego, że jest sprzeczny z rozumem i uczuciami. Ale przez to jakże piękny…

4. Trzy słowa o miłości wzajemnej

Choć istnieją tysiące przykładów miłości nieodwzajemnionej, jak choćby miłość nieprzyjaciół, pragnę się tu zająć miłością wzajemną, do tego między przedstawicielami przeciwnych płci, a także osób wiekowo zbliżonych (to jest nie np. miłością matki do syna czy babci do wnuka). Notka bowiem staje się już i tak bardzo długa, a ja pragnę wytłumaczyć moje podejście do miłości jako stosunku między dwójką młodzianów. I tak: osobiście rozróżniam trzy rodzaje takiej miłości (a może raczej, żeby być ścisłym i zgadzać się ze swymi słowami z poprzednich akapitów, trzy sposoby objawiania się takiej miłości): miłość braterska, miłość przyjacielska i miłość małżeńska. Jak już mówiłem, sam niewiele wiem o miłości i do końca nie wiem dlaczego właśnie taki podział, ale wiem że jakoś to tak wewnętrznie czuję. Jakie są czynniki warunkujące sposób objawiania się miłości? Jest to stosunek wzajemny dwóch osób, jest również rozumowe podejście, są to także poszczególne uczucia (mówiłem już wcześniej, że uczucia mają wpływ na miłość, choć ona nie opiera się na nich i istnieje poza nimi). I tak miłość braterską można mieć w stosunku nie tylko do kogoś kto rzeczywiście jest moją siostrą, ale również do kogoś bardzo bliskiego, komu nie powiedziałbyś wszystkiego z różnych powodów i komu nie zwierzasz się zawsze ze swych problemów, ale lubisz przebywać w pobliżu tej osoby, żartować z nią i, oczywiście, pragniesz jej szczęścia. W grę w tej sytuacji wchodzi także coś w rodzaju rutyny czy przyzwyczajenia. Ja na przykład miłością braterską darzę dziewczynę mojego brata. Traktuję ją jak siostrę i kocham jak siostrę. Druga miłość to miłość przyjacielska (kiedyś nawet definiowałem przyjaźń jako miłość wzajemną). Przyjaciół traktujemy jako powierników swych tajemnic, jako osoby którym możemy się wyżalić, wypłakać, z którymi możemy bez obawy o wszystkim porozmawiać. Możemy mieć wielu przyjaciół, tak jak wiele sióstr i braci. Oczywiście by mieć prawdziwą przyjaciółkę (mówię tu we własnym imieniu), trzeba ją najpierw pokochać. No i trzecia miłość to miłość małżeńska. Dlaczego od razu małżeńska, a nie narzeczeńska czy jeszcze jakaś tam wcześniejsza? Dlatego, że jeśli jest wzajemna, a więc nigdy nie ustaje, to siłą rzeczy dąży do małżeństwa, czyli zjednoczenia się ze sobą aż do śmierci. Osoba kochana tą miłością nie musi być powiernikiem naszych tajemnic (przynajmniej nie wszystkich), ale przede wszystkim musi posiadać wyłączność. Nie może być dwóch albo trzech osób które darzymy tym rodzajem miłości (przypomnę, że mówimy o różnych objawieniach tej samej, jednej miłości). Może nie być żadnej, ale jeśli jest już jedna, nie można mówić o pojawieniu się drugiej. I teraz ważna sprawa – właśnie owa wzajemność. Jeśli kocham dziewczynę jak siostrę, ważne jest by ona kochała mnie jak brata (pochwalę się, że jedyną dziewczyną od której w tym roku dostałem walentynkę była dziewczyna mojego brata i nikomu nie przyszło do głowy, że się we mnie kocha; gdzieś w głębi duszy poczułem, że tak właśnie zachowałaby się dobra siostra). Jeśli mam przyjaciółkę, to ona ma przyjaciela. I wreszcie, jeśli darzę dziewczynę miłością (jak ja ją zwykłem czasem nazywać) „coś więcej”, to ważne jest, by ona również mnie nią darzyła. Z bardzo prostego i prozaicznego powodu: jeśli ja ją kocham jak żonę, a ona mnie jak przyjaciela, to ja się będę męczył, a ona wkrótce zacznie mnie mieć dość. Jeśli ofiaruję jej miłość małżeńską i myślę o tym, byśmy byli razem w dobrej i złej doli, dopóki śmierć i takie tam inne, a ona mówi, że nie chce takiej miłości i prosi o to, byśmy spróbowali być przyjaciółmi, to jeśli ja się będę upierał, wykończę nas oboje psychicznie. Ale ponieważ ją kocham, zgadzam się na to byśmy byli przyjaciółmi (czy ewentualnie bratem i siostrą, to może być nawet łatwiejsze do zrobienia) i w inny już sposób wyrażam tą samą miłość, którą już wcześniej zechciałem (inaczej – miałem wolę) ją obdarzyć. Pewnie, im dalej zaawansowany mamy za sobą związek, tym trudniej zmienić sposób okazywania miłości. Ale jeśli się kocha, naprawdę kocha, to nie jest to niewykonalne. A potem mamy znów wolność by miłość małżeńską ofiarować komu innemu. Zaznaczę jednak, że miłość małżeńska raz ofiarowana WZAJEMNIE, tak, że ja ją kocham jak żonę, ona mnie jak męża, jest nieodwracalnie niezmienna. Właśnie tą miłość przysięga się na ślubie. Jedna osoba może nią obdarzyć drugą bez wzajemności, a odwrót może nastąpić tylko wtedy, gdy ta druga osoba myślała że kocha tą pierwszą w ten sam sposób, ale okazało się, że nie miała dość silnej woli. Trochę to zagmatwane. Ale wytłumaczę… Jeśli kocham jedną dziewczynę i obiecuję że będę z nią szczęśliwy do końca życia jeśli odwzajemni mą miłość, ale ona jej nie odwzajemnia, oferując przyjaźń, mogę zgodzić się na ową przyjaźń. Jeśli jednak rzeczywiście sama również zgodzi się na miłość „coś więcej”, nie można już stamtąd zawrócić. Chyba że któraś z tych osób nie kochała drugiej naprawdę.

5. Krótkie podsumowanie i zakończenie notki

Wiadomo z tego wszystkiego, że miłość jest jedna, stoi u podstaw wszystkiego i nie należy, jak to mówił św. Tomasz z Akwinu, do popędu zasadniczego, lecz jest aktem woli. Te trzy rzeczy wiemy dzięki objawieniu, lecz również częstokroć gdzieś w sercu czujemy, że tak jest naprawdę. Czwarty jednak punkt mojego rozumowania w całości należy do mnie i jest mym prywatnym wynurzeniem. Mym prywatnym sposobem pojmowania miłości, przez który często (np. w przypadku poprzedniej notki) dochodzi w mym życiu do bolesnych nieporozumień. Bo jak wiele jest osób, tak wiele sposobów pojmowania miłości, która przecież jest jedna dla wszystkich. Ja właśnie wyróżniam te trzy oblicza miłości wzajemnej, wiele osób może się ze mną tutaj nie zgodzić. Ale przyglądając się mym najbliższym osobom, Qrczakom, naszej paczce, mogę w niej wyróżnić przykłady każdego rodzaju miłości wymienionej, a nawet w pewnym sensie sprzeczność między dwiema osobami ofiarującymi sobie dwa różne objawienia tej miłości. I tak, o ile pierwsze trzy punkty pojąłem i zrozumiałem w Seminarium, o tyle bliskie obcowanie z Qrczakami, ludźmi którzy nie dadzą się nie kochać, wydobyło ze mnie czwarty punkt tej rozprawy. Dziękuję Wam za to.

I na sam koniec napiszę jeszcze, że nie obiecuję, iż nie wypowiem się już nigdy na temat miłości, ale postaram się. Bo temat jest trudny, drażliwy, a potem zostaję oskarżony o pomiatanie miłością i brak zdolności do miłowania w ogóle. Ta rozprawka została napisana po to, by wyjaśnić pewne nieporozumienia i uświadomić Was nie tyle czym jest miłość, ile jak ja ją właśnie pojmuję. A za to: „Najbardziej niezdolni do kochania wiedzą o miłości rzeczy najgłębsze” serdecznie dziękuję. Myślę że się przyda. Ale los mej Pani i Przyjaciół Qrczaków pokaże dopiero, czy rzeczywiście nie jestem zdolny kochać. Choć wcale nie wiem o miłości dość głębokich rzeczy by w ogóle były godne zainteresowania…

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy