Posts Tagged With: Współżycie

Hormony, feromony i potęga podświadomości

To jest hasło, którym zwykłem określać wszystkie zewnętrzne, choć jednocześnie wewnętrzne czynniki mające wpływ na ludzkie decyzje. Zewnętrzne, ponieważ nie mamy wpływu na ich działanie, są od nas niezależne: one wpływają na nas, my nie wpływamy na nie. Wewnętrzne, ponieważ pochodzące od czynnika ludzkiego, pochodzące od nas samych. Taki pasożyt, kosmita-zombie, który żyje w nas i w nas się naprodukowuje, a my nie mamy nic do powiedzenia. Przy tym wszystkim jestem wielokrotnie zadziwiony, że nie nazwałem dotąd żadnej notki w ten sposób, a hasło pojawia się tylko raz i to w jednej z najnowszych notek. Hasło „hormony, feromony i potęga podświadomości” towarzyszyło mi bowiem wielokrotnie przez długi czas zmagań w kwestii mieszkania narzeczonych razem przed ślubem. Czyli jakieś 5-6 lat temu.

Ta notka nie ma być kolejną próbującą przekonać o nieszkodliwości wspólnej kohabitacji. Wystarczająco dużo o tym pisałem, a ostatnio opowiedziałem się przeciw (nie do końca, ale podałem argumenty dla mnie logiczne). Choć temat powrócił w czasie kolejnej dyskusji na ten sam temat. Rozmawiałem z koleżanką, że nie widzę nic przeciwko mieszkaniu wspólnemu narzeczonych, o ile ci narzeczeni żyją jednocześnie w czystości. Koleżanka stwierdziła, że każdy normalny, zdrowy mężczyzna prędzej czy później spróbuje uwieść swoją przyszłą żonę, jeśli będą mieli mieszkać wspólnie. Odparłem, jak to już miewam w zwyczaju, że w takim razie jestem chorym mężczyzną, a do tego nienormalnym, skoro mimo mieszkania z narzeczoną zachowałem czystość, a po ślubie urodziła dwójkę dzieci (a więc nie jestem – jak powiadali niektórzy – aseksualny).

Trudne te słowa i dość osobiste, ale odważam się je tu zamieścić, bo wielokrotnie w dawnych latach już na blogu padały. Są konieczne, by podkreślić to, do czego dążę: że żaden zdrowy, normalny mężczyzna nie musi się nigdy i do nikogo dobierać, przed, po i w trakcie ślubu. Normalny, zdrowy mężczyzna nie ma buraczanych potrzeb, jak mawiał ksiądz Mieczysław Maliński, które niby sprawiają, że musi podjeść dobrze i z kimś się przespać. O ile bowiem jedzenie jest potrzebą – bez tego się umrze – ale nie musi być to, po męsku rozumiane, dobre jedzenie (golonka i Magdoland), o tyle seks (zwany także współżyciem seksualnym) nie jest żadną potrzebą. Potrzebą nawet nie nazwałbym współżycia małżeńskiego. W małżeństwie jest potrzeba bliskości i jedności ze współmałżonkiem, która może się objawiać poprzez współżycie – to jest jeden z najdoskonalszych sposobów spełnienia potrzeby bliskości. Żaden mężczyzna jednak nie potrzebuje współżyć seksualnie, bo nie jest pustym zwierzakiem.

Człowiek – zarówno mężczyzna, jak i kobieta – to jedność trzech. Te trzy zwane są przez św. Pawła duchem, duszą i ciałem. Nie jest tak, jak przyzwyczailiśmy się dzięki Augustynowi podążającemu za Platonem, że człowiek to dusza i ciało, czy może właściwie dusza w ciele, lecz trzy: duch, dusza i ciało. Filozofowie i teologowie wierni nauczaniu Pawła interpretują te trzy jako rozum, wolę i uczucia. Dla psychologów będzie to z kolei psychika, duchowość i cielesność. Skupmy się na pierwszej interpretacji. Człowiek nie jest jak zwierzę, które ma dwie rzeczy: uczucia i instynkty. Instynkty są odpowiedzią mózgu zwierzęcia na pobudki uczuć. Dlatego pies, który się boi, schowa się za fotel, a ten, który wyczuje suczkę w rui, idzie w tango. Człowiek też ma instynkty wynikające z uczuć, ale nawet jakby chciał, nie będzie się tymi instynktami kierował. Człowiek bowiem, nawet jakby nie zamierzał, każdą pobudkę swojego instynktu weźmie pod rozważanie, w myśli, choćby bardzo krótko, rozważy za i przeciw, wreszcie podejmie decyzję z instynktem związaną. Choćby działo się to w ułamku sekundy, zdrowy człowiek (nie dotykam tu osób upośledzonych, czy chociażby tych pod wpływem narkotyków), nawet podążając za instynktem zrobi to świadomie.

Są setki, tysiące impulsów, pochodzących z zewnątrz i mających wpływ na ludzkie działanie. Są setki i tysiące impulsów, które organizm człowieka sam wysyła, w swoją stronę (hormony) czy w stronę drugiego człowieka (feromony), niezależne od człowieka, więc i zewnętrzne. Hormony produkowane w przysadce mózgowej czy trzustce są dla nas impulsami do działania, czy do zaprzestania działania. Wywołują stres, strach, przypływ energii – to, co nazywamy uczuciami. Feromony rozsyłane w powietrzu, połączone z krótką mini, dużym dekoltem, zwłaszcza w taką jak dziś pogodę, rozgrzewają zmysły, wywołują silny pociąg. Wreszcie nasza podświadomość, pamięć z wczesnego dzieciństwa, wyuczone schematy działań, zegar biologiczny – motywują nas do działania, którego nie zawsze rozumiemy. Uczucia, uczucia, uczucia – niezależne od nas. Ale my, ludzie, nie jesteśmy zwierzętami. Mamy rozum, na mocy którego rozważamy, co dane uczucie może dla nas oznaczać. Czasem robimy to dłużej, czasem krócej, ale nigdy bez zastanowienia. Myślimy, bo jesteśmy ludźmi. Takimi nas Pan Bóg stworzył. Wreszcie, rozważywszy całość, wszystkie za i przeciw, podejmujemy decyzję o działaniu. Ponieważ oprócz rozumu mamy jeszcze wolę. Decydujemy, czy, kiedy podchodzi do nas na ulicy, w upalny dzień, szkolna miłość i, rozsyłając wokół siebie niewyczuwalny zmysłami zapach, kusi długością swych nóg, a nasz organizm reaguje uderzeniem hormonów do mózgu, zalewając nam wzrok i słuch, pójść z nią w tany, czy nie. Nie mamy buraczanych potrzeb. Woda postawiona na ogniu nie musi się zagotować, bo my nie jesteśmy czajnikiem z wodą, my decydujemy czy i kiedy ten czajnik z ognia należy zdjąć.

Mogę mieszkać z piękną kobietą, przytulać się do niej i spać z nią, ale to nie znaczy, że muszę się do niej zbliżać na mocy jakichś niedookreślonych, nieistniejących buraczanych potrzeb. Mam żonę, która kiedyś była moją narzeczoną, która miewa lepsze czy gorsze momenty, która miewa najróżniejsze momenty cyklu, która bywa w połogu. Gdybym miał się kierować hormonami, feromonami i potęgą podświadomości, musiałbym często moją żonę krzywdzić. Ale jestem człowiekiem, dorosłym i świadomym, potrafiącym decydować o swoim życiu. Nie kieruję się instynktami czy buraczanymi potrzebami (choć lubię zjeść i goloneczkę, i McDonalda) i nie mam – nigdy nie miałem – problemu z panowaniem nad sobą. Kiedy jeszcze trwałem w narzeczeństwie mówiono mi, że walka ze swoim popędem doprowadzi do stresów związanych ze współżyciem w małżeństwie, że ostatecznie wpłynie na nieudane życie seksualne. Nic takiego się nie stało – i ja wiedziałem, że nic takiego się nie stanie. Głównie dlatego, że ja nie walczyłem ze swoim popędem. Nigdy nie walczyłem, bo nie musiałem walczyć. Zwyczajnie, ze względu na to, że jestem osobą myślącą i świadomą, potrafiłem i potrafię nad swoim popędem panować.

Człowiek jest istotą myślącą i decyzyjną. Nie rządzą nim hormony, feromony, potęga podświadomości, uczucia i ciepłe powietrze. Człowiek decyduje o sobie i ważne, by decydował mądrze. Potrafi zdecydować z kim, kiedy i dlaczego pójdzie do łóżka.

Jeśli nie potrafi, najwyższy czas, by się nauczył.

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Stosik

Pod wrażeniem pewnego blogu recenzującego książki postanowiłem, wzorując się na zaczerpniętym stamtąd pomyśle, utworzyć swój książkowy stosik. Stosik powstał pod wpływem tegorocznych, już opisywanych rekolekcji. W jego skład wchodzi sześć książek.

Akt Małżeński znanego i lubianego (przez niektórych) kapucyna o. Ksawerego Knotza jako jedna z dwóch książek została przez nas zakupiona podczas rekolekcji, w trakcie Dnia Wspólnoty. Tym razem jest to książka o seksie i współżyciu małżeńskim widzianym z naukowego, teologicznego i biblijnego punktu widzenia. Ksawery Knotz to bodaj najpopularniejszy katolicki autor interesujący się tematyką ludzkiej seksualności – a jego bycie zakonnikiem i celibatariuszem dodaje całej sytuacji rumieńców. Zdarzyło mi się już czytać inne, późniejsze książki autora, pisane językiem łatwym, dające wiele dobrych rad i muszę przyznać, że – mimo, iż zakonnik – świetnie zna się na podejściu do małżonków i ich zbliżeń. Ta pozycja, wydana w 2001 roku nie jest tak bezpośrednia, jak inne dzieła Knotza, ale dzięki temu możemy dowiedzieć się więcej o wspominanym zagadnieniu właśnie od strony naukowej. Książka szczególnie polecana w środowisku osób interesujących się współczesnym i historycznym podejściem Kościoła do ludzkiej seksualności i zmianami w tym podejściu.

Listy starego diabła do młodego C.S. Lewisa to pozycja która od dawna powinna była znajdować się w naszej bibliotece. Z żalem muszę przyznać, że z tego zacnego autora dotychczas czytałem jedynie „Opowieści z Narnii”. Tymczasem Lewis zajmował się nie tylko teologią dla najmłodszych (Narnia jest, jak wiemy, przesiąknięta Bogiem), lecz w sposób łatwy i ciekawy pisał też dla starszych. „Listy…” są pozycją w przewrotny sposób ukazującą naszą, ludzką słabość i sposoby, w jakie Zły jest w stanie nas złamać, jak my się mu poddajemy. Mimo siedemdziesięciu mijających lat od pierwszego wydania książka zadziwia swoją aktualnością – choć znamy swoje słabości, nic się w nas nie zmienia. Ale dzięki tej książce może będziemy w stanie trochę lepiej zrozumieć naszą ludzką naturę i zwracać się ze swoimi słabościami do Najwyższego.

Być przydatnym zawodowo nauczycielem szkoły specjalnej napisana przez Jarosława Michalskiego leżała w koszyku z tanią książką, gdy po rekolekcjach poszliśmy na zakupy na Miodową, by uzupełnić naszą biblioteczkę po minionych już rekolekcjach, na których to seria pozycji została nam polecona. „Być przydatnym…” nie znajdowała się na tej liście, jednak cena po obniżce (3,50) i fakt, że jestem nauczycielem szkoły specjalnej i pragnę być przydatnym zawodowo sprawił, że postanowiłem książkę kupić. Nie wiem jeszcze do końca, co kryje w sobie, ale sądzę, że wkrótce się przekonam.

Parami do nieba Zbigniewa Nosowskiego jest książką, której poszukiwałem ja. Jej tytuł padł w czasie rekolekcji między wierszami, ale bardzo mnie zaciekawił. Książka jest kolejnym naukowym podejściem do kwestii dawnego i aktualnego spojrzenia na małżeństwo w Kościele – w tym przypadku konkretnie na świętość małżeńską. Autor zaznacza to, co większość ludzi od dawna widzi – że w Kościele wśród świętych najwięcej jest kapłanów i osób konsekrowanych. Małżonków ze świecą szukać, zwłaszcza takich, gdzie oboje są wyniesieni na ołtarze. A jeśli w ogóle, to zazwyczaj z innych niż godne wypełnianie obowiązków małżeńskich przyczyn, np. z powodu podjęcia decyzji o wstąpieniu do klasztorów. Nosowski zauważa, że Kościół przez wieki umniejszał rolę sakramentu małżeństwa, a współżycie w nim rzeczywiście uznawał za najwyżej konieczne do prokreacji – zakazując jakby cieszenia się z niego i czerpania przyjemności. Dziś sytuacja się zmieniła, a książka wspominana jest doskonałym źródłem wiedzy na temat postępujących zmian. W dziale poświęconym współżyciu małżeńskiemu autor poleca wspomnianą wcześniej książkę o. Ksawerego Knotza, co dodatkowo potwierdza wartość owej.

Rodzice w akcji Moniki i Marcina Gajdów to z kolei pozycja poszukiwana przez moją żonę. Podtytuł „Jak przekazywać dzieciom wartości” oddaje całą istotę książki. Dwoje znanych małżonków opisuje w niej swoje pomysły, wielokrotnie sprawdzone, jak poprzez codzienne wychowanie i bycie z dziećmi można doprowadzić je do stanu, w którym będą samodzielnymi, radzącymi sobie w życiu i odpowiedzialnymi, wierzącymi ludźmi. Naszym, rodziców, zadaniem nie jest rozpieścić nasze potomstwo i przywiązać je do siebie, lecz w odpowiedni sposób stopniowo popuszczać linę na której dzieci się trzymają, aż wreszcie w odpowiednim momencie odciąć ją i puścić latorośl na wolność. Przy tym pozornie proste, codzienne czynności, takie jak samodzielne zasypianie, jedzenie i odrabianie prac domowych, mają wspomóc dziecko w rozwoju duchowym i doprowadzić w ostateczności do zbawienia. My sami w konsekwencji zetknięcia się z tą książką przeprawiliśmy naszego trzylatka przez strumień samodzielnego zasypiania i – ku naszemu zdziwieniu – przeszedł przez to bezboleśnie. Gajdowie podkreślają też, że aby wychować dorosłych, odpowiedzialnych ludzi, musimy postawić granicę naszemu małżeństwu – w pozytywnym słowa tego znaczeniu. Ta granica to obszar, do którego dzieci nie mają wstępu, a w ten obszar wchodzą np. wspólne (bez potomstwa) wakacje. Olśniewająca wydała mi się myśl, że „W Kościele istnieje sakrament małżeństwa, a nie rodziny. I o tę rzeczywistość sakramentalną mamy obowiązek dbać!”

Rytuał domowy to nareszcie coś, czego z żoną bardzo pragnęliśmy oboje, co podczas rekolekcji bardzo rozpaliło nasze wyobraźnie i nadzieje na lepszą przyszłość. Oprócz „Rytuału domowego” istnieje jeszcze „Rytuał rodzinny”, ten nam się jednak bardziej spodobał graficznie. Nie wykluczamy zakupu drugiego. Podtytuł dzieła to „Rok rodziny katolickiej”, samo zaś dzieło, zaprojektowane na kształt ksiąg liturgicznych, jest instrukcją takiego właśnie liturgicznego czy paraliturgicznego przeżycia roku, a nawet wielu lat, w gronie rodziny. Znajdziemy tu prawie wszystko: propozycje modlitw rodzinnych, przeżywania Triduum Paschalnego, Bożego Narodzenia czy innych świąt, pomysły na przygotowanie dzieci do przyjęcia sakramentów, wspaniały rachunek sumienia itp. Podział na części związane z codzienną modlitwą, sakramentami i sakramentaliami oraz obchodami roku liturgicznego jest wyraźny i bardzo dobrze pomyślany. „Rytuał domowy” może być doskonałym źródłem sposobów i pomysłów na wprowadzenie dzieci w codzienność z Panem Bogiem. Moim zdaniem to konieczna pozycja na honorowym miejscu, na półce każdej katolickiej rodziny. Tuż obok Pisma Świętego.

Tak prezentuje się stosik. O niektórych z jego pozycji jeszcze na pewno napiszę. Niektóre tylko wspomniałem, może jeszcze kiedyś do nich wrócę. Gorąco polecam zaś uzupełnianie Waszych chrześcijańskich bibliotek także o podobne, niekoniecznie te książki. Ważne jest oczywiście również, żeby się na półkach nie kurzyły, lecz żeby były w codziennym użytku.

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Dziecko z planu natury

Nie tak dawno napisałem notkę antyantykoncepcyjną, ale już od dawien dawna nie było nic o czymś, co można by było nazwać opcją alternatywną. Oczywiście byłażeby to opcja alternatywna tylko dla osób, które nie do końca znają się na rzeczy, NPR o którym mowa nie jest bowiem zamienną antykoncepcją i nie powinno się jej stawiać obok. Jest to jednak coś, co pomoże nam mieć tyle dzieci, ile jesteśmy mieć w stanie i niekoniecznie rodzić dzieci raz do roku. Chyba, że ktoś chce – ja nie odradzam.

Po pierwsze NPR nie jest, jak już wspomniałem, antykoncepcją, nie wymaga bowiem stosowania żadnych zewnętrznych, niezgodnych z ludzką naturą środków zapobiegających poczęciu dziecka. Jedyne, czego używamy, to badania własnego organizmu (dokładnie – organizmu kobiety) by sprawdzić, na jakim etapie cyklu – płodnym czy niepłodnym – się znajdujemy. Po drugie Naturalne Planowanie Rodziny ma bardzo wysoki poziom skuteczności jeśli chodzi o planowanie poczęć – kiedy tak, a kiedy nie – o ile dokładnie przestrzegamy kilku prostych zasad. Po napisaniu poprzedniego posta na ten temat usłyszałem opinię, że „NPR sprawdza się w 100%. U 20% ludzi”. Przypuszczam, że była to opinia osoby, która znała NPR w teorii tylko. Ja zaś mam w tej kwestii prawie 4 lata doświadczenia (chociaż to nie aż tak wiele) i mogę powiedzieć, że „mechanizm” działania kobiecego ciała jest w tej kwestii dość łatwy w opanowaniu.

Aby poznać więcej szczegółów, trzeba się zwrócić w tej sprawie do mojej żony. Ona kończyła 1 stopień szkolenia na nauczyciela NPRu i jest w tej sprawie bardziej wtajemniczona. Ja jednak nie pozostaję bardzo daleko z tyłu. I uwaga – przed wami nieco medyczny wywód, który niektórym może się wydać przesadzony czy… obrzydliwy. Zgodna, nie chcecie, nie musicie czytać. Chętnych poznania tajników tej pięknej metody zapraszam do dalszej lektury. Nie będę teraz wchodził w szczgóły odnośnie powrotu płodności po porodzie (niepłodność laktacyjna), skupię się na krótkim omówieniu połączenia dwóch podstawowych metod, które daje niemal stuprocentową pewność dokładnego zaplanowania potomstwa. Pierwsza metoda to metoda temperaturowa. W skrócie polega ona na tym, że należy mierzyć temperaturę codziennie o tej samej porze rano, po przebudzeniu, w miejscu pokrytym śluzówką (a więc – uwaga – w pochwie, odbycie lub ustach. Osobiście polecam usta, ale to ze względów estetycznych, każda pani wybierze, co jej bardziej odpowiada ;). Kiedy pojawi się skok temperatury, a więc wzrośnie ona o około dwie kreski w stosunku do temperatury z dnia poprzedniego, oznacza to, że właśnie pojawiła się owulacja, a więc jajeczko jest gotowe do zapłodnienia. Druga metoda nazywa się objawowa i polega na badaniu śluzu w pochwie. Przed owulacją śluz staje się płodny, a więc rozciągliwy, swoją konsystencją przypomina białko jaja kurzego. W momencie, w którym się pojawia, można już mówić o okresie płodnym. Łącząc te dwie metody można albo ze stuprocentową pewnością odłożyć poczęcie dziecka, albo bardzo dokładnie zaplanować jego pojawienie się na świecie.

Oczywiście pojawią się głosy (można je często spotkać na proantykoncepcyjnych portalach czy w takiż pismach, np. Bravo), że metody naturalne są bardzo zawodne, bo podlegają zawirowaniom losowym, takim jak np. choroba czy nieregularne cykle. Jest to poniekąd prawda, jednak przedstawiona w bardzo pokrętny sposób. Jeśli kobieta nagle dostanie gorączki, objawy mogą się zatrzeć, ale świadome tego małżeństwo, chcące odłożyć poczęcie, będzie w tym czasie pamiętało o wstrzemięźliwości. Co do nieregularnych cykli trzeba zaznaczyć, że cykle bywają „nieregularne” tylko w okresie przedowulacyjnym, cykl życia jajeczka bowiem zawsze jest tak samo długi, a więc owulacja następuje zawsze w takim samym czasie przed wystąpieniem okresu (zwykle 12-16 dni). Sytuacje stresowe mogą opóźnić jajeczkowanie, co może sprawić wrażenie, że cykle są nieregularne. Nie jest to jednak do końca prawdą, ponieważ przedłuża się tylko pierwsza faza cyklu, a w momencie jajeczkowania wszystko wraca do normy. Ponieważ zaś potrafimy zmierzyć kiedy ma nastąpić owulacja, nie musimy się przejmować nieregularnością cyklu. Chyba, że faza po jajeczkowaniu trwa za krótko – wówczas może to oznaczać, że organizm ma problem z utrzymaniem jajeczka i może dochodzić do poronienia. W tej sytuacji należy zgłosić się do lekarza.

Jeszcze jednym problemem przytaczanym przez przeciwników NPRu jest to, że wymaga on od małżonków wstrzemięźliwości. Czyli nie można się kochać wtedy, kiedy się chce, jeśli pragnie się odłożyć poczęcie. Moim zdaniem jednak dla osób prawdziwie kochających nie powinno to być problemem. Jeśli kocham moją żonę, nie muszę rzucać się na nią kiedy tylko mam ochotę. I odwrotnie. Żona nie musi czyhać na mnie jak wygłodniały zwierz. Od tego jesteśmy ludźmi, że potrafimy panować nad naszą popędliwością i nad uczuciami. Owszem, są momenty łatwiejsze i trudniejsze, ale jeśli chcemy z jakichś powodów odłożyć poczęcie, powinniśmy zrobić to z poszanowaniem naszych ciał i ciał naszych współmałżonków. W okresowa wstrzemięźliwość jest prawdziwą szkołą miłości. A współżycie wyczekiwane może być jeszcze piękniejsze.

Na koniec zapytajmy jak wygląda Naturalne Planowanie Rodziny z etycznego punktu widzenia. Czym niby różni się ono od antykoncepcji i dlaczego Kościół je dozwala? Przede wszystkim podkreślę raz jeszcze, że NPR jest całkowicie zgodny z ludzką naturą, nie wymaga sztucznej interwencji, lecz jedynie odpowiada na sygnały dochodzące z kobiecego ciała. Można nawet wysunąć wniosek, że z jakiegoś powodu nie wyewoluowaliśmy jak niektóre zwierzęta, które mogą współżyć kiedykolwiek, żeby doszło do zapłodnienia. Mamy okresy płodne i niepłodne, i możemy z tego korzystać. Ale co na ten temat mówi Kościół?

2370 Okresowa wstrzemięźliwość, metody regulacji poczęć oparte na samoobserwacji i odwoływaniu się do okresów niepłodnych (Por. Paweł VI, enc. Humanae vitae, 16) są zgodne z obiektywnymi kryteriami moralności. Metody te szanują ciało małżonków, zachęcają do wzajemnej czułości i sprzyjają wychowaniu do autentycznej wolności. Jest natomiast wewnętrznie złe „wszelkie działanie, które – czy to w przewidywaniu aktu małżeńskiego, podczas jego spełniania, czy w rozwoju jego naturalnych skutków – miałoby za cel uniemożliwienie poczęcia lub prowadziłoby do tego” (Paweł VI, enc. Humanae vitae, 14). Naturalnej „mowie”, która wyraża obopólny, całkowity dar małżonków, antykoncepcja narzuca „mowę” obiektywnie sprzeczną, czyli taką, która nie wyraża całkowitego oddania się drugiemu; stąd pochodzi nie tylko czynne odrzucenie otwarcia się na życie, ale również sfałszowanie wewnętrznej prawdy miłości małżeńskiej, powołanej do całkowitego osobowego daru… Różnica antropologiczna, a zarazem moralna, jaka istnieje pomiędzy środkami antykoncepcyjnymi a odwołaniem się do rytmów okresowych… w ostatecznej analizie dotyczy dwóch, nie dających się z sobą pogodzić, koncepcji osoby i płciowości ludzkiej (Jan Paweł II, adhort. apost. Familiaris consortio, 32).

Można zatem zauważyć, że Kościół popiera NPR, ponieważ nie zaprzepaszcza on całkowitego oddania się sobie przez małżonków (co zawsze powstrzymuje antykoncepcja, choćby pod kątem płodności), ani nie zatrzymuje otwarcia na życie w cyklu płodności kobiety. Trzeba przy tym podkreślić, że jeśli decydujemy się na współżycie przy odkładaniu poczęcia, zawsze powinniśmy być otwarci na ew. działanie Boga, na niespodzianki od Niego itp. Otwartość na życie zakłada, że nigdy nie zamykamy furtek Panu Bogu. To On jako pierwszy decyduje o tym, czy w jakiś cudowny sposób nie dojdzie do zapłodnienia ;).

Kościół podkreśla jednak jeszcze jedną, wartą zaznaczenia sprawę:

2368 Szczególny aspekt tej odpowiedzialności dotyczy regulacji poczęć. Z uzasadnionych powodów małżonkowie mogą chcieć odsunąć w czasie przyjście na świat swoich dzieci. Powinni więc troszczyć się, by ich pragnienie nie wypływało z egoizmu, lecz było zgodne ze słuszną wielkodusznością odpowiedzialnego rodzicielstwa. Poza tym, dostosują swoje postępowanie do obiektywnych kryteriów moralności: Kiedy… chodzi o pogodzenie miłości małżeńskiej z odpowiedzialnym przekazywaniem życia, wówczas moralny charakter sposobu postępowania nie zależy wyłącznie od samej szczerej intencji i oceny motywów, lecz musi być określony w świetle obiektywnych kryteriów, uwzględniających naturę osoby ludzkiej i jej czynów, które to kryteria w kontekście prawdziwej miłości strzegą pełnego sensu wzajemnego oddawania się sobie i człowieczego przekazywania życia; a to jest niemożliwe bez kultywowania szczerym sercem cnoty czystości małżeńskiej (Sobór Watykański II, konst. Gaudium et spes, 51).

Z tych słów wynika, że odkładanie poczęcia jest dobre tylko wówczas, gdy przyświecają nam jakieś obiektywne kryteria. Odkładanie poczęć nie może być jakimś naszym widzimisię, które wynika być może ze szczerych intencji, ale nie jest uzasadnione w sposób obiektywny. Takie obiektywne przyczyny mogą być różne: okres powracania organizmu kobiety do zdrowia po ciąży (niezdrowe jest płodzenie dziecka tuż po urodzeniu poprzedniego), choroby kobiety (mogą nawet powodować odkładanie poczęcia do końca życia), niski status finansowy itp. Nie można jednak stosować NPR w sposób antykoncepcyjny, a więc zapobiegać zajściu w ciążę z osobistych, często egoistycznych pobudek (np. „Mam parkę i więcej mieć nie chcę” czy „Mam tylko 2 pokoje dla dzieci w domu, więc trzeciego mieć nie mogę”). Obiektywne przyczyny należy zawsze rozsądzić w swoim sumieniu, konsultując to w razie konieczności ze spowiednikiem, a gdy ustaną, otworzyć drogę kolejnemu dziecku do życia na tym świecie.

My nie zakładamy ilości dzieci, które urodzimy i wychowamy. Na początku planowaliśmy czwórkę, dziś przestaliśmy planować. Pozwalamy Bogu działać. Stosujemy NPR, po G.M. odkładaliśmy poczęcie przez jakiś czas, potem samo się odkładało jeszcze przez pół roku – nie panujemy bowiem nad działaniem naszych organizmów. Teraz czekamy na powrót płodności poporodowej. Wciąż pozostajemy otwarci na stwórczą moc Boga. I wszystkim Wam życzymy pozbycia się strachu i – jeśli to jeszcze możliwe – otwarcia się na płodność.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Kwestia mieszkania przed ślubem

Po dość długim czasie zbieram się wreszcie do utworzenia notki, która będzie jednocześnie odpowiedzią na pytanie Ciamajdy postawione w komentarzach do notki poprzedniej. Sam napisałem w notce, że są kwestie, w których nie zgadzam się z księdzem Markiem Dziewieckim i mam ochotę na polemikę – Ciamajda zaś zapytał, czy mogę wymienić taką kwestię. Jedną z nich jest właśnie wspólne mieszkanie narzeczonych przed ślubem.

By ukazać tło sprawy zaznaczę najpierw, że poznałem moją obecną żonę i chwilę potem wyjechaliśmy wspólnie do Szkocji celem zarobkowania. Mieszkaliśmy tam razem i tam się zaręczyliśmy. Następnie wróciliśmy do domów rodzinnych, każdy do swojego, ale gdy przeprowadziliśmy się do Warszawy celem studiowania, ponownie zamieszkaliśmy razem. Moja żona była początkowo przeciwna takiemu rozwiązaniu sprawy, jednak przekonałem ją do swojego myślenia. Ja sam osobiście nie mówię o sobie „zwolennik mieszkania razem przed ślubem” i wówczas też nie mówiłem w ten sposób. Uważałem jednak, że można wspólnie zamieszkać przed ślubem, jeśli spełni się ważne, restrykcyjne warunki. Po pierwsze nie można mieszkać ze sobą żeby lepiej się poznać, czy żeby sprawdzić czy razem się ze sobą przetrwa. Można zamieszkać tylko wtedy, kiedy już się kocha i wie się, że chce się z tą drugą osobą spędzić życie. Najlepiej – podobnie było w naszym przypadku – gdy już w tym czasie dąży się do małżeństwa. Po drugie zaś należy pamiętać o zasadzie: współżycie to rzecz małżeńska. Można zamieszkać razem tylko wówczas, gdy wie się, że nie będzie się współżyło seksualnie przed ślubem. Na tych warunkach (ponieważ byłem siebie pewny w tych kwestiach), przyszła małżonka zgodziła się ze mną zamieszkać.

Schody zaczęły się wówczas, gdy ksiądz na kursie przedmałżeńskim powiedział, iż narzeczeni zamieszkujący razem nie mogą otrzymać rozgrzeszenia. Później rzeczywiście jedno z nas tego rozgrzeszenia nie otrzymało. Ciężko nam było to zrozumieć, ponieważ wiedzieliśmy, że grzechem ciężkim jest współżycie, a my przecież nie współżyliśmy. Zaczęliśmy szukać odpowiedzi na nasze pytania, na blogu, który wówczas prowadziłem, był to temat przewodni i powód do dysput. Pojawiło się kilka źródeł argumentacji, zwłaszcza w postaci wykładów księdza Malińskiego, z których udało nam się wyciągnąć dwa nietrafione, przynajmniej w naszym wypadku, argumenty. Pierwszy to fakt, że „krew nie woda, musi się zagotować”, mężczyźni zaś mają „buraczane potrzeby”, czyli muszą zjeść i pouprawiać seks. Absolutnie to do mnie nie dotarło, gdyż byłem blisko mojej narzeczonej, spałem z nią nawet, a jakoś nic się we mnie nie gotowało. Nie miałem żadnych buraczanych potrzeb. Owszem, moja przyszła żona bardzo mi się podobała. Ale świetnie zdawałem sobie sprawę z tego, że póki nie jest moją żoną, to muszę nad swoim popędem panować. I tak powinien działać każdy mężczyzna: z pomocą woli i rozumu, a nie wmawiając sobie, że ma jakieś buraczane potrzeby, które się muszą zagotować… Drugi argument związany był z tym, że młodzi ludzie zamieszkują ze sobą i żyją jak małżeństwo, a nie są gotowi na małżeństwo i nim się nie czują. Tymczasem u nas było inaczej: bardzo pragnęliśmy być już małżeństwem i wiedzieliśmy, że nie chcemy się rozstawać, że jedynym czego nam brakuje, jest sakrament. Ale już wcześniej czuliśmy się jak małżeństwo.

Dziś jesteśmy prawie trzy lata po ślubie, kwestia już nas bezpośrednio nie dotyczy. Ale problem pozostał i miałem nadzieję, że ksiądz Marek odpowie mi nań w satysfakcjonujący sposób. Niestety, zawiodłem się i zaraz napiszę, dlaczego.

Najpierw jednak zaznaczę, że jest jeden przynajmniej argument, w którym się z nim zgadzam. Argument przeciw wspólnemu mieszkaniu przed ślubem, którego Maliński nie wymienił, a który w naszym przypadku okazał się kluczowy. Jeszcze w czasach narzeczeńskich zorientowałem się, że tę jedną kwestię M. pominął i ja ją również pominąłem w swoich rozmyślaniach. Gdy to zauważyłem, wycofałem się z popełnianego błędu i całą sprawę ponownie opisałem na blogu. Ale wróćmy do księdza Marka. Otóż pisze on tak: „Zamieszkanie razem dwojga młodych ludzi nieuchronnie prowadzi ich do wielkiej zażyłości i intymności, nawet jeśli nie śpią w jednym łóżku. Przebywają godzinami obok siebie, dotykają się, okazują sobie czułość. Każdy dzień takiej bliskości prowadzi do jeszcze większej zażyłości i intymności w kolejnym dniu. Ona i on zżywają się coraz bardziej ze sobą i nawet nie zauważają, że z dnia na dzień przekraczają kolejne granice prywatności i pozwalają sobie na kolejne przejawy bycia coraz bliżej siebie. Dla przykładu, początkowo wykluczają jednoczesne bycie razem w łazience albo przebieranie się w obecności tej drugiej osoby, ale któregoś dnia po raz pierwszy łamią te zasady, chociażby je wspólnie ustanowili i chociażby początkowo mieli stanowczy zamiar, by je respektować”. Rzeczywiście, tak było i w naszym przypadku. Śmialiśmy się z Malińskiego, który mówił, że narzeczeni wpadają w pułapkę schizofrenii: żyją jak małżeństwo, ale nie czują się jak małżeństwo, bo my się czuliśmy jak małżeństwo i nie było mowy o żadnej schizofrenii. Nikt nas jednak nie ostrzegł, że czując się jak małżeństwo zaczniemy powoli zachowywać się jak małżeństwo. Problem leżał w tym, że czuliśmy się jak małżeństwo, a nie w tym, że się nie czuliśmy. I ja nie nazwałem tego wówczas, jak ksiądz Marek, przekraczaniem granic, lecz przesuwaniem ich. Granice się jakby same, niezauważalnie – oczywiście w każdym wypadku na mocy naszych suwerennych decyzji – przesuwały. Nie przekraczaliśmy ich tak, jak się przekracza próg, lecz ten próg znajdował się jakby coraz dalej. Przez to, należy przyznać, nasze narzeczeńskie życie nie było do końca czyste. Jednak kiedy sami zorientowaliśmy się w tym, że przegapiliśmy jedną pułapkę, wycofaliśmy się, wyspowiadaliśmy (było to jeszcze przed nieudzieleniem rozgrzeszenia) i zaczęliśmy życie na nowo w czystości, wciąż mieszkając razem. Drugi raz nie popełniliśmy już tego samego błędu. Co więcej: z perspektywy czasu jestem w stanie powiedzieć, że gdyby ktoś nas przed perspektywą zaistnienia takiej sytuacji ostrzegł wcześniej, bylibyśmy w stanie sobie z tym bez większych problemów poradzić.

Niestety, inne argumenty księdza Dziewieckiego nie docierają do mnie i w związku z tym postaram się krótko napisać, co mam na myśli. Odpowiedź na list-pytanie zaczyna się od słów: „Starożytna mądra zasada głosi, że nikt nie jest dobrym sędzią we własnej sprawie”. Nie mogę się z tym nie zgodzić, z małym jednak zastrzeżeniem. Jestem w stanie stwierdzić, że ktoś może poznać samego siebie na tyle dobrze i na tyle dobrze opanować pewne cnoty, że jest w stanie jednak coś postanowić i tego postanowienia nie złamać. Ksiądz Marek ma tu jednak na myśli coś innego, przytacza mianowicie inną sytuację wspólnego zamieszkiwania, by porównać ją do tej związanej z zamieszkiwaniem dziewczyny i chłopaka: „Wyobraźmy sobie, że do jakiejś małej miejscowości, w której dotąd nie było świątyni, biskup posyła młodego księdza po to, by zbudował tam kościół i by utworzył nową parafię. Okazuje się, że ten ksiądz przybywa z młodą gospodynią. U jednego z gospodarzy wynajmuje pokój z kuchnią i łazienką. W tym małym mieszkaniu zamieszkuje ze swoją gospodynią. Ksiądz wyjaśnia parafianom, że oczywiście żyje w czystości i nie współżyje z kobietą, ale śpią w jednym pokoju, bo tak jest najwygodniej i najtaniej. (…) Nawet gdyby wszyscy dorośli, młodzież i dzieci w parafii uwierzyli, że żyje w czystości, to chyba nikomu z mądrych ludzi taki zażyły kontakt księdza z młodą kobietą nie wydawałby się mądry, dobry i odpowiedzialny”. Pierwszą moją myślą po przeczytaniu tego tekstu było to, że chyba by mi to nie przeszkadzało. Jednak odczułem pewien dysonans i po konsultacji z żoną zrozumiałem, że rzeczywiście troszkę jednak nie do końca byłaby to odpowiednia relacja. Wyobraziłem sobie siebie, zamieszkującego w jednym pokoju z obcą kobietą i zrozumiałem, w czym jest problem. Otóż ja już ślubowałem. Jestem po ślubie i ten młody ksiądz z opowieści również. Nie zamieszkuje więc jako ktoś wolny – a co więcej, z osobą, której zamierza ślubować. Więcej jeszcze, której prawdopodobnie kiedyś będzie ślubował. Ksiądz, jak i żonaty mężczyzna, nie mogą zamieszkiwać z osobą, która dodatkowo jest dla nich kimś obcym – nie jest przecież nawet potencjalną żoną, bo obaj już komuś ślubowali. Tymczasem pytanie na które formułowana jest odpowiedź dotyczy dwójki wolnych, ale związanych ze sobą osób, które są na drodze do małżeństwa. Widzę ogromną różnicę między tą sprawą, a sprawą księdza, chociaż obie już w tej chwili nie są moją własną sprawą, tak bym musiał jej sędziować. Można jednak powiedzieć: taki tok myślenia, że przedmałżeńskie zamieszkiwanie jest dozwolone, w przeciwieństwie do mieszkania kapłana z kobietą, usprawiedliwiałby również współżycie przedmałżeńskie. Nie zgadzam się jednak, ponieważ wiemy, a jest to również potwierdzone nauczaniem Kościoła, że współżycie pozamałżeńskie w każdym wypadku jest złe, ponieważ współżycie i płodność są właściwe małżeństwu. Tymczasem tylko nieliczni (znam kilka przypadków) stwierdzają, że przed ślubem nie należy się czule obejmować, całować czy nawet chodzić za rękę. Są to rzeczy typowe dla par młodych (i starszych) ludzi, dla narzeczonych. A jednak wielu przyzna, że wszystkie te sytuacje zostałyby uznane za zdradę małżeńską w przypadku, gdyby jedna z osób biorących w tym udział była zaślubiona. Byłoby to zgorszenie również w przypadku kapłana. A jednak w przypadku narzeczonych nie jest, choć nie zawsze jest tak, że przetrwają razem do ślubu. Dlatego rzeczywiście nikt nie jest dobrym sędzią we własnej sprawie, ale nie tego dotyczy argument. Dotyczy on konkretnej sytuacji, którą również i ja dziś obserwuję z zewnątrz – co więcej, będąc klerykiem również z zewnątrz ją obserwowałem. I patrzyłem na nią inaczej, niż ksiądz Marek. Sprawa dotyczy tego, co jest właściwe małżeństwu, a co można rozpatrywać szerzej. Czy wspólne zamieszkiwanie jest bliższe współżyciu, czy całowaniu i chodzeniu za rękę?

Dalej dowiadujemy się, że „Wśród ludzi zaprzyjaźnionych z Bogiem i żyjących według Jego przykazań taka sytuacja się po prostu nie zdarzała. Maryja nie zamieszkała przed ślubem z Józefem mimo to – albo właśnie dlatego (!) – że kochali się miłością czystą, wierną i mocną, której nie naruszyła nawet tak niezwykła próba zaufania jak niewytłumaczalne po ludzku macierzyństwo Maryi”. Argument może poruszyć sumienie katolika, ale często ten katolik nie wie, że Maryja nie zamieszkała z Józefem nie tylko przed, ale i przez jakiś czas po ślubie. W momencie, kiedy począł się Jezus, Maryja już była zaślubiona Józefowi, o czym świadczy to, że Józef po dowiedzeniu się o ciąży postanowił ją oddalić (nie mógłby tego zrobić, gdyby nie był jej mężem). Tak to wyglądało u mieszkańców starożytnego Izraela i tak to do dziś wygląda u ortodoksyjnych Żydów. Najpierw są zaślubiny, potem dopiero, po jakimś czasie następuje przeniesienie żony do domu męża. Dopiero wówczas zaczyna się zamieszkiwanie i współżycie. Takie były realia okresu narodzin Jezusa, a nie decyzja Maryi i Józefa. Trzeba więc raczej zapytać, czy kwestia mieszkania przed ślubem nie jest czymś, co kiedyś było niedopuszczalne, a dziś jest? Podobnie jest z wieloma kwestiami, także związanymi z prawem żydowskim. Co więcej: nieważne jak wielkim i świętym człowiekiem był Józef, w dalszym ciągu postanowił oddalić Maryję (zamiast skazać ją na ukamienowanie). Próbę zaufania przetrwali nie dzięki ogromnej miłości Józefa, lecz dzięki objawieniu, jakie otrzymał przez anioła. Oczywiście, sam musiał potem uznać dziecko za swoje i utrzymywać to wśród ludzi, żeby nie narażać Maryi na śmierć. Jednak gdyby nie anioł, wszystko potoczyłoby się inaczej. Musimy jeszcze podkreślić jedną rzecz – Maryja i Józef, nieważne jak bardzo święci – nie są i nie mogą być uznawani za typowe małżeństwo, za jego wzór. Przede wszystkim dlatego, że wierzymy w wieczyste dziewictwo Maryi. A więc w to, że z Józefem nigdy nie współżyła. Do tego jeszcze wrócimy.

W kolejnych fragmentach wypowiedzi księdza Marka możemy przeczytać następujące słowa: „Dla dwojga młodych, zdrowych i zakochanych ludzi bliskość i intymność, jaką stwarza im mieszkanie pod jednym dachem, staje się nieuchronnie okazją do grzechu. Zwykle bardziej odczuwa to on niż ona, gdyż serdeczna bliskość na co dzień (…) sprawia, że dziewczyna zaczyna okazywać coraz więcej czułości, a chłopak zaczyna przeżywać coraz większe podniecenie seksualne. Takie właśnie reakcje są w przypadku mężczyzny spontaniczne i odruchowe. (…) Dziewczęta zwykle mniej zdają sobie z tego sprawę. Nie wszystkie wiedzą o tym, że stała, zażyła fizyczna bliskość we dwoje prowokuje chłopaka i że nieuchronnie prowadzi go do cielesnego pobudzenia. Jeśli tak się nie dzieje, to znaczy, że chłopak nie jest czysty czy opanowany, lecz oziębły seksualnie. Jeżeli nie zakładamy, że on i ona są fizycznie chorzy czy oziębli, to realizm zobowiązuje nas do założenia, że on i ona – a zwłaszcza on – będą mieli coraz większe problemy z panowaniem nad ciałem, popędem, poruszeniem seksualnym”. Te słowa gorąco mnie oburzyły. I gdy je czytałem, zrobiło mi się przykro. Mianowicie dlatego, że w czasie narzeczeństwa wielokrotnie wypowiadałem się na temat mojego zamieszkiwania z moją narzeczoną, podkreślając, że nie współżyjemy, że panuję nad sobą i nie mam problemów z czystością. Że nie mam kłopotów z „powstrzymywaniem się” nie dlatego, że ciężko walczę, lecz dlatego, że zwyczajnie nie mam się przed czym powstrzymywać. Że, owszem, mam piękną narzeczoną, ale to nie znaczy, że muszę się na nią rzucać jak na kawał mięsa. Bo jest moją narzeczoną, a współżycie jest dobre w małżeństwie. Nie popadłem też – co, jak pisze dalej ksiądz Marek, przydarza się wielu chłopcom mieszkającym z dziewczynami przed ślubem – w nałóg samogwałtu. Nie miałem z tym żadnych problemów. I możecie się domyślać jakie kontrargumenty wysuwali moi rozmówcy: że w takim razie jestem oziębły seksualnie, albo wręcz aseksualny. Bo to jest niemożliwe, żeby w ten sposób nad sobą panować. Inni zaś stwierdzali, że mogę sobie mówić co chcę, ale co dzieje się za drzwiami pokoju, to tylko ja i moja narzeczona wiemy (w podtekście: oni też). Te osoby również po ślubie atakowały, że możemy utrzymywać, jakobyśmy żyli w czystości przedmałżeńskiej, ale jedyne co mamy na swoje usprawiedliwienie to fakt, że nie wpadliśmy (w przeciwieństwie do innych znajomych, którzy nie mieszkali razem przed ślubem i ostro z tym walczyli do momentu, w którym doszło do poczęcia). Ksiądz Marek robi dokładnie to samo, zupełnie niesprawiedliwie wstawiając mnie pomiędzy osoby oziębłe seksualnie. Tymczasem nasz synek począł się zaraz po ślubie i jest to dobitny argument za tym, że akurat ja jestem w tych kwestiach zdrowy. Dodam też, że obecnie staramy się o rodzeństwo dla maluszka, ale nie udaje się akurat z przyczyn od nas niezależnych. Nie miałem problemów ze wstrzemięźliwością przedślubną nie dlatego, że jestem oziębły, lecz na mocy własnej decyzji. Mocno bowiem przyjąłem w sobie to, czego na psychologii uczył mnie właśnie ksiądz Dziewiecki – że miłość jest decyzją (aktem woli), popęd czy pociąg seksualny jest zaś uczuciem. Pożądanie zaś jest innym aktem woli, na mocy którego człowiek przyjmuje uczucia popędu i daje im ujście poprzez masturbację, nieprzyzwoite myśli czy złe współżycie (również w małżeństwie). Uczucia jednak, zgodnie z personalistyczną psychologią, nie rządzą człowiekiem. Są typowe nie tylko dla niego, lecz również dla zwierząt. Tym, co spośród zwierząt wyróżnia człowieka, jest rozum i wola. Gdy odczuwasz więc (co rzeczywiście jest niezależne od ciebie) pociąg seksualny, możesz postanowić o daniu mu upustu (pożądanie), lub wykorzystaniu go ku dobru (miłość), np. gotując obiad. Są ludzie, katolicy, którzy proponują w to miejsce uprawianie sportu. Dla niektórych to może być dobre rozwiązanie. Ja, myśląc w ten sposób, potrafiłem zapanować nad sobą do tego stopnia, że rzeczywiście nie miałem z tym żadnego problemu i żadnych wątpliwości. I zawsze wierzyłem, że potrafi to przeżyć w ten sposób każdy człowiek, jeśli prawidłowo zrozumie rolę uczuć i woli w swoim życiu. Dlatego zdecydowałem się, że mogę z moją narzeczoną zamieszkać razem przed ślubem – bo byłem pewien, że z mojej strony nic jej nie grozi. I rzeczywiście – nie groziło.

By kontynuować mój wywód, muszę dodać do tego jeszcze kilka słów księdza Marka: „Jeśli zamieszkanie razem nie prowadzi do współżycia, to wiąże się z koniecznością czujności, dyscypliny, stawiania samemu sobie twardych wymagań, a sobie nawzajem stanowczych granic we wzajemnym kontakcie, w gestach bliskości, w okazywanej czułości. Trwanie w czystości, gdy jest się młodym, zdrowym i zakochanym człowiekiem, gdy w dzień i w nocy przebywa tuż obok nas osoba, którą jesteśmy – także fizycznie (!) – ogromnie zauroczeni, to wręcz heroiczne wyzwanie i wystawianie siebie na niepotrzebną próbę panowania nad ciałem. Łatwo wtedy o porażkę, a wygranie takiej próby dużo kosztuje, ma swoją cenę. I to cenę wysoką! Jest nią konieczność nieustannego zachowania ostrożności i zdrowego rozsądku. On i ona są zmuszeni tłumić spontaniczność we wzajemnym kontakcie, bliskości, w okazywanej sobie czułości. (…) Taka – podjęta z troski o czystość – czujność i ostrożność we wzajemnych kontaktach utrwala się w jego i jej myśleniu oraz w ich codziennych zachowaniach. Zaczyna być coraz większym ciężarem tu i teraz, a w przyszłości może doprowadzić do przekonania, że w odniesieniu do zachowań seksualnych nie wolno zdawać się na spontaniczność, że trzeba tu być ciągle czujnym i ostrożnym. Jeśli on i ona pobiorą się, to miesiące czy lata (…) ich walki o panowanie nad sobą po to, by żyć w czystości, mogą zaburzać radość i spontaniczność seksualnej bliskości w małżeństwie. Nie warto się na to narażać!” Te słowa można by uznać za mądry argument, bo skoro wyrabiamy w sobie postawę walki z popędem, to w małżeństwie będzie to trwało nadal i niszczyło ludzkie współżycie. Ale tu jest pewien znaczący haczyk! Kto bowiem powiedział, że radosne współżycie oznacza spontaniczne współżycie? Kto powiedział, że w małżeństwie należy się poddać popędowi, zamiast niepotrzebnie z nim walczyć? Być może ktoś owszem, ale nie należę do osób, które tak mówią. Czystość i opanowanie przed ślubem, wstrzemięźliwość, a nie walka, powinny być zawsze kontynuowane po ślubie. Bez względu na to, czy przed nim ze sobą mieszkaliśmy, czy nie. Gdyby powiedzieć, że współżycie małżeńskie powinno być z natury spontaniczne, to wykluczałoby ono szereg spraw, z których niektóre są aprobowane, a inne wręcz polecane przez Kościół.

Po pierwsze więc NPR, czyli naturalne planowanie rodziny. Jeśli założymy, że małżeństwo chwilowo odkłada poczęcie dziecka, to musi siłą rzeczy odłożyć również współżycie w okresie płodnym. Dodać należy, że kobieta w okresie płodnym odczuwa większy pociąg seksualny, a mężczyzna odczytuje jej sygnały i również działa w podobny sposób. Zupełnie oczywistym byłoby więc dla nich spontaniczne współżycie w okresie płodnym, ale jednocześnie odkładają poczęcie i współżyć nie mogą. Albo mogą więc zachować wstrzemięźliwość (a nie walczyć) i przełożyć swoje napięcie na coś innego, albo spontanicznie, wciąż odkładając poczęcie, zacząć używać antykoncepcji. Co oczywiście jest absolutnie niedopuszczalne, o czym każdy katolik wie. Jeśli więc powiemy: współżycie w małżeństwie powinno być spontaniczne, musimy wykluczyć jakiekolwiek racjonalne planowanie rodziny, na jakie nawet Kościół się zgadza. To znaczy: będziemy mieć tyle dzieci, ile Pan Bóg zechce, choćbym miała kopnąć w kalendarz…

Druga rzecz to wstrzemięźliwość w przypadku różnych chorób, zagrożonej ciąży itp. Są sytuacje, kiedy kobieta nie powinna współżyć przez okrągłe 9 miesięcy, ze względu na bezpieczeństwo noszonego w łonie dziecka. Albo wyobraźmy sobie, że jedno ze współmałżonków jest nosicielem wirusa HIV. W tej sytuacji współżycie nie powinno być w ogóle brane pod uwagę, aby nie narażać na śmierć współmałżonka i potencjalnych dzieci (oczywiście i w tej sytuacji antykoncepcja jest wykluczona – nawet jeśliby nie była, pamiętajmy o jej niskiej skuteczności jeśli chodzi o przepuszczanie wirusów). To oznacza, że wszelkie przejawy spontanicznego współżycia są wykluczone przez 9 miesięcy, albo przez całe życie! Nazwiemy to niepotrzebną walką z popędem, czy opanowaniem i wstrzemięźliwością? Jeśli ufamy, że coś takiego jest możliwe w małżeństwie, gdzie przecież dwie osoby przebywają wspólnie i blisko siebie przez długi czas, dlaczego podobną sytuację przed małżeństwem nazywamy walką i czujnością? Czy wydaje nam się, że małżonkowie, w przeciwieństwie do narzeczonych, nie mogą tęsknić za czułością i intymnością? Ks. Maliński, o którym wcześniej wspominałem, powiedział, że w małżeństwie nawet są takie sytuacje, w których lepiej, żeby mężczyzna spał w osobnym łóżku. Może takie właśnie sytuacje właśnie miał na myśli. O cokolwiek by mu chodziło, we mnie budzi to tylko uśmiech. Bo mężczyzna, który potrafi racjonalnie myśleć, podejmować mądre decyzje i panować nad sobą, może przespać całe życie z kochaną osobą, nigdy z nią nie współżyjąc.

Trzecia wreszcie rzecz, popierana przez Kościół, choć niekoniecznie stawiana za wzór, to białe małżeństwa. Ludzie, którzy żyją razem jako mąż i żona, ale ze sobą nie współżyją. Są oziębli seksualnie? Może, ale na pewno nie zawsze. Zazwyczaj jednak po prostu postanawiają się oddać Bogu w małżeństwie w ten właśnie sposób. Zgodnie z naszą wiarą Maryja i Józef byli takim właśnie małżeństwem. Maryja pozostała na zawsze dziewicą. Czy Józef był aseksualny? Nie wolno nam tak mówić! A więc jednak odczuwał pociąg do najpiękniejszej kobiety świata. Maryja była niepokalanie poczęta, ale czy to oznacza, że nie wiedziała co to pociąg seksualny? Skądże znowu! Przecież Adam i Ewa, zgodnie z objawieniem, jeszcze żyjąc w Raju dostali nakaz „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się”. Człowiek bez grzechu pierworodnego – a należała do takich również Maryja – otrzymał pociąg seksualny w akcie stworzenia. A mimo tego, że nie byli oziębli seksualnie i nie zrezygnowali ze wspólnego zamieszkiwania po ślubie, Józef i Maryja nigdy ze sobą nie współżyli. Walczyli z popędem i spontanicznością? A może raczej żyli w czystości, która w tej sytuacji była tożsama ze wstrzemięźliwością? Maryja była bezgrzeszna, ale współżyjąc ze swoim mężem grzechu by nie popełniła. Mimo tego okazuje się, że da się przeżyć życie bez współżycia, jednocześnie mieszkając pod jednym dachem.

Wreszcie jest jeszcze coś takiego jak cnota. Rozumiem ją jako wewnętrzną niemożność zrobienia czegoś złego. Można nie chcieć lub nie lubić palenia papierosów, lecz można mieć wyrobioną cnotę niepalenia, a więc coś w rodzaju wewnętrznej blokady. To samo dotyczy – i w mojej sytuacji dotyczyło – współżycia przedmałżeńskiego. Założenie konieczności spontaniczności współżycia wyklucza istnienie cnoty, niestety…

Kolejnym często podejmowanym tematem w przypadku wspólnego zamieszkiwania przed ślubem jest zgorszenie. I tym ksiądz Marek postanowił się zająć. Napisał m.in.: „Zwykle w takiej sytuacji najbardziej cierpią rodzice jego i jej. Z kolei dla rodzeństwa jest to zły przykład. Zdziwienie i zgorszenie jest nieuniknione także ze strony znajomych czy sąsiadów w parafii, jeśli on i ona przystępują do komunii świętej”. O rodzicach nie będę się tu wypowiadał, co do rodzeństwa – moje samo podejmuje własne decyzje, a ja mogłem dać tylko przykład zawsze podkreślając, że mieszkając z narzeczoną przed ślubem, nigdy nie współżyłem. Inna kwestia dotyczy zgorszenia w przypadku przyjmowania komunii świętej. Oboje z żoną w okresie narzeczeńskim przystępowaliśmy do komunii, dopóki nie zostało nam to zakazane. Nie robiliśmy bowiem nic, co w świetle naszego rozumienia zasługiwałoby na odłączenie. Pewnego dnia nasze wspólne zamieszkiwanie zaniepokoiło jednak jedną bliską osobę. Zapytała w rozmowie: „Dlaczego ktoś pozwala im mieszkać razem bez ślubu?” Odpowiedź rozmówcy była następująca: „Skoro widzisz ich przystępujących do komunii, to chyba możesz zrozumieć, że żyją w czystości”. Jak widać w naszym przypadku fakt przystępowania do komunii odegnał raczej zarzut zgorszenia, niż go wzmocnił – zwłaszcza, że rzeczywiście przystępowaliśmy do komunii z czystym sercem. Poza tym moim zdaniem zgorszenie jest winą osoby, która je czyni tylko wówczas, gdy rzeczywiście dopuszcza się czynu, o który jest podejrzewana. Wspólne mieszkanie przed ślubem gorszy tych, którzy dopisują sobie do tego współżycie. Jeżeli jednak współżycie nie ma miejsca, nie widzę winy osoby mieszkającej z inną osobą przed ślubem, lecz raczej fałszywe zgorszenie osoby zgorszonej.

Jeszcze jeden krótki cytat, na który chciałbym dać odpowiedź: „Zamieszkanie razem przed ślubem sprawia, że ludzie szlachetni z najbliższego otoczenia nabierają dystansu wobec konkubentów. Nie chcą bowiem swoją postawą stwarzać choćby pozorów tego, że akceptują udawanie małżeństwa przed ślubem. Chyba nikt z czytelników tej książki nie chciałby związać się i myśleć o małżeństwie z kimś, kto wcześniej mieszkał w jednym pokoju z kimś innym, nawet jeśli nie doszło do współżycia. Człowiek dojrzały i szczęśliwy chce mieć wyłączność na intymną bliskość z osobą, z którą zawrze małżeństwo”. Po pierwsze przeniosłem się z przyszłą żoną do Warszawy i w ciągu roku, podczas którego mieszkaliśmy razem bez ślubu, zawierałem przyjaźnie ze studentami II roku teologii ogólnej. Osoby te nie tylko nie odsunęły się ode mnie, ale z niektórymi z nich, które też już żyją w małżeństwie, współtworzymy wspólnotę Domowego Kościoła. Po drugie zaś ks. Marek chyba nie do końca docenia swoich czytelników, twierdząc że chyba nie ma wśród nich nikogo, kto związałby się lub poślubił kogoś wcześniej mieszkającego z kimś innym. Moja żona wcześniej była z innym facetem, a i ja miałem dziewczyny, z którymi zdarzało mi się sypiać w jednym łóżku. Najpierw: żadne z nas nie uznało, że samo spanie wspólnie z inną dziewczyną/chłopakiem było godne potępienia. Następnie zaś: każdy ma jakąś przeszłość, nie zawsze bardzo chwalebną. Każdy popełnił w swym życiu pewną liczbę grzechów. Nie może to jednak przekreślać żadnego człowieka i jego prawa do szczęścia i miłości. Oczywiście, w małżeństwie wymagam wręcz wierności i intymnej wyłączności (co nie znaczy, że nie wybaczyłbym zdrady). Jednak co było przed małżeństwem, to już minęło. Stało się. Ja wierzę w coś, co nazywam odrodzonym dziewictwem – a jako przykład stawiam Marię Magdalenę. Jeśli przeszkadzałoby mi to, co działo się między kimś obcym, a moją przyszłą żoną przed moim jej poznaniem, nie byłbym człowiekiem dojrzałym i szczęśliwym, lecz chorobliwie zazdrosnym i egoistycznym.

W tych właśnie kwestiach nie zgadzam się z księdzem Markiem. Na sam koniec dodam jeszcze wypowiedź pewnej studentki, którą ks. Dziewiecki przytacza dla ukazania zgubności wspólnego zamieszkiwania przed ślubem: „Odtąd nie ma już randek, kwiatów, tęsknoty, przygotowania się na jego czy na jej odwiedziny. Nie ma już radości dobierania stroju na kolejne wyjątkowe spotkanie. Nie ma już troski o wygląd w ten wyjątkowy wieczór raz na kilka czy kilkanaście dni. Zaczyna się szara codzienność w okresie, który powinien być czasem wyjątkowego świętowania młodości!” Ta wypowiedź jest z pewnością bardzo dobrym wyznaniem wiary dla wielu współczesnych młodych ludzi. Dla nich można nazwać ją definicją małżeństwa. Nie, nie mieszkania przed ślubem, ale właśnie małżeństwa! Przecież właśnie w małżeństwie mieszkamy razem, a nie czekamy na siebie z utęsknieniem. Ubieramy się w codzienne ciuchy, a nie coś specjalnego. Dla wielu to jest szara codzienność, w okresie nieustającej przecież młodości! Przytaczając te słowa ksiądz Marek, moim zdaniem, ukazał ludziom nie tyle negatywną perspektywę mieszkania ze sobą przed ślubem, lecz mieszkania ze sobą w ogóle, bez względu na to, czy ma się ślub, czy nie! A jednak – ja jestem w małżeństwie od niecałych 3 lat i wciąż kupuję żonie kwiaty. Wciąż zapraszam ją na randki. A najpiękniejsza i tak jest ta cała szara codzienność, która niewiele różni się od naszej szarej codzienności sprzed ślubu. Świętujemy naszą młodość, która przecież nadal trwa, żyjąc w małżeństwie. Narzeczeństwo zaś nie jest jakimś okresem wyjątkowego świętowania młodości, chodzenia na randki i pokazywania się takimi, jakimi w rzeczywistości nie do końca jesteśmy, lecz czasem przygotowania do małżeństwa. I może niektórzy wolą być w tym czasie ze sobą raczej, niż spotykać się tylko raz na kilka dni?

Nie będę omawiał całego tekstu księdza Marka, bo i tak mój wpis jest już wystarczająco długi. Dodam jeszcze tylko, że końcówka listu, na który autor książki odpowiadał, brzmiała: „Kiedy pojawił się w naszym życiu ten problem, zaczęliśmy przeglądać dokumenty przedstawiającą oficjalną naukę Kościoła. Znaleźliśmy wypowiedzi dotyczące wielu interesujących nas kwestii, ale nijak nie mogliśmy znaleźć czegokolwiek, co potwierdzałoby zło tkwiące w mieszkaniu ze sobą przed ślubem. Zastanawiam się więc, czy ten zakaz w ogóle wypływa z orzeczeń hierarchii kościelnej, czy jest tylko swego rodzaju wyrzutem sumienia kilku staroświeckich spowiedników, którzy chcą być bardziej papiescy od papieża.” Problem wydaje mi się szczególnie poważny: wyraźna wypowiedź hierarchii kościelnej ustawia bowiem takie kwestie, jak homoseksualizm, masturbacja czy współżycie pozamałżeńskie. Sam jednak mam od lat trudności ze znalezieniem czegokolwiek, co wskazywałoby na to, że Kościół oficjalnie zakazuje zamieszkiwania razem przed ślubem. Pytałem o to wielu osób i nikt nie dał mi żadnej odpowiedzi. Co ciekawe – ksiądz Dziewiecki ostatecznie również nie podejmuje tego tematu i nie udziela odpowiedzi na tak istotne pytanie. To może świadczyć o jednym: że Kościół nie wyraził swojego zdania na temat tak istotnej kwestii, jaką jest mieszkanie przed ślubem. I wypowiedzi zakazujące rzeczywiście mogą świadczyć o nadwrażliwości niektórych spowiedników…

Moje zdanie nieco zmieniło się odkąd wziąłem ślub. Trochę z żoną zazdrościmy tym osobom, które zamieszkały wspólnie dopiero po ślubie i dziś raczej odradzamy drogę, którą powzięliśmy. Z perspektywy czasu mogę więc powiedzieć, że jestem raczej przeciwnikiem mieszkania razem przed ślubem, niż jego zwolennikiem. Wciąż jednak sądzę, że mieszkanie razem bez ślubu nie jest samo w sobie złem. Może pomagać w dążeniu do tego zła (pokusy), jednak wcale nie musi – co więcej, sądzę, że mądrze rozumiane może nawet odwieść od zła. Są bowiem ludzie, dla których większą pokusą jest wykorzystanie dwóch godzin danych raz na tydzień (czyt. randka) do granic możliwości, niż ciągły wspólny kontakt z drugą osobą.

Z radosnych wiadomości: od wczoraj jestem magistrem teologii. Stąd zmiana nazwy bloga. Dziękuję z góry za gratulacje :P.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 19 Komentarzy