Posts Tagged With: Wybory

Przed ciszą wyborczą

Kiedyś ten blog był o wiele bardziej polityczny, niż teraz. Dużo bardziej zajmowałem się tą dziedziną życia, choć zawsze starałem się, by był to blog teologiczny. Dziś jednak nadal interesuję się polityką, mogę wręcz powiedzieć, że jestem w nią mocno wkręcony. Ale rzadziej wypowiadam się publicznie na jej temat. Dziś jednak, niedługo przed ciszą wyborczą, zabiorę na jej temat głos po raz kolejny. Przede wszystkim powiem: idźcie do wyborów! Inaczej inni wybiorą za Was!

Trochę Was może zdziwiłem tym zawołaniem. Tak naprawdę grafika, którą wrzucam razem z tym wpisem, zauważona niedawno na profilu Super Niani, jest z mojej strony swego rodzaju ironią. Dlaczego? Ponieważ komunikat na obrazku brzmi „Jeśli połowa wyborców zostanie w domu, to tych trzech wybierze władzę dla wszystkich dziesięciu”. Prawdopodobne założenie zaś osoby tworzącej i zamieszczającej tę ilustrację jest takie, że gdyby wszyscy poszli do wyborów, to tych trzech czerwonych zniknęłoby w tłumie 7 czarnych. Ale tak by nie było. W rzeczywistości – co też wpisałem w komentarzu na profilu wyżej wymienionej pani – statystyka jest nieubłagana. Gdyby do wyborów poszło dziesięciu, to sześciu z nich byłoby czerwonych. Oczywiście nie wolno wykluczać, że w podobnej sytuacji byłoby pół na pół, albo szala przechyliłaby się w inną stronę, ale to ma znaczenie przy 10 wyborcach. Przy połowie mieszkańców Polski ma to już tak naprawdę dużo mniejsze znaczenie.

Mimo wszystko namawiam do wzięcia udziału w wyborach i wybraniu zgodnie z własnym sumieniem. Nie chcę dziś agitować politycznie i przekonywać do głosowania na konkretne ugrupowanie, nie chcę podkreślać, że głosowanie na konkretną partię świadczy o mądrości, a na inną o głupocie. Każdy z nas ma wybór i własne poglądy, różne rzeczy powodują o tym, na kogo chcemy oddać swój głos. Mimo tego jednak nie gniewajcie się, jeśli napiszę o tym na kogo i dlaczego ja zamierzam głosować.

Odkąd tylko pamiętam, a na pewno odkąd mam prawo głosu, oddaję go na Prawo i Sprawiedliwość. W poprzednich wyborach parlamentarnych oddałem swój głos na przedstawiciela Prawicy Rzeczypospolitej – partii Marka Jurka. Zrobiłem to dlatego, że współpracowali oni z Prawem i Sprawiedliwością i startowali ze wspólnej listy. Niestety, jedyny przedstawiciel tej partii, zaraz po wejściu do sejmu, zrezygnował z dalszej współpracy i stał się posłem niezależnym, narażając PiS na utratę sejmowej większości. Dlatego nie byłem do końca zadowolony z mojego głosu, mimo że cenię moralne poglądy Marka Jurka wyżej niż przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości. W niedzielę, 13 października, oddam mój głos na listę Prawa i Sprawiedliwości.

Jakie są powody mojej decyzji (której nie zmieniłem od lat?). Po pierwsze moje nastawienie do patriotyzmu. Prawo i Sprawiedliwość pomogło Polakom uwierzyć ponownie w to, że warto jest być Polakiem. Że nasza historia i bohaterowie (choćby Żołnierze Wyklęci) warci są uczczenia i wspominania. Że Polska nie musi kryć się w cieniu wielkich mocarstw, lecz może stanowić siłę samą w sobie.

Po drugie: Prawo i Sprawiedliwość spełnia swoje obietnice wyborcze. Obiecali 500+ i dali je wszystkim, najpierw na drugie i kolejne dzieci, potem również na pierwsze dziecko. Obniżyli wiek emerytalny, który ich poprzednicy podwyższyli. Podwyższyli wiek obowiązku szkolnego, likwidując nakaz uczęszczania sześciolatków do pierwszej klasy. Tak jak obiecali wcześniej, zlikwidowali gimnazja i przywrócili ośmioletnią szkołę podstawową. Mimo wielkiego oporu stawianego przez środowiska nauczycielskie (ZNP) i opozycję parlamentarną (do dziś denerwuje mnie jak np. dyrektor placówki szkolnej w wywiadzie dla radia używa słowa „deforma szkolnictwa” kiedy próbuje wytłumaczyć, jak radzi sobie z przepełnieniem szkoły; jego wypowiedź przestaje być obiektywna i staje się automatycznie politycznie motywowana). Na przyszłą kadencję Prawo i Sprawiedliwość obiecuje mniej, niż konkurujące z nim o zwycięstwo partie. Ale to dlatego, że większość już zrobiło, a jedyne co może robić dalej, to kontynuować dobre zmiany. Skądinąd wiemy zaś, że nie bierze udziału w plebiscycie obietnic, ale obiecuje to, co jest realne. A udowodniło to w ostatniej kadencji, gdy spełniło swoje obietnice mimo notorycznego „Nie da się” płynącego z ust opozycji.

Po trzecie: Władza jednej silnej partii (lub współpraca z naturalnymi koalicjantami, jak w tym przypadku) okazuje się być często dobrym wyznacznikiem stabilizacji kraju. Władza nie musi się dogadywać z innymi, którzy będą stawiać warunki (jak za pierwszej kadencji PiS choćby Roman Giertych – który, doskonale wiadomo, po której stronie sceny politycznej się znajduje), lecz może wprowadzać reformy mogące pomóc ludziom. Potwierdza to także przypadek Victora Orbána, który rządzi na Węgrzech od kilku kadencji, a w wyborach do Europarlamentu zdobył ponad 50%. Jego pozycja jest stabilna, a ludzie głosują na niego, bo widzą jak wiele zmienia na dobre, mimo sprzeciwu opozycji czy choćby Unii Europejskiej. I wiem, że tak samo może być u nas, w Polsce, pod rządami Prawa i Sprawiedliwości.

Oczywiście PiS nie spełnia wszystkich moich oczekiwań. Chciałbym całkowitego zakazu aborcji – choć wiem, że kompromis jest motywowany politycznie, właśnie chęcią stabilizacji władzy. Żaden jednak motyw polityczny nie może usprawiedliwiać zabijania nienarodzonych. Dlatego mam nadzieję, że odpowiednie działania zostaną podjęte w kolejnej kadencji. PiS nie podnosi też pensji nauczycieli tak, żebym bez problemu, pracując na jeden etat, mógł utrzymać rodzinę i mieć dla niej wystarczająco dużo czasu. Ale bądźmy szczerzy – ze względu na spójność ich poglądów i programu, oddałbym (i oddawałem) głos na PiS nawet wówczas, gdy o żadnym 500+ nie było jeszcze mowy. Nie można zgadzać się we wszystkim także z partią, na którą się głosuje. Mimo wszystko moje poglądy są zbieżne z poglądami wyrażanymi przez rdzeń Prawa i Sprawiedliwości w dużej większości.

Namawiam jeszcze raz: idźcie na wybory. Zagłosujcie na kogo uważacie, a jeśli mój wpis pomoże Wam podjąć tę ostateczną decyzję w ostatniej chwili, to cieszę się jeszcze bardziej. I do zobaczenia w poniedziałek, 14 października, w – być może – zupełnie nowej politycznej rzeczywistości.

____________________________________

Wpis został rozpoczęty 30 września 2019 roku, dlatego ukazuje się z tamtą datą. Zostaje upubliczniony w piątek, 11 października 2019 roku, na niecałą godzinę przed ciszą wyborczą.

We wpisie zastosowano ilustrację z profilu Autora Remka Dąbrowskiego: https://www.facebook.com/remekdabrowski

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Banda niewykształconych dzieciorobów ze wsi, czyli demokracja, głupcze!

signpost-wooden-direction-post-road-europe (1)Jesteśmy świeżo po wyborach do Parlamentu Europejskiego. Po pierwsze zadziwiła wszystkich frekwencja. Do tej pory niewielu Polaków wydawało się zainteresowanych kwestią eurowyborów, tym razem jednak zmobilizowali się. Można by powiedzieć – żeby obalić PiS. Ale nie, kolejnym zaskoczeniem było to, że właśnie PiS te wybory wygrał, i to nie – jak chciała to widzieć Gazeta Wyborcza – o włos, lecz o niemal 7 procent głosów. I to wywołało ogrom nerwów i oburzenia. Bo jak tak można głosować? I pojawiły się nawet komentarze, że to wszystko oznacza, że demokracji w Polsce już nie ma…

Podobnie sytuacja wygląda odkąd Prawo i Sprawiedliwość zaczęło wygrywać wybory w 2015 roku. Do tej pory było to nie do pomyślenia, a nagonka polityczna na tych, którzy mieli być wiecznymi przegranymi, wydawała się główną siłą napędową Polski. Ale jednak PiS nagle wygrało wybory, podwójnie, i o dziwo nie udało się obalić rządu w ciągu dwóch lat, jak było za ich poprzedniej kadencji. Mainstream miał nadzieję, że chociaż w wyborach do Europarlamentu sobie poradzi, ale mimo usilnych starań nie udało się mu to. Co zatem trzeba było zrobić? Otóż należało pokazać, że wynik wyborów to efekt głosów wrzucanych do urny przez nieuków, nierobów i beneficjentów świadczenia socjalnego 500+.

W swoim ironicznym wpisie wrzuconym ze zgryzoty Dorota Zawadzka (znana jako SuperNiania) napisała: „Wieś zdecydowała, i niskie wykształcenie. No cóż. Jesienią może być jeszcze gorzej. Niestety”. Oczywiście, nawet jej wierne fanki były tym komentarzem oburzone, ale to nie zmienia faktu, że dla idoli mainstreamu nie tylko wyborcy PiSu są ludźmi ze wsi z niskim wykształceniem, ale również że bycie osobą ze wsi czy z niższym wykształceniem jest czymś z zasady złym. Warto przypomnieć tu wypominanie, że nie ma się gdzie położyć na plaży nad polskim morzem, bo Janusze i Grażyny dostały 500+ i się rozwalają z parawanami. Albo załamywanie rąk nad niemieckimi truskawkami czy szparagami, których nie ma kto zbierać, bo Polacy dostali pomoc od państwa i nie chce im się jeździć na zarobek do zachodnich sąsiadów.

Kolejnym przykładem reakcji na wyniki wyborów był wpis Krystyny Jandy, w którym przytaczała prześmiewczy rysunek. Polityk z banknotem wisi nad starszą panią, która wyraźnie modli się lub błaga o pieniądze. I tenże polityk mówi do niej: „Daj głos”. A więc znów mamy (w założeniu głupią) starą kobietę ze wsi. Bo wieś i głupota zdecydowała. Mądrzy, wykształceni i mieszkańcy miast – oraz ci, którzy nie mają dzieci – zagłosowali dobrze, na Koalicję Europejską. Niestety, było ich mniej, ponieważ wieśniacy siłą rozpędu pobiegli do urn by zagłosować.

Media sprzyjające opozycji histeryzują, że to już koniec demokracji. Że Polacy wybrali dyktaturę dla cukierków, którymi władza ich obdarza (czyli dla pomocy socjalnej). Że nie będzie już normalnej Polski, dopóki PiS nie przestanie wygrywać i nie ustąpi (wreszcie) miejsca Platformie Obywatelskiej. Bo przecież nie na tym powinna – ich zdaniem – polegać demokracja, że wygrywa ktoś, kogo uważają za dyktatora. Znów zaczynają się proroctwa o drugiej Grecji i załamującej się gospodarce – szkoda, że mamy największy wzrost gospodarczy od dawna.

Tymczasem demokracja ma się świetnie. Głos ludzi, ze wsi czy z miast, liczy się tak samo i każdy ma prawo zdecydować, na kogo swój głos odda. Nieważnie, czy to kobieta, czy mężczyzna, czy wykształcona, czy też nie, albo czy pobiera świadczenie 500+. Każdy ma takie samo prawo do głosu. I to, że we wszystkich wyborach od 2007 do 2015 roku wygrywała Platforma, to wszystko było wyłącznie objawem demokracji. I to, że w 2015 tendencje wśród ludzi się zmieniły, to też jest demokracja. I na pewno w działaniu demokracji nie pomoże wyzywanie i obrażanie tych, którzy głosowali inaczej, niż naszym zdaniem należałoby głosować. Na tym polega demokracja, że każdy głos liczy się jednakowo. A osoby, którym zależy na zwycięstwie innej opcji politycznej, powinny ugryźć się w język przy rozmowach z przeciwnikami czy przy komentowaniu w sieci decyzji głosujących. Bo obrażanie tych, którzy głosują na PiS, przynosi skutek odwrotny. Oni jeszcze bardziej się mobilizują. Wystarczy spojrzeć na wyniki, jakie na Węgrzech osiągnęła partia Viktora Orbana. Wygrała ona z przewagą ponad 50%, mimo ciągłej medialnej nagonki na samego Orbana, co dobrze widać także w Polsce, gdzie media mainstreamowe Orbana nienawidzą prawie tak, jak Jarosława Kaczyńskiego.

Zwróćmy zatem uwagę na naszą kulturę osobistą w codzienności. Nauczmy się przegrywać. Nie ma potrzeby wyzywania osób głosujących na PiS tylko dlatego, że PiS wygrał. Podobnie zresztą byłoby, gdyby było odwrotnie. Demokracja ma się bardzo dobrze nawet wtedy, kiedy wygrywa nie ten, którego oczekiwaliście.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące zdjęcie z portalu foter: https://foter.com/photo2/signpost-wooden-direction-post-road-europe/

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Obronić demokrację

dudapapiezOd wyborów prezydenckich w maju 2015 roku, a już na pewno od październikowych wyborów parlamentarnych, druga połowa Polski żyje w ciągłym strachu przed kończącą się demokracją. Prawo i Sprawiedliwość, partia która jako pierwsza wygrała wybory taką większością głosów, która pozwala jej na samodzielne rządy, jest oskarżana o zamach na demokrację, na konstytucję, na Trybunał Konstytucyjny. Wystarczyło naprawdę niewiele czasu, by utworzył się tzw. Komitet Obrony Demokracji, mający na celu bronienie Polski przed złymi rządami – rządami PiSu właśnie, choć rządy PO też nie należały przecież do najlepszych. Ale to nieważne, bo w pochodach KODu chodzą również szefowie partii rządzących wcześniej Polską, a także pierwszy bankier Rzeczpospolitej, który nie umiał nawet dobrze policzyć pieniędzy własnej partii – pan Ryszard Petru. Oczywiście bywa tam też były prezydent Bronisław Komorowski, były prezydent Lech Wałęsa i były prezydent Aleksander Kwaśniewski. Wszyscy ogromnie zatroskani o upadającą właśnie w Polsce demokrację. Głos dziennikarzy Gazety Wyborczej (której szef Adam Michnik także chodzi na pochody) dociera do szerokiej publiki w Niemczech, w USA, a ostatnio nawet w Rosji („Przepraszamy, nie wiedzieliśmy…”), tak że cały świat już wie, że w Polsce panuje dyktatura. Młodzież z Niemiec i z Ameryki Południowej, przyjeżdżając na Światowe Dni Młodzieży do Krakowa, przywozi ze sobą własną żywność, ponieważ w Polsce rządzi dyktator, wojsko chodzi po ulicach, a w sklepach nie ma jedzenia. Możemy wyobrazić sobie ich zdziwienie, kiedy dowiadują się, że to nieprawda. I zdziwienie mieszkańców Krakowa, kiedy słyszą, co tamci uważali.

Zdziwienie musi być naprawdę duże także dla słyszących te zagadkowe informacje zwolenników KODu. Przecież – owszem – w kraju upadają instytucje demokratyczne, a Kaczyński rządzi niepodzielnie, siejąc zamęt i strach, ale dlaczego niby miałoby to oznaczać wojsko na ulicach i brak jedzenia w sklepach…? Dlaczego? Bo tak właśnie wyglądają kraje, w których panuje dyktatura i nie ma demokracji – tak widzą je wierzący młodzi ludzie z zagranicy i tak wyobrażają sobie naszą Polskę.

Tymczasem…

  1. W Polsce rządzi jedna partia, która samodzielnie utworzyła rząd, ponieważ demokratyczne procedury obowiązujące w naszym kraju doprowadziły do tego, że przy odpowiednim rozłożeniu głosów ta właśnie partia dostała samodzielną większość.
  2. W Polsce stanowisko prezydenta zajmuje Andrzej Duda, niegdyś reprezentant tej samej partii, z pewnością współpracujący i dogadujący się nadal z szefem partii Jarosławem Kaczyńskim, premierem kraju panią Beatą Szydło i innymi ministrami – ponieważ dzięki panującym w Polsce demokratycznym procedurom w drugiej turze wyborów pokonał ówczesnego prezydenta Bronisława Komorowskiego i uzyskał wystarczającą liczbę głosów.
  3. W Polsce, dzięki demokratycznym procedurom i prawu do wolności wypowiedzi, odbywają się pochody KOD i chodzą w nich protestujące przeciw rządom demokratycznie wybranej partii osoby, które są gotowe mówić (na razie tylko mówić) nawet o rozpoczynaniu Majdanu, byle tylko obalić rząd partii, na którą oni nie głosowali.
  4. W Polsce, również dzięki wolności słowa, Gazeta Wyborcza, TVN i wszelkie inne media wspierające PO, Nowoczesną, KOD i inne potencjalne ugrupowania stworzone po to, by rządzić, mogą gnoić i niszczyć wybraną przez ludzi partię, wysunięty z tej partii rząd, prezydenta i jego małżonkę (Super Niania: „Pierwszą stewardessę”).
  5. W Polsce nie ma wojska na ulicach, chyba że chroni akurat Papieża i świętującą na Światowych Dniach Młodzieży młodzież przed potencjalnymi zamachami, które są mało prawdopodobne, ponieważ nie zgodzono się na przyjęcie tych miłych, uprzejmych mężczyzn, którzy gdzieś po drodze zgubili paszporty.
  6. W Polsce można też kupić jedzenie w sklepach, czego nie można było zrobić w – tak często dziś przypominanym przez obrońców demokracji – PRLu.

I choć rzeczywiście przyjeżdża do nas Komisja Wenecka i bada sprawę Trybunału Konstytucyjnego, pochyla się nad nim także Parlament Europejski, a prezydent Barack Obama osobiście wyraża o niego troskę, to 3/4 Polaków może spokojnie powiedzieć: Po co nam jest w ogóle ten Trybunał Konstytucyjny?

Ale żeby nie poprzestać tylko na rozpisaniu się nad Polską, przytoczę przykłady kilku innych państw, z bliskiego nam kręgu kulturowego, co do których występują niejakie problemy z zachowaniem demokracji, a o których się zazwyczaj nie mówi…

  1. obamaStany Zjednoczone Ameryki Północnej. Zbliżają się wybory prezydenckie, prezydent Barack Obama prawdopodobnie odstąpi swoje stanowisko przeciwnikowi politycznemu Donaldowi Trumpowi (choć cały amerykański mainstream popiera Hillary Clinton, która właśnie „rozbiła szklany sufit”, stając się pierwszą kobietą-kandydatką na stanowisko prezydenta z jednej z dwóch największych amerykańskich partii). W Senacie już rządzą Republikanie i czekają na swojego prezydenta. W tym czasie umiera sędzia Sądu Najwyższego, a stanowisko to piastowane jest dożywotnio, i prezydent Barack Obama chce obsadzić wakat swoim kandydatem. Ma do tego prawo, ale senat musi zatwierdzić jego wybór – a Senat nie chce, by przeważająca liczba sędziów wybranych przez Demokratów blokowała ich działania. Trwa więc konflikt o Sąd Najwyższy, w którym Barack Obama bierze czynny udział, i który może nie zakończyć się przed końcem jego kadencji. Sytuacja podobna do naszej, polskiej? Podobna. Ale w związku z tym jakie moralne prawo ma Barack Obama i sprzyjająca mu amerykańska prasa, by pochylać się nad naszym Trybunałem Konstytucyjnym?
  2. erdoganTurcja. Kraj dążący do jak największego zbliżenia do Europy, kandydat na członka Unii Europejskiej, członek Rady Europy. Ostatnio także sprzymierzeniec Europy w radzeniu sobie z falą „uchodźców” z bliskiego wschodu – za odpowiednią opłatą Turcja miała zatrzymać migrantów u siebie. Nagle wybucha pucz o nie do końca jasnym pochodzeniu (mógł być równie dobrze ustawiony przez samego prezydenta). Prezydent Erdogan gasi go szybko, aresztuje wojskowych, dziennikarzy, a nawet sędziów ichniego Trybunału Konstytucyjnego. Możemy go pochwalić, bo jest demokratycznie wybranym prezydentem, ale aresztowanie dziennikarzy czy sędziów niestety dotyka już niebezpiecznej sfery dyktatu. Co ciekawe – Komisja Wenecka, troszcząca się bardzo o nasz Trybunał Konstytucyjny, jest przedstawicielem Rady Europy. Do Rady Europy Turcja należy od 9 sierpnia 1949 roku – to o 42 lata dłużej niż Polska. Kwestią aresztowania sędziów TK Turcji powinna się natychmiast zająć Komisja Wenecka. Może już się zajęła? W mediach jakoś o tym cisza…
  3. burmistrzNiemcy, Francja, Belgia, Wielka Brytania, kraje skandynawskie. Demokratycznie zdecydowano w nich o przyjęciu niezliczonych rzesz migrantów. Z tym „demokratycznie” to raczej taki żart, nikt nie robił referendum w sprawie „Czy chcesz przyjąć muzułmańskich migrantów?”. Ale oni tam są, zarabiają pieniądze (na przykład sprzedając miniatury Wieży Eiffle’a pod Wieżą Eiffle’a za „One Euro, one Euro”) i wysyłają je swoim rodzinom w Afryce (na przykład), budując większość PKB danego kraju. Ale to nie wszystko, molestują bowiem również kobiety w parkach, na koncertach i na basenach, atakują je nożem, tasakiem lub maczetą za zbyt skąpy – ich zdaniem – ubiór, strzelają, rozjeżdżają ludzi ciężarówkami i wysadzają się w powietrze. Są miejsca w tych wielce demokratycznych krajach, w których demokracja nie obowiązuje. Dzielnice opanowane przez muzułmanów, do których policja boi się wchodzić i nie przyjmuje płynących z nich zgłoszeń. Wreszcie wybory na burmistrza stolicy Wielkiej Brytanii wygrywa muzułmanin pochodzący z Pakistanu – ponieważ demokratyczne wybory wygrywają już nie rdzenni Europejczycy, lecz przybywający z zewnątrz imigranci. Którzy niekoniecznie w przyszłości będą walczyć o demokrację.
  4. hiszpaniaHiszpania. Wybory w grudniu 2015 roku nie przyniosły rozstrzygnięcia, gdyż żadna partia nie osiągnęła samodzielnej większości głosów. Żadna partia nie chciała również pójść na ugodę koalicyjną, mimo kilku miesięcy rozmów. Ogłoszono więc przyspieszone wybory – doprowadził do tego król Hiszpanii Filip VI – które odbyły się 26 czerwca tego roku. Wyniki zmieniły się jedynie nieznacznie w stosunku do tego, co wykazały w 2015 roku. Od tego czasu minął miesiąc, Hiszpania nadal nie ma rządu, partie – co oczywiste – nadal nie chcą iść na ugodę, koalicji nie ma, nie wiadomo co dalej, ponieważ nie wiadomo, czy kolejne wybory przyniosą jakąkolwiek zmianę. Przypomnę, że dokładnie to samo mówiło się w Polsce przed wyborami parlamentarnymi w 2015 roku. Media sprzyjające poprzedniemu rządowi (zwłaszcza Gazeta Wyborcza) naciskały, by głosować na jedną z pięciu partii: PO, PSL, Nowoczesną, SLD-Zjednoczoną Lewicę lub na Partię Razem. Należało zdobyć wynik, który nie pozwoli PiSowi na utworzenie samodzielnego rządu – lub na wejście w ewentualną koalicję z Kukizem i Korwinem. Prasa prawicowa mówiła zaś, że albo PiS zdobędzie większość na jesieni, albo trzeba będzie powtórzyć wybory i poprawić wynik na wiosnę – bo innej możliwości stabilizacji nie będzie, przy niemożności utworzenia koalicji (ani Kukiz, ani Korwin nie mieli takiego zamiaru). Należy jednak zaznaczyć, że w Polsce udało się PiSowi zdobyć samodzielną większość, dzięki czemu demokratycznie wybrana partia utworzyła rząd i nie ma żadnego zagrożenia dla ciągłości rządów – miejmy nadzieję, że mądrych rządów. Tymczasem w Hiszpanii się nie udało i rządu nie ma już od pół roku…
  5. austriaAustria. Piszę tę notkę z wakacyjnego wyjazdu do kraju, w którym Trybunał Konstytucyjny postanowił powtórzyć wybory prezydenckie. Austria wstąpiła do Unii Europejskiej w 1995 roku, przyjęła Euro na samym początku, w 2002 roku. Należy więc do krajów „Starej Unii”, wielkich obrońców demokracji i praworządności. Ale to właśnie tu, w drugiej turze wyborów, spotkał się „właściwy” przedstawiciel partii Zielonych i „antydemokratyczny”, młody przedstawiciel partii prawicowo-populistycznej. Wszelkie wskaźniki poparcia dawały zwycięstwo prawicowemu Norbertowi Hoferowi i jego było też zwycięstwo do ostatniej chwili, dopóki nie policzono głosów korespondencyjnych. Nagle okazało się, że wygrywa jednak Alexander Van der Bellen z Zielonych. Hofer na początku uznał, że tak działa demokracja, ale ponieważ były powody, by twierdzić, że coś było nie tak z liczeniem głosów, jego partia złożyła wniosek o ponowne rozpatrzenie sprawy. I Trybunał Konstytucyjny właśnie uznał, iż liczenie głosów zostało zmanipulowane i nie dało właściwego wyniku. Z tego powodu powinno się powtórzyć wybory. O czym to świadczy? Nie tylko o tym, że wybory można zmanipulować nawet w „demokratycznym państwie prawa”, o tym, że można je uznać za zmanipulowane (przypomnijmy sobie śmiechy prezydenta Bronisława Komorowskiego, kiedy okazało się, że w wyborach samorządowych w Polsce niespodziewanie góruje PSL). Świadczy też o tym, że można je zmanipulować po to, by wygrał odpowiedni człowiek, ten, który „będzie się troszczył o demokrację i pilnował prawa”, czyli kandydat swój, pochodzący ze sprawdzonej partii. Ten precedens wskazuje na to, że podobnie mogło być w naszych wyborach samorządowych w 2014 roku i dobrze, że nie było w wyborach prezydenckich w 2015. Nie było – bo nie wygrał sprawdzony, swój kandydat, tylko ten drugi – przeciwnik demokracji.

Porównajmy tych 5 sytuacji z sytuacją w Polsce. Zastanówmy się nad tym, dlaczego tak usilnie broni się u nas demokracji, która nie jest zagrożona. Dlaczego pochylają się nad nami kraje i instytucje, które omijają problemy w innych miejscach? Może powinniśmy przestać martwić się o naszą demokrację – ponieważ nie jest ona ani trochę zagrożona. A jeśli tak – to co na to wskazuje?

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Prezydent Andrzej Duda i Papież Franciszek, spotkanie z okazji Światowych Dni Młodzieży 2016, zdjęcie za: http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/sdm-2016-papiez-franciszek-i-historia-macieja-szymona-ciesli/lvg85g
2. Prezydent Barack Obama mianuje Merricka Garlanda na sędziego Sądu Najwyższego, za: http://newsinnewyorkcity.com/president-obama-nominates-merrick-garland-for-supreme-court/
3. Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan, za: https://www.rt.com/news/339281-erdogan-poem-insult-complaint/
4. Nowy burmistrz Londynu Sadiq Khan, za: http://polishdiaspora.com/nowy-burmistrz-londynu-nowe-obietnice/
5. Wybory parlamentarne w Hiszpanii, za: http://mediumpubliczne.pl/2016/06/hiszpania-przyspieszonymi-wyborami-uda-sie-utworzyc-nowy-rzad/
6. Wybory prezydenckie w Austrii, za: http://www.newsweek.pl/swiat/wybory-prezydenckie-austria-2016-kto-wygral,artykuly,386169,1.html

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Sprawa Bolka

BolekTemat, który poruszył opinię publiczną w ostatnim czasie, to temat Lecha Wałęsy, który miał współpracować ze służbami bezpieczeństwa w latach 1970-1976, o czym świadczą dokumenty odnalezione w tzw. szafie Kiszczaka. Wdowa po peerelowskim generale z jakichś powodów postanowiła pozbyć się papierów i zgłosiła się z nimi do IPNu, gdzie potwierdzono obecność teczki TW Bolka z własnoręcznie złożonym przez Wałęsę podpisem. Sam były prezydent, przywódca Solidarności i laureat pokojowej nagrody Nobla twierdzi, że to wszystko nieprawdziwe, spreparowane dokumenty, a Newsweek, TVN i generalnie cały mainstream (poza którym znalazło się już TVP) mu wierzy, dodając do opisu dokumentów niepozorne słówko „rzekome”.

Generalnie opinii jest wiele, warto przytoczyć choćby te, z których dowiadujemy się, że nawet jeśli Wałęsa był Bolkiem i współpracował, to później odszedł od tej współpracy, stanął na czele ruchu Solidarności i obalił komunizm (jak o sobie mówi: „sam obalił komunizm”). Padają też pytania, w sumie logiczne, dlaczego człowiek który donosił miałby przyczynić się do obalenia systemu ludzi, którym donosił? Wydaje się jednak, że warto spojrzeć na to szerzej.

Wiemy, że Lech Wałęsa, gdy został prezydentem, wypożyczył z IPN dokumenty dotyczące TW Bolka – między innymi jego spisane donosy. Wiadomo też, że te teczki do IPNu nie wróciły po zakończeniu prezydentury Wałęsy – sprawa została zgłoszona już kiedy prezydentem był Aleksander Kwaśniewski. Historycy, którzy zajęli się zbadaniem peerelowskiej historii Lecha Wałęsy, Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk, przejrzeli tysiące dokumentów i znaleźli wśród nich nie dość dokładnie pousuwane wpisy dotyczące TW Bolka. Wiemy również, że kiedy Wałęsa był prezydentem, doprowadził do natychmiastowego obalenia rządu Jana Olszewskiego, ponieważ osoby działające w tym rządzie (m.in. ten „psychicznie chory” Antoni Macierewicz) przeprowadzały ekspresową lustrację, upubliczniając dokumenty dotyczące poszczególnych, będących u władzy osób. Czegoś musiał obawiać się prezydent Lech Wałęsa, że obalił pierwszy i do czasów PiS ostatni rząd, który chciał odciąć się od polityki grubej kreski. Te rzeczy wiemy z dwóch doskonałych filmów wyświetlanych niedawno w już nie mainstreamowej Telewizji Polskiej: „TW Bolek” oraz „Nocna zmiana”.

Wiemy też, że po wszystkich strajkach i stawianiu warunków przez Solidarność nastąpił Okrągły Stół i przygoda z Magdalenką. Okrągły Stół i Magdalenka to nie był moment, w którym obalono stary reżim tak, by od tej pory panowały rządy demokratyczne. To był moment, w którym opozycjoniści dogadali się z władzą komunistyczną, w którym doszli do porozumienia nad dalszym kształtem Polski, w której wszyscy będą mogli szczęśliwie współrządzić. Nigdy nie doszło do obalenia komunistycznego systemu, w Polsce nikt nie burzył muru jak w Berlinie. U nas doszło do porozumienia i tak naprawdę nie wiadomo do końca, jaki dokładnie kształt miało to porozumienie. Wiadomo za to, że sugestie opozycji (w tym chyba przede wszystkim Michnika) dotyczyły kształtu wspólnie sprawowanej władzy („Wasz prezydent, nasz premier”), że przeszłość odkreślono – za sprawą premiera Mazowieckiego – grubą linią. On sam brał podobno pod uwagę to, że ta kreska może zostać zrozumiana inaczej, niż tylko brak odpowiedzialności nowej władzy za stare rządy. I znowu Michnik potwierdził, że wprawdzie nie jest kryptokomunistą, ale uważa, że Polacy powinni się pojednać, że Kaczyński powinien podać rękę Kwaśniewskiemu.

Rząd Olszewskiego, chcący wprowadzić zmiany, został obalony w ciągu jednej nocy przez prezydenta, który bał się, że prawda wyjdzie na jaw. Kolejna szansa na dojście do prawdy pojawiła się w 2005 roku. Rząd Prawa i Sprawiedliwości został doprowadzony do samorozwiązania po 2 latach. Minęło 8 lat i teraz pojawiła się szansa na zmianę, ponieważ rządu, który ma samodzielną większość w sejmie, nie będzie tak łatwo obalić. I w tym wszystkim pojawia się sprawa Wałęsy vel. Bolka. Przypominamy sobie też pogrzeb generała Jaruzelskiego z honorami, na Powązkach. Pogrzeb Kiszczaka już nie tak uroczysty, ale emeryturę generalską dostawał – ktoś, kto był zbrodniarzem za czasów PRL. Teraz wychodzą papiery, które miał i trzymał na różnych ludzi, między innymi na dawnego przywódcę Solidarności. I trzeba sobie zadać kilka pytań.

Pytanie najważniejsze: czy komunizm został obalony? Czy ktokolwiek kiedykolwiek w Polsce doprowadził do obalenia starego systemu? Doszło do porozumienia między opozycją, a władzami dawnego systemu. Do porozumienia, którego szczegółów nie znamy. Bo nie mamy pojęcia, kto przez te wszystkie lata trzymał na kogo papiery w piwnicach i szafach. Dziś możemy powiedzieć, że jakieś papiery są i że przez lata mogły służyć do szantażowania osób, z którymi pozornie doszło się do porozumienia. Przez lata Lech Wałęsa mógł pozostawać w politycznym szachu – zresztą prawdopodobnie pozostawał, skoro jego teczka ujrzała światło dzienne tak szybko po śmierci Kiszczaka. Z jakichś powodów komunistyczni generałowie byli zawsze zbyt chorzy, by móc zostać osądzeni. Z jakichś powodów dostawali emerytury większe niż osoby, które torturowali podczas stanu wojennego. Z jakichś powodów Kwaśniewski i Miller mogli spokojnie dojść do władzy i rządzić, mimo że w państwie, w którym obalono reżim, powinni zostać osądzeni za swoją działalność w owym reżimie. To wszystko świadczy o tym, że komunistyczny reżim nigdy nie został obalony – podobnie, jak Związek Radziecki, zmieniając się w Rosję, nie przestał istnieć. Demokratyczna Rosja wybiera Władimira Putina, a opozycja jest niszczona. W Polsce usiłowano zniszczyć PiS (próbował to zrobić między innymi wcześniej wspominany kolaborant Michnik), ale na szczęście nie jesteśmy Rosją.

Komunizm w Polsce nigdy nie został obalony. Solidarnościowcy doszli do porozumienia z władzą PRL tak, żeby wilk był syty i owca cała. Przez co co jakiś czas do władzy dochodzą byli działacze PZPR, a szafy zgarniający śmietankę generałów wypełnione są hakami na tych, z którymi się dogadali. Anna Walentynowicz – która zginęła pod Smoleńskiem – pytała Lecha Wałęsę w liście otwartym: „Dlaczego okłamałeś wszystkich mówiąc o przeskoczeniu płotu, podczas gdy na strajk 14.08.1980r. zostałeś dowieziony motorówką z Dowództwa Marynarki Wojennej z Gdyni?”. Ten temat nie bywa podejmowany w „poważnych” mediach, ale pora zapytać – skoro pytała o to Anna Walentynowicz – czy rzeczywiście Lech Wałęsa przeskoczył płot? I gdzie dokładnie jest ten płot? Jeśli Walentynowicz miała rację, to Ktoś Wałęsę do tej stoczni w 1980 przywiózł motorówką. Mówi się, że byli to ci sami ludzie, z którymi współpracował w latach siedemdziesiątych. Jeśli tak, to czy Wałęsa rzeczywiście zakończył współpracę w 1976, czy później wciąż współpracował, może mniej oficjalnie? Czy – podobnie jak część opozycji – dogadał się z komunistami już wcześniej, przed okrągłym stołem? Pytania można mnożyć, ale nie w tym rzecz.

Rzecz w tym, że sugerowanie, jakoby Wałęsa coś tam podpisał i na kogoś tam donosił, ale potem zerwał ze wszystkim, został przywódcą opozycji i obalił komunizm, jest zwykłą naiwnością. Nie mamy pojęcia, czy rzeczywiście odszedł od współpracy, a jego działania dotyczące niszczenia papierów i obalania rządu Olszewskiego sugerują raczej, że nie kierował się tylko zwykłym tchórzostwem, które nie pozwoliło mu się przyznać do współpracy w latach siedemdziesiątych. Jeśli logicznie pytamy, dlaczego Wałęsa miałby donosić władzy, którą potem obalił, możemy logicznie odpowiedzieć: Wałęsa nigdy nie obalił tej władzy. Porozumiewając się z Kiszczakiem stał się częścią systemu, podobnie jak broniący układu z Magdalenki Adam Michnik. I jeśli teraz Wałęsa wpada, to bronienie go przez Michnika jest dość śmieszne. To trochę jakby złodziej bronił złodzieja, że wcale nie ukradł. Bo jeśli wpada Wałęsa, to wpada i Michnik, i cała reszta ludzi którym wydaje się, że nadal rządzą, choć to PiS wygrało wybory.

A nadal nie wiemy na kogo jeszcze są papiery w teczce Kiszczaka.

____________________________________

We wpisie zastosowano ilustrację ze strony https://www.facebook.com/mieso.wyborcze/photos/a.665287236883901.1073741826.664710256941599/970735063005782/

Filmy o których wspomniano we wpisie:

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Kochaj i rządź

rękaJesteśmy po wyborach, w których Prawo i Sprawiedliwość uzyskało parlamentarną większość, po wybraniu i zaprzysiężeniu rządu. Wszystko to odbyło się w wyjątkowo szybkim czasie, wyjątkowo szybko i intensywnie zaczęło się też rządzenie. To wszystko wywołuje w wielu publicystach i komentatorach dysonans poznawczy. I nie mówię tu o proplatformianych mediach głównego nurtu, których reakcja była i będzie oczywista, dopóki stopa życiowa nie opadnie im tak, że będą musiały przestać istnieć – co zresztą może się zdarzyć już wkrótce, bo oto właśnie odcięto je od finansowania ze środków publicznych (patrz: reklamy spółek skarbu państwa). Te przed wyborami walczyły jak lwy o to, by PiS nie wygrał, by nie miał większości z Kukizem i Korwinem, wreszcie by nie miał większości samodzielnie. Po wyborach rzucały gromami, że rządu jeszcze nie ma. Teraz rzucają gromami, że rząd już jest i że zaczął rządzić. Reakcja przewidywalna.

Inną sprawą jest jednak reakcja części publicystów prawicowych. Tych, którzy dotychczas bardzo krytykowali rządy Platformy Obywatelskiej i PSLu, którzy poszli na medialne barykady, by doprowadzić do zmiany, którzy wreszcie pomogli PiSowi osiągnąć to, co osiągnął. PiS wyznaczył ministrów, na których oni sami głosowali (przynajmniej niektórzy), a potem – czasem jeszcze przed zaprzysiężeniem – ci ministrowie zaczęli się wypowiadać. Zresztą już sam dobór ministrów, czy innych osób na ważnych stanowiskach, zaczął stanowić kontrowersję. Bo okej, wybraliśmy tych konkretnych ludzi i głosowaliśmy na panią profesor Krystynę Pawłowicz. Ale żeby zaraz powoływać ją do Krajowej Rady Sądownictwa? Albo Macierewicz – wygrał wprawdzie wybory w Piotrkowie Trybunalskim (gdyby Kukiz wywalczył JOWy, Macierewicz byłby w sejmie), ale dlaczego ma być ministrem obrony narodowej? I jeszcze dobierać sobie doradców w ramach własnego uznania (patrz: przypadek dwudziestoletniego Edmunda Jannigera). A już wypowiedzi Witolda Waszczykowskiego czy Konrada Szymańskiego na temat odwoływania ustaleń kwot uchodźców z Niemcami – to już kompletnie niedopuszczalne. A gdzie dyplomacja? A gdzie liczenie się z procedurami i mezaliansami? A gdzie tak ważny PR? I jest hałas, bo to koniec dobrej polityki, koniec „dobrej zmiany”, a przecież miało być tak pięknie.

Skomentowałem to oburzenie w dwóch twittach, z czego pierwszy jest chyba dobitniejszy: „Ludzie myśleli, że Kaczyński wygra i będzie jak Jezus, przemówi ewangelicznie, przytuli złodzieja i prostytutkę, potem na krzyż” i „Ale Jezus mówił wyraźnie: Królestwo moje nie jest z tego świata. A Kaczyński ma trochę na odwrót. Nie obcyndala się, to dobrze”. Kaczyński w opozycji był „męczennikiem” mediów publicznych i siły rządzącej. PiS w opozycji był obśmiewany, wytykany palcami i niszczony, mieszany z błotem. Zresztą czy nie podobnie było wówczas, gdy również wygrał podwójne wybory w 2005 roku? Nie mógł znaleźć koalicjanta, bo nikt nie chciał z nim współpracować. Kiedy związał się z Lepperem i Giertychem, była to toksyczna koalicja, nie pozwalająca osiągnąć tego, co osiągnąć chciano. I te ciągłe podśmiewki, że prezydent to kartofel, że nie sięga do klamki, że premier zamiast żony ma kota, a może nawet czuje inaczej, kto wie? Rząd Prawa i Sprawiedliwości, chcący zaprowadzić porządek w Polsce, upadł, to było naturalne. PiS, chcąc osiągnąć to, co chciał osiągnąć, musiał mieć swobodę rządzenia. Nieblokowaną przez koalicjantów, których trzeba kupić, przez uzależnionych od opozycji sędziów, przez senat i grupy nacisku. Dlatego wówczas się nie udało. I dlatego środowiska sprzyjające PO walczyły w 2015 o brak samodzielnych rządów PiS, a PiS walczył o samodzielne rządy. I dlatego właśnie, to oczywiste, na nich głosowaliśmy!

Jeden ze znajomych napisał, że w Prawie i Sprawiedliwości ścierają się dwa fronty. Jeden to front ekonomiczny (500 złotych na dziecko, kwestia frankowiczów), drugi to porządkujący (Smoleńsk, rozliczanie rządów od PRL do dziś). Pierwszy chce rządzić spokojnie i załapać się na drugą kadencję, drugi pragnie dojścia do prawdy i do sprawiedliwości, bez względu na własną dalszą władzę. Znajomy zastanawiał się, która opcja wygra. Zgodziłem się z nim tylko w tym, że obie te kwestie są ważne. Nie zgodziłem się natomiast jeśli chodzi o ścieranie się frontów. Osobiście uważałem bowiem, że PiS jest w stanie, w ramach niezależnych rządów, znakomicie pogodzić te dwie opcje. Póki co nie czuję się zawiedziony – dobór ministrów z jednej i drugiej strony daje silne nadzieje na wypełnienie wszystkiego, co jest ważne do wypełnienia. I oczywiście, że pierwsza grupa – mająca zwiększyć dobrobyt Polaków i podnieść ich poziom życia – będzie działała ciszej i wolniej, ale w sposób odczuwalny dla zwykłych obywateli. Druga grupa musi natomiast zadziałać natychmiast, wyprowadzając ciosy bez oglądania się na trzymających ich za ramiona speców od PRu. Przeprowadzenie od podstaw śledztwa smoleńskiego – zaczynając od odzyskania wraku Tupolewa i czarnych skrzynek – zablokowanie przejęcia przez Platformę Trybunału Konstytucyjnego, zatrzymanie napływu „uchodźców” wmuszanego nam przez Niemcy i okolicę, to wszystko musi być zrobione tu i teraz. Aby dokonała się zapowiadana dobra zmiana, musi ona odbyć się tu, na miejscu, w tej chwili. To co najważniejsze, najtrudniejsze – w pierwszych tygodniach. A potem można spokojnie, powoli pracować, poprawiając jakość istnienia przez cztery, osiem, może nawet dwanaście lat? I to musi się odbyć poprzez forsowanie swoich opcji, niezależnie od wychodzenia Platformy z sali sejmowej, od krzyków Lisa i Michnika, a także od zdziwienia prawicowych publicystów, którzy mieli nadzieję na to, że Kaczyński pocałuje panią Kopacz w oba policzki, uściśnie rękę Królowi Europy i odstąpi opozycji wszystko to, co ona by chciała. Że nie odwoła żadnego dyplomaty, żadnego szefa żadnej ze służb specjalnych, żadnego z niekonstytucyjnie wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego, który ma w mocy odwołać prezydenta Andrzeja Dudę i zdelegalizować każdą partię polityczną.

szydłodudaSzanowni koledzy i koleżanki dziennikarze! Głosowaliśmy na Prawo i Sprawiedliwość, ponieważ chcieliśmy gruntownych zmian, chcieliśmy przebudowy polskiej polityki. I oczywiście nie da się naprawić komputera ani samochodu waląc w niego łomem (co napisał Łukasz Warzecha po tym, jak wybrano prof. Pawłowicz do Krajowej Rady Sądownictwa). Owszem, tak się nie robi. Ale naprawiać trzeba Polskę. Aby to zrobić, część zepsutych rzeczy trzeba najpierw wyrzucić. To, co stoi i się wali, trzeba wyburzyć. Głosowaliśmy na PiS ponieważ wiedzieliśmy, że rządy Platformy i PSLu to rządy kłamców, podejrzewaliśmy ich o kradzieże ogromnych kwot pieniężnych (np. 19 miliardów złotych, które zniknęło przy przenoszeniu emerytur z OFE do ZUSu) i denerwowały nas współpracujące z nimi media publiczne i prywatne. Zagłosowaliśmy na PiS po to, by miało większość parlamentarną w sejmie i senacie, a wcześniej – by miało prezydenta. Teraz ma prezydenta, sejm i senat. I rządzi mocną, silną ręką, bo my chcieliśmy, żeby tak rządzili. Dlatego na nich zagłosowaliśmy. Czas otrząsnąć się z dotychczasowego skażonego mediami myślenia, że dobrze jak będzie cicho, spokojnie i bez wielkich kroków. Że jeśli rządzi PiS, to powinno to robić spokojnie, żeby nikomu nie przeszkadzać – a już zwłaszcza żeby „nie kopać leżących”, czyli nie męczyć przegranych. Pora przyznać, że głosowaliśmy na PiS po to, żeby rządziło, żeby ich ministrowie mówili i robili to, co trzeba, a nie to, co wypada. I to właśnie robią.

Nigdy na dobre nie wyszliśmy z PRLu dzięki polityce grubej kreski. Czas już skończyć z tą ułudą wolności. Pora pozbyć się grubej kreski. Mamy na to cztery lata, ale musi się to dokonać w pierwszych miesiącach.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące zdjęcia:
1. Rząd silnej ręki, zdjęcie za: http://www.portalfk.pl/nowosci/oecd-bedzie-walczyc-z-optymalizacja-podatkowa-1294034
2. Beata Szydło i Andrzej Duda, za: http://fakty.interia.pl/polska/news-ujawniono-liste-najblizszych-wspolpracownikow-andrzeja-dudy,nId,1832188

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Jestem za, a nawet przeciw

Wpis miał powstać przed pierwszym września, czyli przed uroczystym wymarszem sześciolatków do szkół. Było to spowodowane zarówno tym pierwszym faktem, jak i wnioskiem, który złożył prezydent Andrzej Duda, by zorganizować referendum w sprawie szkół i sześciolatków. W międzyczasie uczniowie do szkół wyruszyli, a senat kontrolowany przez partię rządzącą odrzucił wniosek złego prezydenta, bo może akceptować tylko te składane przez dobrego. Mimo wszystko moje zdanie w temacie się nie zmieniło. Nie zmieniło się od 1 września, ale zmieniło się już wcześniej.

sześciolatekWcześniej bowiem byłem gorącym przeciwnikiem posyłania do szkół sześcioletnich dzieci. Miałem takie mniemanie, że siedem lat to jest wiek w porządku na rozpoczynanie edukacji, bo większość z nas tak rozpoczynała i wyrośliśmy na ludzi. Że ten czas do siódmego roku życia to czas na zabawę i beztroskę, tak jak czas do trzeciego roku życia to czas na opiekowanie przez mamę. Bardzo zatem wkurzała mnie pani Kluzik-Rostkowska, która usilnie lansowała reformę edukacji zaproponowaną przez władzę wyższą i bardzo mocno wpierałem państwa Elbanowskich, którzy próbowali wszelkimi sposobami zapobiec wprowadzeniu tej reformy. I tak naprawdę nie przestałem się denerwować na pierwszą zdrajczynię ideałów, panią minister edukacji (teraz chyba przebił ją dopiero pan Ludwik Dorn), ani nie przestałem wspierać dzielnych, wielodzietnych rodziców, państwa Elbanowskich. Ale moje zrozumienie sprawy trochę się przesunęło.

Nauka nie jest i nigdy nie była niczym złym. Jeśli dziecko do 3 roku życia powinno, zgodnie z wszelkimi normami rozwojowymi, trwać przy mamie, ponieważ jest mu wtedy najbliższą i najpotrzebniejszą osobą, to nie znaczy, że jednocześnie nie powinno się niczego uczyć. Dziecko do 3 roku życia uczy się jeść, pić, chodzić, mówić i wyczuwać swoje potrzeby fizjologiczne, by później wydalać do nocnika, a nie w majtki. Uczy się rozpoznawać kształty, często już cyfry i litery, śpiewać, tańczyć i rysować. I oczywistym jest, że lepiej się tego nauczy w domu z motywującą i nadzorującą mamą niż w wielodzieciowym żłobku, w którym nikt nie poświęci mu indywidualnej uwagi, gdy mama wróci do pracy. Ale to nie znaczy, że nie uczy się w ogóle. Zwyczajnie nie uczy się instytucjonalnie, tylko domowo.

Trochę inaczej wygląda już edukacja dziecka od trzeciego roku wzwyż. Takie dziecko zaczyna odczuwać potrzebę przebywania z rówieśnikami, wspólnych zabaw i często rywalizacji. Dlatego też przedszkole zaczyna się w wieku trzech lat, a nie czterech czy pięciu, choć oczywiście obowiązek przedszkolny obejmuje dopiero dzieci od piątego roku życia. Ale i my – stanąwszy w obliczu przeprowadzki, która komplikowała nam dokonywanie wyborów przedszkolnych – mieliśmy zamiar zostawić naszą trzylatkę w domu przez jeszcze jeden rok. I pewnie tak by się stało, gdyby ona sama z jakichś powodów nie zaczęła opowiadać wszystkim wokół, że idzie do przedszkola, bo już ma trzy lata. I nie dało się jej przegadać, że prawdopodobnie jeszcze nie. Zatem zmuszeni zostaliśmy do szybkiego znalezienia placówki dla niej, i od pierwszego września została przedszkolakiem. A tam okazało się, że będziemy musieli kupić jej podręcznik, ponieważ dzieci pracują z książką. Nieco nas to zdziwiło, ale i ucieszyło zarazem. Nasza mała dziewczynka będzie odtąd bowiem nie tylko bawić się, ale też zdobywać regularną wiedzę, oczywiście na poziomie trzylatki.

Co się jednak dzieje z dzieciaczkami, które kończą zerówkę w wieku 6 lat i wówczas trafiają do szkół? Niektórzy mówią, że sobie nie radzą. Pewnie mają rację. Niektórzy mają jakieś myślenie o magicznej granicy czwartej klasy, która jest do przeżycia, gdy przekroczy ją dziesięciolatek, ale jest wielką porażką, gdy musi przekroczyć ją dziewięciolatek. Ta granica jednak wcale nie jest magiczna. To, że dzieci idące do klasy czwartej muszą przestawić się z trybu „jest jedna pani, pani jest sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze”, na tryb „są trzy osoby”, a często i więcej, nie oznacza, że to jest przepaść nie do przekroczenia dla dziewięcioletniego brzdąca. Taki brzdąc bowiem już w sumie brzdącem nie jest i, odpowiednio przygotowany, powinien dać sobie radę. Jeśli będzie miał problemy, stresy, nieprzyjemności, to ma od tego rodziców, by wciąż przy nim byli i go wspierali. Dla mnie legenda o granicy czwartej klasy pozostaje jeszcze zagadką z innego powodu. Z takiego mianowicie, że zawsze byli rodzice, którzy swoje dzieci posyłali do szkoły rok wcześniej. A mam w rodzinie osobę – własną babcię – która stała się dorosła wyjątkowo wcześnie, bo jak poszła do szkoły, to miała zasób wiedzy tak duży, że przesunęli ją od razu do 3 klasy. I jakoś dała sobie radę przechodząc potem do czwartej. Tak, jak większość dzieci wysłanych do szkoły wcześniej dawała sobie radę. Nie twierdzę, że badania potwierdzające, że dzieci wysłane do szkoły w wieku sześciu lat gorzej znoszą próg czwartej klasy są nieprawdziwe. Nie oznacza to jednak, że powinno się nakazać wysyłanie dzieci do szkoły dopiero od siedmiu skończonych lat. Oznacza, że należy wspomóc młodsze dzieci w przechodzeniu przez ten trudniejszy etap. Tak, jak wspomaga się dzieci dopiero zaczynające szkołę albo kończące podstawówkę czy gimnazjum – i stające przed wyborem dalszej ścieżki edukacyjnej.

Nie wiem jeszcze, co nas czeka w przyszłości w związku z naszymi dziećmi. Nasz najstarszy syn zaczął edukację w wieku 6 lat, nie stawialiśmy oporu ani przez chwilę, a ze względu na inteligencję i rozwój zapisaliśmy go do klasy z siedmiolatkami. Mija miesiąc i chłopak sobie radzi bardzo dobrze. Oczywiście nie wiadomo, co będzie później, w czwartej klasie czy kiedy bądź. Wiem natomiast, że mnie też próbowano pchnąć do szkoły jako sześciolatka, ale miałem nieodpowiednią datę urodzenia. Dziś żałuję, że mój rozwój był w jakiś sposób zablokowany przez rok. Umiałem już wszystko, czego się w przedszkolu mogłem nauczyć, a mimo to musiałem czekać. Widząc, jak radzi sobie z liczeniem czy czytaniem, czy z graniem w szachy mój sześcioletni syn, nie chcę zmuszać go do oczekiwania przez kolejny rok – zwłaszcza, że on naprawdę lubi się uczyć. Wiem też jeszcze jedno. Że dzieci, które są odraczane przez rodziców i posyłane do pierwszej klasy jednak jako siedmiolatki, mogą mieć poczucie bycia tym gorszym, głupszym itp. Obawy rodziców odraczających dzieci – czasem nawet mimo wyraźnego wskazania, że dziecko jest rozwojowo gotowe na szkołę – mogą wynikać z jak najlepszych pobudek, ale w rzeczywistości zazwyczaj sprowadzają się do stwierdzenia „Moje dziecko nie da sobie rady”. Jest za słabe, za delikatne, zbyt niedojrzałe emocjonalnie. Nie dziwi mnie wcale to, że takie odroczone dziecko może się czuć właśnie takie. Choć w rzeczywistości mogłoby być silniejsze, mogłoby dawać sobie radę. Dostaje jednak wyraźny komunikat, że sobie nie poradzi. I wie już, że sobie nie poradzi.

pupilekTo wszystko nie znaczy jednak, że jestem zwolennikiem edukacji szkolnej sześciolatków! Nawet jeśli, to nie obowiązku, i nie wszystkich. Jestem zwolennikiem edukacji szkolnej sześciolatków, jeśli w swojej wiedzy i inteligencji osiągnęły poziom, który pozwoli im na lepszy rozwój w pierwszej klasie, niż działoby się to w zerówce. Co więcej – jestem zwolennikiem takiego rozwiązania, pod warunkiem, że sytuacja w szkołach w Polsce byłaby sprzyjająca nauczaniu tych dzieci. I nie mam dziś na myśli tego, że powinna być podłoga do zabawy i sekcja z ławkami. Osobiście sądzę, że jeśli dziecko jest dość inteligentne, by w wieku sześciu lat rozwijać się w szkole, to jest ono w stanie wysiedzieć 30-45 minut w ławce i rozwiązywać zadania. Mam na myśli to, co dziś powszechne w szkołach w Polsce, a więc – ze względu na brak miejsc w szkołach – system zmianowy. Niektóre klasy pierwsze zaczynają zatem lekcje rano, a niektóre popołudniu. Z tego względu osoby zaczynające popołudniu są przywożone do szkoły na ósmą (bo rodzice muszą iść do pracy albo tak działa szkolny transport) i przez wiele godzin nic nie robią w szkolnej świetlicy. A potem kończą lekcje wieczorem i jedyne, co im pozostaje, to odrobić pracę domową. O 19, może o 20. Bez zbyt wielu minut pozostałych na zabawę czy kontakt z rodzicami. Z tego względu muszę po raz kolejny podkreślić, że pani Kluzik-Rostkowska się myli. Polskie szkoły nie są przygotowane na przyjęcie sześciolatków. A już na pewno nie te, które pracują na dwie zmiany.

Dziś po raz kolejny moje serce skradła pani Beata Szydło. I nie chcę wprawdzie agitować politycznie, ale powiedziała w swoim spocie dotyczącym sześciolatków to, co ja sam zamierzałem napisać. „Oczywiście wielu sześciolatków świetnie radzi sobie w szkole. Tak było zawsze. To rodzice najlepiej znają swoje dzieci i to oni wiedzą, czy sześcioletnie dziecko nadaje się do tego, żeby pójść do szkoły. To jest prawo i obowiązek rodziców decydować, co jest najlepsze dla ich dzieci”. To właśnie chciałem napisać wtedy, kiedy początkowo miał powstać ten wpis. Dlatego, że prezydent Andrzej Duda chciał zapytać Polaków w referendum o to, czy są za przywróceniem powszechnego obowiązku edukacji do wieku 7 lat. A ja, gdyby to referendum miało się rzeczywiście odbyć, nie wiedziałbym, co odpowiedzieć. Bo z jednej strony tak, ale z drugiej strony dobrze jest, kiedy sześciolatek może jednak zacząć szkołę wcześniej. Ja nie dostałem tej szansy i mogę tylko żałować.

Ale właśnie dziś dowiedziałem się, że istnieje szansa wprowadzenia prawa wyboru. Prawa do tego, by to rodzice decydowali, bez żadnych upokarzających dziecko odroczeń, bez konieczności zdobywania zaświadczeń o geniuszu, czy ich dziecko pójdzie do szkoły w wieku sześciu czy siedmiu lat. Wtedy żadne z dzieci nie byłoby gorsze, bo odroczone, ani lepsze, bo mądrzejsze. Jestem za wyborem. I wiem, że gdybym mógł wybrać, wysłałbym swojego syna do szkoły w wieku sześciu lat. Ale chcę wybierać, bo jeszcze nie wiem, co będzie z moją córką. I z drugim synem też.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Sześciolatek w szkole, zdjęcie za: http://natablicy.pl/slaskie-14-3-proc-szesciolatkow-w-szkole-od-wrzesnia,artykul.html?material_id=51fa1b6116f1da4738bb3565
2. Pupilek, zdjęcie za: http://egaga.pl/zle-stopnie-w-szkole-sa-potrzebne/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Przeprosić Pawła Kukiza

24 sierpnia 2015 roku Paweł Kukiz, zdobywca 20% głosów w pierwszej turze wyborów prezydenckich i przywódca ugrupowania Kukiz’15, usiłującego przekroczyć próg wyborczy w wyborach do sejmu, wziął udział w wywiadzie dla Telewizji Republika. Jego rozmówczynią była redaktor Katarzyna Gójska-Hejke. Nie wiem, na kiedy planowana była pierwotnie emisja tego wywiadu, ale z powodu zachowania muzyka wywołał on tak silną reakcję medialną jeszcze przed publikacją, że można go było obejrzeć już niedługo potem. Co więcej – jeśli ktoś nie miał możliwości zobaczenia rozmowy w telewizji, mógł już po chwili wyświetlić ją sobie na YouTube.

Afera wzięła się z tego, że Paweł Kukiz pod koniec wywiadu obraża się na panią redaktor, rzuca mikrofonem, nie zgadzając się na publikację wywiadu, po czym wychodzi ze studia. Już poza kulisami miał nazwać Katarzynę Gójską-Hejke „pisowską k…”. Tego oczywiście na nagraniu nie uświadczymy – czego pragnęliby liczni „oszukani” obserwatorzy.

Następnego dnia zarówno sam Kukiz, jak i jego rzecznik Miłosz Lodowski, wspomnieli, że rzeczywiście rockmana trochę poniosło, że przesadził i że wypowiedział słowa „ty pisowska k…”, jednak nie w stosunku do samej Gójskiej-Hejke, lecz do całej redakcji Telewizji Republika. Oczywiście żaden z panów nie użył słowa „przepraszam”. Zauważył to także Tomasz Terlikowski, redaktor naczelny Telewizji Republika (który przejął schedę po Bronisławie Wildsteinie). W odpowiedzi na wyjaśnienia muzyka umieścił na facebooku tekst, w którym zaznaczył między innymi: „I żeby nie było wątpliwości nie przeprasza, choć wie, że przegiął. Gratuluję klasy, wyczucia, smaku i dobrego samopoczucia. I przekonania, że zmęczenie wyjaśnia brak podstawowej kindersztuby już nie w momencie wydarzenia, ale wiele godzin po”.

KukizTerlikowskiNie chcę w żadnym razie bronić Pawła Kukiza. Rzeczywiście nie był on przesadnie dobrze przygotowany do tego wywiadu. Na część pytań odpowiadał od rzeczy, podawał swoje domysły bez przytaczania dowodów (np. to, że SKOKi finansują PiS – sam mam podobne domysły, ale również nie mam dowodów), reagował bardzo emocjonalnie, aż wreszcie przegiął, wychodząc ze studia. Nie jest jednak tak, że sam był bez racji. Kiedy zwrócił się do pani redaktor, że on już woli Olejnik, pani Hejke się zdziwiła. Mnie to, szczerze mówiąc, zupełnie nie zdziwiło. Redaktor prowadząca wywiad była agresywna, niemiła i zadawała pytania w taki sposób, by pogrążyć rozmówcę. Ironizowała na temat JOWów, wyciągała Kukizowi niewygodne kontakty, z których on umiał się wytłumaczyć, atakowała go i jednocześnie bardzo mocno broniła systemu partyjnego, w tym przede wszystkim partii PiS. Gdyby porównać ją z TVNowską „Stokrotką”, udałoby się dojść do wniosku, że panie działają na podobnej płaszczyźnie, tylko po dwóch różnych stronach. Olejnik jest za PO, a Gójska-Hejke wspiera PiS. Kukiz, chcąc nie chcąc, znalazł się między młotem a kowadłem, czy, by określić to innym powiedzeniem, wpadł z deszczu pod rynnę. Przyszedł do telewizji, która z pewnością wydawała mu się bezpieczniejsza i padł ofiarą nieuczciwego obstrzału.

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że zarówno dla ludzi Platformy, jak i dla dziennikarzy popierających Prawo i Sprawiedliwość zmieszanie z błotem Pawła Kukiza wydaje się korzystne. Człowiek, który wziął się niemal znikąd i od razu zgarnął 20% głosów, pochłonął pewną pulę wyborców, którzy pozostaliby do rozparcelowania, gdyby zdezawuować działaczy antysystemowych. Nie tak jednak powinien odbywać się wywiad w telewizji mającej się za niezależną! Jeśli dzielimy media na mainstreamowe i niezależne, to powinniśmy zrozumieć, że różnica nie polega na wyborze siły politycznej, którą te media wspierają. Więcej – nawet jeśli niezależne media wspierają jakąś polityczną siłę w sposób niezależny (nie uzależniają tego od wspierania swojej działalności z budżetu partii), nie powinny zachowywać się tak, jak zwykł to robić mainstream, a więc zaszczuwając tych, którzy myślą inaczej. Wywiad z niezależną dziennikarką powinien wyglądać tak, że rozmówcy daje się czas i możliwość wypowiedzenia swoich myśli, a redaktor ma za zadanie próbować te myśli zrozumieć. Nawet jeśli się z nimi nie zgadza. W przeciwnym razie naprawdę niewiele różni ją od Moniki Olejnik czy Beaty Tadli.

Jeśli więc Tomasz Terlikowski oburza się na Monikę Olejnik, że pogrywa nieuczciwie i zadaje pytania, które mają pogrążyć rozmówcę, to również powinien tak samo obrazić się na swoją dziennikarkę, Katarzynę Gójską-Hejke. Nie robi tego, być może dlatego, że cały wywiad był zaplanowany tak, by Kukiz wypadł jak najmniej korzystnie i by można było pokazać, jak bardzo jest kiepski i nie nadaje się do polityki. Udało się to, brawo. Tylko czy to aby na pewno powinien być cel katolickiego publicysty? Czy na pewno celem Terlikowskiego powinno być pokazanie tego, jak bardzo nikim jest człowiek, który zdobył 20% poparcia?

Już mówiłem – nie usprawiedliwiam postępowania i nerwów Pawła Kukiza. Nie mogę jednak usprawiedliwić również „niezależnej” dziennikarki, która zapomniała o swojej niezależności, ani człowieka, którego w dużej mierze darzę podziwem, pana Tomasza Terlikowskiego. Kukiz zareagował, bo został przyciśnięty do ściany przez ludzi, co do których mógł mieć nadzieję, że uszanują jego poglądy. Te poglądy, na których zbił swój kapitał polityczny. Nie powinni więc triumfować przedstawiciele mediów, którzy nasłali psy na zająca i mają radość z tego, że te psy zająca zjadły.

Cała ta sprawa może się odbić czkawką zarówno na płaszczyźnie moralnej, jak i politycznej. Moralnej, bo moralnie złym postępowaniem jest próba zniszczenia człowieka i cieszenie się z jego zniszczenia. Politycznej, bo ludzie mogą zobaczyć, w co został wmanipulowany Paweł Kukiz i w efekcie zagłosować przeciwko PiSowi, który tak mocno wspierany jest przez agresywną redaktor Gójską-Hejke i redaktora naczelnego Telewizji Republika, Tomasza Terlikowskiego.

Do niedawna układ polityczny (w sondażach) był nader korzystny dla zwolenników zmiany, tudzież zwolenników PiSu. Prawo i Sprawiedliwość bierze większość parlamentarną, a z Kukizem zmieniają konstytucję. Trzecia partia – Platforma Obywatelska – może sobie szczekać, ale de facto pozostaje bezsilna. Tymczasem ostatnio tendencje się zmieniają. I tak Mazurek i Zalewski piszą o Kukizie: „A jeszcze niedawno nie było w ogóle pewne, czy kukizowcy wystartują w wyborach. Wszystko po to, by doprowadzić do sytuacji prawdziwie rewolucyjnej, gdyby PO z Lewicą przejęły władzę po zwycięstwie PiS” („wSieci”, nr 34 [143] 2015). Dziś martwię się, czy propisowska telewizja Republika nie wykona tego zadania za niego. Czy przez tak jednostronne patrzenie mediów wspierających partię Kaczyńskiego nie dojdzie jednak do spadku notowań Prawa i Sprawiedliwości, a nie ruchu Kukiz’15. Który może zresztą pójść w górę. I wejść w koalicję z Platformą. W odwecie. Obym był złym prorokiem.

Panie Terlikowski! Pani Gójska-Hejke! A może zamiast czekać na słowo „przepraszam”, sami pójdziecie do Pawła Kukiza i przeprosicie go za ustwkę z prowokacją? Myślę, że nie tylko ja jestem tego zdania.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:

1. Paweł Kukiz, za: http://natemat.pl/139361,kukiz-czarnym-koniem-wyborow-jest-trzeci-znowu-powieksza-sie-roznica-miedzy-komorowskim-a-duda

2. Tomasz Terlikowski, zdjęcie profilowe, za: https://www.facebook.com/227951087237218/photos/a.227952230570437.60902.227951087237218/1053947114637607/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Po-Star Wars

Plakaty, plakaty, wszędzie plakaty. W takich już żyjemy czasach, że na każdym kroku, zwłaszcza na terenie większych aglomeracji, biją nas po oczach reklamy, bilbordy. Raz „Konkubinat to grzech”, innym razem znów Jan Paweł II, niby jako Karol Wojtyła, ale przecież wyraźnie jako Jan Paweł II (tak, to prawda, to jest jeden i ten sam człowiek), bo w piusce. Ale w garniturze. Plakat wyborczy. I przez internet przetoczyła się kolejna, po tym nieszczęsnym konkubinacie, dyskusja na temat plakatów. A ja, choć miałem zamiar pisać na samym początku, znów piszę jako (przed?)ostatni. Ale to też w jakiś sposób lubię. Bo mam szerszą perspektywę i więcej wiadomości, by skomentować.

papieżplakat

Kiedy pierwszy raz ujrzałem Jana Pawła II na plakacie w piusce, ale pod krawatem (stąd u niektórych publicystów skojarzenie z jarmułką, najzupełniej uzasadnione, ponieważ piusek nie zakłada się do garnituru), pomyślałem sobie: kolejne kremówki! Znowu próbują ludziom napychać brzuch „fajnym papieżem”, uśmiechniętym i pod krawatem. Właśnie krawat i marynarka wydają mi się w tym przypadku bardzo kremówkowe. W drugim momencie pomyślałem jednak, że hasło „Twój kandydat w codziennych wyborach” może nakłaniać ludzi do patrzenia na świętego papieża jak na autorytet w codzienności, może nawet zachęcać do lektury jego (moim zdaniem dość trudnych w odbiorze) encyklik czy adhortacji. Z trzeciej strony znowu pomyślałem (i skomentowałem w ten sposób u znajomego nawet), że niby dlaczego Karol Wojtyła ma być moim kandydatem w codziennych wyborach? Niby dlaczego nie Jezus Chrystus? Zapewne plakat wyborczy z Jezusem Chrystusem byłby o wiele bardziej kontrowersyjny, ale ja, jako katolik, chcę by święci wskazywali mi Chrystusa, by to Chrystus był moim prawdziwym codziennym celem. Ogólnie rzecz biorąc plakat wydał mi się raczej nieszkodliwym, kremówkowym dziwactwem. A potem rozpętała się burza.

Ci, którzy ostro krytykowali plakat o konkubinacie, hurraoptymistycznie przyjęli ten z Karolem Wojtyłą. Przy okazji nie omieszkali skrytykować ludzi, którzy „hejtują” wspaniałą ich zdaniem inicjatywę plakatową. Bo przecież plakat namawia do bycia razem, a nie przeciw sobie, więc ta dziwnie nazwana internetowa nienawiść nie powinna w tym miejscu w ogóle istnieć. Skoro sam papież z plakatu namawia do bycia razem, to nie powinniście się oburzać! Przy okazji – jak powiedziałem wcześniej – ci sami ludzie plakat z konkubinatem i grzechem ostro krytykowali. Co może świadczyć o typowym mainstreamowym myśleniu (w tym przypadku „Kościół mainstreamowy” brzmi całkiem nieźle) tych ludzi – my możemy krytykować, ale jak krytykujesz to, co mnie się podoba, toś tępak i hejter.

I tak czytam sobie tekst człowieka, który pisze o tym, jak Kościół jest podzielony i jak widać to po dyskusjach plakatowych. A przecież nie powinien być podzielony, powinien być wspólnotą. Jednocześnie ten sam człowiek opisuje dwa kontrowersyjne plakaty, krytykując pierwszy (konkubinat) za to czy tamto – dodając, że nie zabrania by komuś się on podobał, bo do kogoś mógł przemówić – a potem krytykując tych, którzy krytykują plakat drugi. Ironizuje przy tym: „Ale ten temat i nie jest już trendy. Jest inny, lepszy. A i temat poważniejszy. Bo dotyczy (teraz proszę o przyklęknięcie przed monitorem, co wrażliwsi czytelnicy – proszę uronić łzę lub dwie, ewentualnie można także zemdleć) św. Jana Pawła II”. A więc bardzo mocno gani „hejterów”, dowalając im i tym wszystkim, którzy Jana Pawła II otaczają wyższą czcią.

Co pokazała mi zatem akcja z plakatem przedstawiającym Jana Pawła II (tudzież Karola Wojtyłę) w garniturze? Że i w Kościele istnieje poprawny politycznie odłam ludzi, który może sobie pozwolić na „konstruktywną krytykę”, ale kiedy krytykowany sam, jest już „obrzucany hejtem”. Hektolitry ironii wylane przez katolickich publicystów popierających plakat przygotowany przez Centrum Myśli Jana Pawła II w odpowiedzi na próby skrytykowania tego plakatu (przyznaję, często – moim zdaniem – przesadzone, jak choćby krytyka krakowskiego Centrum Jana Pawła II) przez innych katolików zakryły mnie po czubki uszu. Cała ta krytyka krytyki brzmi w moich uszach jak głośnie: „Olaboga, biją Najświętszego Papieża wszechczasów, co to będzie, hłe hłe hłe”. A jednocześnie to głośne „hłe hłe hłe” pozbawione jest krztyny nienawiści, bo przecież „Zawsze razem, nigdy przeciw sobie”. Czyli – my jak krytykujemy, to jest dobrze. Wy jak krytykujecie, to w ogóle czego tutaj?

Ale pomyślmy jeszcze przez chwilę dlaczego Centrum Myśli Jana Pawła II rozpoczęło taką akcję. Chciało przekonać innych do kierowania się w życiu myślami i słowami zmarłego papieża – zgoda. Ale dlaczego ubrali go w garnitur? Dlatego, że trwa kampania prezydencka i wszyscy kandydaci występują w garniturach – a ten plakat miał się wpisywać w kampanię wyborczą. Zgoda! I nazwisko – Karol Wojtyła – zamiast przyjętego imienia – Jan Paweł II – też pod kątem „brania udziału w kampanii”. Hasło „Zawsze razem, nigdy przeciw sobie” w sposób wolny oparte na jakichś papieskich przemówieniach, mające jednoczyć nie wiadomo kogo z nie wiadomo kim (Bronkowców z Dudowcami? Albo tylko kierować Dudowców na właściwą drogę Bronka pojednawcy?), kojarzące się wielu rzeczywiście z wyborczym hasłem Bronisława Komorowskiego „Wybierz zgodę i bezpieczeństwo” – kontrowersyjne, bo niejednoznaczne. W sumie to dobrze, żeby być razem, bo Kościół powinien być jeden – Chrystusowy. A z drugiej strony czy chodzi tylko o Kościół? Czy może to hasło rzeczywiście wpisuje się w mainstreamowe „Nie hejtuj mnie, przecież jestem taki dobry”. Wszak wszyscy wiemy, że to opozycja nienawidzi rządzących, a przecież rządzący kochają opozycję i darzą ją wielkim szacunkiem. I wcale się nie dziwię, że wielu osobom hasło „papieża” mogło skojarzyć się z zawołaniem Ewy Kopacz do narodowej zgody (pod warunkiem, że nadal będzie można straszyć Kaczyńskim) czy z hasłem wyborczym Komorowskiego (które obowiązuje pod warunkiem, że będzie wolno nazywać głosujących na kogoś innego radykałami). Ale to jeszcze da się przeżyć. Zgoda.

671602Tylko skoro garnitur, a nie sutanna, skoro Karol Wojtyła, a nie Jan Paweł II, to dlaczego w papieskiej piusce na głowie? Przecież Jan Paweł II jako papież nie chodził w garniturach, ani w innych świeckich strojach, ani bez koloratki. Jako młody ksiądz – owszem! Jako kardynał – owszem! Ale jako papież zawsze miał na sobie strój świadczący o powadze urzędu, który piastował. Nawet gdy szedł w góry. Dlaczego zatem Centrum Myśli Jana Pawła II dobrało mu piuskę do garnituru? W tej rzeczywistości naprawdę wygląda jak Żyd w jarmułce. Czy to zestawienie było skierowane na wywołanie większej kontrowersji? Pewnie tak. Dla mnie, w obliczu tego, że Jan Paweł II nigdy nie dążył do podobnych zestawień, jest ono zwyczajnie bez sensu.

Tak sobie piszę i czy coś z mojego pisania wynika? Mam nadzieję, że dla kogokolwiek moje słowa będą godne choć lekkiego przemyślenia. Osobiście uważam kampanię o grzechu za udaną. Nie jestem też wielkim przeciwnikiem kampanii karolowo-wojtyłowej. Pragnę tylko podkreślić, że mam prawo do krytykowania. Mam prawo do wyrażania własnej opinii w sposób czasem naprawdę ostry. I nie lubię tego, że usta próbują mnie, hejterowi, zamknąć w bardzo niewybredny sposób ci, którzy popierają hasło „Zawsze razem, nigdy przeciw sobie!” Ci, którzy sami są przeciwnikami „hejtowania”. Bo takie rozdwojenie przypomina mi niezwykle dobrze znane hasło Rewolucji Francuskiej: „Wolność, Równość, Braterstwo”.

Właśnie, bardzo dobrze znane w skróconej wersji. Właściwie brzmiało ono tak:

„Wolność, Równość, Braterstwo, albo Śmierć”.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Plakat Centrum Myśli Jana Pawła II, za: http://www.centrumjp2.pl/
2. Wędrówka z Janem Pawłem II w górach, za: http://www.rp.pl/galeria/634527,1,648674.html

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Tonący brzydko się chwyta

Taka już panuje paskudna tendencja w polityce, że jak ktoś z jakiegoś powodu tonie, kończąc swój żywot polityczny, ale mając wciąż znane skądś nazwisko, to idzie do Platformy. A tam czeka na niego zawsze jakaś ciepła posadka, jak na zbawcę, a nie jak na zdrajcę. Tak oto poseł Arłukowicz odchodzi z SLD, trafia do Platformy i zostaje ministrem zdrowia. Minister obrony narodowej w rządach PiS Radosław Sikorski w ostatniej chwili przeskakuje do Platformy i zostaje ministrem spraw zagranicznych – a w obliczu ogromnej kompromitacji, którą przeszedł opowiadając o murzyńskości i płacąc za kolację służbową kartą, prawdopodobnie nawet marszałkiem sejmu. Michał Kamiński zwany popularnie Misiem – wierny sługa braci Kaczyńskich – przechodzi do Platformy i omal nie zostaje europosłem, ale tu na szczęście nie wszystko zależy od wpływów Donalda Tuska (premiera). I nareszcie pani Joanna Kluzik-Rostkowska, której kariera polityczna – w tym liczne stanowiska, także jako minister pracy i polityki społecznej – przez wiele lat związana była z partią braci Kaczyńskich. Ona to, już po dojściu do władzy Donalda Tuska, wciąż pozostając w PiSie, postanowiła oderwać się od tego ugrupowania i założyć własne – Polska Jest Najważniejsza. Dziś większość jej kolegów, którzy wraz z nią opuścili szeregi Prawa i Sprawiedliwości, dołączyło do partii Jarosława Gowina, ale założycielka już wcześniej zorientowała się, że statek zwany Pe-Jot-eNem przez kolejne wybory nie przepłynie. W efekcie jak najszybciej ewakuowała się stamtąd do partii kompletnie niezgadzającej się z tym, co do tej pory głosiła, a więc do Platformy. Co dostała w zamian? Stanowisko ministra edukacji narodowej.

Joanna_Kluzik-Rostkowska_(5826009676)Zgoda, tylko co robić, jeśli nagle ten największy ze wszystkich dotychczasowych Titaników, na których pani minister płynęła, także wreszcie trafia na górę lodową? Po pierwsze, oczywiście, należy robić PiaR, czyli naobiecywać najwięcej, jak się da. Premier obiecuje podwyżki emerytur (trzydzieści coś złotych, tyle co na waciki), a potem niespodziewanie zdobywa stanowisko kogośtam w Europie, jedni go wygwizdują, inni śpiewają sto lat, mamy prezydenta Europy i Titanic zyskuje wyporność. Minister edukacji, stojąca jednak w hierarchii znacznie niżej, musi wysilić się jeszcze bardziej. Treść jej obiecanek nie dotrze wszędzie, nie będzie przekazana przez mainstreamowe media, ale trafi przynajmniej do dyrektorów i nauczycieli szkół. A zatem pani Kluzik-Rostkowska ponownie brzydko się chwyta, wysypując wór obiecanek, które każdy sknerus powinien łyknąć.

Pierwszego września 2015 roku dzieci w „zerówce” – czyli pięciolatki – będą miały obowiązkową naukę języka obcego, oczywiście finansowaną przez rząd. Nauczyciele angielskiego już zacierają rączki na dodatkową fuszkę, a rodzice chętni by ich dzieci posiadały wszelkie możliwe objawy wykształcenia, na ołówki i okienka na kartach do głosowania miesiąc później. Ale to jeszcze nic! Oto już we wrześniu 2017 roku angielski będą miały obowiązkowo również trzylatki. Szkoda, że data ta przypadnie mniej więcej na dwa lata po tym, jak okręt Platformy Obywatelskiej ostatecznie opadnie na dno. No, chyba że zapewnienia pani minister (Ministry? Ministerki? Z tego, co pamiętam ta pani kazała na siebie mówić „ministrzyca”) padną na podatny grunt i dziurę uda się załatać na kolejne cztery lata. Nie, nie dziurę budżetową. Tę dziurę przez którą wody nabiera. Łata się ją kosztem tej budżetowej.

W 2015 roku darmowe podręczniki otrzymają dzieci w klasach pierwszych (spadkowe po obecnych pierwszakach), drugich i czwartych szkoły podstawowej. To – rzecz jasna – miły dla ucha i kieszeni rodzica pomysł, a jednocześnie jak patrzy się na ten plastikowy, oczodajny elementarz, który wmuszono tegorocznym siedmio- (i sześcio-) latkom, na ilość rażących w nim błędów, na ten tablet (po ataku opinii z konsultacji społecznych jednak „tablet taty”), który ma Tola, ma się serdeczną nadzieję, że to jednak tylko obiecanki-cacanki. Brzmi niestety jak groźba. Ale to jeszcze nie wszystko! Również podręczniki do klasy pierwszej gimnazjum mają być darmowe! Tak, zgadza się – już za rok o tej porze! Kto napisze, kto zatwierdzi te wszystkie książki do polskiego, matematyki, chemii, fizyki, historii? Kto ustali jak ułożyć w nich materiał, kto poprawi błędy? Sądząc po tym, jak wyglądało to w przypadku sławnego na cały kraj elementarza, nie zrobi tego nikt. Premier Ewa „jeden metr” Kopacz powie, że to cudowne podręczniki, najlepsze jakie można było opracować w tak krótkim czasie, potwierdzi to papież Donald Tusk z Brukseli, wszystko podbije pieczątką Super Niania (oczywiście z przekonania, nie za pieniądze) i gimnazjaliści będą „stać jak ten cieć na hałdzie żwiru i czekać na cud”. Nie dość, że Buzek (Tak! Nie Kaczyński! Właśnie Buzek!) napsuł wszystkim nerwów tworząc gimbusów i ich gimbazę, to jeszcze teraz Tusk, Kopacz i Kluzik-Rostkowska podarują im jedyną słuszną wiedzę płynącą z jedynych słusznych podręczników. Jednak pewnie nikogo nie zdziwi, że to jeszcze nie wszystko… Oczywiście już w 2017 roku wszyscy uczniowie podstawówek i gimnazjów będą mieli darmowe podręczniki. Naturalna konsekwencja. Szkoda, że nie zrobią tego samego w liceach. Może przy okazji paląc wszelkie inne źródła wiedzy. By uzależnić każdego od wiedzy potwierdzonej przez Platformę Obywatelską. I szkoda, że to wszystko wydarzy się znów w dwa lata po – miejmy nadzieję – zatonięciu tego piarowskiego okrętu.

POparcie-800x531Takie perspektywiczne obiecywanie ma swoje ukryte podteksty. Pierwszy wyjdzie na jaw wtedy, kiedy dzięki obiecankom Platforma załata dziurkę i jakoś skieruje statek ku brzegowi. Wtedy będzie można dać uczniom książki, albo ich nie dawać. Będzie można powiedzieć, że „teraz paliwo może być nawet i po 7 złotych”. Tonący okręt będzie płynął dalej, nawet jeśli dnem do góry. Drugi wyjdzie wtedy, kiedy wygra jednak PiS i albo będzie zmuszony do pociągnięcia tej barki ze śmieciami, którą na mieliźnie porzuci Platforma, albo zechce ją odciąć i wówczas spotka się z wszechobecną krytyką. Bo PO obiecało angielski, a Kaczyński nie dba o przedszkolaki. Bo Platforma już wydała podręczniki, a PiS wyrzuca pieniądze w błoto. Bo Tusk obiecał, a Kaczyński nie spełnił. Co by się nie działo, zawsze kanapka spadnie masłem do góry…

A skoro tak, to można jeszcze obiecać zmniejszenie biurokracji w szkołach. I oto w liście do dyrektorów pani minister pisze: „Obejmując pod koniec listopada ubiegłego roku stanowisko ministra edukacji narodowej jednym z zadań, jakie sobie postawiłam, było zmniejszenie formalności obowiązujących w szkole” (gramatycznie to, czy nie bardzo?). Aby zaś zmniejszyć formalności „powołałam zespół, który zajmuje się odbiurokratyzowaniem” – informuje Kluzik-Rostkowska. Stary sposób Platformy na danie pracy pobratymcom. Celem zmniejszenia biurokracji zwiększyć biurokrację wprowadzając urząd zajmujący się zmniejszaniem biurokracji. Tym samym odbieramy chleb obcym, dajemy swoim i tworzymy więcej miejsc pracy, więcej papierków…

I tak oto pani Kluzik-Rostkowska, niegdyś prawicowa powiernica Jarosława Kaczyńskiego, potem wyzwolona założycielka własnej, jeszcze bardziej prawicowej partii, wpisała się doskonale w lewacki sposób narracji i funkcjonowania Platformy Obywatelskiej. Teraz jednak statek tonie, kapitan zabrał swojego pierwszego oficera i uciekł do portu w Brukseli, a majtkowie muszą sobie radzić sami, wypompowując wodę. W związku z tym pani Joanna Kluzik-Rostkowska ma jeszcze jedno wyjście. Kiedy tylko zbliżą się wybory, może wskoczyć na szalupę, podpłynąć do Kowala i powiedzieć mu, że tak naprawdę to się pomyliła. Że nigdy nie zamierzała oddalać się od ich wspólnie zbudowanego jachtu. A skoro Kowal teraz służy pod Gowinem, to można próbować się wraz z tym ostatnim dostać, z listy samego PiSu, ponownie do sejmu. A kto wie, co można osiągnąć potem, skoro na następnym stopniu stoi już prezes Kaczyński. Można podejść i powiedzieć, że się tak tylko żartowało. A może znów dane będzie robić coś wielkiego i zbijać na tym kapitał.

Prawdopodobnie jednak trzeba będzie zejść pod pokład i trochę poszorować. Czego pani kłamczuszce serdecznie życzę.

____________________________________

List minister Kluzik-Rostkowskiej do dyrektorów do przeczytania TU
Lista usprawnień proponowanych przez panią minister TUTAJ

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Joanna Kluzik-Rostkowska na konwencji Platformy Obywatelskiej (2011) – zdjęcie za wikipedią: http://pl.wikipedia.org/wiki/Joanna_Kluzik-Rostkowska#mediaviewer/File:Joanna_Kluzik-Rostkowska_(5826009676).jpg
2. POparcie, grafika za: http://3obieg.pl/tonacy-brzydko-sie-chwyta-albo-wunderwaffe-tuska

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Stan umysłu

Za kilka dni wybory do Europarlamentu. Będziemy decydować o tym, jaką reprezentację będziemy mieć w miejscu, które kontroluje, lub stara się przynajmniej kontrolować politykę, gospodarkę i życie społeczne w większości krajów kontynentu Europejskiego. Prognozuje się, że mogą to być pierwsze od dawna wybory wygrane przez Prawo i Sprawiedliwość (jedną z głównych porażek PiS miałoby być to, że przegrało 6 wyborów z rzędu – a przecież nie przegrało, tylko zajęło drugie miejsce, a pierwsze od lat zajmuje jej największy konkurent, nie wchodźmy w to czy prowadzący politykę w sposób uczciwy; tak czy inaczej – nie ma o co kopii kruszyć), pierwsza od dawna porażka Platformy Obywatelskiej.

A jednak, dość niespodziewanie, pierwsze miejsce w debacie medialnej – dziś już nie tylko tej internetowej – zajmuje kto inny, niż wreszcie dążący do triumfu Jarosław Kaczyński. Wiadomości o Kaczyńskim giną pod naporem tych dotyczących Janusza Korwina-Mikke (proszę zwolenników poprawności deklinacyjnej o wyrozumiałość, sprawdzałem w internetach i dozwolono używanie różnych form, a mnie ta najbardziej pasuje), szefa Nowej Prawicy. Jest to spowodowane nagłym wzrostem poparcia dla partii Janusza Korwina-Mikke, która w sondażach po raz pierwszy przekracza próg wyborczy, osiągając nawet 7% poparcia. Wszystkie media – od lewicy po prawicę – zastanawiają się, skąd nagły fenomen Korwina-Mikke, który przecież w polityce jest od dawna i właściwie swoich poglądów dotyczących różnych spraw nie zmienia. Pojawia się na ten temat kilka odpowiedzi, w każdej jest cząstka prawdy, może poza twierdzeniami samych zwolenników Korwina, którzy twierdzą, jakoby Nowa Prawica miała być jedyną szansą dla Polski. I tak Tomasz Lis w Newsweeku pisze, że Korwin-Mikke jest w tych wyborach przedstawicielem elektoratu buntu, który pojawia się za każdym razem, bo część ludzi zawsze ma dość aktualnego stanu polityki i pragnie zmian. W poprzednich wyborach takim objawem buntu było poparcie dla Ruchu Palikota. Z kolei we „wSieci” Łukasz Warzecha zaznacza, że partia Janusza Korwina-Mikke działa jak sekta, przyciągając najróżniejszych zwolenników, zwłaszcza żądnych zmian młodych, mamiąc ich nierealnymi, abstrakcyjnymi obietnicami. I w obu tych teoriach jest prawda.

Wizja polityczna Korwina-Mikke

Nie chcę tutaj się dziś zagłębiać w programy jakiejkolwiek partii. Chcę raczej zilustrować jak wygląda podejście pana Janusza Korwina-Mikke do polityki. Otóż pierwszym podstawowym założeniem, którym zachwyca swoich wyborców, jest u Korwina to, że obecny porządek rzeczy jest zły. Zła jest demokracja, złe są starcia polityczne na szczycie, zła jest konkurencja PO-PiS i zła jest Unia Europejska. Znaleźliśmy się, zdaniem Korwina-Mikke, w matni, z której pozornie nie ma wyjścia. Oczywiście tego typu stwierdzenia działają na wielu ludzi, którzy czują się niepewnie w istniejącym systemie rzeczy i pragną odmiany, pragną czegoś nowego. A skoro już wzbudzono zainteresowanie części elektoratu poszukującej całkowitej przemiany tego, co istnieje, należy jeszcze tylko wskazać rozwiązanie. To rozwiązanie jest jedno: Janusz Korwin-Mikke. Jeśli PiS dojdzie do władzy, nic się nie zmieni. Jeśli wybory do Unii wygrają reformatorzy pragnący naprawiać to, co istnieje, nic się nie zmieni. Zmieni się wszystko tylko wtedy, kiedy do władzy dojdzie Janusz Korwin-Mikke i zrobi rewolucję. Zatem nie ma możliwości zmiany na lepsze, jeśli wszystkiego nie rozjedzie się buldożerem i nie zbuduje od początku. To są hasła, które – rzecz jasna – przyciągną zawsze jakąś część elektoratu. Dotychczas ta część, wierząca w podobne ciekawostki, była zbyt mała, by wygrać jakiekolwiek wybory, ale teraz to się zmieniło. Grupa buntu chcąca budować porządek od nowa, na nowych fundamentach, wzrosła.

Zatem zadaniem Korwina, jego partii i wyborców jest zlikwidować demokrację (którą z jakichś powodów się wygwiazdkowuje). Na miejsce demokracji należy wprowadzić monarchię i, być może, rządy mniejszości (przykładowo: najinteligentniejszych). Należy odebrać prawo głosu wszystkim, którzy nie znają się na polityce, którzy posiadają zbyt mały iloraz inteligencji itp. Przy okazji wychodzimy z założenia, że kobiety mają z natury mniejszy iloraz inteligencji niż mężczyźni, więc należy wrócić do czasów, kiedy one nie mogły wybierać władzy. W ogóle wypadałoby wrócić do czasów, kiedy rządził król, ludzie mu podlegali, niektórzy co mądrzejsi doradzali, a kobiety zajmowały się domem nie mając zbyt wiele do powiedzenia. Przy tym wszystkim wypowiedzi Janusza Korwina-Mikke są tak logicznie skonstruowane, że ciężko z nimi de facto polemizować. Tak się przynajmniej wydaje na początku, ale wbrew pozorom nie jest tak źle. Otóż, jak słusznie zauważył Warzecha, logika Korwina wygląda nieco jak reguły gry w szachy lub w brydża. Sam Korwin jest zapalonym brydżystą i okazuje się być takim również w życiu politycznym. Otóż według niego nawet jeśli do wygrania danej partii prowadzi więcej niż jedna droga, to tak czy inaczej cel jest jeden i jeden zwycięzca. Na szachownicy są białe i czarne, w rzeczywistym świecie również. I tak oto jeśli, przykładowo, stwierdzi się, że kobiety szukają sobie mężczyzn bardziej inteligentnych od siebie, to jedynym kontrargumentem może być – śmieszne przecież – twierdzenie, że kobiety wolą jednak mniej inteligentnych mężczyzn. W żadnym wypadku nie przyjdzie p. Korwinowi do głowy, że być może partnerzy/współmałżonkowie starają się dogadywać ze sobą na tej samej płaszczyźnie, że szukają sobie kogoś, kto będzie im dorównywał w inteligencji, żeby mieć z kim pogadać. To rozwiązanie wydaje się być najbardziej naturalne, zwłaszcza w czasach gdy sami dobieramy sobie współmałżonków, a nie robią tego za nas rodzice czy swaci.

Rozwiązanie problemów politycznych Polski jest zdaniem Janusza Korwina-Mikke tylko jedno: całkowite zwycięstwo jego partii w wyborach. Nie może to być przekroczenie progu wyborczego, nie może to być piętnaście procent. Inne ugrupowania potrafią działać wygrywając wybory i szukając sobie partnerów do koalicji, żeby wprowadzać forsowane przez nie przepisy. Ideał taki, jaki osiągnięto na Węgrzech, gdzie Orban działa właściwie samodzielnie, jest bardzo mało prawdopodobny. Jednak Janusz Korwin-Mikke ma świadomość, że nic się nie zmieni, dopóki nie osiągnie w sejmie większości głosów tak, by mógł rządzić samodzielnie. Wtedy i tylko wtedy mógłby zlikwidować „koryta”, obalić parlament i ogłosić królestwo – a jak jest potrzeba, zawsze się znajdzie ktoś odpowiedni na króla. Zatem wybory trzeba wygrać większością. Jednym ze sposobów forsowanych przez jego zwolenników jest namówienie 50% społeczeństwa, które nie chodzi na wybory, aby poszło na wybory i zagłosowało na Korwina. Są zapewne też inne sposoby, a dopóki to się nie uda, Korwin zamierza wchodzić do parlamentu (czy to europejskiego, czy krajowego), by niszczyć wszystko od środka. Już ma w krajowym parlamencie swojego człowieka (Przemysław Wipler), który na przykład jako jedyny zagłosował przeciw podwyższeniu stawki zapomogi dla rodziców opiekujących się niepełnosprawnymi dziećmi. Zadaniem zatem ugrupowania pana Janusza nie jest wchodzenie w koalicje i dogadywanie się z ludźmi, lecz albo przejęcie władzy, albo podminowanie wszystkiego i zniszczenie fundamentów.

Oderwanie od rzeczywistości

MikkeNiestety problemem w tym wszystkim jest to, że choćby było to najbardziej logiczne na świecie, to jest kompletnie nierealne. Myślenie Janusza Korwina-Mikke nie ma zupełnie nic wspólnego z rzeczywistością. Po pierwsze szanse na jednowładztwo w naszym kraju ma może PiS, może PO, bo to są ugrupowania, które w tej chwili się na scenie politycznej liczą. Pozostałe to blotki, pionki i Janusz Korwin-Mikke nie jest tu wyjątkiem. Tak, jak trudno jest wygrać partię szachową mając tylko jeden pion, tak i ciężko jest zdobyć w wyborach większość głosów mając poglądy kompletnie oderwane od realności aktualnej polityki krajowej czy światowej. Mówi się, że na szczycie polityki jest beton, że ciągła walka Platformy z PiSem, i że tylko Kongres Nowej Prawicy może cokolwiek zmienić, że tylko on jest alternatywą. Z tym, że to wcale nie jest żaden beton, tam na górze. To są realia współczesnej polityki. Jedna licząca się partia centrolewicowa, druga centroprawicowa, mające nieco inne podejście, ale odnajdujące się w zastanym systemie, budowanym w całym współczesnym świecie od kilkudziesięciu lat. Żadna z tych partii nie twierdzi, że będzie mogła rządzić skutecznie pod warunkiem, że zniszczy obecny system rzeczy i postawi w jego miejsce coś nowego/coś starego. Nie mówi tak również lewicowe SLD, chłopskie PSL czy inne, mniej liczące się partie. Jedynie Janusz Korwin-Mikke twierdzi, że tę partię da się wygrać, jeśli pozdejmuje się figury z planszy i ustawi się je na nowo. To oczywiście przyciąga, to oczywiście działa. I działa na ludzi rzeczywiście jak sekta. Bo to właśnie sekty działają, promując jakąś oderwaną od świata nowość, jakieś oczyszczenie, całkowite wyzwolenie i mamią swoich wiernych tymi nowościami. Większość sekt nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Mormoni wymyślają, że Jezus był w Ameryce, Świadkowie Jehowy dopisują do Biblii swojego Jehowę tam, gdzie go nie ma. Janusz Korwin-Mikke opowiada o królestwie i o zabieraniu pieniędzy ubogim, o rozwalaniu Unii od środka itp. To wszystko bardzo fajne, tylko nadal nie mające nic wspólnego z zastaną rzeczywistością. Co ciekawe – w podobny sposób opowiadali Izraelici przed nadejściem Chrystusa. Oczekiwali oni na Mesjasza, który zbije Rzymian, odbije Jerozolimę i zasiądzie na tronie Dawida. Nic takiego nie nastąpiło, bo nie miało szansy nastąpić. Tego rodzaju marzenia były niezgodne z zastaną rzeczywistością. Prawdziwy Mesjasz też mówił o królestwie – ale Jego królestwo nie było z tego świata. Powielanie błędnego myślenia starożytnych jest, być może, ciekawostką przyrodniczą, ale nikogo nigdzie nie zaprowadzi.

Janusz Korwin-Mikke patrzy na politykę jak na mecz szachowy i wydaje mu się, że jeśli nie wygra, to przegra. Prawdopodobieństwo zatem, że osiągnie politycznie jakikolwiek potencjał który sprawi, że będzie się liczył jako figura, nie jako pionek, jest znikome. Być może to dlatego, że jest zbyt inteligentny, by większość pospołu mogła go zrozumieć?

Myślenie jednobiegunowe

Bardzo ważną rolę w myśleniu Janusza Korwina-Mikke stanowi statystyka. Liczy się ona między innymi wtedy, gdy chodzi o kobiety. Bywa on ogłaszany szowinistą roku, ale jego zwolennicy twierdzą, że jest wręcz przeciwnie – że właśnie bardzo szanuje on kobiety, uważa że ich praca jest lepsza od pracy mężczyzn, trudniejsza itp. Pytanie: dlaczego w takim razie jest ogłaszany szowinistą? Odpowiedź na to jest prosta. Ponieważ jego szacunek do kobiet kompletnie odbiega od tego, co współcześnie definiuje się jako szacunek do kobiet. To tak, jakby ktoś mówił jedno, a robił drugie. Janusz Korwin-Mikke nie mówi jednego i nie robi czegoś przeciwnego, on zwyczajnie nie rozumie co to znaczy „szacunek do kobiet”. I nie mówię tu o tym, że pozwala kobietom uczestniczyć w polityce, że pozwala im pracować „nawet i na pięciu etatach”. Mówię o tym, że stara się je zmieścić w sztywnych ramach, jakby one nie odpowiadały za swoje życie, za swoje decyzje. Jakby rzeczywiście szukały sobie inteligentniejszych mężczyzn, jakby rzeczywiście były wystarczająco mało inteligentne, by siedzieć ponad godzinę z dzieckiem (podobno inteligentny mężczyzna by tego nie wytrzymał, ale widocznie ja jestem nieinteligentnym mężczyzną). Oczywiście przy tym wszystkim podkreśla się, że „nieinteligentne” nie znaczy „głupie”. To tak, jakbym powiedział, że „diament” to nie znaczy „węgiel”. Można sobie mówić, a oczywistym jest, że jeśli powie się komuś, że jest nieinteligentny, to odczyta to jako „głupi”, chyba, że jest skażony korwinowskim myśleniem.

FrederickTymczasem, jak już wspomniałem, statystyka nie ma wiele wspólnego z tym, co dzieje się naprawdę. Mnóstwo kobiet (nie wiem czy statystycznie większość) wcale nie szuka sobie inteligentniejszego męża, lecz takiego, który byłby na podobnym poziomie intelektualnym. Takiego, z którym dałoby się porozmawiać, z którym można twórczo działać i interesować się tymi samymi rzeczami. Nie jest tak jednobiegunowo, że kobiety są mniej inteligentne. Tak samo jak nie jest tak, że – co wynikło w ostatniej debacie Janusza Korwina-Mikke z Pawłem Kowalem – „zawsze się troszeczkę gwałci”, bo „kobiety zawsze udają, że pewien opór stawiają”. Takie myślenie nie jest szowinistyczne? Można powiedzieć oczywiście, że to jest prawda. Ale to nie jest prawda. Współżycie, zwłaszcza w dobranym, mądrym i Bożym małżeństwie, następuje za obopólną decyzją i zgodą małżonków. Mądry mężczyzna nie dąży do stosunku, gdy kobieta stawia opór. Czy to jest statystyka? Nie wiem. Wiem, że gwałt to przemoc, a miłość małżeńska zakłada wzajemną zgodę na akt małżeński. Gwałcenie jest złe, nawet jeśli nie następuje zawsze, tylko czasami.

Jeszcze jedna ważna sprawa warta zauważenia, czyli kwestia poglądów kobiety, która nawet jeśli mało inteligentna, jest bardzo szanowana przez Janusza Korwina-Mikke. Cytat: „Kobieta przesiąka poglądami człowieka, z którym sypia. Ostatecznie (Natura czy Bóg – nie będziemy się spierać) nie po to tak skonstruował mężczyzn, by setki tysięcy plemników się marnowały; wnikają one w ciało kobiety i przerabiają ją na obraz i podobieństwo mężczyzny, do którego ona należy”. Skąd wzięła się teoria, że w męskich plemnikach zawarty jest materiał światopoglądowy, tego ja nie wiem. Załóżmy, że to przenośnia, że chodzi raczej o mentalną manipulację. Jest to jednak tylko i wyłącznie manipulacja wyssanymi z palca teoriami Korwina. Być może element projekcji, przekazania tego, jak wyglądają kwestie poglądów w jego rodzinie? Ja związałem się z moją Żoną, bo miała takie jak ja poglądy, zarówno na wiarę i Boga, jak i na politykę. Teraz wzajemnie się uzupełniamy, czytamy tę samą prasę, podsyłamy sobie wzajemnie artykuły i czasem się sprzeczamy, a częściej się zgadzamy. Kiedy polemizuję z kimś np. w intenecie i piszę jakąś myśl, a potem mówię Żonie, co mi napisano, Ona komentuje to tymi samymi słowami, których ja użyłem. Nie jest tak, że ja mojej Żonie wkładam poglądy do głowy (lub w inne części ciała). Zwyczajnie zgadzamy się ze sobą – i dlatego jesteśmy razem szczęśliwi.

Co jednak, jeśli szczęśliwe małżeństwo nie zgadza się ze sobą w kwestiach politycznych? Znam jednego człowieka, który jest całym sobą w Gazecie Wyborczej. Jego żona zaś dała się wciągnąć w Łysiaka i często się ze sobą kłócą. Idąc do wyborów wrzucają głos na kogo innego. Czyżby ona była niesubordynowana? Powinna podporządkować się mężowi? To jest szacunek do kobiety? Nie, każdy człowiek bowiem może mieć własne poglądy. I mogą one być nawet sprzeczne z poglądami współmałżonka. Bez względu na to, czy jest się mężczyzną, czy kobietą. Ale jednobiegunowe myślenie Janusza Korwina-Mikke nie dopuszcza takiej możliwości. Żona ma być podporządkowana mężowi, a na dobrą sprawę – jeśli tak – to on mógłby mieć jej głos i wrzucać dwa. Oczywiście na Korwina.

Słowo na wybory

To koniec wpisu, choć niemożliwym jest, bym wszystkie myśli przekazał. Zawarłem własne przemyślenia skrótowo i oczekuję krytyki. Na koniec namawiam do głosowania w niedzielę (i w całym życiu) zgodnie z własnym sumieniem i własnymi poglądami – niekoniecznie w zgodzie z poglądami męża. Zachęcam do oddawania głosu na tego, kogo uważacie za najlepszą alternatywę. Czy to będzie Korwin? To już jest Wasz wybór. Czy ma on realne szanse na wprowadzenie realnych zmian w realnej polityce? Mam nadzieję, że nie ma.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Janusz Korwin-Mikke, pobrane ze strony http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114873,12451909,Korwin_Mikke_pozywa_za_rysunek_z_niepelnosprawnym.html
2. The Long Journey – Frederick Cayley Robinson, z dodanym komentarzem, za https://www.facebook.com/RozgadaneObrazy/photos/a.123193057844570.27132.123137091183500/302959083201299/?type=1&theater

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy