Posts Tagged With: Wychowanie

Kiedy odciąć pępowinę?

przedszkoleOdcinanie pępowiny jest nie tylko medyczną procedurą polegającą na cielesnym odseparowaniu dziecka od matki wkrótce po porodzie. Potocznie określa się w ten sposób także odrywanie potomstwa od rodziców w sensie psycho-społecznym, a proces ten może trwać przez całe życie.

Każdy człowiek jest osobnym organizmem, posiada oddzielne ciało i duszę. W zgodności z planem, który Bóg wyznaczył człowiekowi, może się on związać z drugą osobą „stając się jednym ciałem”. Tę decyzję nazywamy małżeństwem, a w chrześcijaństwie mamy nawet błogosławiony przez Chrystusa sakrament małżeństwa. Małżeństwo zaś ma za zadanie rozmnażać się – współpracować z Bogiem w stwarzaniu potomstwa. W ten sposób przemienia się w rodzinę – ale nie przestaje być małżeństwem. I choć rodzice skupiają się na wychowaniu swoich dzieci, to wciąż pozostają ze sobą związani sakramentem, który nie łączy ich z potomstwem. A to z kolei oznacza tyle, że w pewnym momencie dzieci opuszczą ich rodzinne gniazdo, a oni – o ile wówczas oboje będą jeszcze żyli – pozostaną we dwoje, wciąż związani tym samym sakramentem.

Rodzice wychowują dzieci dla nich samych i dla świata, ale nie dla siebie. Łączą ich z nimi więzy krwi, ale to nie oznacza jakichkolwiek przyszłych praw do decydowania o ich dorosłym życiu. Należy więc odpowiednio wcześnie i w odpowiedni sposób odciąć psychiczną pępowinę, by nie przeżyć szoku, kiedy potomstwo dojrzeje i postanowi pójść swoją drogą. Kiedy powinno się zacząć proces separowania – nie tyle dziecka od siebie, co raczej siebie od dziecka? Większość psychologów i pedagogów zgadza się co do tego, że dla dziecka, które nie skończyło jeszcze trzech lat, najlepszą formą rozwoju jest przebywanie w jak najczęstszym kontakcie z matką. Później już jednak potrzeby rozwojowe dziecka sięgają głębiej. Trzylatek, wciąż jeszcze mały, ale coraz bardziej sprawny społecznie, poszukuje pierwszych kontaktów i zabaw z rówieśnikami. Psycholog Anne Bacus zaznacza, że czas od ukończenia trzech lat „to okres, w którym dziecko powinno przebywać już w gronie rówieśników, zwłaszcza gdy jest jedynakiem” (Dziecko od 3 roku do 6 lat, Warszawa 2011, 2012). Nawet jeśli matka (albo babcia) przebywa w domu i może zajmować się maluchem przez 24 godziny na dobę, warto oderwać go od towarzystwa rodzicielki na kilka godzin w ciągu dnia.

Im starsze są dzieci, tym większe są ich potrzeby społeczne. O ile zabawa z rówieśnikami jest na początku mniej ważna niż chęć przypodobania się pani przedszkolance, o tyle później jest już odwrotnie. Okres szkoły podstawowej – zwłaszcza w klasach powyżej trzeciej – oraz czas dojrzewania to etapy rozwoju, w czasie których największe znaczenie ma kontakt z kolegami czy koleżankami z klasy. To także pierwsze sympatie, emocjonalne zauroczenia i fascynacje płcią przeciwną. Bardzo dobrze, jeśli kontakt z matką jest na tyle dobry, że można liczyć na jej wsparcie, dobre rady czy tylko możliwość wygadania się. Nie jest jednak dobrze, kiedy matka wciąż pozostaje osobą, z którą spędza się najwięcej czasu. Im starszy jest potomek, tym więcej czasu powinien spędzać z rówieśnikami, a mniej z własnymi rodzicami. Dom powinien pozostawać przystanią, bezpiecznym schronieniem, portem, do którego przybija marynarz, by zaczerpnąć potrzebnej energii. Ale miejsce jego statku jest na morzu – poza domem. W pewnym momencie dziecko wyruszy w podróż, z której do domu rodzinnego będzie wracać raz na kilka miesięcy. Odpowiedzialni rodzice nie mogą pozwolić na to, by ta właśnie podróż była pierwszym większym wypłynięciem z portu. Wówczas będzie to bardzo trudne do zniesienia zarówno dla dorosłego już dziecka, jak i dla samych rodziców.

Biorąc pod uwagę etapy rozwojowe dziecka i jego rosnące potrzeby społeczne można zastanowić się, czy lepszym rozwiązaniem dla potomstwa jest wysłanie go do przedszkola i szkoły, czy kształcenie w domu. Osoby propagujące edukację domową zaznaczają, że nie jest prawdą, jakoby dziecko przebywało tylko w ich towarzystwie. Ma ono kontakt z rówieśnikami na zajęciach dodatkowych, a także w czasie wspólnych wypraw np. muzealnych, w których bierze udział szereg związanych z home-schoolingiem rodzin. Rzecz jednak w tym, że w podobnych wyprawach oprócz kolegów i koleżanek zazwyczaj uczestniczy również matka. Jeśli w danym momencie mamy nie ma, jest mama innego kolegi czy koleżanki (albo mamy kilkorga z nich). Zajęcia pozalekcyjne trwają do kilku godzin i kontakt z kolegami ogranicza się w ich trakcie do uczestnictwa w programie zajęć. Nie ma przerw w czasie których można się powygłupiać, pogadać o tym, co dziecko interesuje i zapomnieć o rodzicach choćby na krótki czas. Mama zazwyczaj dowozi potomka na zajęcia i go z nich odbiera. Dziecko nie dostaje wystarczająco długiej chwili na bycie bez mamy. A mama nie dostaje tej chwili dla siebie. Tylko idąc do szkoły, gdzie mamy nie ma, dziecko będzie mogło poczuć tak potrzebną mu w tym wieku swobodę.

Proces wychowania to dążenie do tego, by dziecko – kiedy przestanie już być dzieckiem – żyło bez rodziców. To także dążenie do tego, by rodzice, usatysfakcjonowani pracą włożoną w wychowanie i wykształcenie dziecka, żyli bez niego. Proces odseparowywania, odłączania, „odpoczywania od siebie” nawzajem, czyli odcinania pępowiny nie zaczyna się zaś w wieku osiemnastu lat, czyli w momencie wchodzenia w dorosłość. Jest to długotrwały proces, do rozpoczęcia którego dziecko jest już gotowe po skończeniu trzeciego roku życia. Warto wypuścić dziecko z domu.

____________________________________

Tekst ukazał się na stronie internetowej wRodzinie.pl.

We wpisie zastosowano zdjęcie autorstwa Lupuca ze strony internetowej Foter.com / CC BY-SA

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Ja nie żyję w XVII wieku

Zdarza nam się słyszeć takie słowa wielokrotnie. Padają najróżniejsze stulecia. Może chodzić o wiek XV, XVI czy XIX. Częściej zaś pojawia się wzmianka o życiu w Średniowieczu. Czasami o epoce kamienia łupanego. Najważniejsze, że „Ja nie żyję w …”, tylko w XXI wieku.

Co to w praktyce oznacza? Oznacza to tyle, że mamy powszechny dostęp do internetu, jedzenie w hipermarketach i – najczęściej – toaletę w mieszkaniu. Co chcieliby, żeby to oznaczało? Bezwzględną wolność, rozumianą jako swobodę i liberalizm.

„Ja nie żyję w XVII wieku” oznacza, że mnie już nie dotyczą starożytne zasady, prawa moralne, nie obowiązują mnie złożone przysięgi, uczciwość, sprawiedliwość. Nie dotyczy mnie to wszystko, bo XXI wiek, w którym żyję, to wiek liberalizmu, pełnej swobody, robienia tego, co mi się podoba. Prawa moralne i zasady są dla lamusów z minionych epok. Prawda nie istnieje, istnieją tylko różne poglądy na różne sprawy. Dla katolika płód może być dzieckiem jeśli chce, dla kobiety robiącej karierę może być zwykłą naroślą do usunięcia. Względność. Ponieważ nie żyję w XVII wieku mogę się rozwieść, rozejść ze swoim mężem mimo złożonej przeze mnie przysięgi – obowiązywała ona tylko średniowiecznych mnichów, ale nie postępowych ludzi, takich jak ja. W poprzednich wiekach homoseksualizm uważany był za chorobę, ale przecież geje wywalczyli swoje prawa i teraz trzeba ich szanować, bo naprawdę głośno krzyczą, więc pewnie mają rację. W poprzednich stuleciach ich prześladowano, ale teraz ludzie zmądrzeli, wiedzą, że Bóg kazał się kochać – a geje przecież chcą tylko kochać.

Dziś państwo chciałoby, żeby młodzi rodzili jak najwięcej dzieci. Na szczęście młodzi są mądrzy – żyją w XXI wieku – i poprzestają na dwójce. A jak nie poprzestają, to znaczy, że nie są mądrzy. Wszak nie żyjemy w epoce średniowiecza, żeby nie wiem ile dzieci rodzić. I tak w koło Macieju. Ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona… Nie masz prawa nic mi mówić, nie masz prawa zwracać mi uwagi, nie masz nawet prawa planować trzeciego dziecka. Wszak żyję w XXI wieku. I możesz mi naskoczyć.

Niestety, nie jest tak prosto. Rzeczywiście, żyjemy w XXI wieku, w czasach określanych jako ponowoczesność, ale oprócz ludzkiego wyzwolonego myślenia i galopującej technologizacji nic się nie zmieniło. Prawda pozostaje prawdą. Prawo moralne pozostaje prawem moralnym. Jeśli zapytamy kogoś, czy istnieją kosmici, on może odpowiedzieć tylko „Jeśli istnieją, to istnieją, a jeśli nie istnieją, to nie istnieją”. Ponieważ nikt tego nie wie, nikt nie ma prawa powiedzieć „istnieją” albo „nie istnieją” tak, jakby to była prawda niezaprzeczalna. Jeśli jednak zapytamy, czy słonie istnieją, odpowiedź będzie oczywista: tak, istnieją. To nie może zależeć od czyjejkolwiek opinii. To jest prawda niezaprzeczalna, nawet jeśli jesteś niewidomy i nigdy słonia nie widziałeś. Czy płód jest człowiekiem, czy nie? Najprościej odpowiedzieć: nie wiemy. Jeśli nie jest, to odskrobujemy narośl. Jeśli jednak jest, zabijamy człowieka. Czy wolno nam podjąć ryzyko, jeśli odpowiadamy w najgorszym razie „nie wiem”? Nie wchodzę tu w naukowe dywagacje o początkach człowieka. Jeśli nie mam dowodów, nie wiem. Jeśli nie wiem, nie mam prawa skrobać, tak jak nie mam prawa wyburzyć budynku, w którym nie wiem, czy ktoś nie pozostał.

Inaczej ma się sprawa z rozwodami i opuszczaniem współmałżonka. Przysięga małżeńska brzmi bowiem „Ślubuję ci (…) że cię nie opuszczę aż do śmierci”. Możemy mieć zaćmę. Możemy zapomnieć (skleroza, amnezja itp.), ale przysięgę złożyliśmy i ona nas obowiązuje. To, że żyjemy w XXI wieku nie jest, nie było i nie będzie dla nas usprawiedliwieniem. Możemy sobie żyć w XXXI wieku, na Syberii albo na Marsie, ale przysięga, którą składamy, obowiązuje nas do śmierci, a nie do początku nowego Millenium. Podobnie się ma sprawa z katolickim wychowaniem potomstwa poprzysięganym na ślubie. Każdy, kto brał i udzielał ślubu w Kościele przysięgał również, że wychowa po katolicku potomstwo. Jeśli ochrzcił to potomstwo, które parafię ujrzy następnie przy okazji pierwszej Komunii, to stał się hipokrytą składając przysięgę przed ołtarzem i przed ołtarzem chrzcząc dziecko. Nie okaże się większym hipokrytą wypełniając swój przysiężony obowiązek i zabierając dziecko na niedzielną mszę świętą. To, że żyjemy w XXI wieku nie uprawnia nas do krzywoprzysięstwa, kłamania, omijania prawdy i wymazywania z pamięci tego, o czym wobec Boga i Kościoła mówiliśmy. Jeśli jesteśmy tacy mądrzy, że XXI wiek upoważnił nas do swobody we wszystkim, na co przyjdzie nam ochota, to może wypnijmy się najpierw na te wszystkie obrządki, nie składajmy sakramentalnych przysiąg i nie ograniczajmy katolickiego wychowania do ochrzczenia. Żyjesz w XXI wieku? To było nie brać ślubu!

Prawda i moralność nie zmieniają się w zależności od okresu historycznego, ani od naszego widzimisię. Dziecko, które w wieku XVII było dzieckiem, teraz już pewnie nie żyje, ale to nie znaczy, że podobne dziecko z XXI wieku dzieckiem być przestało. Ślub zawarty w Średniowieczu był tyle samo warty, co ten zawarty w ubiegłą sobotę. Różnica nie tkwi w prawdzie ani w ważności przysięgi, lecz w dojrzałości współczesnych ludzi. Ludzi, którym wygodnie jest kłamać, oszukiwać, wykręcać się od odpowiedzialności. Jak małe dzieci oszukują dorosłych, żeby dostać cukierka. Robię to, co jest dla mnie wygodne i przyjemne, nawet jeśli w ten sposób okłamuję wszystkich. A tylko niech ktoś spróbuje mi powiedzieć, że kogoś okłamałem, to osobiście dostanie ode mnie w dziób!

Żony! Wracajcie do swoich sakramentalnych mężów! Mężowie! Wracajcie do żon, którym przysięgaliście na wszystkie świętości! Wychowajcie potomstwo, którym Bóg Was obdarzy(ł) w pełnej, prawdziwej rodzinie, po katolicku – jak obiecaliście, a w wielu przypadkach jestem świadkiem! Nie zwalajcie wszystkiego na XXI wiek! Jedna kreseczka wiosny nie czyni, nie ma znaczenia położenie wskazówek. Najwyższa pora dojrzeć! Dojrzeć – to znaczy wydorośleć i podjąć odpowiedzialność za to, co się mówi i robi.

To samo tyczy się kwestii rodziny. Jeśli chodzi o pokrewieństwo nie ma znaczenia, czy kogoś się za rodzinę uważa, czy nie. Krewnym się jest, albo się nie jest. Wybiera się tylko żonę albo męża. Raz na całe życie, nierozłącznie, aż do śmierci. Pozdrawiam!

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 komentarze

Doroczny spęd bydła

W większości polskich parafii rzymskokatolickich są dwie takie okazje, które pociągają za sobą spędy wszelkiej maści postaci najpiękniej mówiąc do kościelnej rzeczywistości nieprzystających. Te dwie okazje związane są z sakramentami, czyli jednymi z najświętszych znaków, jakie pozostawił nam po sobie Jezus Chrystus. Pierwszy z nich to bierzmowanie, drugi – pierwsza komunia święta. Pierwszy przyciąga młodzież w wieku późnogimnazjalnym czy wczesnolicealnym, przy czym rzeczywiście jest to wszelka młodzież, niezależnie od sposobu codziennego zachowania, stopnia uduchowienia, poziomu zaangażowania w Kościele. Niezależnie od tego czy prywatnie uważa się za katolika, ateistę, satanistę, czy jest za antykoncepcją, seksem przedślubnym, aborcją i sam Pan Bóg wie czym jeszcze. Do bierzmowania się idzie, w określonym wieku, i lepiej to zrobić, bo potem się jeszcze będzie chciało pójść do ślubu. Druga okazja to walny zjazd nie tylko często wybitnie nienadających się dziatek wiek osiem, ale również ich równie przyjemnych rodziców.

Scena z niedzielnej mszy świętej. Siedzimy z rodziną w ławce, w bocznej nawie, kilka ławek przed nami zasiada mężczyzna z uśmiechniętą córką. Córka ma na oko właśnie 7-8 lat. Dla usprawiedliwienia jej dałem jej mniej, ale żona mnie poprawiła. Zwracam na dziewczynkę uwagę w momencie, gdy zjada cukierka czekoladowego. Wcześniej jeszcze jedna z mamuś przesadza swoją córkę, by ta nie siedziała koło rzeczonej dziewczynki. Sytuacja staje się ironiczna w momencie, gdy następuje klęknięcie przy przeistoczeniu. Dziewczynka przysiada na stopach, jak zwykły robić małe dzieci. Jej tatuś, o dziwo, dokonuje tego samego procederu, a więc przysiada na własnych stopach, tak jakby nigdy w życiu nie był w kościele i nie wiedział, jak się klęczy (nie wypróbował nawet pozycji „na Małysza”). Z mojej strony konsternacja, ale jeszcze nie zdecydowałem się odezwać. Zabrałem głos dopiero gdy szedłem z moim uśpionym trzylatkiem w procesji komunijnej. Pan, siedząc na swoim miejscu, korzystał z chwili przerwy i trzymając swojego smartfona w lewej dłoni gmerał prawą po powierzchni ekranu. Nie próbował tego nawet ukryć pod połami kurtki, tylko ostentacyjnie się rozwalił. „Przepraszam, może jednak w kościele powstrzymałby się pan od używania telefonu” – rzuciłem w jego stronę odruchowo niemal. „A co pana to obchodzi?” – Odparł. Odpowiedziałem na to: „No niech pan nie robi z siebie durnia”. Dalsza dyskusja nie miała chyba sensu.

Dziewczynka później wygłupiała się jeszcze z przesadzoną koleżanką, trykały się nogami i głośno się śmiały. Mamie przesadzonej wyraźnie przestało to przeszkadzać, wdała się nawet w dyskusję z wyżej omówionym tatą. Zdawało mi się przez moment, że mówili o mnie, bo facet wskazał kciukiem w moją stronę. Podczas ogłoszeń duszpasterskich ksiądz poprosił, aby dzieci pierwszokomunijne wraz z rodzicami pozostały po mszy. Mogliśmy się już domyślać, co szanowny pan robił tej niedzieli w kościele – i rzeczywiście nasza intuicja była słuszna.

Moi drodzy, jedynym sakramentem potrzebnym do zbawienia jest chrzest. Oczywiście, chrzest przyciąga z sobą również często grupki osób niedopasowanych (moje uwielbione chrzestne w ultramini i chrzestni z włosami na żel), jednak sama idea ochrzczenia dziecka sytuację usprawiedliwia. Komunia i bierzmowanie już nie. Na punkcie bierzmowania mam świra szczególnego. To jest sakrament dojrzałości chrześcijańskiej. Powinien do niego przystępować ten chrześcijanin, który bezwzględnie jest gotów dla Jezusa Chrystusa poświęcić życie. I się Go nie wstydzi. Sam zdaję sobie sprawę z tego, że przystąpiłem do tego sakramentu o jakieś 2 lata za wcześnie. Wiele osób w ogóle nigdy nie powinno było do niego przystąpić. Człowiek o przyjęciu bierzmowania powinien zdecydować sam, sam powinien iść na kurs i sam powinien się do niego przygotować. Wędrówka jak to stado owiec na zgolenie albo na rzeź jest w tym przypadku wybitnie kiepskim pomysłem. Ilu z moich bierzmowanych kolegów do dziś nie wyraża swoim życiem gotowości…

Z komunią jest podobnie. Wprawdzie granica dolna dla tego sakramentu jest postawiona niżej, ale dziecko również powinno do niej przystąpić, bo kocha i szanuje Pana Jezusa i chce Go prawdziwie mieć w swoim sercu, a nie dlatego, że wszyscy idą, albo dlatego, że dostaje się rower, zegarek, PlayStation czy komputer, albo quada i przejazd limuzyną. Nie wystarczy zaliczyć głównych prawd wiary i dziesięciu przykazań, żeby być gotowym na przyjęcie Chrystusa jako swojego Pana i Zbawiciela. Oczywiście – tutaj wielką rolę odgrywają rodzice. Ale jeśli ksiądz czy katecheta/katechetka nie są w stanie przebić się przez pancerz rodzicielskiego wychowania antychrystusowego i prawdziwie, wewnętrznie przygotować dziecka na przyjęcie Eucharystii, to powinni bezapelacyjnie odłożyć komunię takiego dziecka na późniejszy termin. Na ten czas, kiedy będzie naprawdę gotowe. Niech zarówno dziecko, jak i jego rodzice zrozumieją, że ten biały opłatek to jest Chrystus Żywy, a nie zabawa w królewny i kredyt na imprezę okolicznościową.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 9 komentarzy

Mój syn nie jest mułem amiszów, a ja nie jestem za biciem dzieci

Notka planowana od jakiegoś czasu już, w związku z niedawno rozpętaną dyskusją pod dalszym ciągiem podstępu szwedzkiego. Ale zanim zdążyłem odnaleźć w sobie natchnienie, do wątku dołączyły nowe rewelacje. Mianowicie, znów dzięki profilowi Super Niani, trafiłem na książkę w Polsce wydaną i promowaną przez katolickie wydawnictwo Vocatio, pod wiele mówiącym tytułem „Jak trenować dziecko?”, autorstwa Michaela i Debi Pearl. Opis książki, jak również wystarczającą ilość bezpłatnie udostępnionych fragmentów, by zrozumieć główne jej tezy, możemy znaleźć NA STRONIE wydawnictwa. Choć odnoszę dziwne wrażenie, że w ciągu kilku ostatnich dni przytoczony fragment uległ zmianie, będę się z nim musiał zapoznać od nowa. Spróbuję się tu jednak skupić na tym, co przeczytałem wcześniej, nie mogąc się jednak podeprzeć dokładnymi cytatami.

Otóż trening oznacza w tym przypadku nie do końca nawet trening, lecz spokojną i regularną tresurę dziecka od najmłodszych lat. Rodzic, który chce wychować swoje dziecko na bezwzględnie posłuszne, powinien ćwiczyć je w posłuszeństwie od najmłodszych lat, a nawet miesięcy. Aby ćwiczyć, konieczna jest obecność dziecka, rodzica, chwili czasu i, obowiązkowo, rózgi. We fragmencie, który przeczytałem wcześniej, mogliśmy znaleźć kilka przykładowych opisów takiego ćwiczenia. Oto na przykład mamy dziesięciomiesięczne dziecko, które uczy się chodzić. Ponieważ zaś umie już chodzić, powinno jednocześnie nauczyć się przychodzić na zawołanie. Tak oto siadamy w innym pokoju, wcześniej dając dziecku zabawkę, która ma je zaabsorbować (a więc stwarzamy sytuację do ćwiczenia). Następnie, kiedy widzimy, że dziecko zatopiło się w zabawie, wołamy je do siebie. Ponieważ dziecko nie przychodzi, idziemy do niego, tłumaczymy o co nam chodziło i przyprowadzamy na miejsce. Następnie odprowadzamy ponownie do zabawki, czekamy aż się nią zajmie, po czym znów wołamy. Skoro dziecko nadal nie przychodzi, wracamy do dziecka, uderzamy dwa razy rózgą po rękach, aby odczuło, że nieposłuszeństwo powoduje ból i znów prowadzimy do siebie. Regularnie powtarzamy podobne ćwiczenia, aż dziecko zacznie słuchać poleceń. Dzięki temu opisywane dziecko do momentu opuszczenia domu rodzinnego rzucało wszystko natychmiast i przybiegało na każde zawołanie ojca.

Inny przykład ćwiczenia: uczymy kilkumiesięczne dziecko, że nie każdy przedmiot wolno łapać w rączki. Zakładamy okulary, zbliżając twarz do dziecka. Dziecko w naturalnym odruchu wyciągnie rękę po nasze okulary. Mówimy więc spokojnie, nie modulując głosu „nie” i odsuwamy twarz. Ponownie ją zbliżamy, dziecko znów wyciąga rękę, tym razem mówiąc „nie” wymierzamy raz rózgą po ręce. I tak ćwiczymy, aż zrozumie związek bólu z poleceniem „nie”. Później już do ćwiczeń nie trzeba nawet używać rózgi!

Oczywiście jest jeszcze problem z niemowlętami gryzącymi brodawki. Takie niemowlę matka powinna pociągać za włosy w momencie, gdy poczuje ból. Jeśli nie ma włosów, trzeba wymyślić coś innego. Przypuszczam, że można ciągnąć za uszy.

Córka autora, która jako raczkujący bobas uwielbiała wchodzić po schodach, dostawała wierzbową witką po gołych łydkach dopóty, dopóki na widok witki nie zrezygnowała z wchodzenia po schodach w ogóle.

Przykłady można by mnożyć.

Książka, na stronie wydawnictwa posiadająca oczywiście wyłącznie pozytywne opinie (mojej np. nie opublikowano) nie prezentuje żadnych metod treningu, który zdaniem autorów ma być spokojny i – co ciekawe – pozbawiony przemocy (zdrada małżeńska pozbawiona cudzołóstwa), lecz regularną zwierzęcą tresurę połączoną z wyrafinowanymi metodami tortur. We wstępie pan autor napisał, że opisane metody nie są żadną nowością, lecz doskonale wypróbowanym przez amiszów sposobem sprawdzonym w czasie tresury wołów. To podobno świadczy świetnie o metodzie. Rzeczywiście, wypróbowaliśmy ją na zwierzętach, działa, teraz czas sprawdzić ją na dzieciach. Jaki jest problem w metodzie? Po pierwsze: brak modulacji głosu. Założenie jest proste: dziecku twój codzienny, spokojny ton powinien się kojarzyć z kategorycznym rozkazem. Dlatego w normalnych warunkach będzie ci bezwzględnie posłuszne. Owszem – to prawda. Szkoda tylko, że nikt nie zauważył, że takie posłuszeństwo oparte jest na wrytym w podświadomość strachu przed ciosem rózgą. Zwykły, spokojny ton ojca wypowiadającego np. „choć do mnie” jest równoznaczny z ciosem rózgą po łapach, łydkach, pociągnięciem za włosy czy czym tam jeszcze. Dziecko słucha i przybiega rzucając wszystko natychmiast – to nie jest zachowanie zdrowego człowieka. Kieruje się on bowiem strachem, nie zaś logicznym posłuszeństwem ojcu.

Po drugie: problem rózgi. Znowu: polecenie wydawane przez ojca, podkreślane uderzeniem rózgi, ma wywoływać natychmiastową reakcję. I znów dziecko, wyćwiczone we wczesnym dzieciństwie, będzie dożywotnio posłuszne, ponieważ krótkie ojcowskie „nie” już na zawsze pozostanie dla niego ciosem wierzbową witką po gołych łydkach.

Po trzecie: jesteśmy szczęśliwi, kocham moje dzieci, bo są mi posłuszne. Egoizm do kwadratu. Pojawia się w książce opis znajomej autorów, która powiedziała dzieciom, że mają się bawić spokojnie same, bo ona będzie rozmawiać. I bawiły się, nie przeszkadzały. Kiedy któreś poprosiło o coś mamę i usłyszało „nie”, rzuciło jej się na szyję i powiedziało „kocham cię, mamusiu”. Matka stwierdziła, że są prawdziwie szczęśliwą i kochającą się rodziną. A mnie zastanawia, dlaczego dziecko jest tak skore do wyrażania miłości właśnie wtedy, gdy słyszy „nie”? Mnie się to kojarzy z terrorem psychicznym. Matka ustawiła sobie dzieci za pomocą rózgi, teraz na każde „nie” mają ogromny przypływ dziecięcych uczuć. A matka sądzi, że dzięki temu właśnie dzieci te są szczęśliwe.

Tak jak napisałem, książka jest opisem wyrafinowanej tresury połączonej z psychofizycznym znęcaniem się nad swoim dzieckiem, by wyrobić w nim bezwzględne posłuszeństwo na całe życie. A sobie spokój rodzicielskiego popołudnia. Tak jak napisałem w tytule jednak, mój syn nie jest mułem amiszów i wychowywanie go w ten sam sposób jest zupełnie niedorzeczne. Oczywiście, że musi rozumieć konsekwencje swoich czynów, ale nie muszą to być dla niego konsekwencje połączone ze strachem przed rodzicami. Metody time out nie są wcale domeną wyłącznie Super Niani, lecz potwierdzonym przez lata, skutecznym sposobem na nauczenie dziecka mądrego (nie bezwzględnego) posłuszeństwa. Wpisują się w pedagogikę personalistyczną, mającą mocne ugruntowanie w podmiotowości osoby ludzkiej. Człowiek to nie zwierzę, nie muł, choć może i muła można by było wyszkolić inaczej? Ludzi nie powinno się być, chyba że w obronie (własnej lub czyjejś), bez względu na ich wiek i stopień wychowania. Są, zawsze są, inne metody wychowawcze. I naprawdę nie istnieją takie sytuacje, ja przynajmniej ich nie znam, kiedy należy uderzyć dziecko, bo inne metody nie działają.

A już z pewnością nie wolno nam nikogo bić prewencyjnie. Bardzo mi przykro…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 6 komentarzy

Podstępu szwedzkiego ciąg dalszy

Super Niania przytoczyła dziś na swoim FaceBookowym profilu artykuł z Wysokich Obcasów, noszący tytuł Dziecko po szwedzku. Artykuł opisuje istotę szwedzkiego raju dla dzieci. Szwecja jest krajem, w którym wolność (rozumiana także jako swoboda) dla dzieci jest oceniana jako jedna z najwyższych na świecie. To, o czym się najgłośniej mówi w świecie to fakt, że bicie dzieci (także dawanie klapsów) jest w Szwecji rozumiane jako przestępstwo i grożą za to surowe kary. Jest jednak o wiele więcej swobód, nie tylko prawnych, ale i zwyczajowych, jak choćby to, że każde dziecko w Szwecji ma prawo i zwykło mówić do każdego dorosłego na „ty”. Artykuł wspomina także o ogromnych centrach handlowo-rozrywkowych przewidzianych dla rodziców z dziećmi.

Jest kilka kwestii wymienionych w artykule w Wysokich Obcasach, które Polska mogłaby wziąć za wzór. Przykładem może być długość urlopu wychowawczego, płatnego po części w wysokości 80% pensji danego pracownika przebywającego na urlopie, przez ostatnich 90 dni zaś w wysokości podstawowej – 180 koron dziennie (czyli 87,28zł, co w przeliczeniu miesięcznym na nasze daje 2618,40zł). Urlop wychowawczy można podzielić po równo między rodziców, co pozwala na otrzymanie dodatkowej nagrody od państwa za równouprawnienie w wychowaniu dzieci. Dodatkowo na każde dziecko do 16 roku życia przypada zasiłek w wysokości 1050 koron miesięcznie (czyli 509,14zł). To nie wydaje się bardzo dużo, ale w Polsce przez jakiś czas otrzymywałem zasiłek dla najuboższych ze względu na wychowanie dziecka i wynosił on 64 złote miesięcznie… W Szwecji zaś owe 1050 koron dostają najubożsi i najbogatsi (wliczając w to rodzinę królewską). Wygląda więc na to, że Szwecja jest rzeczywiście państwem bardzo prorodzinnym. Niestety są też ciemne strony tej sytuacji…

Nie mówię tu o karaniu za bicie. Choć oczywiście nie jestem zdania, jakoby należało wsadzać kogokolwiek do więzienia za danie klapsa dziecku. Jestem gorącym przeciwnikiem kar cielesnych, a jak widzę na ulicy tatusia czy mamusię, którzy karcą dziecko klapsem, to mam ochotę sam podejść i dać takiemu rodzicowi w twarz. Jednak do więzienia bym za to nie wsadzał i praw rodzicielskich bym nie odbierał. Są jednak inne problemy. Może właśnie w tym widzę największy, że dzieci mają wyjątkowo wysoki poziom „róbta co chceta”. Dzieci mogą prawie wszystko, a rodzice prawie za wszystko mogą ponieść karę (łącznie z podnoszeniem głosu – jest powszechnie obowiązujący nakaz, by schylali się, gdy chcą coś dziecku powiedzieć). Co więcej – chyba to jeszcze gorsze – nie rozróżnia się u dzieci płci w wychowaniu (panuje słowo „gender”, które jest lepsze i nie szufladkuje). Nie widzę problemu w tym, że chłopcy bawią się lalkami (mój syn też lubi się bawić lalkami), ale w tym, że dąży się do całkowitego zniwelowania różnic między mężczyznami, a kobietami, co jest nierealne i prowadzi do prawdziwego pomieszania z poplątaniem. Szczytem jest moim zdaniem podejście, w którym nie mówi się dziecku jakiej jest płci, tak by samo w przyszłości mogło podjąć decyzję. Kiedyś to był pojedynczy przypadek uderzający o newsy na Pudelkach, dziś to już moda i rosnąca tendencja.

Dodatkowo w wychowaniu panuje zasada „przytulić, pocieszyć, wytłumaczyć”. Kiedy ktoś kogoś uderzy, przytulamy go, odprowadzamy na bok, a potem przy wszystkich wyjaśniamy, że ktoś, kogo się uderzy, cierpi i jest nieszczęśliwy. Bez wskazywania na to kto kogo uderzył. Dobrze, że nie ma kar publicznych, jest tylko publiczne tłumaczenie. Źle, że zakłada się, jakoby dziecko w każdym wieku potrafiło zrozumieć, że coś jest dobre bo jest dobre, a coś inne złe, bo jest złe. Do dzieci w różnym wieku docierają różne argumenty. Kary i nagrody na pewnym etapie są wręcz konieczne, choć nie powinny to być klapsy i krzyki. O tym zaś szczególnie powinna wiedzieć polecająca artykuł Super Niania, propagatorka metody oddalenia na Polskę (czyli tzw. karny jeżyk).

Ogólnie porównałbym tendencje panujące w szwedzkim wychowaniu do współczesnego kołchozu. Wszystko z zewnątrz cudnie i pięknie, możecie robić co się wam podoba (zwłaszcza gdy macie naście lat), ale jak wyjdziecie przed szereg, to w mordę. Dostajecie pieniądze na wychowanie swoich dzieci, rzeczywiście duże pieniądze (też bym tak chciał), ale jak będziecie wychowywać według innych niż nasze kryteriów, to w mordę.

Polka, która mieszka od niedawna w Szwecji, udziela odpowiedzi na kilka pytań odnośnie ingerencji w wychowanie. Choć w większości ma pozytywne odczucia, bo ludzie rozumieją problemy dzieci i się nad nimi pochylają, to stwierdza również: „Minusy? Odczuwam lekką ingerencję państwa w moje decyzje dotyczące wychowania dzieci. Nie umiem powiedzieć, na czym to polega. Moja koleżanka poprosiła niedawno nauczycielkę o to, żeby córka nie brała prysznica po wuefie, bo była chora. Wezwano ją do szkoły na rozmowę, żeby sprawdzić, czy nie jest to przypadkiem wymówka do ukrywania śladów po biciu.”

Niestety, ja nie nazwałbym tego lekką ingerencją w decyzje dotyczące wychowania. Jeśli nie życzę sobie, by moje dziecko brało prysznic po wuefie (bo przykładowo nie chcę, by oglądało i było oglądane nago przez inne dzieci), to nie muszę być sprawdzany, czy biję moje dziecko, czy jednak nie.

Podsumowując: wkład pieniężny państwa w wychowanie dzieci jest czymś wspaniałym i bardzo atrakcyjnym. Sami planujemy wielodzietną rodzinę, ale o ileż ciekawsze byłyby to plany, gdyby zamiast tysięcznego becikowego państwo dawało nam pięćset miesięcznie? Jednak z drugiej strony stopień ingerencji państwa w wychowanie dzieci jest przytłaczający. Wolę dostawać skromne 64 złote (a przy braku dostarczonych dokumentów o zarobkach nie dostawać ich wcale), niż być wsadzonym do więzienia za to, że czasami podniosę głos na moje własne dziecko. Choć oczywiście podnoszenia głosu nie polecam.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 12 komentarzy