Posts Tagged With: Wzruszenie

Świat w obłokach

9 wieczorem. Powinienem się choć trochę przygotować do lekcji, ale po dniu pełnym wzruszeń muszę coś napisać.

Pierwsze wzruszenie naszło mnie w Księgarni na Miodowej, kiedy przeglądałem książeczki pamiątkowe z okazji narodzin dziecka. Przeczytałem w jednej z nich następującą sentencję (tu przytaczam ją z innego źródła, więc brzmi nie do końca tak, jak wówczas):

Plama z pokarmu dla niemowląt na Twojej sukience, resztki ciasta w Twoich włosach… oto medale przyznawane wszystkim kochanym Mamom. Noś swój z dumą! (Christine Harris)

Kiedy to przeczytałem, zacząłem płakać tak, że sam się zdziwiłem – dlaczego płaczę? Ale zrozumiałem szybko, że wzruszył mnie fakt posiadania cudownej żony, dla której dzieci są największym skarbem, jaki jej się w życiu przydarzył. Żony i matki moich dzieci, która jest kurą domową i jest z tego dumna. Z pewnością wzruszenie spotęgował fakt, że od miesiąca siedzę sam w domu, Inka z dziećmi u dziadków, a remont mieszkania ciągnie się niemiłosiernie i raczej przekroczy miesiąc opóźnienia (tj. skończy się gdzieś w październiku). Do tego czasu żona odwiedza mnie raz na dwa tygodnie, czasem ja jeżdżę do niej. I tęsknię. Za nią, za synem, za drugim maleństwem bezpiecznie rozwijającym się w brzuszku…

Drugie wzruszenie przeżyłem chwilę później, gdy w Zapiecku jadłem pierogi. Nagle z głośników dobiegła piosenka, której, jak Boga kocham, nigdy nie słyszałem. Ale była piękna i wpadłem w zachwyt. Co za radość, że mamy internet i YouTube, dzięki czemu wystarczy wpisać dwa zapamiętane słowa tekstu i ma się tę najcudowniejszą piosenkę na świecie. Teraz jej słucham i szukam tej wersji, która przystaje. Ta chyba jest najbardziej pasująca, bo tamta miała z pewnością rozwinięty chórek żeński:

Piękny dzień, pełen wzruszeń i tęsknoty. I ta praca w szkole specjalnej. Angielski i religia. Ta religia to chyba z przypadku, ale czuję się z nią cudownie. Robię w życiu to, o czym marzyłem. A życie jeszcze przede mną. I ja zrobię doktorat, nie ma bata. Bóg nas kocha.

Tak, Bóg nas kocha.

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Qrczaków związek z Franciszkiem, świętym zwanym

Oczywiście planowałem wykorzystać wieczór spędzony w domu na napisanie notki ale oczywiście miała to być notka o zupełnie innej treści. Mniej oparta na uczuciach, bardziej na trzeźwym myśleniu, która telepie się w mojej głowie już odkąd założyłem (pierwszego) bloga. Jednak dziś stwierdziłem, że jak już czeka tyle czasu, „no to se jeszcze poczeka, hehe”. Bo dziś napiszę coś opartego na emocjach, jakem emocjonalny człowiek.

Ostatnio zresztą nie za wiele przychodzi mi przeżywać emocji. Są, ale są słabe. Zresztą to jasne – wstaję koło południa, idę do pracy, wracam, idę spać… Jestem niezwykle uczuciowy ale niestety przeżywanie spraw wyższych, związanych także z Bogiem i wiarą, opiera się u mnie właśnie na uczuciach. I w takiej szarej rzeczywistości jak codzienna praca przeżywanie Transcendensu gdzieś się ulatnia, upłynnia. Znika. Jakby Boga nie było, choć jasne, że jest… Może – jakby zbyt oczywiste było Jego istnienie i przez to nie warte zachodu. Jak pisałem w ostatniej, panicznej notce, to wszystko, cała ta praca itp. sprawia, że w kościele bywam raz na tydzień. Do tego parafia w Rzgowie działa mi tak na nerwy (całkowite pomylenie przepisów liturgicznych, kazania czytane z kartki, organista zapierniczający psalm 200 km/h…), że zamiast się skupić na przeżywaniu Mszy choć ten raz w tygodniu, skupiam się żeby nie krzyczeć na głos „nie zgadzam się!”.

Ale, jak już napisałem, jestem w domu. Na weekend, jutro idę na Studniówkę. Ale że trafiłem właśnie w piątek, nie mogłem odrzucić jedynej, niepowtarzalnej możliwości zahaczenia o klasztorek Franciszkanów. Tu bowiem w piątki odbywają się spotkania modlitewnej grupy świętego Franciszka. Grupy, która była jednym z czynników mających bezpośredni wpływ na moje nawrócenie 3 lata temu. Wtedy do tej grupy wciągnęła mnie Gosia, moja najumileńsza (zresztą jest to chyba w nocie z tamtego bloga, odnośnik znajdziecie w moim komentarzu do poprzedniej notki). Potem czas mijał, grupa się rozpadła z dwóch powodów (to, że większość osobników należących wywędrowała na studia, jak ja na przykład, oraz to, że nieopodal klasztorka otwarto klub dla metalowców i „czarni”, a tych był ogrom w grupie, wybrali „Semafora” na piątkowe wieczory). Ja ten rok przestoju, gdy grupka nie istniała, spędziłem w seminarium, więc nawet tego nie zauważyłem. Tym czasem nadeszły wakacje i mój brat, znany jako Qrczak Expugnis, wraz z paczką przyjaciół – Piętusiem, Makotą, Agnes i kilkoma innymi, umyślili sobie, że pójdą na pielgrzymkę z grupą jedenastą (Franciszkanie, rzecz jasna), ponieważ podobno jest luzik i w ogóle spoko. Komu by tam wtedy do głowy przychodziło jakieś szukanie Boga? No ale poszli i oczywiście, klawo się bawili, nawet ich kawałek odprowadziłem (niestety, nie mogłem iść, w tym czasie miałem bowiem partię w seminarium). Ale i ojciec proboszcz miał wtedy klawy pomysł – ponieważ ojciec Rafał, który chodzi z Franciszkanami na pielgrzymkę od początku istnienia grupy, dostał akurat nominację do Skarżyska (stąd pochodzę), zadecydował o wskrzeszeniu grupki. Oczywiście po pielgrzymce zostało zorganizowane spotkanie młodzieży na które przybyłem (brat też był, i tylko on i Agnes z Qrczaków), a na tym spotkaniu R. wyłuszczył pomysł proboszcza. Ja się ucieszyłem, nie pamiętam reakcji reszty. Ale tak właśnie otworzono na nowo moją starą przystań. Z początku tylko kilka osób przychodziło (w tym większość stanowiły Qrczaki pielgrzymkowicze), potem zaczęły dochodzić nowe osoby (w dalszym ciągu Qrczaki – są w grupce oprócz R. tylko dwie osoby – nieqrczaki). I tak oto, chcąc nie chcąc, Stowarzyszenie Niepodległych Qrczaków, jakkolwiek wciąż niezależna organizacja, przerodziło się we wspólnotę świętego Franciszka. Potem nastąpiło przeniesienie większości z nas w ogóle do tej parafii (powód – 29 września 2005, proste i logiczne, czytaj poprzednie notki). No a następnie moja wyprawa na północ „za chlebem” i w poszukiwaniu swojego miejsca.

Dziś po 2 miesiącach po raz pierwszy odwiedziłem klasztorek. Nie wiem od jak dawna nie byłem na spotkaniu… Ale dziś coś we mnie pękło. Modliliśmy się w ciemnym pomieszczeniu, oświetlonym tylko świecami, przy gitarze ojca Rafała. Śpiewaliśmy, modliliśmy się w ciszy. Modliliśmy się na głos. I choć niewielu osobom udało się przełamać wewnętrzny opór (wstyd? Obawę?) to atmosfera była wielka mimo wszystko. I po raz pierwszy od niepamiętnych czasów poczułem, że Bóg jest. I to jest cały czas, trzeba się tylko wpatrywać, wsłuchiwać. Modlić. Śpiewać. Płakałem jak małe dziecko. Prosiłem Boga o to, by dał mi szansę czuć się codziennie, w szarej codzienności. Żebym nie potrzebował takiego natłoku uczuć jak dziś by zrozumieć, że jestem ważny, bo On mnie kocha. Prosiłem też o to, bym mógł wybaczyć tym, których posądzam o doprowadzenie do sytuacji w której się znajduję. O to, bym zrozumiał, że to moja wina… Bo to już trwa za długo. I pora się podnieść.

Oto jaki związek mają Qrczaki ze świętym Franciszkiem. Dziś mogę mieć nadzieję, że jeśli tą przyjaźń trzymają już nie tylko młodzieńcze wygłupy, jak gdy młodsze (niż ja) Qrczaki były w gimnazjum, ale ponad to to, co ponad to, czyli sam Bóg we własnej osobie, to Stowarzyszenia Niepodległych Qrczaków nie rozniesie czas. Bo dziś SNQ to również Franciszkańska grupa modlitewna…

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy