Posts Tagged With: Zbawienie

Nie ma obowiązku odprawienia pierwszych piątków

W XVII wieku (konkretnie w latach 1647-1690) żyła na świecie kobieta, zakonnica, znana jako święta Małgorzata Maria Alacoque. A bardziej niż z nazwiska, znana jest z rozpropagowania nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusowego. To jej właśnie osobiście objawiał się Jezus, przekazując wiedzę o swoim Sercu i namawiając ją do poświęcenia swojego życia mówieniu o Nim innym. Właśnie Małgorzata usłyszała te słowa: „W nadmiarze Mojego miłosierdzia wszystkim, którzy będą przystępować do Komunii św. przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca, udzielę łaski ostatecznej skruchy, tak że nie umrą w Mojej niełasce i bez sakramentów św. i Moje serce w tej ostatniej godzinie będzie dla nich najpewniejszą ucieczką”. I z tych słów wyłoniło się tak popularne dziś nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca.

Założenie jest jasne, choć jego wykonanie nieco wypaczone: Jeśli w dziewięć (przyjęte jest, że kolejnych) pierwszych piątków miesiąca przystąpi się do komunii świętej, w chwili śmierci dostąpi się łaski skruchy, a więc nie umrze się w grzechu i poza Bożym miłosierdziem. Wykonanie nabożeństwa jest wypaczone choćby przez to, że w pierwsze piątki większy nacisk kładzie się na sakrament pokuty i pojednania, nie zaś na Eucharystię. Związane jest to z pokutującym dotychczas założeniem (skądinąd słusznym), że komunię można przyjmować w stanie łaski uświęcającej, a więc najbezpieczniej jest znaleźć się w tym stanie tuż przed samym jej przyjęciem. Inne wypaczenie jest jednak dużo poważniejsze. Otóż przez wieki nauczyliśmy się traktować nabożeństwo pierwszych piątków jak jeszcze jeden cudowny (mógłbym równie dobrze napisać „magiczny”) amulet, który uchroni nas przed potępieniem. To znaczy: możemy być grzesznikami, łobuzami, obrazoburcami, ale mamy odklepane dziewięć piątków, więc Bóg nas zbawi mocą samego faktu, bo obiecał – i teraz nie ma już wyjścia.

Przez dwa tysiące lat chrześcijaństwa stworzyliśmy sobie całe tony amuletów, niby boskiego pochodzenia, które mają za zadanie ustrzec nas przed śmiercią w grzechu. Szkaplerze, cudowne medaliki, odmawianie koronki do Miłosierdzia Bożego przy umierającym, czy właśnie nabożeństwo pierwszych piątków. U mnie to ostatnie pilnowane było przez babcię. Każde z jej wnuków musiało po pierwszej komunii udać się przez dziewięć kolejnych miesięcy do kościoła. Babcia skrupulatnie wszystko liczyła, a gdy ktoś np. nie mógł, bo w danym miesiącu był chory, to liczyła od początku. Oczywiście zawsze towarzyszyła każdemu z wnucząt, by na 100% się przekonać, że wszystko jest w porządku. Bo miała przeświadczenie, że odprawienie dziewięciu pierwszych piątków zapewni jej wnukom święte życie i w efekcie zbawienie. Nie mam jej tego za złe – jakże bym śmiał – ale muszę potwierdzić, że nie miałem wówczas, jako dziewięciolatek, pojęcia, dlaczego tak naprawdę chodzę do kościoła w każdy pierwszy piątek. Nie przeszkadzało mi to, byłem wychowywany w Kościele, ale jednocześnie nie było w tym przesadnie wielkiej wiary, a już na pewno nie zdawałem sobie sprawy z tego, że związane jest to z objawieniem, a komunię powinienem przyjmować dzięki czyniąc Panu za Jego wielkie miłosierdzie. Ot, po prostu pierwsze piątki należało odbyć, a jak się to już zrobiło, to uff, można było odetchnąć z ulgą.

Widzę współcześnie dwa silne skrajne nurty w Kościele – i trzeci, płynący spokojnie środkiem. Pierwszy z nich to Kościół otwarty, żyjący w świecie i oddychający światem, wyciągający kwestię Bożego miłosierdzia jako czegoś, co może przyprowadzić do Boga każdego – a więc dopuszczający dopuszczanie każdego do sakramentów, bez względu na to, czy żyją w grzechu, czy nie. Kościół otwarty zakazuje oceniać tak ludzi, jak i ich czynów, i woła tylko do przyjmowania wszystkich z miłosierdziem, a jak nie chcesz, toś łobuz. Drugi nurt to ten oparty na wierze niby magii. Przywołuje on setki cudownych medalików, modlitw i nabożeństw, które mają nie tyle zbliżyć ludzi do Chrystusa, co raczej zapewnić im zbawienie. Z drugiej strony odrzuca on mnóstwo rzeczy jako magiczne i rozumie je jako dzieło szatana (jednorożce, gry komputerowe, Harry Potter). Trzeci nurt to ten, który opiera się na wierze i rozumie. Ludzie w nim wierzą w Chrystusa i wierzą Chrystusowi, ale rozważają też wszystko rozumowo. Wiara jest bowiem aktem woli, ale opartym na rozumie. Ja sam zaliczam się do tego trzeciego nurtu – nie odrzucam nabożeństw i wiary w Boże miłosierdzie, ale nie przyjmuję za pewnik zbawienia niczego poza moją własną wiarą w Chrystusa. A do tego wiem, że wiara musi pociągać za sobą czyny, a więc nie możemy jako Kościół uznać za „wiernych” tych, którzy żyją w ciągłym grzechu.

W związku z powyższym nie odrzucam szkaplerza, medalika, ani pierwszych piątków miesiąca. Jestem zwolennikiem każdej z tych rzeczy – o ile są one poprzedzone prawdziwą wiarą w Jezusa Chrystusa. Nic nie daje nabożeństwo pierwszych piątków, jeśli jest ono wymuszone czymkolwiek, choćby poczuciem kogoś ważnego dla nas, że dzięki temu zapewni nam zbawienie.

Piszę o tym wszystkim, ponieważ dowiedziałem się zadziwiającej rzeczy. Otóż niektóre szkoły i parafie – a dokładnie działający między nimi katecheci – wymagają podobno od dzieci po pierwszej komunii świętej odbycia dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Czwartoklasiści mają karteczki z polami na pieczątki – a księża po spowiedzi przybijają dzieciom te pieczątki na tych kartkach. Pierwszy piątek zaliczony przez przybicie pieczątki. Do tego katecheci traktują odbycie pierwszych piątków jako wymóg przed przystąpieniem do… rocznicy pierwszej komunii. Wydaje mi się to zupełnie absurdalne z kilku powodów. Po pierwsze: w Kościele nie ma obowiązku odprawiania jakiegokolwiek nabożeństwa, poza coniedzielną mszą świętą. Żadne dziecko, w żadnym wieku, przygotowujące się do któregokolwiek sakramentu, nie powinno być zmuszane do uczestnictwa w żadnym „ponadprogramowym” nabożeństwie: w roratach, drodze krzyżowej czy pierwszym piątku. To wiarę kandydata do sakramentu się sprawdza, a liczba pieczątek nie jest w najmniejszym stopniu wyznacznikiem gorliwości wiary. Po drugie: rocznica pierwszej komunii jest jakąś wymyśloną tradycją, która owszem, jest pewnie sentymentalna, ale nie ma żadnego liturgicznego czy sakramentalnego znaczenia. Dzieci między pierwszą komunią a jej rocznicą zdążyły już przyjąć Ciało Chrystusa tak wiele razy, że sama „powtórka” nie jest właściwie żadną dodaną wartością. Po trzecie: uczestnictwo w pierwszych piątkach miesiąca musi wynikać z osobistej wiary – w przeciwnym razie będzie tylko nic nieznaczącym odklepywaniem paciorków. Zmuszenie uczniów do autozbawienia przez katechetów mija się z celem, a straszenie ich niedopuszczeniem do rocznicy pierwszej komunii nie może być bardziej absurdalne.

Piszę to nie jako wróg Kościoła, który próbuje podkopać autorytet katechetów. Piszę to jako katecheta (nieczynny aktualnie, ale wciąż katecheta), który troszczy się o duszę i zbawienie dzieci i młodzieży. Ale zbawienie poprzez prawdziwą wiarę, a nie przez odklepanie praktyk, których sensu nawet nie rozumieją.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay, za: https://pixabay.com/pl/biblia-krzy%C5%BC-wielkanoc-2167783/

Reklamy
Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Adwentowe wzruszenia

gwiazdeczkoKiedy ma się dzieci, wiele rzeczy przeżywa się po raz drugi. Po raz drugi przeżywam fascynację kreskówkami z dzieciństwa, zainteresowanie dziecięcymi książkami czy pierwsze trudy matematyczne albo kaligraficzne. Po raz drugi przeżywam też wzruszenia związane z dzieciństwem czy wczesną młodością. W tym Adwencie jest to związane z przygotowaniem mojego syna do świąt Bożego Narodzenia. W katolickiej szkole, do której uczęszcza, poznają najróżniejsze informacje dotyczące narodzin Syna Bożego, ale słuchają również czasem dziecięcej muzyki dotykającej tej tematyki. Stąd też powrót do pięknego utworu „Świeć, gwiazdeczko, świeć” Arki Noego. Piękny utwór, wspaniały teledysk – którego, zdaje się, nie znałem za czasów, kiedy sam słuchałem Arki. Dzieci idące do Betlejem ratują po drodze zwierzęta, które znalazły się w potrzasku. Na koniec spotykają je przy żłóbku Jezusa.

Stąd już niedaleka droga do mojej chyba najbardziej ulubionej piosenki Arki Noego: „Na drugi brzeg”. Pisałem już kiedyś notkę opartą o ten utwór. Osiem lat temu. Nie jest tak, że towarzyszył mi on przez cały ten czas. Wrócił teraz, razem z „Gwiazdeczką”, w czasie Adwentu. Teraz, kiedy jestem o osiem lat starszy, mam żonę i trójkę dzieci. A wzruszenie dawnym wzruszeniem pozostaje. I przypomina się, że Adwent nie jest tylko oczekiwaniem na narodziny Pana Jezusa w żłóbku. Że nie jest to tylko oczekiwanie na narodziny Jezusa w nas, w naszym życiu. Ale jest to też – a może przede wszystkim – oczekiwanie na ostateczne, końcowe przyjście Jezusa w chwale. Na ten moment, w którym każdy z nas umiera i wyrusza na spotkanie Pana Jezusa w wieczności. Bo wciąż jestem pewien, że każdy ma swój osobisty koniec świata. Każdy „przeżywa” koniec świata w momencie śmierci. I dlatego „Na drugi brzeg” staje się jeszcze bardziej adwentową piosenką, niż „Świeć, gwiazdeczko…”.

Tak jest mało czasu mało dni
Serce bije tylko kilka chwil.
Niespokojne czeka wierci się
Kiedy w końcu Ty przytulisz je.
Tak jest mało czasu mało dni
Serce bije tylko kilka chwil.
Nie wiem czy Cię poznam ale wiem
Że na pewno ty rozpoznasz mnie.

Adwent jest, był i będzie czasem radosnego oczekiwania. Nie jest to tzw. „czas zakazany”, w którym nie można urządzać zabaw, nie można tańczyć i się radować. Niektórzy katecheci starej daty nadal utrzymują, że tak jest, bo tak jest w polskiej tradycji, ale to nie znaczy, że Kościół tak naucza. Adwent jest czasem radosnego oczekiwania, ale nie tylko na narodziny Chrystusa, ale także na własną śmierć. Na spotkanie z Bogiem twarzą w twarz. Twórcy Arki Noego znakomicie ujęli ten paradoks w słowa w piosence „Na drugi brzeg”. Jest to piosenka w której czuć obawę przed śmiercią – tak naturalną dla każdego człowieka. Ale czuć też ogromną radość i nadzieję na zbawienie. Bóg w chwili śmierci zaprasza nas do siebie i wiemy, że rozpozna nas kiedy już umrzemy.

Zabierzesz mnie na drugi brzeg
Za Tobą będę do Nieba biegł.
Zabierzesz mnie na drugi brzeg
Za Tobą będę do Nieba biegł.

Warto podejść do tych ostatnich chwil Adwentu z tą ogromną nadzieją i miłością do Boga, którą mają śpiewające w Arce Noego dzieci. Dziś już przecież dorośli ludzie. Ciekawe, czy oni sami potrafią przeżyć tę tajemnicę tak, jak wtedy.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące zdjęcie:
1. Kadr z teledysku „Świeć, gwiazdeczko, świeć”, źródło: http://www.dailymotion.com/video/xvyqd6_swiec-gwiazdeczko-swiec-arka-noego-piosenka-dla-dzieci_music

We wpisie zastosowano następujące filmy:
1. Arka Noego, „Świeć, gwiazdeczko, świeć”
2. Arka Noego, „Na drugi brzeg”

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Pożegnanie dziecka nienarodzonego

Minęły już dwa miesiące odkąd dowiedzieliśmy się o tym, że nasze trzecie Maleństwo nie żyje. Sądzę, że póki sprawa jest jeszcze dość świeża, ale już nie tak bolesna, warto napisać kilka słów o sytuacji ojca w radzeniu sobie z tak przykrym zdarzeniem.

Jestem mężczyzną, ojcem, a co za tym idzie – nie ulega to wątpliwości – dziecko w łonie matki jest dla mnie większą abstrakcją, niż to poza jej łonem, jak i większą abstrakcją niż dla matki tego dziecka. To kobieta nosi w swoim łonie maleństwo, czuje je, jak wpływa na jej organizm, na jej codzienność, wreszcie czuje jego ruchy. Ale nie jest prawdą, że świadomy i kochający mężczyzna nie ufa swemu ojcostwu do momentu porodu. I ja od samego początku kochałem każde z moich dzieci, i ja troszczyłem się i rozmawiałem z tymi, których nie widziałem. Podobnie było z Trzecim, które towarzyszyło nam od momentu poczęcia – nie tylko mojej Żonie, ale nam, razem, a także naszym pozostałym dzieciom. I Synek modlił się za Maleństwo przy codziennej modlitwie, i całował brzuch mamy na dobranoc. Podobnie troszczył się kiedy w brzuchu była Córka i dlatego nie było dla niego niespodzianką, kiedy wreszcie się urodziła. Ja o naszym Trzecim wspomniałem tu, na blogu, kiedy jechaliśmy z Żoną do Paryża. To było nasze jedyne dziecko, które nam w tej podróży towarzyszyło.

Kilka miesięcy później dowiedzieliśmy się, że zmarło. Trzeba było wszystkim powiedzieć; wszystkim tym, którzy już wiedzieli o jego istnieniu. Trzeba było załatwić sprawy medyczne. Trzeba było zagospodarować dzieci na ten czas (tu dziękuję szczególnie mojej dalszej rodzinie, w tym mojemu Bratu i jego Żonie). Trzeba było oczywiście również zająć się sprawami pogrzebu. To zadanie spłynęło więc na mnie.

żałobaRodzice dziecka poronionego mają prawo do normalnego pogrzebu. Aby go jednak dokonać, należy załatwić rejestrację narodzin i zgonu w urzędzie. W tym przypadku sytuacja jest bardzo skomplikowana, ponieważ urząd nie zadowala się nazwą „płód” w swoich zapiskach. Potrzebuje mieć płeć i imiona dziecka. Jeśli płci nie da się określić, urząd w Warszawie (nie wiem jak jest w innych miejscach) życzy sobie określenia płci na drodze badań genetycznych. Na szczęście szpital idzie rodzicom na rękę i nie każe płacić za drogie badania, lecz pozostawia ciało dziecka u siebie przez czas, jaki byłby potrzebny na przeprowadzenie badań, a następnie wpisuje płeć domniemaną przez rodziców. Jest to ciekawy sposób walki z biurokracją (o którym wiedzą nawet pracownicy urzędu), który niestety znacząco opóźnia sprawy pogrzebowe. Kiedy płeć jest już zadeklarowana, w urzędzie trzeba zapisać imiona dziecka. Byłem tam, załatwiałem sprawy i imienia nadawać nie chciałem. Stwierdziłem bowiem, że Maleństwo jest nieochrzczone, a w tradycji chrześcijańskiej imię nadaje się w momencie chrztu. Wiedzieliśmy wprawdzie jak chcieliśmy, żeby Maluszek miał na imię, ale oficjalnie nie używaliśmy tego imienia i stwierdziłem, że jego imię zna Bóg. W urzędzie nie miałem jednak wyjścia, musiałem imię nadać, albo zdecydować, by zostało nadane losowo przez urząd. Zapisałem więc imiona, które nasze Trzecie dzieciątko miałoby, gdyby się urodziło i gdyby było tej płci, którą zadeklarowaliśmy. Zorientowaliśmy się jednak ostatnio, że mimo imion w dokumentach my nadal mówimy o naszym dzieciątku Maleństwo lub Maluszek. Mimo że w kwestii nadawania imion mieliśmy odmienne zdania.

Pozostaje jeszcze kwestia pogrzebu. Na początku byliśmy pewni, że chcemy pochować naszego Maluszka sami. Kiedy jednak dowiedziałem się jak mają się sprawy w stolicy, zwątpiłem. Wykup jednego miejsca na cmentarzu to około 3000 złotych. Oczywiście, nie chciałbym być skąpcem jeśli chodzi o sprawy moich dzieci, ale na taki wydatek nie byłem przygotowany. Pojawił się pomysł pogrzebu we wspólnej mogile na terenie dziadków, ale nie widzieliśmy siebie jeżdżących tam po to, by odwiedzić grób naszego Maluszka. Jest jeszcze opcja zostawienia ciała w szpitalu, gdzie zostanie pochowane wraz z innymi utraconymi dziećmi we wspólnej mogile. Rozważaliśmy także tę opcję, choć było nam trudno pogodzić się z takim bezosobowym traktowaniem naszego dziecka. Ale potem pomyśleliśmy, że w sumie zamierzamy się wkrótce przeprowadzić na wieś. Rozpoczynanie zaś życia na wsi poprzez stawianie tam grobu nie jest zaś może zbyt konwencjonalne, ale dobre jak każde inne. Widzę w tym interwencję Bożą, ponieważ pojawiły się wokół nas osoby, które poświęciły swój czas i wysiłek, by pomóc nam rozwiązać nasz problem. Mój znajomy z pracy, zamieszkujący właśnie w tamtej parafii na wsi, postanowił porozmawiać z księdzem na nasz temat. Okazało się, że proboszcz na wsi może udostępnić miejsce na cmentarzu zupełnie za darmo – oczywiście zwróciwszy uwagę na nasz trudny stan. Grabarz pracował po kosztach, zakład pogrzebowy też wziął mniejszą stawkę i tak udało nam się zamknąć w naprawdę niewielkiej sumie. Dziękuję w tym miejscu wszystkim osobom, które zaangażowały się w pomoc nam. Należy również oddać chwałę Bogu, który, jestem o tym przekonany, w zdecydowany sposób tu interweniował.

A do pogrzebu przysługuje rodzicom zmarłych dzieci zasiłek pogrzebowy; ja jeszcze go nie odebrałem, ale myślę, że warto o nim przypomnieć wszystkim rodzicom borykającym się ze śmiercią dziecka. Oznacza to, że jeśli pomyśli się odpowiednio, zwróci do odpowiednich ludzi i do Bożej opatrzności, nie trzeba się martwić kosztami pochówku swojego zmarłego dziecka. Nie w tym rzecz, by pieniądze były jakimś ogromnym problemem. Ale dużo łatwiej – każdemu, jak sądzę – jest przeżywać śmierć kogoś bliskiego, a zwłaszcza własnego dziecka, gdy nie trzeba przy okazji martwić się finansami.

Pogrzeb odbył się z opóźnieniem, spowodowanym właśnie kwestiami urzędowymi. Pojechaliśmy na wieś wraz z naszymi dziećmi, które przeżyły śmierć braciszka albo siostrzyczki na swój sposób. Mogliśmy zakończyć nasze sprawy, przeżyć naszą żałobę. Dziś mam nadzieję, że Pan Bóg lituje się nad dziećmi nienarodzonymi, które nie miały chrztu. Że nie karze dzieci za grzech pierworodny, na którego zaistnienie i trwanie w nich nie miały wpływu. I mam nadzieję, że wkrótce spotkamy się w niebie z naszym Maluszkiem. I wtedy poznamy jak naprawdę ma na imię.

Przy okazji pomyślałem sobie, że wszyscy w jakiś sposób możemy nazywać się dziećmi śmierci. Ja istnieję, bo ktoś przede mną umarł, torując tym samym drogę do mojego zaistnienia. Każdy z nas ma za sobą przynajmniej jedną taką śmierć, a prawdopodobnie znacznie więcej. Teraz czas nam myśleć o następnym dzieciaczku. I zdajemy sobie sprawę, że żadne z naszych kolejnych dzieci nie byłoby tym, kim będzie, gdyby jedno z ich rodzeństwa wcześniej nie umarło.

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 8 Komentarzy

Ubić, spożyć, ochrzcić krowę

Trzy słowa, trzy sposoby, w jakie można i się chce traktować zwierzęta. Trzy różne kontrowersje – to takie popularne w dzisiejszym świecie. Trzy systemy wartości, trzy sposoby rozumienia. Czy jest na nie wszystkie jedna odpowiedź? Da się znaleźć jedną prawdziwą drogę traktowania zwierząt?

9f4b499b480457ae70c20dc2c61a9ee6Pierwsza kontrowersja zrodziła się a’propos niedawnego wprowadzania ustawy o zakazie uboju rytualnego. Sprawa dotyczyła religijnych mniejszości żydowskich i muzułmańskich, oraz ich sposobu sprawowania kultu. Ustawa przeszła, część osób wręcz odrzuciła dyscyplinę partyjną, by bronić godnego traktowania zwierząt. Państwo, którego rządzący przedstawiciele mienią się ostoją tolerancji religijnej i walczą o równościowe traktowanie przedstawicieli różnych religii, zakazało de facto sprawowania kultu członkom tychże grup wyznaniowych na terenie naszego kraju. Czym była spowodowana ta sytuacja? Przede wszystkim – moim zdaniem – negatywnymi uczuciami towarzyszącymi ludziom w momencie, gdy słyszą słowa „ubój rytualny”. „Ubój rytualny” brzmi jak rozrywanie kurczaków przez satanistów albo wrzucanie niemowląt do wulkanów w kulturze Majów czy Babilonu. Tymczasem „ubój rytualny” znaczy tyle samo, co „składanie ofiar”, które – jak wiemy – towarzyszyło starożytnym Izraelitom i towarzyszy Żydom do dziś. Ubój rytualny – jak twierdzą gminy żydowskie – nie polega na kultycznym znęcaniu się nad zwierzętami, na sprawianiu im bólu celem oddania czci bóstwu. Miałby to być jeden z najszybszych sposobów zadawania śmierci zwierzęciu – podcina się mu tętnice szyjne, by krew odpłynęła z mózgu, powodując szybką śmierć. Czy to brzmi masakrycznie? Dla tych, którzy opowiadają się przeciwko zabijaniu zwierząt bez ogłuszania ich – na pewno. Zastanówmy się tylko nad tym, skąd pomysł, że zwierzę przed zabiciem go i przerobieniem na mięso trzeba pozbawić przytomności? Przez wieki zwierzęta się zabijało, polowało się na nie w lasach, gotowało się lub piekło i nikomu (prawie) to nie przeszkadzało. Nagle okazuje się, że zwierzęta trzeba zabijać w humanitarnych (a więc ludzkich, a więc niezwierzęcych) warunkach. Odbiera się więc Żydom możliwość sprawowania kultu w kraju, który przyjmuje ich podobno z otwartymi ramionami, przy czym kult ten dotychczas był w zupełności legalny (nie było nawet, zdaje się, ustawy, która by to kontrolowała), a podobno całkiem niezłą sumkę zarabialiśmy na eksporcie mięsa pochodzącego z uboju rytualnego.

1064.0Druga kontrowersja pojawiła się podczas lektury tygodnika „Do Rzeczy”. Jak pisałem w poprzedniej notce, jestem stałym czytelnikiem „wSieci”, „Do Rzeczy” zaś kupiłem z ciekawości dwukrotnie. Drugi numer spośród posiadanych przeze mnie (Nr 13-14/013-014 22 kwietnia-5 maja 2013) reklamował się okładką z pojedynkującymi się Tomaszem Terlikowskim i Szymonem Hołownią. W środku rozmowa obu panów pokazała różnice, ale i spójność ich poglądów. Problem pojawił się na końcu rozmowy, gdy Terlikowski zapytał Hołownię: „A ty jesz mięso?”. Hołownia odpowiada: „Niestety, wciąż tak. Niewiele, ale jednak. Od dłuższego czasu robię wszystko, by z niego zrezygnować”. „Dlaczego?” – dopytuje Terlikowski. „Bo nie chcę być hipokrytą, który najpierw cieszy się widokiem cielaczka czy krówki, a potem akceptuje to, jak okrutnie tego samego cielaczka pozbawia się życia. I dlatego staram się rezygnować z mięsa”. Później dowiadujemy się, że Hołownia z mięsa spożywa wyłącznie drób, ale i z tego stara się zrezygnować. I stajemy przed pytaniem: czy to jest rzeczywiście dobre rozwiązanie? Katolik, który wydaje się mocno trwać przy swojej wierze, bronić Boga i Kościoła w mediach (patrz: konflikt z ks. Lemańskim), stwierdza że z szacunku do zwierząt nie będzie ich jadł? Chyba nie ma dogmatu, że katolik nie może być wegetarianinem, ale czy przesłanki, którymi kieruje się Szymon Hołownia są rzeczywiście słuszne?

odszedl_z_kosciola_zeby_zbawiac_640x0_rozmiar-niestandardowyTrzecia kontrowersja wreszcie jest już związana z moim blogiem. Kiedy cztery lata temu zdechł mój pies napisałem notkę wyrażającą nieśmiałą nadzieję związaną ze zbawieniem zwierząt („Wszystkie psy idą do nieba”). Nie spodziewałem się wówczas kariery, jaka notkę po latach czeka. W pewnym momencie notka stała się jedną z najpopularniejszych i najbardziej regularnie komentowanych na całym blogu. Niespodziewanie mój blog stał się ostoją i grupą wsparcia dla licznych osób opłakujących swe zmarłe zwierzęta i miejscem wyrażania nadziei na spotkanie ich w niebie. Komentarze trafiały i trafiają się różne – od mądrych i poważnych, przez emocjonalne, aż po dziwaczne i dość nielogiczne. Wreszcie zjawił się komentarz Darii Sz, który wstrząsnął mną najmocniej. Daria pisze w nim: „Czy słyszeliście o Tomaszu Jaeschke? Oczywiście, że Zwierzęta idą do Nieba. Są one bez grzechu, bliżej Boga, nie mogą czynić zła. A co człowiek takiego robi, że niby ma prawo iść do Raju? Zabija zwierzęta, swoje dzieci? I to ma być obraz i podobieństwo Boga? Nie. To Zwierzę jest obrazem Twórcy. Wierzę, a raczej jestem tego pewna, że wszystkie moje pożegnane Zwierzęta – i te w domu, i te bezdomne – po śmierci będą czekać na mnie w Niebie i wybiegną mi na powitanie. Wtedy będziemy już na zawsze razem. O ile ja trafię do Nieba – ale mam nadzieję, że moje Zwierzęta poproszą o to Boga… A jeszcze tak na marginesie: ZWIERZĘTA UMIERAJĄ, a nie zdychają – bo to robią źli ludzie. Jeśli ktoś kogoś kocha, to nigdy nie powie, że zdechł. Taki człowiek nie zasługuje na Niebo. Moje kochane pożegnane Zwierzęta, kiedyś się spotkamy!” Szczerze powiem, nigdy wcześniej nie słyszałem o Tomaszu Jaeschke, ale po tym wpisie natychmiast postanowiłem sprawdzić, o kogo chodzi. Otóż Tomasz Jaeschke to były polski ksiądz, który w pewnym momencie odszedł od swego powołania, by ewangelizować, chrzcić i przygotowywać zwierzęta do zbawienia. Mieni się on pierwszym animalpastorem na świecie. Aktualnie przebywa w Austrii. Komentarz pani Darii to jednak nie tylko przywołanie Tomasza Jaeschke, ale i seria twierdzeń niezwykle pewnych, a jednak naiwnych. Oto zwierzęta są bez grzechu, więc zasługują na zbawienie, są bliżej Boga; są dziećmi człowieka, który je zabija, przez co nie zasługuje na zbawienie; zwierzęta mogą się wstawiać za swoim właścicielem u Boga; zwierzęta nie zdychają, lecz umierają, a człowiek, który używa słowa „zdychają” nie zasługuje na niebo (jestem wśród nich, gdyż napisałem „Zdechł mi pies”). Jeśli myśli się w ten sposób, nie dziwota, że jest się zwolennikiem kogoś, kto nawraca i chrzci psy.

Mamy więc trzy kontrowersje: oburzenie wokół rytualnego, kultycznego zabijania zwierząt, wokół jedzenia ich w ogóle, jak również propozycję postawienia ich na wyższej niż człowiek pozycji przed Bogiem. Jak jednak jest naprawdę? Co przekazuje nam Pismo Święte odnośnie zabijania, jedzenia i zbawienia zwierząt? Czego zatem jako katolicy, jako osoby wierzące, powinniśmy się trzymać?

wizjaPo pierwsze w opowiadaniu o Raju, gdzie Bóg stwarza człowieka i daje mu władzę nad światem – a które to opowiadanie jest niewątpliwym preludium całej teologii zarówno Starego, jak i Nowego Testamentu – Bóg daje też człowiekowi zadanie nadania imion zwierzętom: „Ulepiwszy z gleby wszelkie zwierzęta lądowe i wszelkie ptaki podniebne, Pan Bóg przyprowadził je do mężczyzny, aby przekonać się, jak on je nazwie. Każde jednak zwierzę, które określił mężczyzna, otrzymało nazwę „istota żywa”. I tak mężczyzna dał nazwy wszelkiemu bydłu, ptakom podniebnym i wszelkiemu zwierzęciu dzikiemu, ale nie znalazła się pomoc odpowiednia dla mężczyzny” (Rdz 2,19-20). Nadanie imion, nazw w starożytności oznaczało zdobycie zwierzchności, władzy nad tym, czemu imię się nadawało. Bóg, który zna nas po imieniu, ma nad nami władzę. Człowiek zaś nie tylko zna zwierzęta po imieniu, lecz sam im te imiona nadał – a więc ma nad nimi władzę. Stąd też późniejsza możliwość spożywania mięsa zwierzęcego. Pierwszy do tego nakaz, dany ludziom od Boga jeszcze w Raju, brzmiał: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad ptactwem podniebnym, nad rybami morskimi i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi” (Rdz 1,28). A więc z rozkazu Boga człowiek ma nad zwierzętami panować. Ten nakaz jest o tyle istotny, że jest on umieszczony w ustach Boga nie w czasie tworzenia się Prawa Izraelitów, lecz o wiele wcześniej – w czasach Raju, a więc w okresie nieustającej szczęśliwości. Szczęście widziane oczami natchnionych autorów polegało na płodności, rozmnażaniu się i panowaniu nad danym nam od Boga światem. Jest to rzecz, której sam Jezus nigdy nie zanegował – wręcz wzmocnił ją w swoim nauczaniu!

Ale po kolei. Kiedy człowiek odszedł z Raju za grzech, dostał możliwość spożywania zwierząt i nakaz składania ofiar. Nie wolno mu było jednak spożywać mięsa wszelkich zwierząt: „Nieczyste jest dla was każde zwierzę, które ma rozdzielone kopyta, ale nie ma racic i nie przeżuwa; kto się go dotknie, będzie nieczysty. Wszystkie zwierzęta czworonożne, które stąpają na gołych łapach, są dla was nieczyste; kto by dotknął ich padliny, będzie nieczysty do wieczora. A kto by ją niósł, będzie musiał wyprać swoje szaty i będzie nieczysty do wieczora. Spośród płazów pełzających po ziemi będą dla was nieczyste: kret, mysz i wszystkie gatunki jaszczurek, gekon, żółw, salamandra, ślimak i kameleon” (Kpł 11,26-30). Te zwierzęta więc, z nieznanych mi bliżej przyczyn, były przez Izraelitów (w przekazie natchnionym przez Boga) uznane za nieczyste i zakazano ich spożywania. Sytuacja jednak odmieniła się w momencie, gdy przyszedł na Ziemię sam Jezus. I nie było tak, że Jezus stwierdził, jakoby wszystkie zwierzęta były naszymi mniejszymi braćmi, nie wypada więc ich zabijać i jeść. Zrobił odwrotnie: ukazał, że nieczystość nie pochodzi z tego, co się je, lecz z wnętrza człowieka: „I wy tak niepojętni jesteście? Nie rozumiecie, że nic z tego, co z zewnątrz wchodzi w człowieka, nie może uczynić go nieczystym; bo nie wchodzi do jego serca, lecz do żołądka, i zostaje wydalone na zewnątrz. Tak uznał wszystkie potrawy za czyste. I mówił dalej: Co wychodzi z człowieka, to czyni go nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym” (Mk 7,18-23). To jednak jeszcze nie wszystko. Mamy bowiem w Biblii również przekaz, w którym Jezus daje osobisty wyraźny nakaz, by zabijać i jeść. Jest to przekaz pochodzący od Piotra, któremu Jezus zmartwychwstały objawił się w wizji: „wszedł Piotr na dach, aby się pomodlić. Była mniej więcej szósta godzina. Poczuł głód i chciał [coś] zjeść. Kiedy przygotowywano mu posiłek, wpadł w zachwycenie: Widzi niebo otwarte i jakiś spuszczający się przedmiot, podobny do wielkiego płótna czterema końcami opadającego ku ziemi. Były w nim wszelkie zwierzęta czworonożne, płazy naziemne i ptaki podniebne. Zabijaj, Piotrze, i jedz! – odezwał się do niego głos. O nie, Panie! Bo nigdy nie jadłem nic skażonego i nieczystego – odpowiedział Piotr. A głos znowu po raz drugi do niego: Nie nazywaj nieczystym tego, co Bóg oczyścił. Powtórzyło się to trzy razy i natychmiast wzięty został ten przedmiot do nieba” (Dz 10,9-16).

Wynika więc z tego oczywista rzecz: My, katolicy, wierzymy, że Bóg dał nam władzę nad światem i nad zwierzętami. To my mamy decydować o tym, do czego i w jaki sposób zwierzęta te wykorzystamy. Co więcej, mimo wcześniejszego żydowskiego zakazu spożywania mięsa niektórych zwierząt sam Jezus nakazał ludziom zabijać i jeść wszystkie zwierzęta, nie ma już bowiem zwierząt nieczystych. Co ze sposobem traktowania zwierząt? Z Biblii nijak nie wynika, że należy je traktować w sposób humanitarny (a więc ludzki). Co oczywiście nie oznacza, że ktokolwiek nakazuje nam czy pozwala znęcać się nad zwierzętami, zadawać im niepotrzebny ból, itp. Musimy jednak zwrócić uwagę na fakt, że zwierzęta, które mamy zjeść, często będą czuły ból w momencie zadawania im śmierci – albo w momencie uprzedniego ogłuszania ich. Naprawdę nie widzę sensu w zakazywaniu uboju rytualnego, bo pociąga za sobą cierpienie zwierząt. Równie dobrze należałoby zakazać ucinania głów kurczakom przez gospodynie na wsi, albo szlachtowania prosiaków przez indywidualnych gospodarzy. To my jesteśmy panami zwierząt i musimy pogodzić się z tym, że czasem zdarzy nam się sprawić któremuś ból, zanim je zjemy. Oczywiście Jezus swoją ofiarą doskonałą zniósł obowiązek składania ofiar ze zwierząt, więc cały proces uboju rytualnego pozbawiony jest większego sensu. Żydzi jednak tego nie wiedzą, chyba nie są w stanie tego zrozumieć, a kraj, który mieni się respektującym prawa mniejszości religijnych powinien respektować prawo tych mniejszości do uskuteczniania kultu. Co się zaś tyczy Szymona Hołowni – jego postanowienie o niespożywaniu mięsa wydaje się pozbawione sensu z perspektywy nauki wiary, do której przynależy. Bez względu na to, jak ludzie traktują zwierzęta (a jak właściwie je traktują?) chrześcijanie dostali wyraźny rozkaz od samego Jezusa, by nie krępować się, lecz zabijać i jeść wszelkie zwierzę. Nie ma nic okropnego w jedzeniu psów (na Tajwanie), koni (we Włoszech), ślimaków (we Francji) czy świnek i kaczek (w Polsce) w świetle nauki katolickiej. Przechodzenie na wegetarianizm z szacunku do zwierząt jest niezgodne ze słowami Zbawiciela.

A jak się to ma do trzeciej kwestii, do kwestii zbawienia zwierząt? Oczywiście działania Tomasza Jaeschke i komentarz Darii Sz. wpisują się w ten sam sposób myślenia, który uprawiają posłowie zakazujący uboju rytualnego czy Szymon Hołownia rezygnujący z jedzenia mięsa, tylko idą o kilka kroków dalej. Zgodnie z nauką katolicką, powstałą rzecz jasna później niż Biblia, lecz na niej opartą, zwierzęta nie posiadają podobnej człowiekowi duszy rozumnej. Sprawę ich zbawienia można w tej perspektywie jednak rozumieć dwojako: albo giną całe w momencie śmierci, gdyż nie mają duszy, która może przeżyć po śmierci (tylko ludzka dusza byłaby tu nieśmiertelna i zdolna do zbawienia), albo, skoro nie grzeszą, są zbawione „z automatu”, idą do Nieba i dołączają do całości stworzenia, które kiedyś spotka się w Bogu. Którakolwiek z opcji byłaby prawdziwa, żadna nie pociąga za sobą konieczności jakiejkolwiek ewangelizacji zwierząt, jakiegokolwiek udzielania im chrztu. Zwierzęta nie grzeszą, nie mają też grzechu pierworodnego i jeśli Bóg chce je przygarniać do siebie, robi to bez sakramentów. Człowiekowi potrzebna jest Ewangelia i sakramenty, bo to człowiek podjął decyzję o odejściu od Boga i potrzebuje odnaleźć drogę powrotną. Jeśli mamy nadzieję, że spotkamy nasze zwierzęta w Niebie, wiedzmy, że nie potrzebują one do tego żadnych animalpastorów.

Podsumowując: człowiek ma władzę nad zwierzętami, czyni je sobie poddanymi; człowiek ma prawo jeść każde zwierzę, bez względu na jego czystość/nieczystość i kulturalne naleciałości; człowiek ma prawo wierzyć w to, że zwierzę, jako część Bożego stworzenia, znajdzie swoje końcowe miejsce w Bogu właśnie, nie ma jednak twardych podstaw tej wiary, może mieć jedynie nadzieję. Nadzieja to mało, ale i bardzo wiele.

I ja, summa summarum, przykładam swą rękę do tej nadziei, kierując się w dalszym ciągu słowami Izajasza: “I wyrośnie różdżka z pnia Jessego, wypuści się odrośl z jego korzeni. I spocznie na niej Duch Pański, duch mądrości i rozumu, duch rady i męstwa, duch wiedzy i bojaźni Pańskiej. Upodoba sobie w bojaźni Pańskiej. Nie będzie sądził z pozorów ni wyrokował według pogłosek; raczej rozsądzi biednych sprawiedliwie i pokornym w kraju wyda słuszny wyrok. Rózgą swoich ust uderzy gwałtownika, tchnieniem swoich warg uśmierci bezbożnego. Sprawiedliwość będzie mu pasem na biodrach, a wierność przepasaniem lędźwi. Wtedy wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, cielę i lew paść się będą społem i mały chłopiec będzie je poganiał. Krowa i niedźwiedzica przestawać będą przyjaźnie, młode ich razem będą legały. Lew też jak wół będzie jadał słomę. Niemowlę igrać będzie na norze kobry, dziecko włoży swą rękę do kryjówki żmii. Zła czynić nie będą ani zgubnie działać po całej świętej mej górze, bo kraj się napełni znajomością Pana, na kształt wód, które przepełniają morze” (Iz 11, 1-9).

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 14 Komentarzy

Zabiorę brata na koniec świata

Znajdziemy wyspę jak Robinson! Problem w tym, że koniec świata nie istnieje, bo ziemia jest okrągła, a bramki są dwie. Zresztą mój brat siedzi w Lublinie. Spotkam się z nim, ale w kilka dni po końcu świata…

Owszem, piszę tę notkę z wyprzedzeniem i opublikuje się ona jakiś czas po tym, jak ją napiszę. To tak na wszelki wypadek, jakby się miało okazać, że jednak koniec świata nastąpi. Wówczas nikt już notki nie przeczyta, ale przynajmniej opublikuje się ona o odpowiedniej porze. Może pewnego dnia jacyś przyjemni badacze z innych zakątków wszechświata złapią internetowy sygnał przesyłający mój wpis w przestrzeń i dowiedzą się, kiedy dokładnie nastąpił koniec naszej cywilizacji?

Piszę tę notkę wcześniej dla żartu, bo ja w ten koniec świata wcale nie wierzę. Pewnie też źle się wyraziłem. Ja ogólnie nie wierzę w koniec świata w ogóle. Jasne, jasne, znam Pismo Święte, czytałem Apokalipsę. Rozumiem ludzi interpretujących tę księgę dosłownie, można. Można interpretować dosłownie liczby (144000), można interpretować opisy wydarzeń czy postaci. Moim zdaniem ta księga jednak ma bardzo symboliczny charakter, podobnie jak przynajmniej pierwsza część Księgi Rodzaju (stworzenie świata, Adam i Ewa). Jednak ludzie od zawsze (od początków chrześcijaństwa) oczekiwali na ten moment, na moment dosłownego zakończenia dziejów. Na powrót Chrystusa. My, chrześcijanie, wierzymy w śmierć Jezusa, wyznajemy Jego zmartwychwstanie i oczekujemy Jego przyjścia w chwale. To samo działo się za czasów pierwszych wiernych, którzy jednak sądzili, że Jezus przyjdzie… już. Stąd wielkie poświęcenia na początku czasów, stąd setki męczenników, którzy życie oddawali za wiarę. Dlatego też Paweł pisał, aby pracować tak jakby się nie pracowało, aby żonaci byli tak, jakby nieżonaci, a zamężne jak niezamężne. Paweł wraz z innymi wierzącymi oczekiwał bowiem, że tak, jak Jezus zapowiedział, wróci za chwilę. Poszedł przygotować mieszkania dla nich, jak o tym wspominał, posprząta pokoje, wyniesie śmieci i wróci zaprosić na gotowe. Paweł chciał, aby ludzie byli jak on (bezżenni), bo w ten sposób lepiej się skupią na przygotowaniach. Chciał, żeby nie oddawali się małżonkom, lecz w całości skupili się na oczekiwaniu powrotu Zbawiciela. Z tego też powodu opisano w Dziejach Apostolskich scenę, w czasie której wszyscy wierzący oddają cały swój majątek wspólnocie i oddają się wspólnemu życiu. Oni zwyczajnie sądzili, że to wszystko nie będzie im już potrzebne. Że zaraz przyjdzie Jezus i odnowi wszystko.

Mijał jednak czas i Jezus nie nadchodził. Zapał oczekiwania chrześcijan też opadał i św. Paweł musiał zmienić linię swej twórczości, ponownie skłaniając wiernych do pracy. Chrześcijaństwo weszło w drugą fazę, oczekiwanie nie przestało obowiązywać, ale przestało być na „już” i na „teraz”. Wrócono do codziennych obowiązków i do osobistej własności, ale nie przestano myśleć o powrocie Pana. I tak minęło już prawie 2000 lat. Nic się nie zmieniło, chrześcijanie nadal oczekują na powrót Mesjasza, zatapiając się w swojej codzienności. Zasada Pawła dotycząca bezżenności przestała obowiązywać, bo setki małżeństw odeszło, a Jezus nie wrócił. Nasze oczekiwanie i tak jest spoko. My czekamy na Mesjasza, który ma po nas wrócić. Mesjasz Żydów jeszcze nie przyszedł w ogóle. I obawiam się, że już nie przyjdzie, chyba że jak nasz wróci, a oni w Niego wreszcie uwierzą.

Ludzie jednak od zawsze wymyślali sobie daty końca świata, by być bliżej oczekiwanego, by znów mieć nadzieję na powrót Mesjasza (lub ogólniej na wielkie bum). Były różne pomysły: lata 375-400, początek roku 1000, potem kilka jeszcze, początek roku 2000, a dziś oczekujemy na zapowiedziany podobno przez Majów koniec, czyli właśnie dziś: 21 grudnia 2012. Z tym, że choćbyśmy wyliczali koniunkcje planet, sejsmiczne ruchy i plamy na słońcu, albo, jak Świadkowie Jehowy, liczby z Biblii, żaden koniec świata nie nastąpi. Nie będzie Apokalipsy, Armagedonu, Wielkiego Wybuchu 2 czy czego tam jeszcze. Jezus nie przyjdzie! Rozumiecie to? Nigdzie się nie wybiera!

„Lecz o dniu owym lub godzi­nie nikt nie wie, ani anio­ło­wie w nie­bie, ani Syn, tylko Ojciec” (Mk 13, 24–32).

Ten cytat o „końcu świata”, czy o ponownym przyjściu Jezusa, jest bardzo ważny. Ale jest jeszcze jeden, ważniejszy: »Wtedy podobne będzie królestwo niebieskie do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i wyszły na spotkanie pana młodego. Pięć z nich było nierozsądnych, a pięć roztropnych. Nierozsądne wzięły lampy, ale nie wzięły z sobą oliwy. Roztropne zaś razem z lampami zabrały również oliwę w naczyniach. Gdy się pan młody opóźniał, zmorzone snem wszystkie zasnęły. Lecz o północy rozległo się wołanie: „Pan młody idzie, wyjdźcie mu na spotkanie!” Wtedy powstały wszystkie owe panny i opatrzyły swe lampy. A nierozsądne rzekły do roztropnych: „Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną”. Odpowiedziały roztropne: „Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć. Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie!” Gdy one szły kupić, nadszedł pan młody. Te, które były gotowe, weszły z nim na ucztę weselną, i drzwi zamknięto. W końcu nadchodzą i pozostałe panny, prosząc: „Panie, panie, otwórz nam!” Lecz on odpowiedział: „Zaprawdę, powiadam wam, nie znam was”. Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny.« (Mt 25, 1-13).

Cała przypowieść o pannach głupich i mądrych mówi tak naprawdę o tym, co nas czeka. O tym też mówi księga Apokalipsy. I nie zmienia tego faktu to, że minęło już prawie 2000 lat odkąd to wszystko napisano. To nie ma znaczenia, bo „nie znacie dnia ani godziny” nie oznacza dnia i godziny wielkiego bumu niwelującego wszystko, co na świecie, lecz moment naszej śmierci. To właśnie (moim zdaniem) moment naszego zejścia z tego świata jest prawdziwym końcem świata. Dla nas już ten świat przestaje istnieć. Tak było od początku chrześcijaństwa i tak jest do dziś: wierni umierają. I wówczas właśnie Jezus przychodzi do nas, aby podać nam dłoń i zabrać do tego mieszkania, które nam przygotował. O ile my nie zaniedbaliśmy oliwy i mamy oprawione lampy. O ile jesteśmy gotowi. I choć nie będzie morowego powietrza, potopu, globalnego zlodowacenia i innych wybuchów jądra, koniec świata nadejdzie. Może to być jutro albo i pojutrze. Albo za x lat. Nastąpi wówczas, kiedy my umrzemy.

A potem zmartwychwstanie. I sąd. Jedni zmartwychwstaną ku zbawieniu, a drudzy ku potępieniu. I, jeśli oprawiliśmy lampy, będziemy żyć dążąc ku nieskończoności. Na zawsze szczęśliwi z Chrystusem, w tym wielkim luksusowym hotelu w kształcie żagla, położonym nad brzegiem jeziora. I będę wyprowadzał swojego psa na spacer. Nie będzie końca świata, bo on jest zawsze. Jezus przychodzi po każdego z nas ponownie, codziennie.

A tak poza tym według kalendarza Grudniów koniec świata będzie w maju. Mamy więc czas na przemyślenie tematu…

Koniec świata będzie w maju

A kiedy wreszcie nastąpi, musi wyglądać tak, bo jak nie, to ja się obrażę:

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Pewność zbawienia

Życie powoli wraca do bloga. Google po chwilowej przerwie (spowodowanej chyba nagłym pojawieniem się 130 nowych wpisów) ponownie odnalazł blog w czeluściach internetu i liczba wyszukań wróciła do dawnej średniej. Facebook też robi swoje i przygania czytelników. Pojawiają się nawet pierwsze komentarze od czytelników z dawnych czasów. Tylko Ciamajda mi gdzieś zginął. Czyżby zgorszył się tym, co przeczytał w archiwach? Spróbujemy Go przywołać! Zostało mi jeszcze przecież jedno pytanie, na które Mu nie odpowiedziałem!

Ciamajda napisał tak: „I ostatnie pytanie, trochę związane z pierwszym, ale w sumie najważniejsze: po co Pan Bóg posłał na świat swojego Syna? Bo mówi się, że po to by zbawić świat, ale czy to oznacza że ja otrzymałem nadzieję na zbawienie, czy że na pewno będę zbawiony i nie muszę się o nie starać, a co najwyżej mogę dłużej posiedzieć w czyśćcu jeśli bardzo nagrzeszę”. Pytanie konkretne, sprowadzające się do tego, czy mamy pewność, czy tylko nadzieję zbawienia. Temat też skomplikowany, ale nie uciekam przed nim, postaram się coś napisać.

Po pierwsze: na czym polegało zbawienie Chrystusowe? Dla Żydów i wielu współczesnych chrześcijan (czy chrześcijanopodobnych, jak Świadkowie Jehowy) zbawienie przyszło przez złożenie najlepszej, idealnej ofiary przebłagalnej za grzechy. Stąd obraz Jezusa jako baranka bez zmazy, ponieważ Żydzi mieli w zwyczaju i w Prawie składanie ofiar z baranków, gdy odpokutowywali za grzechy. Ponieważ Zbawiciel miał odkupić grzech „idealny”, a więc winę pierwszych ludzi, która ciąży na każdym z nas, musiał też być kimś idealnym. Chrześcijanie mówią: tylko Bóg mógł złożyć z siebie ofiarę idealną. Świadkowie Jehowy mówią: człowiek popełnił grzech pierworodny, więc człowiek Jezus mógł ten grzech zmazać. Ale wiele osób zatrzymuje się w swoich przemyśleniach na ofierze krzyżowej, która współczesnym wydaje się często bzdurna – dlaczego Bóg MUSIAŁ umierać na krzyżu, a nie mógł po prostu powiedzieć: zmazuję grzechy, jestem Zbawicielem? W przekonaniu moim i wielu innych (w tym także św. Pawła) celem śmierci było zmartwychwstanie, a w zmartwychwstaniu była pełnia zbawienia – „A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara” (1 Kor 15, 14). Zbawienie przyszło przez krzyż, ale jeśliby się na śmierci skończyło, czyż nie byłaby to jedna z wielu ofiar poniesionych bez sensu, w którą wierzyłaby tylko garstka zapaleńców? Jesteśmy jednak zbawieni, bo Chrystus dla nas zmartwychwstał, ukazując, że i my zmartwychwstaniemy. Bóg nie potrzebował ofiary ze Swego Syna, żeby wybaczyć ludziom grzech. Bóg potrzebował pokazać ludziom – dla ludzi – że jest ktoś, kto jest gotów z miłości do nich umrzeć, ale kto również obiecuje im wieczne szczęście, zmartwychwstanie, zbawienie. Bezsensem byłoby twierdzić, że istota zbawienia leży w ofierze krzyżowej. Przecież na to czekali Żydzi, to zapowiadali ich prorocy, a oni nie uwierzyli i nie przyjęli tej ofiary.

I tu właśnie dochodzimy do sedna problemu. „Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli” (J 1, 11). Jan mówi o Żydach, którzy na Zbawiciela oczekiwali. On za nich umarł, dla nich również zmartwychwstał, ale oni go nie przyjęli. Podobnie sprawa ma się z nami. Jezus umierając na krzyżu, a potem zmartwychwstając, wcześniej zaś rodząc się, nauczając, czyniąc cuda – ukazywał nam i dawał pełnię zbawienia. Pewność zbawienia. Umarł za nas na krzyżu i zbawił nas w zmartwychwstaniu – nie mamy żadnych wątpliwości, że to się już dokonało. Jednakże! Miałem znajomego, który mówił mi tak: „A dlaczego ten wasz Jezus umarł za mnie i mnie zbawił? Ja Go o to wcale nie prosiłem i nie podoba mi się, że ktoś zmusza mnie do czegoś, czego ja nie chcę”. Zgadza się – znajomy miał rację! Nikt nikogo do niczego nie zmusza, a już z całą pewnością nie robi tego Bóg, nie robi tego Jezus Chrystus. On już umarł za nas, On już dla nas zmartwychwstał, On już nas zbawił i mamy tego pewność. Jednak wcale nie musimy się na to zgadzać. Nikt nie pozbawił nas wolności, jesteśmy wolni do tego stopnia, że możemy swobodnie odrzucić wyciągniętą w naszą stronę pomocną dłoń i skazać się na wieczne potępienie. Mamy więc pewność zbawienia, pod warunkiem, że zechcemy ją przyjąć.

Przyjęcie zbawienia danego nam przez Jezusa nie do końca jest czymś łatwym. Nie jest tak, że musimy się niesamowicie starać, żeby pójść do Domu Pana, bo nie uczynki się liczą, lecz łaska (a więc owa pewność zbawienia), ale musimy z daną nam łaską współpracować. Zdarzyło mi się usłyszeć ostatnio, że jedni dostają łaskę, inni nie. Jest to wierutna bzdura – każdy człowiek dostał tyle łaski, by wystarczyła mu do zbawienia. On tę łaskę może przyjąć, albo odrzucić. Podobnie jest z samym zbawieniem. Przyjmujemy je – a więc współpracujemy z łaską – albo odrzucamy, tak jak mój wspomniany znajomy. No i oczywiście nie wiadomo, jak już pisałem wcześniej, czy przypadkiem nie będziemy mogli uchwycić się tej łaski jeszcze w ostatniej chwili.

W tym samym fragmencie przytaczanego listu do Koryntian św. Paweł Pisze: „Jednak dzięki łasce Boga jestem tym, kim jestem. Nie zmarnowałem Jego łaski, lecz trudziłem się więcej od wszystkich apostołów. Zresztą nie ja się trudziłem, ale łaska Boża, która jest ze mną” (1 Kor 15, 10). To cała esencja nauki o łasce. Bóg daje łaskę, Paweł jej nie marnuje, lecz trudzi się. Właściwie nie on, tylko łaska. Co to oznacza dla nas? To nie my musimy się trudzić by zasłużyć na łaskę (w tym łaskę zbawienia), lecz poddawszy się łasce działamy pod jej natchnieniem. Kiedyś mówiłem: nie działam dobrze po to, by ci pokazać, jak bardzo cię kocham, ale tak bardzo cię kocham, że dzięki tej miłości działam dobrze. Nasze dobre czyny, uczynki nie są punktami zbieranymi na drodze do zbawienia, lecz jedynie naturalną konsekwencją naszego przyjęcia łaski i miłości Bożej. Uczynki nic nam nie dają. Zwyczajnie jeśli przyjęliśmy łaskę w pełni, nie potrafimy działać inaczej.

I nie każdy będzie zbawiony, mimo że już zbawieni zostaliśmy. Kto zechce przyjąć to, co ofiarował z Siebie Chrystus, ten sam siebie, z mocy i łaski Chrystusa, się zbawi. „Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” (Mt 24, 13).

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

W ostatniej chwili

Minęło kolejne 500 lat…

Pytania Ciamajdy są naprawdę ciekawe i dają do myślenia. I czasem rzeczywiście trzeba troszkę dłużej pomyśleć, żeby udzielić na nie odpowiedzi. Ale pozwólcie, że spróbuję.

Cała komentarzowa wypowiedź Ciamajdy brzmiała tak:

Napisałeś tak: „Może Bóg nie zmusi nikogo, by za Nim poszedł, ale to człowiek w ostatniej chwili zdecyduje, że jednak chce za Nim pójść?” W takim razie moje pytanie jest następujące. Czy to nie byłoby tak, że to właśnie owa „ostatnia chwila”, jej nieskończona powaga i znaczenie – a nie sam człowiek ze swej nieprzymuszonej woli – popychałaby go w objęcia Boga? I czy w takim razie nie mielibyśmy do czynienia ze swoistym przełamaniem wolności człowieka i jego ubezwłasnowolnieniem? Bo to nawet nie chodzi o strach przed potępieniem. Powiedzmy że człowiek by się tego potępienia nie bał. Ale dlaczego ta „ostatnia chwila” miałaby się pod względem nawrócenia wyróżniać spośród wszystkich chwil mijającego życia. Jasne, że nie musiałoby być za późno, wierzę że miłosierdzie boże sprawia, że nigdy, dopóki żyje człowiek, nie jest za późno, ale nie potrafię zrozumieć tego, że właśnie tej „ostatniej chwili” nadaje się takie znaczenie w kwestii nawrócenia. No i można zapytać, czy każdy człowiek taką ostatnią chwilę, w której mógłby się namyślić, ma zagwarantowaną. Jeśli ktoś bardzo grzeszny, no potwór wręcz, wpada pod samochód, to trudno zakładać że mógłby przed śmiercią zdążyć pojednać się z Panem Bogiem, bo on może nawet nie widziałby tego rozpędzonego samochodu za sobą. Inna sprawa, to czy nawrócenie polega tylko na przeproszeniu Pana Boga i powiedzeniu: chcę. Bo to brzmi bardzo podniośle i pięknie, ale również naiwnie i zadziwiająco nierozsądnie.

Nie istnieje żadna nieskończona powaga i znaczenie „ostatniej chwili”. Ostatnia chwila nie jest żadnym magicznym zdarzeniem. Owszem, wyraziłem swego rodzaju nadzieję, że człowiek w swej wolności mógłby nawrócić się w ostatniej chwili, co prowadziłoby do powszechnego zbawienia dzięki ludzkiemu nawróceniu. Jednak sama ostatnia chwila jako cudowne zdarzenie nie istnieje. Ciamajda ma bowiem rację: gdyby wszystko zależało od owej ostatniej chwili, byłoby to złamaniem ludzkiej, koniecznej do zbawienia świadomego, wolności. Wówczas byłoby tak, jak pisze Ciamajda, że „mielibyśmy do czynienia ze swoistym przełamaniem wolności człowieka i jego ubezwłasnowolnieniem”.

Czym zatem byłaby ta ostatnia chwila, gdyby można było przypuszczać, że rzeczywiście istnieje? Otóż część teologów wyraża swoją nadzieję, że ta ostatnia chwila mogłaby być rzeczywiście czymś wyjątkowym, ale nie ze względu na swoją ostatniochwilowość. Tłumacząc wcześniej to zagadnienie zapomniałem o najważniejszym, Bożym elemencie „ostatniej chwili”. Otóż osoby wyrażające nadzieję na istnienie ostatniej chwili interpretują ją w następujący sposób: jest to moment na samej granicy życia lub śmierci, w którym jeszcze żyjesz, ale dane jest ci już oglądać Boga. Związane jest to z tym, że za życia jesteśmy od Boga oddzieleni, po śmieci zaś oglądamy Go twarzą w twarz. Ta „ostatnia chwila” miałaby być zaś taką chwilą graniczną. Mówi się więc, że w związku z obejrzeniem i zachwyceniem się wszechogromem i nieskończoną dobrocią Boga, człowiek podejmowałby w tej ostatniej chwili ostatni akt woli, wyciągając rękę do Boga i mówiąc „amen”. Albo, jak Ciamajda napisał, „chcę”.

Oczywiście, w dalszym ciągu możemy mieć wątpliwości, czy gdybyśmy rzeczywiście w ostatniej chwili życia mieli możliwość oglądania oblicza Pana, to w ogóle moglibyśmy powiedzieć „nie chcę”. Czy mielibyśmy wybór, czy nie byłoby to przełamanie naszej wolności. Jest to jednak dylemat podobny do tego, czy Maryja mogła odmówić Gabrielowi przyjęcia Bożego Dziecka. Czy, jako bezgrzeszna, nie popełniłaby wówczas grzechu. I rzeczywiście można by powiedzieć, że Jej wola w jakiś sposób była złamana. Jednak nie wolno mieć wątpliwości, czy dokonała aktu zgody jako własnej decyzji. Nikt Jej do tego nie przymuszał, nawet jeśli wynik wyboru był z góry możliwy do przewidzenia. Tak też byłoby z „ostatnią chwilą”. Choć nie sposób prawdopodobnie ujrzeć oblicze Pana i powiedzieć „nie chcę”, to jednak zachwyt i wszechogarniająca miłość nie są powodem do odtrącenia naszej wolności. Bóg nie ciągnąłby nas na siłę w ostatniej chwili, lecz wyciągałby rękę, którą my moglibyśmy schwycić lub nie.

Można więc powiedzieć, że ta ostatnia chwila nie musiałaby wcale trwać nawet ułamka sekundy. Największa szuja potrącana przez niezauważony samochód też by ją miała. Dla Boga czas bowiem tak naprawdę nie ma znaczenia. Pozostaje jednak pytanie, „czy nawrócenie polega tylko na przeproszeniu Pana Boga i powiedzeniu: chcę”. To rzeczywiście „brzmi bardzo podniośle i pięknie, ale również naiwnie i zadziwiająco nierozsądnie”. Zgadza się, jest to coś w rodzaju patetycznej nadziei na, jednak, apokatastazę, bez względu na to, co poszczególni ludzie robili za życia. Dlatego ja nie jestem wielkim orędownikiem nawrócenia w ostatniej chwili. Sądzę, że potrzeba chociaż spowiedzi, przydałoby się też namaszczenie. Jednak z drugiej strony jest Jezusowa przypowieść o robotnikach.

Albowiem królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: „Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam”. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: „Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie?” Odpowiedzieli mu: „Bo nas nikt nie najął”. Rzekł im: „Idźcie i wy do winnicy!” A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: „Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych!” Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: „Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty”. Na to odrzekł jednemu z nich: „Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi» (Mt 20, 1-16).

W związku z powyższym fragmentem, gdyby liczyć, że ktoś przyszedłby do pracy w ostatniej chwili, dostałby taką samą nagrodę, jak ci, którzy pracowali od początku dnia. O ile oczywiście w ogóle możliwe jest nawrócenie w tej, teoretycznej przecież, ostatniej chwili.

Z trzeciej strony Szatan miał możliwość ciągłego oglądania Boga twarzą w twarz. A jednak podjął decyzję odwrotną, powiedział „nie chcę”. Niezbadane są wyroki Boskie. I wola Bożych stworzeń.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Jeden jest cel mego życia

Sprawa wielokrotnie ujęta już w poprzednich notkach, dziś chciałbym ją wyciągnąć na pierwszy plan. Więc wyciągam. Jedynym celem mojego, ale przecież nie tylko mojego, lecz każdego z Was, życia jest zbawienie. Rzecz nie taka prosta do uświadomienia sobie. Ale prawdziwa. Minęło ponad 20 lat mojego życia (w tym 3 od momentu nawrócenia) zanim sobie to uświadomiłem. A właściwie ktoś mi to uświadomił. Osobą dzięki której to wiem był ojciec franciszkanin do którego wybrałem się na rozmowę wkrótce po moim usunięciu z seminarium. Poskarżyłem się mu wtedy, że zostałem pozbawiony celu, prawdziwego celu mojego życia, którym było kapłaństwo. Czego chciałem dokonać przez ten cel? I tu zastanowienie (zastanowienie, którego nie było wtedy, podczas tamtej rozmowy). Zastanowienie nad tym, co PO dotarciu do kapłaństwa. No właśnie. Po tym fakcie miałbym za zadanie (czyli za cel) pomoc ludziom w powrocie do Boga, w osiągnięciu zbawienia. Czyli kapłaństwo w prostej konkluzji nie było celem samym w sobie.

Tamtego dnia ojciec R. powiedział mi, że jedynym prawdziwym celem naszego życia, do którego wszyscy powinniśmy dążyć, jest zbawienie. I przy głębszym zastanowieniu wiem, że kołatało mi się to już wcześniej w głowie, choćby podczas myślenia o śmierci, której się przecież nie boję. Ale dopiero wtedy zrozumiałem o co w tym wszystkim chodzi. Powiedziano mi, że kapłaństwo, tak jak i małżeństwo, jest tylko środkiem do osiągnięcia celu. I każdy z tych środków możemy wykorzystać zarówno dobrze, jak i źle. To oczywiście nasuwa na myśl przykłady kapłanów którzy swą formację zakończyli na święceniach. Albo małżonków, dla których ślub był ostatnim momentem małżeństwa. Ale są przecież i dobrzy, małżonkowie, dobrzy księża. To ci, którzy dążą do zbawienia. Dla których celem nie był ślub czy sakrament święceń, lecz dla których celem jest osiągnięcie wieczności przy boku Boga.

Jeśli będziemy pamiętać o głównym celu i jeśli zawsze będziemy dążyć do zbawienia, każde nasze postępowanie, każda rzecz którą zrobimy będzie środkiem do tego celu. Nasza praca, życie w rodzinie, przyjaźnie, nauka. Modlitwa i przyjmowanie sakramentów również. Ale przecież nie tylko dla mnie celem jest zbawienie. Jest ono również celem dla Ciebie, dla niego, dla nich wszystkich… Nie wszyscy sobie to uświadamiają, bo i nie tak prosto jest to sobie uświadomić. Dlatego mój cel, choć jeden, jest podwójny. Celem mojego życia jest dążenie do usprawiedliwienia, ale także pomoc w dążeniu do usprawiedliwienia moich bliźnich. Bliźnich, czyli każdego/każdej z Was. Bo pomoc Wam w zbawieniu będzie jednocześnie pomocą w zbawieniu samemu sobie.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 13 Komentarzy

Cierpienie ma sens

Notkę piszę na prośbę Iluvromance. Bo sprawa cierpienia zawsze dotyka nas. Każdego z nas. I często jest tak, że człowiek który wierzy w zbawienie, w miłość i miłosierdzie, ugina swą wiarę pod brzemieniem bólu. Pod naciskiem cierpienia które zjawia się ni stąd ni z owąd i rzeczywiście staje się czymś nie do zniesienia. Czy jednak rzeczywiście rzeczywiście?

W Piśmie Świętym na temat cierpienia odnajdujemy całe mnóstwo różnych fragmentów. Choćby cała Księga Hioba mówi nam o sensie cierpienia niezawinionego. Ale to nie jest odpowiedź na nurtujące każdego pytanie: „Dlaczego ja, on, ona, ci ludzie od tsunami”? Nie najlepsza ze wszystkich. Jak zawsze najlepszą odpowiedź znajdziemy w Ewangelii. „Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje.” (Mt 16, 24) Jezus mówi wyraźnie, bez żadnych domysłów, bez zagadkowości: chcesz iść za Nim, być świętym, być zbawionym – musisz wyrzec się wszystkiego, także siebie samego i cierpliwie znosić swoje udręki. Ten krzyż właśnie.

Pukacie się po głowie. To śmieszne! Jak można być tak okrutnym, by kazać swym uczniom brać krzyż (który wtedy był symbolem najgorszej kaźni i największego upokorzenia) i nieść go przez całe życie? Zapominamy jednak o tym co podane na końcu tego wiersza: „I niech Mnie naśladuje”. Tak! Naśladuje Chrystusa! Bo On nie każe nam robić czegokolwiek czego sam przed nami nie zrobił. Nie każe nam przyjmować na siebie swych cierpień nie pokazując nam wcześniej jak należy to zrobić. Jezus Chrystus, prawdziwie człowiek i przawdziwie Bóg, pokazał nam jedyną możliwą drogę do zbawienia. Drogę pełną cierni i trudności. Drogę wysłaną bólem i cierpieniami. Taką, której nie przejdziemy jeśli nie schylimy głowy i nie poddamy się spotykającym nas udrękom. Ale zaraz, przecież przyjmować na siebie cierpienie nie oznacza chować głowę w piasek (że się zwrócę w stronę jednej z poprzednich moich notek). Naśladować Chrystusa znaczy walczyć o zbawienie dusz, wiedząc że czeka cię przez to wiele cierpienia które będziesz musiał na siebie przyjąć. Na które nie będziesz mógł narzekać. Cierpienia, które czasem będziesz musiał znosić w pojedynkę… Czy w pojedynkę? Nie! Zawsze jest z Tobą Chrystus, który to samo przeszedł przed Tobą.

No dobrze, ale dlaczego do zbawienia nie prowadzi ścieżka usłana różami? Dlaczego na każdym kroku ciernie wbijają się nam w stopy? Wyobraźmy sobie gdyby tak nie było… Gdyby każdy miał w życiu dobrze, gdyby nikt nikomu nie dokuczał. Gdyby wszystko szło z górki… Czy byłoby nudno? Niekoniecznie. Bo i nie w tym rzecz. Z całą pewnością coś takiego jak pokora bardzo szybko by zniknęło. Pokora wobec siebie. Pokora wobec drugiego człowieka. Pokora wobec świata. Wreszcie pokora wobec Boga. Gdyby wszystko było piękne i nieskazitelne, bardzo szybko poczulibyśmy się sami swoimi własnymi bogami. Spójrzmy na historię osób które tak miały. Którym wszystko szło z górki. Nie chcę wskazywać palcami ale minione stulecie miało na koncie przynajmniej kilku takich osobników. Takich, którzy czuli że wszystko idzie po ich myśli. Zwyrodnialców…

Zajrzyjmy na pierwsze strony Pisma Świętego. Historia znana i wyświechtana. Adam i Ewa zjadają jabłko (czy inną brzoskwinię), tym samym popadają w grzech wraz ze swym całym potomstwem i zostają wygnani z raju, popadając w cierpienia. Ale czy musimy na nich patrzyć jak na winnych naszego cierpienia? Z pewnością nie! Wystarczy że spojrzymy na nich jak na siebie. Że spróbujemy zobaczyć siebie w roli któregoś z nich. Nich, którzy mieli wszystko. Którym wszystko szło z górki. I oni właśnie chcieli mieć jeszcze więcej. Pokora, jeśli w ogóle jakaś była, odfrunęła z pierwszym podmuchem wiatru. Zapragnęli być jak Bóg. I skazali się na cierpienia. Właśnie! Bo to nie była Ewa, to nie był Adam. To było każde z nas! Z nas, którzy, gdy mamy za dobrze, odwracamy się przeciwko Bogu. Sami wpędzamy się we własne cierpienia…

Ciekawe jak ja szybko zmieniam temat. Raz jest o zbawieniu przez cierpienie, raz o źródle tego cierpienia. Ale to wszystko łączy się w jedną całość. Bo dzięki cierpieniu które sami na siebie zrzuciliśmy (nie tylko my na siebie, ale i na innych ludzi. Oni na nas zresztą też) potrafimy się uniżyć przed ogromem Boga i zdać się na Jego łaskę. Na łaskę Tego, który sam wyraźnie powiedział i pokazał: bez bólu nie będzie radości. Bez upokorzeń nie będzie wzniosłości. Bez śmierci nie będzie zbawienia. Dlatego cierpienie ma sens…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 20 Komentarzy

Memento mori

Dziś odbył się pogrzeb taty Czipsatej – jednej z qrczaków (chcesz poznać qrczaki – kliknij na podobiznę qrczaka na dole strony) i to wywołało u mnie refleksję nad śmiercią. Padają trzy pytania – Jak śmierć bliskiej osoby przeżywano kiedyś? Jak przeżywa się ją dzisiaj? Czym jest śmierć i o czym powinniśmy w związku z nią pamiętać?

Memento1. Kiedyś śmieć przeżywało się jako przejście. Jeśli nie była nagła i niespodziewana, czuwano przy łóżku umierającego, modlono się z nim, słuchano jego ostatniej woli. Wszyscy czekali aż bliska osoba umrze i nie dlatego, że wreszcie będą mieli spokój, lecz dlatego, że właśnie idzie do Domu Ojca. Jeśli śmierć była nagła i niespodziewana wiedziano, że Bóg zabrał tą osobę tak nagle z jakiegoś powodu, albo po prostu – że chciał ją mieć u siebie. Płakano, to jasne, ale pamiętano, że od tej pory człowiek ten będzie naprawdę szczęśliwy. Wielu ludzi modliło się o śmierć, marzyli bowiem o ujrzeniu Boga twarzą w twarz. Wielu marzyło o męczeństwie za wiarę.

2. Dziś, kiedy na ziemi powoli zaczyna „panować” cywilizacja śmierci, paradoksalnie śmierć stała się tematem tabu. Jeśli mówi się „kiedyś umrę” natychmiast ktoś z twoich bliskich odpowie: „Nawet tak nie mów”. Ludzie żyją chwilą, tym co teraz, tym co przyjemne i przyziemne, a śmierć nie należy do tych rzeczy. Dlatego o śmierci własnej czy kogoś bliskiego boją się nawet myśleć. To przecież skończyłoby ich życie… Śmierć ukazywana jest w horrorach i sensacjach, lecz nie jako odejście i przejście, lecz jako łatwo sprzedawalny towar. Życie, które diametralnie różni się od filmu, w ogóle nie dopuszcza do siebie świadomości śmierci. I dlatego albo starcy umierają w hospicjach bez kogokolwiek przy swoim boku, albo śmierć kogoś bliskiego staje się życiową tragedią, której nikt się nie spodziewał.

schodziznieba3. Jezus Chrystus umarł i zmartwychwstał dla naszego zbawienia. Tym samym ukazał nam, że życie to dopiero początek. Życie nie może, nie powinno być zlepkiem przyjemności które nie dopuszczają do siebie myśli o śmierci, lecz właśnie myśleniem o śmierci na całej rozciągłości – „memento mori”. To może wydawać się dziwne, ale nie jest. Bo śmierć nie jest żadnym końcem, lecz właśnie początkiem. Śmierć jest tym, co zaczyna nasze życie a nie kończy je. Ona z tego świata, na którym trwamy lat kilkanaście czy kilkadziesiąt, przerzuca nas do tego świata, gdzie przez całą wieczność będziemy oglądać oblicze Boga. Dlatego właśnie musimy cały czas myśleć o tym, że nie tylko każdy z naszych najbliższych kiedyś odejdzie, ale że i na nas to przyjdzie. I że nie mamy pojęcia kiedy. Bo to może wydarzyć się w późnej starości, a może jutro, kiedy będziemy przechodzić przez ulicę. Nikt z nas nie wie kiedy przyjdzie Oblubieniec i zaprosi nas na wesele. Dlatego wciąż pamiętając, że to może przyjść w każdej chwili, w każdej chwili musimy być gotowi na odejście do Domu Ojca.

Jasne jest, że śmierć naszych bliskich wywołuje w nas łzy i wspomnienia. Ale nie możemy bać się śmierci, chyba że nie jesteśmy na nią gotowi. Bo śmierć jest tak naprawdę najpiękniejszym momentem naszego życia. Możecie powiedzieć, że „nie wie co gada bo mu nikt bliski nigdy nie umarł”. Macie rację. Nie wiem jak będzie kiedy umrze mi ktoś bliski. Ale modlę się bym przeżył to tak, jak napisałem tutaj. I powiem Wam jeszcze coś – nie boję się własnej śmierci.

Gdybym umarł Jezus żyłby we mnie
Gdybym umarł odpocząłbym
Przyspiesz, przyspiesz moją śmierć
Pragnę umrzeć aby żyć.

W tej chwili mówię Wam „z Bogiem” bo wyjeżdżam na wczasy. Będę z początkiem sierpnia. Obiecuję za Was swoją modlitwę.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 2 Komentarze