Posts Tagged With: Zło

Demoniczne Pokemony

229houndoomWe wrześniu uczestniczyłem w konferencji „W trosce o dobro dziecka, małżeństwa i rodziny” w szkole Animus w Kobyłce. Udało mi się wówczas odsłuchać wykładu pani mgr Małgorzaty Więczkowskiej na temat zagrożeń duchowych w mediach. Pani prelegentka dotknęła kilku wrażliwych tematów, jak na przykład kłopotów z odbiorem trzeciej części filmu o Minionkach, czy problemu związanego z demoniczną bajką Monster High (choć jej powiązania z Hello Kitty nie do końca rozumiem). Dużo czasu poświęciła jednak również tematyce Pokemonów, wskazując na płynące z tego filmu zagrożenia, ale szukając ich w zupełnie dziwnych miejscach. Stwierdziła, że cały problem z zagrożeniami duchowymi zaczął się dwadzieścia lat temu poprzez pojawienie się Pokemonów, i zamyka się klamrą przez Pokemon GO. Przy okazji zaznaczyła jednak jedynie, że franczyza po 20 latach ma się jak najlepiej, biznes się kręci, a ze 150 stworków na początku doszliśmy do ponad 700. By zademonstrować jak bardzo zgubne jest zjawisko Pokemon, pani Więczkowska wyciągnęła kilka tazosów wydobytych dawno temu z paczek chipsów i przedstawiła, jak ewoluowały one, by ujarzmić umysł dziecka. Otóż najpierw były zwyczajne, potem zmieniały wygląd podczas patrzenia pod innym kątem (tzw. Duo Tazo), a w końcu klikały jak kapselki wydając dźwięk (Metal Tazo)! Tak, rzeczywiście – jest to jakaś metoda na zwrócenie uwagi i rozpropagowanie marki. Ale co jest demonicznego w kawałku klikającego kapselka?

Postanowiłem zatem odnieść się do tematu, ponieważ zdaję sobie sprawę, że o Pokemonach da się powiedzieć sporo złych rzeczy, czego z jakichś powodów pani prelegentka postanowiła nie zrobić – skupiając się na czepianiu się strony marketingowej.

  1. Idea walki.
    To, co może się wydawać niepokojące już na pierwszy rzut oka jest to, że trenerzy Pokemon hodują i wychowują stworki głównie po to, by toczyły one między sobą walki. Owszem, przyjaźnią się z nimi, opiekują się nimi i przemierzają świat w ich towarzystwie, ale najczęściej jednak wystawiają je do walki z innymi trenerami. Można usprawiedliwić to tym, że serial animowany powstał na podstawie gry video, a w tych czymś oczywistym jest potrzeba rywalizacji. Czy jednak uczenie dzieci od najmłodszego bycia agresywnym i wykorzystywania swoich „zwierząt” do pojedynków jest konieczne? Dziś można powiedzieć, że bez tego się nie obejdziemy. Pokemon nie jest najbardziej agresywną bajką dla dzieci – w tym temacie zdecydowanie wyprzedza go Ben 10, a nawet filmy z – do niedawna wolnymi od przemocy – klockami Lego. Zatem niewątpliwie warto zaznaczyć, że nacisk na walkę mógłby prowadzić do duchowych zakłóceń.
  2. Niektóre typy stworków.
    Pokemony dzielą się na 18 typów (z czego niektóre kieszonkowe potworki mają po dwa typy). Część z tych typów posiada moce żywiołów (zarówno tych zachodnich: ogień, ziemia, woda, jak i wschodnich: roślina, metal), inne dotykają magii i manipulacji psychiką. Typ „wróżka” na przykład opiera się na działaniach magicznych. Większość Pokemonów-wróżek jest różowa, wygląda dość dziewczęco i posiada zdolność do czarowania. Typ psychiczny natomiast zadaje ciosy hipnotyczne, wprowadza w trans przeciwnika. Najbardziej podejrzanym typem jest jednak tym „ciemność”, w japońskim oryginale nazywający się raczej „zło”. Większość stworków tego typu posiada ciemne zabarwienie i charakteryzuje się, może nie czystym złem, lecz pewną dozą złośliwości i wyrachowania. Należy przy tym wspomnieć na przykład o Pokemonie Houndoom, wyglądem przypominającego coś w rodzaju piekielnego ogara.
  3. Wpływ filmów na psychikę dzieci.
    Nie chciałbym w tym miejscu wspominać o kłopotach z grą Pokemon GO – to, że ludzie giną wpadając pod samochód, bo próbowali złapać Pokemona, to najczęściej wynik ich własnej głupoty. Podobno były też historie osób, które pod wpływem obejrzanego serialu skakały z okien – ale takie opowieści słyszy się również przy okazji mówienia o Króliku Buggsie (bo on wyskoczył i się nie zabił) czy Batmanie. Bywają jednak niepokojące sytuacje, jak ta, która wystąpiła w Japonii po puszczeniu odcinka z Porygonem. Wówczas szybko powtarzająca się sekwencja kolorów czerwonego i niebieskiego doprowadziła do ataku epilepsji u kilkuset widzów jednocześnie. Nie doprowadziło to wprawdzie do głębszych zmian w psychice ofiar, a twórcy serialu nie puścili tego odcinka w dalszy obieg (choć można go obejrzeć w internecie), ale tego typu sytuacje związane z bajką dla dzieci mogą budzić podejrzenia.

Piszę to wszystko jako fan i do pewnego stopnia znawca Pokemonów. Jako dziecko oglądałem serial, zbierałem tazosy, a teraz na bieżąco śledzę pojawiające się nowości (dziś, po wyjściu gier VII generacji, są już oficjalnie 802 Pokemony) i obserwuję na YouTubie kanał człowieka, który postanowił narysować wszystkie Pokemony (i wszystkie ich formy). Piszę to i nie przestrzegam przed niebezpieczeństwem tylko dlatego, że nie uważam, by warto było szukać diabła wszędzie, gdzie się tylko da. Owszem, stworki walczą między sobą, również z pomocą ciosów magicznych, psychicznych i mrocznych, ale wszystko to sprowadza się do jakiegoś typu konwencji zamkniętej w osobnym świecie, i nie musi wpływać bezpośrednio na nas.

Piszę to jednak także by pokazać, że jeśli ktoś włoży trochę pracy, bez problemu będzie w stanie przestrzec innych przed zagrożeniami duchowymi płynącymi z serialu Pokemon. Sprawa wcale nie jest trudna, a argumenty leżą niemal na wierzchu. Dlatego – jeśli chce się udowodnić komuś problem płynący z filmu dla dzieci – warto poszukać czegoś więcej, niż tylko pykających metalicznie kapselków z podobizną 700 postaci.

____________________________________

We wpisie zastosowano oficjalny wizerunek Pokemona Houndoom. Źródło: http://bulbapedia.bulbagarden.net/wiki/.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Lecz mój grzech

Trwa liturgiczny okres Wielkanocy, okres wielkiej radości ze zbawienia, które dokonało się w zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa. I my dziś, ciesząc się z tego dokonanego zbawienia, wspominamy słowa świętego Pawła, który stwierdził, że „jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara” (1 Kor 15,14). Bez zmartwychwstania bowiem działanie Jezusa – Boga wcielonego – kończyłoby się w chwili śmierci. A śmierć jako koniec to nigdy nie jest dobre rozwiązanie. My jednak wiemy, że zmartwychwstanie Jezusa jest faktem. I ten fakt jest podstawą naszej wiary w wieczne życie u Jego boku.

wielki-post2-300x226Bez śmierci nie ma zmartwychwstania

Pamiętać jednak należy także o tym, że nie byłoby zmartwychwstania, gdyby nie wcześniejsza śmierć. Gdyby nie to, że Jezus – mimo błagań kierowanych ku Ojcu – wspiął się na Golgotę i tam oddał ducha na dłonie Ojca Niebieskiego. Nie byłoby zmartwychwstania, gdyby nie przytłaczający smutek i niepewność soboty, kiedy to uczniowie Jezusa pozostawali w rozproszeniu, bo przecież „nie tak to miało wyglądać”. Cofając się dalej w czasie zwrócimy uwagę na fakt, że Syn Boży – od zawsze istniejący w Postaci Bożej – nie musiałby w ogóle stawać się człowiekiem, gdyby nie to, że człowiek zgrzeszył, rezygnując ze słuchania Boga. Nie należy mieć wątpliwości, że Bóg – cokolwiek kiedykolwiek by nie powiedział – troszczy się o człowieka, jak ten Dobry Pasterz o swoje owce. Owszem, owce podążając za pasterzem rezygnują z części swej wolności (zwłaszcza tej rozumianej jako pełna swoboda), ale czynią to, ponieważ bez tej rezygnacji nie mogłyby przeżyć. To pasterz osłania je przed wilkami, on swoim ciałem broni ich, a gdy idą na zatracenie, czasem brutalnie je napomina. Jeśli jedna ze stada stu owiec odejdzie i zagubi się, pasterz wyrusza by ją odnaleźć i dołączyć do stada. Może się wydawać, że to ograniczenie wolności owcy, z tym że żadna owca nie stanie się super-owcą, która poradzi sobie w trudnej sytuacji bez pomocy pasterza. Tak też miała się sprawa z pierwszymi ludźmi, którzy, dając się skusić perspektywą nieograniczonej wolności, zbuntowali się przeciw Bogu i sami siebie skazali na tułaczkę w cierpieniu, a ostatecznie śmierć. Gdyby więc człowiek nie zgrzeszył i nie umarł, Syn Boży nie umarłby także, a w ostateczności nie musiałby zmartwychwstawać.

Zaprzyj się razem z Piotrem

„To nie byłem ja!” – starają się krzyczeć ostatnio liczni członkowie Kościoła, zwłaszcza ci, którym naopowiadano o Bożym miłosierdziu, o radości płynącej z wiary i o Dobrej Nowinie, ale przy jednoczesnej negacji smutnych konsekwencji grzechu. Jakże to? Ja miałem być tym, który przybił Chrystusa do krzyża? Nigdy w życiu! Podobny tekst, zaprzeczający ludzkiemu udziałowi w męce i śmierci Jezusa, został mi polecony na moim niedawno założonym profilu facebookowym (wpis można znaleźć TUTAJ). Autor notki blogowej wyraża swoje, od dawna mu towarzyszące, oburzenie wynikające z tego, że księża z ambony usiłują mu zaimplikować poczucie winy za śmierć Jezusa. Przeszkadza mu wmawiane od dawna, przekazywane za pomocą znanej pieśni młodzieżowej przesłanie: „To nie gwoździe Cię przybiły, lecz mój grzech”. Autor tekstu, tak jak wielu podobnych jemu, jest przekonany, że skoro Bóg nas kocha, jest dla nas miłosierny, zbawia i daje radość, a w efekcie perspektywę wiecznego, szczęśliwego życia, to nie może jednocześnie obarczać nas poczuciem winy za własną śmierć. Bóg miłosierny i kochający nie może jednocześnie być mściwy i gniewny. Prawdopodobnie autor wpisu ma rację, ale nie zauważa istotnej różnicy między mściwym, złośliwym pseudo-bóstwem, a naszym własnym poczuciem winy. Tym, co w człowieku naturalne – spowodowanym grzechem wyrzutem sumienia. Człowiek słusznie próbuje negować przypuszczenia, że Bóg pragnie go wyniszczyć poczuciem winy. Przypuszczenia te jednak wynikają z próby zrzucenia winy za nasze samopoczucie na Boga (a Bóg tak nie robi, więc wszystko jest okej), gdy tymczasem wina leży po naszej stronie.

Ja zgrzeszyłem, ale Bóg mnie kochamojgrzech

W tym samym rozdziale, w którym święty Paweł pisze o wpływie zmartwychwstania na naszą wiarę, zaznacza on także, że bez grzechu nie byłoby śmierci, nie byłoby też zmartwychwstania. „Ponieważ bowiem przez człowieka [przyszła] śmierć, przez człowieka też [dokona się] zmartwychwstanie. I jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni” (1 Kor 15,21-22) – podkreśla Apostoł, by pokazać, że przez Adama i jego grzech na świat przyszła śmierć. W innym liście jeszcze bardziej wytłuszcza wpływ grzechu na konieczność zbawienia: „Dlatego też jak przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć, i w ten sposób śmierć przeszła na wszystkich ludzi, ponieważ wszyscy zgrzeszyli…” (Rz 5,12), tak przez jednego człowieka Jezusa Chrystusa przychodzi zbawienie. Mój grzech, grzech każdego człowieka, każdy z naszych grzechów to śmierć. Moja śmierć, śmierć drugiego człowieka, śmierć każdego z nas. W ostateczności wszystkie te grzechy prowadzą nas w jedno miejsce – pod krzyż Jezusa Chrystusa na Golgocie. Tam, gdzie On wziął na siebie wszystkie nasze grzechy i oddając je Ojcu zmarł. Tak, można powiedzieć, że Chrystusa zabił mój grzech. Gdybym nie zgrzeszył tak, jak w Adamie wszyscy grzeszymy, Syn Boży nie musiałby miażdżyć głowy wężowi – jak zapowiedział to Bóg w początkach dziejów grzechu. Moje grzechy, każdy z osobna, są gwoździami wbijanymi w ręce i stopy Zbawiciela. Nie mam co do tego wątpliwości, bo właśnie po to On umarł, żeby razem z Nim umarły nasze grzechy. Te, które już popełniliśmy, które popełniamy w tej chwili i te, które jeszcze przed nami. Nie chodzi tu jednak o Bożą próbę wskazania nas jako winowajców. Nie chodzi o wpędzenie nas w problemy psychiczne związane z przerostem wyrzutów sumienia. Bóg nie jest kłującym nas w bok mścicielem, nie jest ościeniem w naszym sercu. Ościeniem są nasze nałogi, nasze złe przyzwyczajenia, nasze grzechy. Bóg zaś widząc, że zgrzeszyliśmy, wiedział też, że potrzebujemy wybawienia z tego grzechu. Dlatego dał swojego Syna, który z miłości do nas wziął na siebie nasze grzechy i z nimi umarł. A potem zmartwychwstał, pokonując grzech, śmierć i szatana. Bóg nas kocha. I miłosiernie wybacza każdy nasz grzech. A sumienie zaszczepił w nas, żebyśmy sami wiedzieli, co możemy robić, a czego robić nie powinniśmy. I to nie On stara się na nas zwalić winę. Nie Kościół próbuje nas w poczucie winy wpędzić, i nie robią tego księża z ambony. To my sami widzimy zło, które czynimy zamiast pożądanego dobra. To nasz grzech i nasze sumienie. I nasze poczucie winy.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:

1. Śmierć Jezusa, za: http://www.odnowa.org/?p=928

2. To nie gwoździe Cię przybiły, za: http://demotywatory.pl/4324196/To-nie-gwozdzie-Cie-przybily-lecz-moj-grzech

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 3 komentarze

Nie ma złych wilków

Ciamajda pewnego dnia przyszedł do mnie z workiem pytań (chyba już o tym wspominałem), na jedno z których udało mi się dotychczas odpowiedzieć. Pozostało ich jeszcze kilka, naprawdę ciekawych, na które również znajduję odpowiedź w swojej zteologizowanej głowie. Pytanie numer dwa zadane przez Ciamajdę brzmiało: „Czy wolno powiedzieć o drugim człowieku, że jest zły, jeśli czyni zło? Oczywiście nie po to żeby go przekreślić, ale raczej by nim wstrząsnąć. Jeśli można to czy również publicznie? A jeśli np. uważam że sam jestem zły (a tak właśnie uważam), to czy mogę mieć o sobie takie zdanie i dzielić się nim z kimś innym nie popełniając grzechu? Albo czy mogę liczyć na drugiego człowieka aby mi powiedział że jestem zły?” Na to pytanie pokrótce odpowiedziała już moja żona, trafnie zresztą, jednak i ja zdecydowałem się głębiej przeanalizować temat.

Kiedy przeczytałem ten komentarz Ciamajdy przypomniała mi się krótka „bajeczka” Bruno Ferrero, którą czytałem moim wychowanicom swego czasu na koloniach, a która szczególnie zapadła mi w pamięć. Ponieważ nie jest ona zbyt długa, przytoczę ją w całości:

Bajka o złym wilku

Adaś (trzy lata):
– Opowiedz mi bajkę o złym wilku.
Kasia (dziesięć lat):
– Ależ nie ma złych wilków, są tylko wilki nieszczęśliwe.

Nie ma złych ludzi…

Oczywiście, sprowadzenie ludzkości do myślenia dziesięciolatki, na podstawie którego należałoby stwierdzić, że człowiek niedobry jest po prostu nieszczęśliwy, nieco spłyca problem. Ale sama idea jest prawidłowa. Ludzie nie są źli. Ktoś, kto czyni zło, nie jest zły – jedynie czyni zło. Wynika to z prostej sprawy: wszystko, co Bóg stworzył, było dobre. Oczywiście, najpierw upadli aniołowie, następnie zaś ludzie, wprowadzili zło w świat. Ale stworzenie Boże, nawet po upadku, nie przestało być dobre. I żaden człowiek, który upada, nie staje się złym. Bo stworzenie jest dobre z natury. I nikogo nie wolno nam nazwać złym – ani po to, by go przekreślić, ani po to, by nim wstrząsnąć.

Istnieje wiele teorii zła. Jedni uważają, że zło realne istnieje. Wg nich np. diabeł jest złem realnym. Ja jednak, obok stwierdzenia „Nie ma złych wilków” i „Nie ma złych ludzi” posunąłbym się do przewrotnego stwierdzenia „Nie ma złych diabłów”. Gdy dziś ksiądz zapytał na kazaniu: czy diabeł jest zły? moja odpowiedź (w duchu) brzmiała „nie”. Nie dlatego, że nie jest zagrożeniem realnym dla nas. Nie dlatego, że piekło jest wieczną imprezą, a diabeł to przystojny facet z rogami i ogonkiem. Wyłącznie dlatego, że Bóg nie stworzył zła, a wszystko, co realnie istnieje jest stworzeniem Bożym. A więc – zło nie istnieje.

Czym zatem jest zło? Można by powiedzieć „Zło jest dziurą w całym”. Czy, jak mówił Augustyn, zło jest brakiem dobra. Można to wytłumaczyć na prostym przykładzie. Mamy spodnie. Upadliśmy i teraz mamy dziurę na kolanie. Dziura jest czymś, co widzimy, a więc jest realna. Jednak zróbmy tak, że weźmiemy nożyczki i potniemy spodnie, żeby została sama dziura. Nie da się. Nawet jeśli wytniemy tak, żeby pozostał tylko wąski pasek materiału, w stosunku do którego dziura będzie wielokrotnie większa, to nadal pozostanie ona dziurą w całym. A gdy przetniemy pasek w jednym miejscu, dziury już nie będzie – materiał będzie całością. Tak więc na tym przykładzie można odkryć, że właściwe zło samo w sobie nie ma istnienia – jest oparte na realnym dobru. Diabeł (Szatan), gdyby był po prostu zły, musiałby w związku z tym przestać istnieć. Człowiek „zły” również by nie istniał.

Tak więc, jak widać – nie ma realnego zła, jest jedynie zło utkwione w dobru. Diabeł jest zły tylko pozornie (choć zagrożenie od niego płynące jest niewątpliwie realne), ponieważ jego złe czyny i pokusy oparte są na dobru Bożego stworzenia, a także na tym, co diabłu wydaje się dobre. Diabeł chciał rządzić światem sam, poza zwierzchnością Boga. Nie pragnął rządzić źle. Chciał być dobrym władcą, ale dobrym w inny niż Bóg sposób. Chyba nie zdawał sobie sprawy, że nie da się być dobrym inaczej, niż Bóg.

I nie ma złych ludzi. Są tylko złe czyny i zachowania, które wynikają z dobrych pobudek. Stąd też nie wolno nam sądzić ludzi („Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”), ale mamy wręcz obowiązek osądzać i oceniać ich złe czyny, czasem nawet publicznie. Nie mamy zaś prawa stwierdzać, prywatnie czy publicznie, że ktoś jest złym człowiekiem. Czy o sobie możemy tak mówić, czy mielibyśmy grzech? Ja bym tego nie podciągał pod pojęcie grzechu (chyba, że przeciw 7 [poprawka: 8] przykazaniu: „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”), ale z pewnością nie mówilibyśmy prawdy. Czyniąc zło, nawet naprawdę wielkie zło, nie stajemy się złymi ludźmi. Mamy w sobie, owszem, duże braki które sprawiają, że wyglądamy lub wydajemy się sobie źli. Jednak nie jest to prawda, ponieważ zawsze możemy te braki uzupełnić godziwym dobrem.

Czy możemy liczyć na kogoś, że powie nam, że jesteśmy źli? Nie. Możemy liczyć, że dla własnego dobra nigdy nam tego nie powie.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 5 komentarzy

Jedno, dwa ustępstwa wobec zła

Daleki-bliski znajomy był wiernym, praktykującym katolikiem. Wszystkie stopnie oazy, podpisanie krucjaty, wielka waga przywiązywana do wiary, do zasad katolickich. Niestety, miał ze sobą problemy na kilku płaszczyznach. Ale nie przesadzajmy, wszyscy mają problemy. Nie zawsze jesteśmy w stanie sobie poradzić tak ot z grzesznymi przyzwyczajeniami. Tak czy inaczej te właśnie problemy doprowadziły znajomego, moderatora oazowego i głęboko uduchowionego człowieka, przed ołtarz. To znaczy najpierw doprowadziły do zapłodnienia, a w jego wyniku doprowadziły przed ołtarz.

Problemy znajomego były powszechnie znane i z nim dyskutowane. Jednak znajomy nie pozwalał sobie słowa powiedzieć, wszak ilekroć upadał, tylekroć powstawał i to mu się chwali. Mówiliśmy, błagaliśmy, trzymaj rączki przy sobie, ale znajomy swoje dobrze wiedział, no i odczepcie się od moich rączek. To się dorobił. Oczywiście podjął wielką odpowiedzialność, zdecydował poświęcić swe życie sprawie ojcostwa i mężostwa, wszak tak właśnie robi wierzący w Boga, zaangażowany katolik (nie dość wspomnieć, że jeszcze chwilę wcześniej zdawał się potępiać moją decyzję o ślubie po tak krótkim okresie znajomości; ale przecież dziecko w drodze usprawiedliwia wszystko). No i poświęcił, ślub wziął, wesele alkoholowe zrobił, bo nie potrafił niestety wykazać wyższości swej krucjaty nad polską „musi być” tradycją. Dziecko się urodziło, kontakt się osłabił, wieści z tamtej strony przestały zbyt często przychodzić. Oczywiście nadal wiedzieliśmy, że państwo młodzi mają bardzo poważne podejście do wiary i do nauczania Kościoła i że Bóg jest najważniejszy.

Tym większym szokiem było dla nas to, że owi państwo, po urodzeniu maleństwa, zdecydowali się na korzystanie z antykoncepcji mechanicznej. Źródło niezwykle wiarygodne – pewna sieciowa notatka samej panny młodej. Jak ujęła to w owej notatce: od urodzenia korzystają z gumek połączonych z NPR i póki co przynosi rezultaty pozytywne. Dodam, dla ścisłości, że jeszcze parę lat temu znajomy był absolutnie przekonany, że żadnej antykoncepcji, choćby się skichał…

Prawdopodobnie państwo nadal mają się za katolickich wiernych, nadal chodzą do kościoła i przyjmują Pana Jezusa, choć do niedawna wiedzieli, że tym samym dopuszczaliby się świętokradztwa. Tego wszystkiego jednak nie jestem pewien. Tak jak tego, że prędzej czy później w ich związku pojawi się ktoś trzeci. Ale przypuszczam…

I jak tu wychować potomstwo po katolicku…?

Inna znajoma skończyła teologię i stanowiła dla mnie autorytet niepodważalny. Silnie argumentowała przeciwko mieszkaniu ze sobą przed ślubem. Aż do momentu, gdy postanowiła zamieszkać z żonatym mężczyzną (który stara się o stwierdzenie nieważności małżeństwa). Już dziś są zaręczeni, a co tam się dzieje, tego nie wiem…

Czy ktokolwiek z nas może powiedzieć, że z nim nie jest podobnie? Że i on nigdy, dla „większego dobra” nie odstawia Boga na bok, by dać sobie pozwolenie na łatwiejsze życie? Sądzę, że każdy coś takiego kiedyś przeżył. I ja pamiętam, jak w sobotę szedłem na imprezę podrywać dziewczyny, a w niedzielę do kościoła, do Komunii, ale niekoniecznie do spowiedzi. Skończyło się na zaproszeniu pewnej dziewczyny na randkę, pierwszą dodajmy, na której doszło do namiętnego pocałunku. Do niczego więcej – dzięki Bogu. Dopadły mnie wówczas wyrzuty sumienia i wreszcie poszedłem do konfesjonału. Tej dziewczyny nigdy więcej nie spotkałem. Za to kilka dni później po raz pierwszy umówiłem się z Inką, w której widać było działanie Boga. Razem tego Boga odnaleźliśmy, a nieco ponad rok później byliśmy już małżeństwem.

Bo naprawdę nie chodzi o to, żeby się nie potykać. Żeby nigdy nie błądzić, nie gubić drogi. Chodzi o to, żeby nie słuchać świata, tylko sumienia. Więcej jeszcze – jeśli sumienie podpowiada nam inną drogę, niż nauka Boża, to chodzi o to, żeby dostosowywać swoje życie do Bożej nauki. „Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu miłe i co doskonałe” (Rz 12, 2). My, ludzie mądrzy, inteligentni, wolni, mamy za zadanie przemieniać swój umysł, swoje sumienie tak, by były zgodne z Bożym objawieniem. A nie udawać wspaniałego, najmądrzejszego na świecie katolika, który używa prezerwatyw i leków homeopatycznych, śmiejąc się publicznie, że w tym podobno siedzi szatan, więc zostanie się ekskomunikowanym.

I mogę zabrzmieć butnie i wyniośle, ale powiem: mnie się udało. Raz, może drugi i trzeci. Ale pokonałem swoje głupie myślenie i włączyłem się w ścieżkę Bożego objawienia. Nie udaję dobrego katolika. Wiem, że do perfekcji mi jeszcze daleko, ale obelgi skierowane w stronę mnie i mojej żony, takie jak „święta rodzina” czy „nadludzie” traktuję jak komplement. Bo właśnie Bóg powiedział mi: to jest dobre, ale to złe. A ja powiedziałem: dobrze, Panie Boże. I nie wiem, czy będę zawsze wybierał dobrą drogę. Czy nigdy nie zagłębię się w grzech tak bardzo, że zacznę go odczytywać jako dobro, a Kościół jako zacofany. Ale dziś jestem spokojny. Poznaję wolę Bożą co do mnie i staram się żyć zgodnie z nią. A naukę Kościoła staram się zrozumieć, zamiast odrzucać jako przestarzałą. Czy może raczej jako niewygodną…?

Ustąpmy raz, dajmy się złamać drugi, a potem pójdzie już całą lawiną. Nie zatrzymamy jej. Nadal będziemy mieli się za sprawiedliwych, udając że wszystko jest w porządku. Przyjmując Jezusa Chrystusa w Eucharystii, jak gdyby nigdy nic. Albo rezygnując z tego, dla jakiegoś wyższego dobra. Czyli dla własnego niepohamowanego egoizmu…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 7 komentarzy