Posts Tagged With: Zmartwychwstanie

Lecz mój grzech

Trwa liturgiczny okres Wielkanocy, okres wielkiej radości ze zbawienia, które dokonało się w zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa. I my dziś, ciesząc się z tego dokonanego zbawienia, wspominamy słowa świętego Pawła, który stwierdził, że „jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara” (1 Kor 15,14). Bez zmartwychwstania bowiem działanie Jezusa – Boga wcielonego – kończyłoby się w chwili śmierci. A śmierć jako koniec to nigdy nie jest dobre rozwiązanie. My jednak wiemy, że zmartwychwstanie Jezusa jest faktem. I ten fakt jest podstawą naszej wiary w wieczne życie u Jego boku.

wielki-post2-300x226Bez śmierci nie ma zmartwychwstania

Pamiętać jednak należy także o tym, że nie byłoby zmartwychwstania, gdyby nie wcześniejsza śmierć. Gdyby nie to, że Jezus – mimo błagań kierowanych ku Ojcu – wspiął się na Golgotę i tam oddał ducha na dłonie Ojca Niebieskiego. Nie byłoby zmartwychwstania, gdyby nie przytłaczający smutek i niepewność soboty, kiedy to uczniowie Jezusa pozostawali w rozproszeniu, bo przecież „nie tak to miało wyglądać”. Cofając się dalej w czasie zwrócimy uwagę na fakt, że Syn Boży – od zawsze istniejący w Postaci Bożej – nie musiałby w ogóle stawać się człowiekiem, gdyby nie to, że człowiek zgrzeszył, rezygnując ze słuchania Boga. Nie należy mieć wątpliwości, że Bóg – cokolwiek kiedykolwiek by nie powiedział – troszczy się o człowieka, jak ten Dobry Pasterz o swoje owce. Owszem, owce podążając za pasterzem rezygnują z części swej wolności (zwłaszcza tej rozumianej jako pełna swoboda), ale czynią to, ponieważ bez tej rezygnacji nie mogłyby przeżyć. To pasterz osłania je przed wilkami, on swoim ciałem broni ich, a gdy idą na zatracenie, czasem brutalnie je napomina. Jeśli jedna ze stada stu owiec odejdzie i zagubi się, pasterz wyrusza by ją odnaleźć i dołączyć do stada. Może się wydawać, że to ograniczenie wolności owcy, z tym że żadna owca nie stanie się super-owcą, która poradzi sobie w trudnej sytuacji bez pomocy pasterza. Tak też miała się sprawa z pierwszymi ludźmi, którzy, dając się skusić perspektywą nieograniczonej wolności, zbuntowali się przeciw Bogu i sami siebie skazali na tułaczkę w cierpieniu, a ostatecznie śmierć. Gdyby więc człowiek nie zgrzeszył i nie umarł, Syn Boży nie umarłby także, a w ostateczności nie musiałby zmartwychwstawać.

Zaprzyj się razem z Piotrem

„To nie byłem ja!” – starają się krzyczeć ostatnio liczni członkowie Kościoła, zwłaszcza ci, którym naopowiadano o Bożym miłosierdziu, o radości płynącej z wiary i o Dobrej Nowinie, ale przy jednoczesnej negacji smutnych konsekwencji grzechu. Jakże to? Ja miałem być tym, który przybił Chrystusa do krzyża? Nigdy w życiu! Podobny tekst, zaprzeczający ludzkiemu udziałowi w męce i śmierci Jezusa, został mi polecony na moim niedawno założonym profilu facebookowym (wpis można znaleźć TUTAJ). Autor notki blogowej wyraża swoje, od dawna mu towarzyszące, oburzenie wynikające z tego, że księża z ambony usiłują mu zaimplikować poczucie winy za śmierć Jezusa. Przeszkadza mu wmawiane od dawna, przekazywane za pomocą znanej pieśni młodzieżowej przesłanie: „To nie gwoździe Cię przybiły, lecz mój grzech”. Autor tekstu, tak jak wielu podobnych jemu, jest przekonany, że skoro Bóg nas kocha, jest dla nas miłosierny, zbawia i daje radość, a w efekcie perspektywę wiecznego, szczęśliwego życia, to nie może jednocześnie obarczać nas poczuciem winy za własną śmierć. Bóg miłosierny i kochający nie może jednocześnie być mściwy i gniewny. Prawdopodobnie autor wpisu ma rację, ale nie zauważa istotnej różnicy między mściwym, złośliwym pseudo-bóstwem, a naszym własnym poczuciem winy. Tym, co w człowieku naturalne – spowodowanym grzechem wyrzutem sumienia. Człowiek słusznie próbuje negować przypuszczenia, że Bóg pragnie go wyniszczyć poczuciem winy. Przypuszczenia te jednak wynikają z próby zrzucenia winy za nasze samopoczucie na Boga (a Bóg tak nie robi, więc wszystko jest okej), gdy tymczasem wina leży po naszej stronie.

Ja zgrzeszyłem, ale Bóg mnie kochamojgrzech

W tym samym rozdziale, w którym święty Paweł pisze o wpływie zmartwychwstania na naszą wiarę, zaznacza on także, że bez grzechu nie byłoby śmierci, nie byłoby też zmartwychwstania. „Ponieważ bowiem przez człowieka [przyszła] śmierć, przez człowieka też [dokona się] zmartwychwstanie. I jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni” (1 Kor 15,21-22) – podkreśla Apostoł, by pokazać, że przez Adama i jego grzech na świat przyszła śmierć. W innym liście jeszcze bardziej wytłuszcza wpływ grzechu na konieczność zbawienia: „Dlatego też jak przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć, i w ten sposób śmierć przeszła na wszystkich ludzi, ponieważ wszyscy zgrzeszyli…” (Rz 5,12), tak przez jednego człowieka Jezusa Chrystusa przychodzi zbawienie. Mój grzech, grzech każdego człowieka, każdy z naszych grzechów to śmierć. Moja śmierć, śmierć drugiego człowieka, śmierć każdego z nas. W ostateczności wszystkie te grzechy prowadzą nas w jedno miejsce – pod krzyż Jezusa Chrystusa na Golgocie. Tam, gdzie On wziął na siebie wszystkie nasze grzechy i oddając je Ojcu zmarł. Tak, można powiedzieć, że Chrystusa zabił mój grzech. Gdybym nie zgrzeszył tak, jak w Adamie wszyscy grzeszymy, Syn Boży nie musiałby miażdżyć głowy wężowi – jak zapowiedział to Bóg w początkach dziejów grzechu. Moje grzechy, każdy z osobna, są gwoździami wbijanymi w ręce i stopy Zbawiciela. Nie mam co do tego wątpliwości, bo właśnie po to On umarł, żeby razem z Nim umarły nasze grzechy. Te, które już popełniliśmy, które popełniamy w tej chwili i te, które jeszcze przed nami. Nie chodzi tu jednak o Bożą próbę wskazania nas jako winowajców. Nie chodzi o wpędzenie nas w problemy psychiczne związane z przerostem wyrzutów sumienia. Bóg nie jest kłującym nas w bok mścicielem, nie jest ościeniem w naszym sercu. Ościeniem są nasze nałogi, nasze złe przyzwyczajenia, nasze grzechy. Bóg zaś widząc, że zgrzeszyliśmy, wiedział też, że potrzebujemy wybawienia z tego grzechu. Dlatego dał swojego Syna, który z miłości do nas wziął na siebie nasze grzechy i z nimi umarł. A potem zmartwychwstał, pokonując grzech, śmierć i szatana. Bóg nas kocha. I miłosiernie wybacza każdy nasz grzech. A sumienie zaszczepił w nas, żebyśmy sami wiedzieli, co możemy robić, a czego robić nie powinniśmy. I to nie On stara się na nas zwalić winę. Nie Kościół próbuje nas w poczucie winy wpędzić, i nie robią tego księża z ambony. To my sami widzimy zło, które czynimy zamiast pożądanego dobra. To nasz grzech i nasze sumienie. I nasze poczucie winy.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:

1. Śmierć Jezusa, za: http://www.odnowa.org/?p=928

2. To nie gwoździe Cię przybiły, za: http://demotywatory.pl/4324196/To-nie-gwozdzie-Cie-przybily-lecz-moj-grzech

Reklamy
Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Śmierć są to panny mądre i głupie

Miałem niedawno kilka myśli związanych ze śmiercią. Czym właściwie jest śmierć, dlaczego tak nas przeraża, jest dla nas taka trudna? Może przede wszystkim dlatego, że zgodnie z Bożym objawieniem ludzie na początku nie powinni byli umierać. Człowiek, jak mnie uczono, miał możliwość nieumierania – a nie niemożliwość umierania. Gdyby ta druga opcja wchodziła w rachubę, żaden grzech nie pociągnąłby go ku śmierci. W pierwszym przypadku jednak wybierając nieposłuszeństwo, człowiek wybrał śmierć dla siebie. Drugim powodem, dla którego boimy się śmierci jest fakt utraty kogoś bliskiego. Pożegnanie z nim na dłużej, niż tylko na kilka godzin. Tak naprawdę na zawsze – to jest do końca naszego własnego życia. I trzeci powód to fakt, że nigdy tak do końca nie jesteśmy gotowi na własną śmierć. Ktoś mi niedawno powiedział, że nigdy nie jest dobry czas na umieranie.

„Wtedy z królestwem niebieskim będzie podobnie jak z dziesięcioma pannami, które wzięły lampy i wyszły naprzeciw pana młodego. Pięć z nich było głupich, a pięć mądrych. Głupie wziąwszy lampy nie zabrały z sobą oliwy. A mądre wzięły razem z lampami naczynia z oliwą. Kiedy pan młody się spóźniał, ogarnęła je senność i wszystkie zasnęły. O północy rozległo się wołanie: – Pan młody nadchodzi, wyjdźcie mu naprzeciw. Wtedy wszystkie panny zerwały się ze snu i przygotowały lampy. A głupie powiedziały do mądrych: – Dajcie nam trochę waszej oliwy, bo lampy nasze gasną. Lecz mądre odpowiedziały: – O nie! Nie wystarczyłoby dla was i dla nas. Idźcie raczej do sprzedawców i kupcie sobie. A kiedy tamte poszły kupować, nadszedł pan młody i te, które były gotowe, weszły razem z nim na wesele. I zamknięto drzwi. W końcu przychodzą i pozostałe panny, mówiąc: Panie, panie, otwórz nam! – On zaś odpowiedział: Zaprawdę powiadam wam: Nie znam was. Czuwajcie zatem, bo nie znacie dnia ani godziny” (Mt 25,1-13).

Moment przyjścia pana młodego to tak naprawdę koniec świata. Wejdziesz albo nie wejdziesz – bo albo się przygotowałeś, albo nie. Ktoś mi powiedział, że nigdy nie jest dobry czas na umieranie. A ja powiadam odwrotnie – na umieranie zawsze jest dobry czas. Tylko i wyłącznie dlatego, że nigdy nie wiemy kiedy Pan Bóg po nas przyjdzie. Nie znamy dnia ani godziny – o tym sam Mesjasz nam powiedział. Nie znamy dnia ani godziny, zatem musimy nieustannie czuwać. Musimy zaopatrzyć się w lampy i w oliwę do lamp, bo kiedy przyjdzie czas, nie będzie od kogo pożyczyć.

„Mówię [wam], bracia, czas jest krótki. Trzeba więc, aby ci, którzy mają żony, tak żyli, jakby byli nieżonaci, a ci, którzy płaczą, tak jakby nie płakali, ci zaś, którzy się radują, tak jakby się nie radowali; ci zaś, którzy nabywają, jak gdyby nie posiadali; ci, którzy używają tego świata, tak jakby z niego nie korzystali. Przemija bowiem postać tego świata” (1 Kor 7,29-31).

Te słowa zapisał św. Paweł, mający czasem dość kontrowersyjne myślenie. Pisząc pierwszy list do Koryntian wierzył jeszcze prawdopodobnie w szybkie przyjście Chrystusa, tj. w zakończenie się czasu i powrót Jezusa z nieba na ziemię. Później zmienił nieco nauczanie, kiedy zorientował się, że Jezus jednak nie przyszedł. Ale dziś jego nauka jest wciąż ważna, jeśli zrozumiemy, że Jezus po każdego z nas przychodzi wówczas, gdy my umieramy. Śmierć to jest nasz mały koniec świata. Być może właśnie jedyny prawdziwy koniec świata, jaki istnieje. Dlatego musimy żyć tak, jakby w każdym momencie mogła przyjść na nas śmierć.

Śmierć była elementem konsekwencji, jakie spłynęły na nas w efekcie grzechu. Była jakby karą, nie wiadomo było, czy coś jest po śmierci. Ale przyszedł Jezus i naprawił śmierć. Sprawił, że coś, co dotąd nas wykańczało, teraz jest otwartą bramą do dalszej, lepszej drogi. Pytaniem tylko pozostaje, czy nie jesteśmy za bardzo przywiązani do naszego tu i teraz, żeby otworzyć się na światło bijące z wnętrza sali weselnej, z wnętrza Królestwa Bożego.

Wszyscy umierają i każdy kiedyś umrze. Śmierć nie jest końcem życia, lecz drzwiami, przez które można przejść na drugą stronę. Odchodząc zostawiamy bliskich, ale możemy mieć nadzieję, że oni do nas wkrótce dołączą. Do miejsca, w którym zawsze króluje pokój, w którym można oglądać Boga twarzą w twarz.

Pytanie tylko, czy na koniec, kiedy nadejdzie dzień i godzina, będziemy czekać, jak mądre panny, z lampkami płonącymi w dłoniach, czy jak głupie – gdzieś na targu kupować oliwę i spóźnimy się na zamknięcie drzwi. Jezus nam powiedział, co należy robić. Powtórzył to innymi słowy święty Paweł. A wiele, wiele lat wcześniej Bóg przemówił do Izraela:

„Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię, kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo, miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu, lgnąc do Niego; bo tu jest twoje życie i długie trwanie twego pobytu na ziemi, którą Pan poprzysiągł dać przodkom twoim: Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi” (Pwt 30,19-20).

A Bóg zawsze dotrzymuje obietnicy.

Pomysł na notkę powstał tydzień temu, gdy zmarł mój dziadek. Zastanawiałem się wówczas, czy znalazł się po stronie panien mądrych, czy głupich. Przyszło mi do głowy, że nasze trzecie dziecko nigdy nie pozna pradziadka…

Dziś już wiem, że również nasze trzecie dziecko Pan powołał do siebie. Śmierć nastąpiła kilka tygodni temu, dowiedzieliśmy się dopiero wczoraj. Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny! Po każdego kiedyś Pan Zbawiciel przyjdzie.

On właśnie zmienił śmierć w życie. Bo po życiu następuje zmartwychwstanie. Wybierajcie więc życie.

Zacznij od Zmartwychwstania
od pustego grobu
od Matki Boskiej Radosnej
wtedy nawet krzyż ucieszy
jak perkoz dwuczuby na wiosnę
anioł sam wytłumaczy jak trzeba
choć doktoratu z teologii nie ma
grzech ciężki staje się lekki
gdy się jak świntuch rozpłacze
– nie róbcie beksy ze mnie
mówi Matka Boska
to kiedyś
teraz inaczej
zacznij od pustego grobu
od słońca
ewangelie czyta się jak hebrajskie litery
od końca

Ksiądz Jan Twardowski

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy

Wigilia Paschalna, a nie Rezurekcje!

Wielkanoc jest najważniejszym świętem chrześcijaństwa, choć najstarsi górale mogliby powiedzieć, że chodzi jednak o Boże Narodzenie. Jednak to nie Boże Narodzenie obchodzi się w Kościele praktycznie od zawsze i to nie narodziny Jezusa są bezpośrednią przyczyną naszego zbawienia, lecz właśnie Jego śmierć i zmartwychwstanie. Świętując Boże Narodzenie radujemy się ze zstąpienia Słowa Bożego na Ziemię, jednak to świętując Wielkanoc płaczemy nad śmiercią Słowa w znaczeniu ludzkim i przeżywamy zmartwychwstanie i wybawienie dusz, które są bezpośrednimi celami całego tego Boskiego spektaklu.

W tradycji polskiej przyjęło się, że najważniejszą mszą w najważniejszym święcie są Rezurekcje (lub Rezurekcja – prawidłowo). Rezurekcja zaczyna się rano, bladym świtem, najlepiej jeszcze przed wschodem słońca lub równo z nim. Ludzie przychodzą na nią świeżo wybudzeni, zaspani, trzeźwi ich poranny chłód. W związku z koniecznością porannego wstawania mszę świętą w Wigilię Paschalną odprawia się wcześnie, opornie i w pośpiechu, żeby ludzie zdążyli się wyspać. Żeby wyspać się zdążył ksiądz.

W tym myśleniu jest błąd. W całym bowiem Kościele katolickim to msza święta Wigilii Paschalnej jest najważniejszym ze wszystkich punktów kalendarza liturgicznego. Nie jest to msza w Wielką Sobotę, lecz już pierwsza msza Niedzieli Wielkanocnej, już pierwsza msza po zmartwychwstaniu. Poważnym naruszeniem liturgicznym jest, z jakiegokolwiek powodu, celebrowanie tej mszy przed zmrokiem. Wigilia Paschalna musi się bowiem zaczynać już w nocy, to jest po zachodzie słońca. Tak też oto nie odprawia się mszy ani w Wielki Piątek, ani w Wielką Sobotę, msza Wigilii jest już bowiem mszą Niedzieli Zmartwychwstania, choć data zdaje się mówić co innego.

Rozwiązaniem tego dylematu jest kalendarz Żydów. Pewnie nieraz zdarzyło Wam się zetknąć z informacją, że Pan Jezus leżał w grobie 3 dni, tak jak Jonasz w rybie. Z czystej matematyki wychodzi jednak, że leżał w grobie jeden dzień z hakiem, a ten hak był mały. Zmarł w piątek popołudniu. W niedzielę o świcie już Go w grobie nie było. Czysty rachunek: Jezus nie żył przez dzień do półtora. Skąd więc trzy? Należy sobie przypomnieć, że Żydzi północy nie uważali za linię graniczną kolejnych dób. Nowy dzień zaczynał się ze zmrokiem, wówczas też kończył się poprzedni. Otóż Jezus zmarł i został pochowany w ostatnich godzinach przed piątkowym zachodem słońca. Grzebano Go w popłochu, żeby zdążyć przed szabatem (sobotą), w którą dodatkowo wypadała Pascha (najważniejsze żydowskie święto). Tak więc Jezus leżał w grobie w piątek. Potem była sobota, szabat i Pascha, aż słońce nie zaszło ponownie. Dziewczęta z wonnościami zbliżyły się do grobu w niedzielę około świtania, ale Jezusa już tam nie było. Zmartwychwstał więc w nocy – a cała noc to była już niedziela, jak mówią najstarsi Żydzi. Tak więc Jezus leżał w grobie również w sobotę (całą) i w niedzielę (kawałek). A więc: trzy dni leżał w grobie. To mi się skojarzyło, żeby odbiec od tematu, ze Staszkiem, który zdaniem Mamusi Cytrynny jest już czterolatkiem, choć skończył dopiero rok.

Stąd też zasada działająca w Kościele, że ostatnia msza w sobotę jest już odprawiana z formularza niedzieli, ponieważ liczy się jako niedzielna. Stąd też, bez wyjątku w tej kwestii, msza święta w Wigilię Paschalną (a więc po Wielkiej Sobocie) jest już mszą Zmartwychwstania. Musi się jedynie zaczynać po zmierzchu, bo według tradycji żydowskiej po zmierzchu jest już niedziela, a Pan Jezus zmartwychwstał po zmierzchu, acz przed świtem, a o której – tego nie wiedzą ani najstarsi Żydzi, ani najstarsi górale.

Msza święta Wigilii Paschalnej jest więc najważniejszym momentem całego roku liturgicznego – odbywa się około momentu faktycznego powstania Pana z grobu tych kilka tysięcy lat wcześniej. Same Rezurekcje nie są jednak również celebrowane bezpodstawnie. Msza święta o świcie związana jest z momentem, w którym kobiety przyszły do grobu i nie zastały tam Jezusa. Nie jest to więc tradycja, którą należy za wszelką cenę wytępić i odrzucić. Należy jednak mieć na uwadze fakt, że to nie jest pierwsza, lecz już druga msza Niedzieli Zmartwychwstania. Że po Wigilii nie wsadzamy Jezusa do grobu jeszcze na kilka godzin i że nie wyciągamy Go procesyjnie jeszcze raz. Że alleluja uroczyście już rozbrzmiało. Jeśli chcemy, wstańmy o świcie na Rezurekcje, ale pamiętajmy że prawdziwa Rezurekcja, czyli Zmartwychwstanie, odbyło się w nocy.

Są też tacy, którzy uważają, że najważniejszym momentem w roku liturgicznym jest święconka. Pozwólcie, że powiem tylko: nie, nie jest. Bez święconki całe święta będą równie ważne. Pójdźmy do kościoła w sobotę wieczorem, a nie tylko w sobotę przed południem.

Wszystkim Wam życzę prawdziwej radości z Chrystusowego Zmartwychwstania! Alleluja!

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 13 Komentarzy

Zmartwychwstać natychmiast

Wpis przyszedł mi do głowy po komentarzu Marka pod notką o końcu świata. Marek Piotrowski napisał tam, że „skoro ma być Sąd Ostateczny to ludzkość chyba musi (w doczesności) jakoś wymrzeć”. Ja bowiem twierdziłem, że koniec świata to prywatna sprawa każdej osoby – przychodzi na nas w momencie naszej śmierci. Ale rzeczywiście pozostaje pytanie, czy jeśli każdy przejdzie przez Sąd Ostateczny w chwili swojej śmierci i na tym Sądzie spotka innych, bo Sąd dotyczy każdego człowieka w tym samym stopniu, to czy wszyscy kiedyś i tak wymrzemy?

Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa. Jednak częściowo problem da się rozwiązać, analizując znaczenie słowa „czas”. Jest to dla mnie podstawa, ponieważ rozumiem czas jako coś względnego. I nie chodzi o to, że nie odczuwam upływu czasu. My, ludzie, wszyscy odczuwamy czas. Jednak należy pamiętać, że kiedy Bóg był sam i świat nie istniał, to nie istniał ze światem również czas. Teologowie mówią, że Bóg stworzył świat nie w czasie, lecz z czasem. Stworzył świat i zarazem stworzył czas, bo On sam czasu do istnienia nie potrzebował. Ludzie, którzy poruszają się w przestrzeni, potrzebują też w niej czasu, jako czwartego wymiaru, Bogu zaś przecież żaden wymiar do niczego nie był potrzebny, bo Bóg jest niematerialny.

W efekcie okazuje się, że czas jest rzeczą najzupełniej względną i dlatego pytanie, czy ludzkość musi wymrzeć, żeby był Sąd Ostateczny ma jedną odpowiedź: nie. Ponieważ Bóg nie uzależnia swoich planów od naszego pojęcia czasu, Bogu jest czas do działania niepotrzebny. Uwielbiam ostatni odcinek szóstego sezonu serialu „Lost”. Sam sezon nie był rewelacyjny, ale końcówka pięknie opisuje to, co możemy odczytywać jako koniec świata i Sąd Ostateczny. Otóż Jack (doktor, szef na wyspie) poszukuje w alternatywnym świecie ciała swojego ojca, które zniknęło z trumny. Znajduje go wreszcie wraz z trumną w kaplicy, z tym że okazuje się, że ojciec chodzi i rozmawia z nim, jak żywy. Na co Jack mówi: „Ale przecież ty nie żyjesz”, ojciec zaś mu odpowiada coś w rodzaju „Wszyscy kiedyś umierają”. W znaczeniu: Ty też nie żyjesz, synu. W całej akcji bierze też udział Hugo, który też nie żyje (alternatywny świat okazuje się być bowiem czymś w rodzaju poczekalni przed drogą do Nieba), który dla przykładu w prawdziwym świecie stał się nowym przywódcą wyspy i jeszcze długie życie przed nim.

To, co obejrzałem w Zagubionych jest tylko przykładem ludzkiej interpretacji jakichś eschatologicznych wydarzeń. Ale myśl, że wszyscy kiedyś umierają ma tu bardzo wielkie znaczenie, bowiem wszyscy bohaterowie serialu spotykają się w tym samym miejscu o tej samej porze po „tamtej stronie”, choć część z nich nie żyła od dawna, część zginęła na wyspie, a część dalej sobie jakoś radzi. Tę prostą interpretację można odczytać w sposób teologiczny: Bóg nie potrzebuje, aby ludzkość wymarła, żeby tę ludzkość zgromadzić na Sąd. Być może więc ludzkość nigdy nie wymrze, będziemy istnieć w nieskończoność, a na Sądzie Ostatecznym spotkamy się z nieskończoną ilością ludzi ze wszystkich miejsc i czasów? Dla Boga nie ma przecież nic niemożliwego.

Nie jestem pewien, czy dobrze to wytłumaczyłem: każdy człowiek kiedyś umrze i spotka się z Panem, każdy będzie miał swój koniec świata. Jednak ludzkość sama w sobie nie musi wymrzeć. Ta opcja jest jednak niestety dość prawdopodobna, np. kiedy rzeczywiście słońce postanowi spalić ziemię. Choć ja przypuszczam, że do tego czasu wymyślimy podróże międzygalaktyczne i polecimy w kosmos. Przejdźmy jednak to tematu notki. Spotkanie na Sądzie w momencie śmierci zakłada natychmiastowe zmartwychwstanie. Oczywiście założenie nie jest bezpodstawne. Święty Tomasz udowadniając niezależność duszy od ciała (możliwość myślenia i decydowania wynika z duszy, nie z ciała) wykazał jej nieśmiertelność. Odkrył jednak również, wbrew świętemu Augustynowi, że człowiek jest jednością duszy i ciała, a nie duszą zamkniętą w klatce ciała. Co za tym idzie – choć dusza ludzka jest nieśmiertelna, to nie może być osobnym duchowym bytem, musi pociągać ciało ze sobą. Stąd wniosek, nie kolidujący również z faktem niematerialności i pozaczasowości świata Boga, że dusza nigdzie i nigdy na zmartwychwstanie ciał czekać nie musi. Bo tam, gdzie dusza odchodzi po śmierci ciała, nie ma ani czasu, ani przestrzeni. Oczekiwanie, myśl o którym zakorzeniła się mocno w kulturze chrześcijańskiej, odbywa się de facto poza czasem i przestrzenią, a więc w rzeczywistości wcale się nie odbywa. A co za tym idzie zmartwychwstanie ciał następuje w momencie śmierci. Że są to ciała uwielbione, inne od naszych aktualnych i niewymagające zabalsamowania zwłok nie ulega wątpliwości. Sam Chrystus zmartwychwstając ukazał nam wzór ciał, które my jako Jego uczniowie w chwili śmierci otrzymamy.

Niebo, które dotąd przez wielu rozumiane jest jako miejsce, gdzie czeka się na zmartwychwstanie, miejscem nie jest. Dusza bowiem niematerialna żadnego miejsca do niczego nie potrzebuje. Dlatego też należy odrzucić myśl, że Niebo jest jakimkolwiek miejscem, albo że czyściec trwa… Niebo jest stanem wiecznej szczęśliwości. „Stan” to najlepsze ludzkie słowo, które może oddać istotę Nieba. To nie miejsce, nie czas, lecz stan przebywania z Bogiem w wiecznej radości. Jeśli nazwiemy je miejscem, musimy założyć, że jest materialne. Ale jeśli użyjemy słowa „stan”, to zmartwychwstałe ciała będą mogły przebywać nawet i na odnowionej ziemi (jak chcieliby Świadkowie Jehowy), ale jednocześnie właśnie w stanie niebiańskiej szczęśliwości. Czyściec zaś byłby również jakimś stanem oczyszczenia, przemiany, wypalenia „jakby przez ogień”, jak mówił święty Paweł. A piekło to stan nieszczęścia, oddalenia od Boga.

Co każe nam snuć podobne przypuszczenia? Nunatak przecież napisał, że „zaśniecię to delikatnie co innego niż wniebowzięcie, szczególnie jeśli rozumiane jako wzięcie do Nieba wraz z ciałem, bo tworzy się z tego ideę świata niematerialnego, w której mieszczą się ciała” pisząc o Zaśnięciu i Wniebowzięciu Maryi. Należy jednak przypomnieć, że w Piśmie Świętym Nowego Testamentu jest opisane jedno wzięcie człowieka z ciałem do Nieba. Nie chodzi tu o Maryję, lecz o samego Jezusa. On jako pierwszy pokazał nam, że w mieszkaniu Boga będziemy mogli korzystać z ciał. Że zakładanie, iż Niebo jest światem niematerialnym jest błędem. Bo tam właśnie, w Niebie, sam Jezus Chrystus przebywa z duszą i ciałem, co wiemy z Biblii. Do snucia hipotez nie potrzeba nam Wniebowzięcia Maryi. W Niebie, jako stanie bliskości z Bogiem, mogą przebywać zarówno niematerialni aniołowie, jak i materialni ludzie. A czy tam jest czas i przestrzeń? Jeśli nam ona jest potrzebna, pewnie tak. Może to jest rzeczywiście nowa ziemia.

Ja widzę ten wielki hotel w kształcie żagla, nad ogromnym jeziorem. Mnie, moich bliskich, moje zwierzaki. I Boga, z którym mogę rozmawiać w cztery oczy. Jak będzie naprawdę – nie wiem. Wiem, że Jezus utorował nam drogę do Nieba, które nie jest wcale światem niematerialnym. I On to udowodnił, idąc tam wraz ze swoim ciałem uwielbionym.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Pusty grób

To właśnie dziś rano, kiedy część z nas, podobnie jak Maria Magdalena, wybierze się do grobu Pańskiego, odkryje, że jest on pusty. Oczywiście, ci którzy byli na mszy Wigilii Paschalnej już to wiedzą, ci którzy wstaną rano na Rezurekcje dopiero zauważą.

Pusty grób to bardzo poważny problem teologiczny. Położono do grobu martwe ciało, postawiono straże, zapieczętowano wejście, ustawiono ciężką skałę. Mimo tego kamień jest odwalony, pieczęć zerwana, straże jakby zabite. Co może być tego powodem? Josh McDowell twierdzi, że grób jest znakomitym dowodem Zmartwychwstania. Mój promotor Józef Kulisz sądzi jednak inaczej. Dla niego pusty grób jest tylko nieznaczącym argumentem, na podstawie którego wiele rzeczy można by udowodnić. „Gdy one były w drodze, niektórzy ze straży przyszli do miasta i powiadomili arcykapłanów o wszystkim, co zaszło. Ci zebrali się ze starszymi, a po naradzie dali żołnierzom sporo pieniędzy i rzekli: «Rozpowiadajcie tak: Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdyśmy spali. A gdyby to doszło do uszu namiestnika, my z nim pomówimy i wybawimy was z kłopotu». Ci więc wzięli pieniądze i uczynili, jak ich pouczono. I tak rozniosła się ta pogłoska między Żydami i trwa aż do dnia dzisiejszego” (Mt 28, 11-15). Dla ówczesnych Żydów pusty grób oznaczał, że uczniowie wykradli ciało Chrystusa, już to z wielkiej do Niego miłości, już w celu rozgrywania swoich zmartwychwstańczych gierek. „Do dnia dzisiejszego” oznacza – do dnia pisania Ewangelii. Ale nie tylko! Biblia jest aktualna we wszystkich miejscach i czasach – i dziś również istnieje szereg teorii, które próbują ukazać, że Jezus prawdziwie nie zmartwychwstał. Że to jest wielkie oszustwo.

Temat zmartwychwstania, wszystkie teorie pustego grobu, śmierci pozornej itp. do rozważenia szerzej, kiedy indziej. Dowody i dowodziki – do rozpatrzenia, potwierdzenia czy obalenia. Dziś tylko chciałem przypomnieć, jak wielu uczniów widziało Jezusa już po Zmartwychwstaniu. Jak wielu z Nim rozmawiało, rozpoznawało Go, oddawało Mu cześć. Ilu widziało Go wstępującego do nieba. Ilu wyznaczył rolę w powstającym Kościele. Wreszcie – ilu ludzi współcześnie ma z Nim kontakt. Rozmawia z Nim w modlitwie, adoruje w kościele, przyjmuje Jego Ciało i Krew w Eucharystii.

Chrystus zmartwychwstał prawdziwie! Alleluja!

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Cierpliwość

Wczoraj Jezus umarł. Zmartwychwstanie jutro. Wydaje się, że Wielka Sobota to najbardziej marazmatyczny i flegmatyczny dzień w historii.

W Kościele tego nie widać. Wstajemy rano, szykujemy koszyczki, wędrujemy na poświęcenie. Wieczorem już, po zachodzie słońca, odprawimy pierwszą wielkanocną Mszę świętą. Cały czas ruch, cały czas coś się dzieje. Ostatnie zakupy, ostatnie porządki, ostatnie wypieki i dogotowywania. Ale pomyślmy jak to wyglądało wtedy, kiedy Jezus umarł po raz pierwszy, prawdziwie. „Między nimi były: Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba i Józefa, oraz matka synów Zebedeusza. Pod wieczór przyszedł zamożny człowiek z Arymatei, imieniem Józef, który też był uczniem Jezusa. On udał się do Piłata i poprosił o ciało Jezusa. Wówczas Piłat kazał je wydać. Józef zabrał ciało, owinął je w czyste płótno i złożył w swoim nowym grobie, który kazał wykuć w skale. Przed wejściem do grobu zatoczył duży kamień i odszedł. Lecz Maria Magdalena i druga Maria pozostały tam, siedząc naprzeciw grobu. Nazajutrz, to znaczy po dniu Przygotowania, zebrali się arcykapłani i faryzeusze u Piłata i oznajmili: «Panie, przypomnieliśmy sobie, że ów oszust powiedział jeszcze za życia: „Po trzech dniach powstanę”. Każ więc zabezpieczyć grób aż do trzeciego dnia, żeby przypadkiem nie przyszli jego uczniowie, nie wykradli Go i nie powiedzieli ludowi: „Powstał z martwych”. I będzie ostatnie oszustwo gorsze niż pierwsze». Rzekł im Piłat: «Macie straż: idźcie, zabezpieczcie grób, jak umiecie». Oni poszli i zabezpieczyli grób opieczętowując kamień i stawiając straż. Po upływie szabatu, o świcie pierwszego dnia tygodnia przyszła Maria Magdalena i druga Maria obejrzeć grób” (Mt 27, 56-66, 28, 1). Wiemy, że Józef pochował Jezusa i zamknął wejście do grobu, oraz że Maria Magdalena i druga Maria zostały przy grobie. To było w piątek. Wiemy też, że nie siedziały tam bez przerwy, ponieważ w niedzielę rano wróciły do grobu Jezusa. Co działo się w sobotę? Wiemy tylko, że po dniu Przygotowania Piłat i arcykapłani zabezpieczyli grób, żeby „ten oszust” Jezus nie wyszedł przypadkiem. Gdzie byli wtedy apostołowie? Gdzie Maria Magdalena i druga Maria? Gdzie Maria – Matka Jezusa? O czym myśleli, co przeżywali? Na co czekali?

Przez całą sobotę nic się nie działo. Nie licząc tego, że to był szabat (dzień odpoczynku), a zarazem największa żydowska uroczystość – święto Paschy. Nie oszukujmy się jednak – skoro Ewangelia nie opisuje w żaden sposób obchodów tego święta, nie miało ono wówczas dla uczniów Jezusa większego znaczenia. Może nawet brali udział w celebracjach, bo tak nakazywało Prawo, ale czy było to dla nich przeżycie duchowe? Można sobie wyobrazić uczucia, które w nich panowały. Zawód tym, że Jezus miał zbawić naród żydowski, a umarł na krzyżu. Zwątpienie w cel oczekiwania i w ogóle cel dalszego życia. Rozgoryczenie i samoubiczowanie duchowe Piotra po trzykrotnym wyparciu się Pana. Smutek, cierpienie, rozpacz. Niedowierzanie. Nadzieję? Wszak Jezus obiecywał przecież, że na tym się nie skończy. Że trzeciego dnia odbuduje świątynię. Siostry Łazarza pamiętały o obietnicy zmartwychwstania. Mówi się, że Matka Jezusa trwała w oczekiwaniu na to, co przyniesie kolejny dzień. Ale sobota trwała 24 godziny. To były prawdopodobnie najdłuższe 24 godziny w dziejach świata. Wątpię, by oczekiwanie Świadków Jehowy na rychły koniec czasów dłużyło się bardziej, niż uczniom Jezusa owe 24 godziny.

Ale spójrzmy na to trzeźwo – my wiemy już, co się zdarzy. Zaczniemy się z tego cieszyć zanim się jeszcze zdarzy. Polska tradycja Rezurekcji jest bardzo piękna, ale przecież już w sobotę wzniesiemy radosne Alleluja na pamiątkę zdarzenia, które będzie miało miejsce jakieś 9 do 10 godzin później. W noc Zmartwychwstania. A wtedy, 2000 lat temu, uczniowie przeżywali niesprawiedliwą śmierć najukochańszej osoby, mając może niewielką, niezauważalną nadzieję, czy raczej naiwną tęsknotę, że to jeszcze nie koniec. My trwamy w radosnych (nie do końca słusznie) przygotowaniach. Oni – trwali w marazmie i zwątpieniu. Dla wszystkich Jezus tak samo zmartwychwstał. Tylko oni jeszcze o tym nie wiedzieli.

Kiedy jeszcze byłem w seminarium, jeden z księży wykładowców powiedział, że ten, kto pozwala sobie na spanie w noc Zmartwychwstania zamiast czuwać, chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, co się wówczas dzieje. I ja w tamtym roku próbowałem nie spać. Ale zanotowałem w pamiętniku, który w tamtych czasach pisywałem, że to zupełnie bez sensu. Bo przecież uczniowie Jezusa, Jego Matka, czy Maria Magdalena, która rankiem poszła do grobu, prawdopodobnie tę noc, lepiej czy gorzej przespali. A nawet jeśli nie mogli usnąć, to nie dlatego, że oczekiwali Zmartwychwstania, lecz z żalu i smutku za ukochanym. Nikt nie widział zmartwychwstania i nikt nie czekał na nie przy grobie. Zastali Jezusa już zmartwychwstałego.

Wśród Jezusowych błogosławieństw dziś właśnie brakuje mi takiego: „Błogosławieni cierpliwi, albowiem oni oglądać będą Zmartwychwstałego”.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Pewność zbawienia

Życie powoli wraca do bloga. Google po chwilowej przerwie (spowodowanej chyba nagłym pojawieniem się 130 nowych wpisów) ponownie odnalazł blog w czeluściach internetu i liczba wyszukań wróciła do dawnej średniej. Facebook też robi swoje i przygania czytelników. Pojawiają się nawet pierwsze komentarze od czytelników z dawnych czasów. Tylko Ciamajda mi gdzieś zginął. Czyżby zgorszył się tym, co przeczytał w archiwach? Spróbujemy Go przywołać! Zostało mi jeszcze przecież jedno pytanie, na które Mu nie odpowiedziałem!

Ciamajda napisał tak: „I ostatnie pytanie, trochę związane z pierwszym, ale w sumie najważniejsze: po co Pan Bóg posłał na świat swojego Syna? Bo mówi się, że po to by zbawić świat, ale czy to oznacza że ja otrzymałem nadzieję na zbawienie, czy że na pewno będę zbawiony i nie muszę się o nie starać, a co najwyżej mogę dłużej posiedzieć w czyśćcu jeśli bardzo nagrzeszę”. Pytanie konkretne, sprowadzające się do tego, czy mamy pewność, czy tylko nadzieję zbawienia. Temat też skomplikowany, ale nie uciekam przed nim, postaram się coś napisać.

Po pierwsze: na czym polegało zbawienie Chrystusowe? Dla Żydów i wielu współczesnych chrześcijan (czy chrześcijanopodobnych, jak Świadkowie Jehowy) zbawienie przyszło przez złożenie najlepszej, idealnej ofiary przebłagalnej za grzechy. Stąd obraz Jezusa jako baranka bez zmazy, ponieważ Żydzi mieli w zwyczaju i w Prawie składanie ofiar z baranków, gdy odpokutowywali za grzechy. Ponieważ Zbawiciel miał odkupić grzech „idealny”, a więc winę pierwszych ludzi, która ciąży na każdym z nas, musiał też być kimś idealnym. Chrześcijanie mówią: tylko Bóg mógł złożyć z siebie ofiarę idealną. Świadkowie Jehowy mówią: człowiek popełnił grzech pierworodny, więc człowiek Jezus mógł ten grzech zmazać. Ale wiele osób zatrzymuje się w swoich przemyśleniach na ofierze krzyżowej, która współczesnym wydaje się często bzdurna – dlaczego Bóg MUSIAŁ umierać na krzyżu, a nie mógł po prostu powiedzieć: zmazuję grzechy, jestem Zbawicielem? W przekonaniu moim i wielu innych (w tym także św. Pawła) celem śmierci było zmartwychwstanie, a w zmartwychwstaniu była pełnia zbawienia – „A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara” (1 Kor 15, 14). Zbawienie przyszło przez krzyż, ale jeśliby się na śmierci skończyło, czyż nie byłaby to jedna z wielu ofiar poniesionych bez sensu, w którą wierzyłaby tylko garstka zapaleńców? Jesteśmy jednak zbawieni, bo Chrystus dla nas zmartwychwstał, ukazując, że i my zmartwychwstaniemy. Bóg nie potrzebował ofiary ze Swego Syna, żeby wybaczyć ludziom grzech. Bóg potrzebował pokazać ludziom – dla ludzi – że jest ktoś, kto jest gotów z miłości do nich umrzeć, ale kto również obiecuje im wieczne szczęście, zmartwychwstanie, zbawienie. Bezsensem byłoby twierdzić, że istota zbawienia leży w ofierze krzyżowej. Przecież na to czekali Żydzi, to zapowiadali ich prorocy, a oni nie uwierzyli i nie przyjęli tej ofiary.

I tu właśnie dochodzimy do sedna problemu. „Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli” (J 1, 11). Jan mówi o Żydach, którzy na Zbawiciela oczekiwali. On za nich umarł, dla nich również zmartwychwstał, ale oni go nie przyjęli. Podobnie sprawa ma się z nami. Jezus umierając na krzyżu, a potem zmartwychwstając, wcześniej zaś rodząc się, nauczając, czyniąc cuda – ukazywał nam i dawał pełnię zbawienia. Pewność zbawienia. Umarł za nas na krzyżu i zbawił nas w zmartwychwstaniu – nie mamy żadnych wątpliwości, że to się już dokonało. Jednakże! Miałem znajomego, który mówił mi tak: „A dlaczego ten wasz Jezus umarł za mnie i mnie zbawił? Ja Go o to wcale nie prosiłem i nie podoba mi się, że ktoś zmusza mnie do czegoś, czego ja nie chcę”. Zgadza się – znajomy miał rację! Nikt nikogo do niczego nie zmusza, a już z całą pewnością nie robi tego Bóg, nie robi tego Jezus Chrystus. On już umarł za nas, On już dla nas zmartwychwstał, On już nas zbawił i mamy tego pewność. Jednak wcale nie musimy się na to zgadzać. Nikt nie pozbawił nas wolności, jesteśmy wolni do tego stopnia, że możemy swobodnie odrzucić wyciągniętą w naszą stronę pomocną dłoń i skazać się na wieczne potępienie. Mamy więc pewność zbawienia, pod warunkiem, że zechcemy ją przyjąć.

Przyjęcie zbawienia danego nam przez Jezusa nie do końca jest czymś łatwym. Nie jest tak, że musimy się niesamowicie starać, żeby pójść do Domu Pana, bo nie uczynki się liczą, lecz łaska (a więc owa pewność zbawienia), ale musimy z daną nam łaską współpracować. Zdarzyło mi się usłyszeć ostatnio, że jedni dostają łaskę, inni nie. Jest to wierutna bzdura – każdy człowiek dostał tyle łaski, by wystarczyła mu do zbawienia. On tę łaskę może przyjąć, albo odrzucić. Podobnie jest z samym zbawieniem. Przyjmujemy je – a więc współpracujemy z łaską – albo odrzucamy, tak jak mój wspomniany znajomy. No i oczywiście nie wiadomo, jak już pisałem wcześniej, czy przypadkiem nie będziemy mogli uchwycić się tej łaski jeszcze w ostatniej chwili.

W tym samym fragmencie przytaczanego listu do Koryntian św. Paweł Pisze: „Jednak dzięki łasce Boga jestem tym, kim jestem. Nie zmarnowałem Jego łaski, lecz trudziłem się więcej od wszystkich apostołów. Zresztą nie ja się trudziłem, ale łaska Boża, która jest ze mną” (1 Kor 15, 10). To cała esencja nauki o łasce. Bóg daje łaskę, Paweł jej nie marnuje, lecz trudzi się. Właściwie nie on, tylko łaska. Co to oznacza dla nas? To nie my musimy się trudzić by zasłużyć na łaskę (w tym łaskę zbawienia), lecz poddawszy się łasce działamy pod jej natchnieniem. Kiedyś mówiłem: nie działam dobrze po to, by ci pokazać, jak bardzo cię kocham, ale tak bardzo cię kocham, że dzięki tej miłości działam dobrze. Nasze dobre czyny, uczynki nie są punktami zbieranymi na drodze do zbawienia, lecz jedynie naturalną konsekwencją naszego przyjęcia łaski i miłości Bożej. Uczynki nic nam nie dają. Zwyczajnie jeśli przyjęliśmy łaskę w pełni, nie potrafimy działać inaczej.

I nie każdy będzie zbawiony, mimo że już zbawieni zostaliśmy. Kto zechce przyjąć to, co ofiarował z Siebie Chrystus, ten sam siebie, z mocy i łaski Chrystusa, się zbawi. „Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” (Mt 24, 13).

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Zapomniałeś

Gdy przebywaliśmy w moim rodzinnym domu w okresie świąt Wielkanocnych nadarzyła się okazja do pewnej dyskusji z jedną z bliskich mi osób. Dyskusja była w zasadzie monologiem dotyczącym braku moralności w Kościele na różnych etapach dziejów oraz tego, jak losy świata zmieniały się przez ludzi, którzy chcieli dobrze i z Bogiem na ustach zabijali innych ludzi. Oczywiście punktem wyjścia był Stary Testament, gdzie Bóg wybrał naród, który miał nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek niszczyć inne narody. Dalej były krucjaty, a wreszcie Adolf Hitler i jego „Got mit uns”. Przy okazji wspomniano też o Stalinie, który chciał dobrze i mu nie wyszło (acz z Bogiem nie miał wiele wspólnego). To wszystko jest więc dowodem na to, że religia jest zła z natury i wykorzystuje się ją do władania światem. Wszystko oparte na Gazecie Wyborczej i tym podobnych źródłach (w których dziś jest aż tłoczno od dodatków o Janie Pawle II).

Jest jedna rzecz, którą należałoby powiedzieć mojemu rozmówcy, ale nie tylko jemu: „Zapomniałeś o zmartwychwstaniu”. W uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego zapomniałeś o Zmartwychwstaniu Pańskim! Zapomniałeś o wielu rzeczach, które sprowadzić można do słów „Historia Zbawienia”. Zapomniałeś, że Bóg nie powołał narodu żydowskiego po to, by zawładnęli światem niepodzielnie, lecz po to, by przygotował drogę dla Mesjasza, Syna Bożego, którym jest sam Jezus Chrystus. Owszem, Narodowi tak się przez długi czas wydawało. Byli pewni, że będą rządzić światem, aż do dnia gdy nie napadła ich Babilonia i nie zmiotła Izraela z powierzchni ziemi. Potem zaś nadal byli pewni, że przyjdzie Mesjasz – Król – i ich wyzwoli spod panowania babilońskiego, perskiego, greckiego, rzymskiego. Później przecież także islamskiego. Teraz mają swój kraj, teren państwa i walczą z Palestyńczykami, którzy byli tam przecież pierwsi… I wciąż czekają na Mesjasza, który ich wyzwoli! Bo Judaizm jest religią oczekiwania – Żydzi będą czekać wiecznie. I się nie doczekają, bo Mesjasz przyszedł.

Mesjasz od dawna jest na świecie. Dawno temu przyniósł wyzwolenie – najpierw Żydom, a potem wszystkim innym. Nie było to wyzwolenie narodowe, lecz dużo głębsze i ważniejsze, bo duchowe. Jezus Chrystus wyzwolił nas przez swoją śmierć. Tu pojawia się kolejny raz, kiedy należy przytoczyć myśl wyżej wymienionej osoby: Cóż to za ojciec (Bóg), który skazuje swojego syna (Jezusa) na śmierć? Co to za tata, który zabija własne dziecko? I tu znowu trzeba powiedzieć: zapomniałeś. Zapomniałeś, że Jezus wyzwolił nas przez swoją śmierć i przez swoje zmartwychwstanie. Pokonał śmierć i powiedział, że i my ją pokonamy, jeśli za Nim pójdziemy. Bóg nie chciał Go zabić. On chciał dać życie – nam wszystkim!

Zapomniałeś! Kościele, zapomniałeś o zmartwychwstaniu wysyłając swych rycerzy na krucjaty; paląc czarownice na stosach; sprzeciwiając się naukowym odkryciom. Hitlerze, zapomniałeś o zmartwychwstaniu krzycząc „Got mit uns” i zabijając Żydów, których ów Got wybrał sobie, by wszystko objawić. Zapomniałeś o tym, że Pismo Święte należy odczytywać w świetle Nowego Testamentu, a Nowy Testament w świetle Ewangelii. Zapomniałeś człowieku i czas najwyższy, byś sobie przypomniał! Zapomniałeś, że bez Jezusa Chrystusa Biblia jest tylko bezsensowną książeczką o zabijaniu. Że natchnienie Ducha Świętego i Objawienie dotyka całej Biblii tylko o tyle, o ile dotyka ono słów Jezusa Chrystusa.

Zapomniałeś, że „jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara” (1 Kor 15,16).

Odrzućmy więc oskarżenia skierowane w stronę Boga Starego Testamentu zapominając o tym, co objawił na koniec. Odrzućmy ataki na „wierzących” którzy wybrali sobie kawałek i myślą, że to całość. Wyrzućmy w przyszłym roku kartki z króliczkami, jajeczkami, kurczaczkami i w przyszłym roku wyślijmy te z wizerunkiem Zmartwychwstałego. Wyślijmy życzenia „Błogosławieństwa Chrystusowego” zamiast „Mokrego dyngusa”. Nie zapominajmy już więcej. Bo Chrystus Zmartwychwstał. Prawdziwie zmartwychwstał. Alleluja!

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Zabiłem Boga

To było dawno.

Prawie dwa tysiące lat temu.

No dobra, w zeszłe wakacje też. I tydzień temu. No okej, dziś do południa również. I jutro przed śniadaniem…

Nic mi nie zrobił. Był dobry, mówił o miłości, o zbawieniu. Cuda czynił, ludzi zmieniał. Nie bronił się, gdy zadawałem ciosy. Chyba dlatego było tak łatwo. Dlatego nie miałem problemów z wbijaniem w Niego noża.

Najpierw spotkałem Go na ulicy. Mówił do ludzi, twierdził że trzeba się uczyć pokory. Że należy nadstawiać drugi policzek, gdy Cię uderzą. Śmiałem Mu się w twarz. Nieźle Mu się ode mnie dostało. A On nic nie zrobił, nic nie odpowiedział, tylko mówił dalej. Dalej się modlił. To BYŁO wkurzające…

Ale potem spotkałem Go jak szedł pod górę. Był półnagi, na plecach niósł krzyż. Podszedłem i krzyknąłem, że miał nas zbawić, że miał pokazać nam Królestwo. Znów nic nie odpowiedział. Plunąłem Mu w twarz. Kilka razy. Na początku myślałem, że to przyjemne. Potem pojawiły się wyrzuty sumienia. Plułem więc dalej, próbując je zagłuszyć. Na wszelki wypadek kopnąłem Go jeszcze. Niech ma, bezczelny! I poszedłem za Nim.

Wprowadzili go na górę siłą niemal. Wziąłem od nich gwoździe i pokolei wbijałem, sprawiając ból. Było mi trochę przykro. A trochę wesoło. Miło czasem popatrzeć, jak ktoś cierpi. Niewinnie. Potem Go wykończyłem. Aby wykończyć. Zabić. Zabić wyrzuty sumienia. Zabić swoje myśli. Za chwilę już nie żył.

Kłamstwo, cudzołóstwo, aborcja, samogwałt, pijaństwo, złe myśli, intencje, zainteresowania. Grzechy przynoszące cierpienie. Mnie, Tobie. Zabijające Boga.

Tak, zabiłem Boga.

Wcale nie jest pocieszającym fakt, że byliście tam ze mną. Że Wasza wina nie jest mniejsza niż moja.

Jest jednak coś, co pociesza. To, że zrobił nas w konia. To, że trzeciego dnia zmartwychwstał. Mogłem Go przeprosić. A On powiedział: nie ma sprawy…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 22 Komentarze

Radość odchodzenia

I jak często tytuł kontrowersyjny. Zwłaszcza jak na ten czas który mamy teraz, czyli noc między Wszystkimi Świętymi a Zaduszkami. Wiedziałem, że muszę napisać coś na temat, a notka o śmierci już była (na poprzednim blogu) więc dziś coś o radości odchodzenia.

Ludzie boją się śmierci. To już zaznaczałem, nie tylko ja zresztą. Śmierć z domu i otoczenia rodziny przeniosła się do szpitali, hospicjów. Dzieciom nie mówi się, że dziadek nie żyje, lecz że wyjechał. Śmierć stała się dobrze sprzedającym się towarem na półkach z zabawkami i w telewizji. Eutanazja by skrócić męki cierpiącym, aborcja by sobie skrócić męki, kara śmierci by nie patrzeć w oczy prawdzie. Tym czasem aż się wzdrygujemy gdy myślimy, że ktoś mógłby nas odłączyć od maszyny dostarczającej pożywienie byśmy zmarli z głodu czy że ktoś mógłby nie dopuścić do naszego narodzenia nawet. Już nie wspomnę o tym, że myśli o tym, że samochód jedzie za szybko, że budowla jest niestabilna, że piorun wali w drzewa, nie przechodzą nam nawet przez głowę. Nie zgadzamy się z myślą, że będziemy musieli umrzeć. W tym czasie budujemy fabryki kosmetyków odmładzających, leków dodających wigoru, farb pokrywających siwiznę. Z dumą patrzymy na pnące się w górę statystyki mówiące o tym, że średnia wieku sięga 75, 80, 85 lat. I marzymy „ech, żeby chociaż tej siedemdziesiątki dożyć, to byłoby pięknie”. Modlitwy powtarzane nieraz w kościele przez starsze panie (ale i niektórą młodzież) pod wieczór „Noc spokojną i śmierć szczęśliwą niech nam da Bóg Wszechmogący…” stają się mechaniczne i w myślach brzmią „Noc spokojną i żadnej śmierci…” Myśl o śmierci dostarcza rozstroju nerwowego.

Pierwsi chrześcijanie pragnęli szybkiej śmierci. Najlepiej w mękach i we krwi, na cześć i chwałę swego Pana. Nie bali się śmierci. Nie uciekali przed nią. Wiedzieli bowiem, wierzyli z całego serca, że czeka ich wieczność lepsza niż doczesność na świecie. Jezus Chrystus jako pierwszy pokazał że śmierć nie jest końcem, lecz początkiem drogi. Że po śmierci doczesnej czeka nas życie wieczne. Że doczesność, tu – na ziemi, jest po to, by sprawdzić samych siebie czy jesteśmy godni wiecznego życia, czy chcemy żyć wiecznie. Święty Paweł miał dylemat: umrzeć czy żyć? Wszak żyć to Chrystus, a umrzeć to zysk. Mógł umrzeć i na wieki być z Chrystusem. Albo żyć dla zbawienia innych. Chciał odejść. Cieszył się na odejście. Inni także.

Dziś jest inaczej. Ludzie chcą żyć. Zapominają o obietnicy wieczności. Zapominają o zmartwychwstaniu. Kochają to życie. A przecież Jezus powiedział – jeśli kto kocha to życie, straci je, jeśli zaś ktoś nienawidzi życia, zyska je na wieki. Obietnica wydaje się jasna. Nie należy miłować tego świata, lecz Boga który jest ponad światem. Nie należy służyć światu, lecz Miłości Wiekuistej, która ten świat stworzyła. Nie należy przyjaźnić się z doczesnymi dobrami i mamoną, lecz z ludźmi, których umiłował Zbawiciel i których jedynym celem jest życie wieczne.

Śmierć jest radością. Oczywiście, że tajemnica przemijania wprawia nas w zadumę. Wszystkich, i Katolików, i ateistów i wyznawców wszelkich religii. Oczywiście, że odejście naszych bliskich sprawia, iż pytamy się co dalej. Ale Bóg dał już odpowiedź co dalej. „W domu Mego Ojca jest mieszkań wiele”. Poszedł przed nami, by je nam przygotować. „Gdyby było inaczej, powiedziałbym wam”. Wierzę w to z całego serca. Dlatego żyję tylko po to, by umrzeć. Nie boję się śmierci. A dopóki Bóg utrzymuje mnie przy życiu, ja będę pomagał Mu jako Jego narzędzie w zdobywaniu serc które również rozmarzą się o śmierci. Bo śmierć jest pierwszym krokiem ku nowemu życiu.

A teraz skąd wypływa mój ogromny optymizm, choć wydaje się, że zamulam? Bo świat jest zły. Bardzo zły. Pełno na nim zła, wydaje się, że więcej niż dobra. I choć Bóg go stworzył, dał aniołom i nam wolną wolę przez co sprawiliśmy, że świat stał się gorszy. Dziś świat gnije. Rozkłada się. Trędowacieje. Rakowacieje. Umiera. A każda śmierć prowadzi tylko do jednego…

Do zmartwychwstania.

Na koniec dodam tylko, że założyłem wreszcie forum na którym będziecie mogli szerzej komentować notki, rozpisywać się na różne tematy religijno – filozoficzne. Nie chcę by ono zastąpiło blog, chcę jedynie by było dla nas wsparciem. O wsparcie proszę również osoby gotowe mi tego wsparcia udzielić, bo często czuję się z tym blogiem bardzo samotny (gdy osoby od lat związane z Oazą w tym samym stopniu podważają to co tu piszę co ateiści, więc z nikąd żadnej pomocy choćby teologicznej). Przede wszystkim każdego dnia proszę o wsparcie Boga. Bóg jest zawsze ze mną. Choć nie mam pojęcia, czy to co tu piszę jest Jego podpowiedzią, czy moją fanaberią. Acha, i wyjeżdżam. Będę mieszkał w Rzgowie i tam pracował, a studiował w Łodzi. Nie będzie mnie więc tak często. Tym bardziej potrzebna mi pomoc. Adres forum to http://www.gnorofex.gaa.pl. Proszę logować się pod stałymi (tu, na blogu) lub rozpoznawalnymi nickami. Dziękuję. Niech Bóg ma Was w swojej opiece.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 13 Komentarzy