Posts Tagged With: Żona

Pozdrawiam serdecznie wszystkich Polaków

Pozdrawiam także Anglików, Francuzów, Polaków z Anglii i Francji, a także wszystkich innych ludzi, którzy z jakiegoś powodu trafili na mój blog. Pozdrawiam Was, wszyscy czytelnicy, zarówno ci, którzy czytacie regularnie to, co ja napiszę, jak i ci, którzy z jakichś powodów okazjonalnie do mnie trafiacie, albo trafiliście raz, albo raz traficie. Piszę te słowa, żebyście wiedzieli, że każdy czytelnik jest mi drogi bez względu na to, czy zgadza się ze mną we wszystkim, czy we wszystkim jest przeciwny, czy raczej się zgadza, czy raczej jest przeciwny. Czy może zagląda z ciekawości, nie mając wyrobionych poglądów, albo lubi mnie czytać, albo mnie lubi, albo nie lubi. A może czytuje kogoś, kto mnie czytuje i znalazł tam linka i przyszedł z ciekawości? Wiele osób z wielu powodów może tu przychodzić i chcę, żebyście wiedzieli, że bardzo Was szanuję i cieszę się, że tu jesteście.

Historia mojego pisania zaczęła się w 2005 roku, kiedy byłem w seminarium. To były wakacje po pierwszym roku, ja – młody chłopak pełen ideałów – pragnąłem moją wiedzę i energię przekazać innym. Czytali mnie głównie nastolatkowie, w tym mój brat i jego przyjaciele, ale także wiele osób mniej mi znanych. Owszem – wtedy nie wiedziałem, że czyta mnie także plejada księży z mojego seminarium, z księdzem rektorem na czele. Piszę to, choć pisałem pewnie już nieraz. Nie próbuję się chwalić, chcę tylko zaznaczyć, że jeśli nadal są tu księża, w tym także z mojego seminarium, to serdecznie ich pozdrawiam. Piszę też dlatego, że chcę Wam pokazać, jak mój blog zmieniał się z czasem przez wzgląd na to, kto go czytał i co z tym robił.

Tak więc mój pierwszy blog zacząłem w lipcu 2005 roku, a zamknąłem we wrześniu roku tego samego. Tak naprawdę dotychczas prowadziłem 5 blogów, przy czym w tej chwili wszystkie zgromadziłem na piątym, aby każdy czytelnik miał ułatwiony wgląd do archiwów – choć wszystkie blogi znajdują się nadal pod starymi adresami i są dostępne do wglądu dzięki linkom na tej stronie. Z zamknięciem każdego bloga i otwarciem nowego wiąże się jakaś „afera blogowa” wywołana przez czytelników bloga, czyli przez niektórych z Was, tych, których pozdrawiam. Pierwszy blog zamknąłem po tym, jak czytający mnie księża, a przede wszystkim ksiądz rektor usunęli mnie z seminarium. Przestałem być „stukniętym klerykiem” i istnienie Pamiętnika stukniętego kleryka przestało mieć rację bytu. Szybko potem, już w październiku, postanowiłem jednak wrócić, pełen buntu, ale bez gruntu pod nogami, z nowym blogiem „W obronie Życia i Świętości”. Ten miałem naprawdę długo, około dwa i pół roku (wtedy to było długo, zmiany losów życia nieustanne; trzy lata pisania aktualnego bloga minęły nie wiem kiedy…). W tym czasie miałem związki, rozwiązki, wreszcie poznałem moją Żonę i pisałem o naszych ówczesnych losach. Tematy były mało teologiczne, bo i ja naówczas byłem mało teologiczny. Afera wywiązała się równo z notką numer 100, czyli ostatnią pisaną na drugim blogu. Tam ujawniłem kilka trudnych faktów na swój temat, co nie spodobało się komuś spośród czytelników. Nie wiem komu, ale wiem, że ten ktoś miał kontakt z bliskimi mi osobami, które wtedy przemówiły mi do rozsądku. W efekcie zamknąłem drugi blog i otworzyłem trzeci. Nazwałem go „Zawsze chciałem zostać apostołem” i tworzyłem naprawdę krótko i nieregularnie. Zamknąłem go nie z powodu afery, lecz dlatego, że Mylog w pewnym momencie prowadził remont i był zamknięty przez cały grudzień, a ja miałem założenie – przynajmniej jeden wpis w miesiącu. Przez to musiałem odejść na inny serwer, w tym wypadku na WordPress. Co nie znaczy, że na sacrumprofanum nie było żadnej afery. Nie, tu chyba zdarzyła się największa spośród wszystkich afer blogowych za czasów mojego pisania. Przygotowania do naszego ślubu nie szły tak, jak byśmy sobie to wyobrażali. Zapraszano osoby, które ledwo znaliśmy. Postanowiłem się więc wyżalić na blogu i czytelnicy dotychczas milczący postanowili skomentować. Przeszliśmy przez plejadę słoni, ktosiów i kierowców gimbusa, a także jednych członków rodziny podających się za innych członków rodziny. Wtedy nawet na chwilę zablokowałem bloga, ale postanowiłem się nie uginać i stanąć twarzą w twarz z przeciwnościami. Jakoś się uporaliśmy, a czytelnicy ponownie donieśli bliskim mi osobom dopiero po ślubie, dzięki czemu mieliśmy miłą uroczystość, a po ślubie ułożyliśmy sobie bardzo poprawne stosunki z bliskimi. Historia jest długa i skomplikowana, a także nie na blog. Tak czy inaczej afera, pod którą się nie ugiąłem, nie zamknęła bloga, ale liczy się jak każda inna.

Czwarty blog był już na WordPressie, ale ponieważ nie uciekałem z powodu afery (wygląda na to, że nowy blog rozpocząłem od gaszenia afery związanej z blogiem mojej Żony), kontynuowałem linię apostołowania. Tu też bardziej powróciłem na tematy teologiczne – studiowałem ponownie teologię odkąd przyjechałem do Warszawy i nareszcie czułem się na tyle dobrze, by się w tym temacie wypowiadać. Niestety, problemy z czytelnikami zaczęły się nawarstwiać. Oprócz dawnych anonimowych trolli (członków rodziny?) pojawiali się też nowi, a do linii trollingu dołączyli prawie wszyscy moi nieanonimowi czytelnicy-komentatorzy, wliczając w to panią teolog, która była podobnej myśli, dopóki nie podjęła decyzji niezgodnych z tą myślą i myśl zmieniła. Po napisaniu zaledwie kilkunastu notek, po upływie zaledwie 3 miesięcy postanowiłem poddać się tej potężnej aferze blogowej i powziąłem straszny plan zemsty. Kiedy nawet w spokojnej, delikatnej i wręcz nudnej notce o „Tatusiu” zaczęły się pojawiać wredne komentarze czytelników, wyjechałem na „Wakacje” i zniknąłem, ku zdumieniu spragnionych żeru trolli.

Plan był prosty: założyć nowy blog, naprawdę anonimowo, zaprosić do niego nowych czytelników i zacząć z czystym kontem. Pożyć tak trzy lata, pisząc, a potem wyjść na światło dzienne, przywitać wszystkich czytelników i pisać dalej tak, jak pisałem. Plan – o dziwo – ziścił się znakomicie. Trzy lata minęły nie wiem kiedy, choć nigdy żadnego bloga nie pisałem tak długo. Przez większość czasu było spokojnie, nawet jeśli nie każdy czytelnik zgadzał się z tym, co piszę. Wyszedłem z ukrycia i nadal było tak samo. Po jakimś czasie – owszem – starzy czytelnicy zaczynali dawać o sobie znać, ale z delikatną siłą rażenia. Trolle – owszem – nadal się pojawiały, ale z częstotliwością niewielką. Dyskusje – zgadza się – miały miejsce, ale już z mniejszym zaangażowaniem i z mniejszymi emocjami. I tak trwa do dziś, a choć w międzyczasie odłamek mojej dalekiej rodziny, prawdopodobnie jeden z tych, które brały udział w aferze przedślubnej, rzeczywiście się odłamał, ponieważ niepochlebnie napisałem na temat zdarzenia, które mogło mieć miejsce w życiu tego odłamka, nie wpłynęło to znacząco na moje życie. Dużo się zmieniło. Ja dojrzałem, a i życzliwi czytelnicy chyba zrozumieli, że donoszenie moim bliskim mija się z celem. A może nadal donoszą – tylko bliscy zrozumieli, że mam swoje życie i swoją twórczość?

Dlaczego to wszystko piszę? Ponieważ przez lata mojego życia i blogowania zrozumiałem, że jeśli jestem blogerem i jestem nim publicznie, to może mnie czytać każdy. Każdy ma do tego prawo i każdego ja serdecznie pozdrawiam. Co więcej – nie zwykłem kasować czy odsiewać komentarzy, nawet tych wulgarnych, nawet tych atakujących mnie czy innych, chyba że na wyraźną prośbę autora – więc każdy ma prawo skomentować, wypowiedzieć się tak, jak tylko pragnie i uważa za słuszne. Może być rzeczowy, a może być wulgarny. Może się zgodzić albo nie zgodzić. Ma prawo mieć albo nie mieć argumentów. Zrozumiałem, że otwierając się na czytelników otwieram się na różne osoby. Choćby nawet czytał to daleki kuzyn mojej babci (hipotetycznie i przykładowo). I zrozumiałem, że nie muszę się już bać burzliwych dyskusji, emocji i nerwów, ani tego, że ktoś to przeczyta i powie komuś innemu, kto może mieć taki albo inny wpływ na moje życie. Zrozumiałem i nauczyłem się, że mogę mieć to w poważaniu, bo to jest moje – dorosłe i odpowiedzialne – życie. Moja rodzina, osobna, oddzielna komórka społeczna, ukonstytuowana na mocy prawa i sakramentu małżeństwa – i nie mam żadnego obowiązku w jakikolwiek sposób przejmować się opinią komentatorów, trolli, donosicieli i prawdziwie życzliwych mi osób. A także moich bliskich, którzy mogą to czytać, albo którym ktoś może donieść. Piszę co uważam i jak uważam – bo jestem dorosłą osobą.

Piszę to wszystko, ponieważ chcę, żebyście wiedzieli, że mam już za sobą etap nerwówek, zamartwiania się i zamykania blogów, jednego po drugim. Przeszedłem trzyletnie odtrucie i ponad rok po tym odtruciu czuję się świetnie. Jesteście ze mną – bardzo to cenię. Komentujecie – Wasze komentarze karmią mego bloga! Nie zgadzacie się ze mną? Ja nie muszę się zgadzać z Wami. Nie przekonujecie mnie, bo jestem zatwardziały i niepokorny? Może, a może ja mam na ten temat własne zdanie. Moje argumenty do Was nie docierają? Wasze do mnie niestety często również. Kłócę się na blogu i nie daję się przekonać? Najczęściej zwyczajnie mam inne zdanie i nie tak łatwo jest mi je zmienić, bo mocno w nie wierzę. Jestem autorem bloga, piszę i myślę tak, jak uważam. Nie macie obowiązku się zgadzać, ja z Wami też nie. Muszę tylko zaznaczyć, że w moim życiu wiele poglądów przeszło ewolucję – a jednak moje pisanie od 2005 roku aż do dziś jest niemal identyczne. Miło mi jednak, gdy pomagacie mi odkrzywiać jakiś mój fałszywy pogląd.

Cenię bardzo każdego czytelnika i każdy komentarz. Gdy czuję się atakowany – walczę. Gdy widzę, że nie mam racji – ustępuję. Gdy mówi się do mnie spokojnie i rzeczowo – zastanawiam się. Ale już nie rzucam słuchawkami. Wyrosłem z tego. Mam nadzieję, że osoby, które to interesuje, zrozumiały o co mi chodzi.

Pozdrawiam serdecznie wszystkich Polaków, Brytyjczyków, Niemców, Amerykanów, Szwedów, Białorusinów, Francuzów, Włochów, Litwinów, Holendrów, mieszkańców Hong Kongu, Słowaków i Irlandczyków. Żeby wymienić tylko tych z Was, których wejścia statystyki przytaczają mi jako najczęstsze w ciągu ostatniego miesiąca.

Reklamy
Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Greatest Hits

W serialu „Lost” jeden z odcinków nosił tytuł „Greatest Hits”. Charlie, żegnając się w nim ze światem, tworzył prywatną listę najważniejszych, najpiękniejszych momentów swojego życia. Na pierwszym miejscu znalazł się moment, w którym poznał Claire, blond-włosą piękność, miłość jego życia.

Dziś mija sześć lat odkąd oficjalnie jesteśmy razem. Dla mnie to szczególna rocznica – jak każda trzecia rocznica naszego związku. Wprawdzie to jest dopiero druga trzecia rocznica, ale cieszę się, że jesteśmy już ze sobą te 2×3 lata. Sześć lat temu powiedziałem Ci przecież, że Cię kocham i chcę spędzić z Tobą życie. Ty wtedy odpowiedziałaś: „Powiesz mi to za 3 lata”, a ja: „Wtedy też Ci to powiem”. Powiedziałem, a od tamtego czasu kolejne 3 lata minęły. I z tej okazji postanowiłem zrobić moją własną listę Greatest Hits, podsumowującą sześć lat naszego „razem”, pokazującą to, w jaki sposób wpłynęłaś na mnie, na moje życie. Jak je zmieniłaś.

Lista jest prywatna i z pewnością nie zawiera wszystkiego, co mogłaby zawierać. Jest to 10 pozycji, które przyszły mi do głowy i które poszeregowałem rosnąco do najważniejszej. Nie zdziwię się, jeśli Twoja lista będzie inna. Dziś jednak zobacz, jak Cię odbieram i dlaczego tak bardzo Cię kocham, że chcę spędzić z Tobą życie.

10. Ono

Ostatnio czytałem wywiad z Szymonem Majewskim, w którym była mowa o akcji, w której bierze udział, mianowicie że książka to najlepszy sposób na podryw. Kiedy to zobaczyłem, pomyślałem, że przecież u nas też wszystko zaczęło się od książki. „Ono” pojawiło się w moim życiu przed początkiem naszego związku i również dlatego otwiera moją listę. Kiedyś, w maju jeszcze, czy może nawet w kwietniu, siedziałaś na wykładzie i czytałaś. Ja siadłem blisko, w odległości około jednej koleżanki i zapytałem, co czytasz. Oczywiście nie byłem w rzeczywistości zainteresowany tym, co czytałaś. Bardzo zależało mi po prostu, żeby z Tobą porozmawiać. Ty pokazałaś mi okładkę – to właśnie było „Ono” Doroty Terakowskiej. Lubiłem Terakowską, bo kiedyś prowadziła w „Przekroju” Muzeum Rzeczy Nieistniejących i wówczas nawet miałem z nią krótki kontakt e-mailowy. Powiedziałem więc, że będziesz mi musiała tę książkę pożyczyć. Odpowiedziałaś, że oczywiście mi pożyczysz. I w końcu tak to się zakończyło, że książka znalazła się u mnie. Później okazało się, że specjalnie czytałaś ją tak ostentacyjnie, żeby mnie nią zainteresować. I sobą także.

Sama książka była bardzo ciekawa. O zgwałconej nastolatce, która zachodzi w ciążę i przeżywa dylemat, czy dziecko urodzić. Taka „nasza” w treści. Jednak nie tyle sama książka wpłynęła na moje późniejsze postanowienia, co liczne dopiski ołówkiem. Twój prywatny sposób przeżywania tego, co czytałaś. Twój prywatny sposób kontaktowania się ze mną. Właściwie obie te rzeczy, jednocześnie. To sprawiło, że gdy na 54 stronie przeczytałem pierwszy dopisek (nie licząc wcześniejszego zaznaczenia dotyczącego bycia swoją mamą), że „Hm, chciałabym mieć kalejdoskop”, postanowiłem natychmiast kupić Ci pierwszy prezent ode mnie. I zamówiłem kalejdoskop na Allegro od jednego wytwórcy. Dalej mogłem się o Tobie dowiedzieć jeszcze więcej. Na przykład, że „The past will catch you up as you run faster”. Mnóstwo pozaznaczanych cytatów, które przysuwały mnie bliżej do Twoich myśli, Twoich interpretacji, tego kim jesteś i jaka jesteś. I wreszcie bardzo długi zaznaczony fragment ze stron 299-300: „Aby go było tylko tyle, żebyś czuło się wolne i aż tyle, żebyś chciało być ze mną. Tylko tyle, żebyśmy oboje wiedzieli, że poza nami jest jeszcze mnóstwo innych rzeczy godnych uwagi, i aż tyle, żebyśmy pojęli, że te inne rzeczy będą piękniejsze, gdy będziemy je razem poznawać. I żebyśmy się zawsze nawzajem słyszeli i mówili do siebie, patrząc sobie w oczy, a wchodząc do domu, żebyśmy głośno tupali, wtedy nasze nogi będą sobie mówić: ‚Tak, to ja, oto jestem'”. Z dopiskiem od Ciebie: „Takie mniej więcej jest moje największe marzenie”. Właśnie wtedy wzruszyłem się najbardziej, pamiętam jak dziś. Właśnie wtedy postanowiłem spełnić z Tobą Twoje mniej więcej największe marzenie. Właśnie wtedy, nie rozmawiając z Tobą prawie wcale, znając Cię tyle, co nic, postanowiłem Cię pokochać. Właśnie wtedy Cię pokochałem i wtedy wszystko nabrało sensu. Tylko jeszcze na koniec, na stronie 459, przeraziłem się, bo zaznaczyłaś tekst „lubimy nietoperze” i dopisałaś przy nim „mhm :)”. Przypomniała mi się moja pierwsza narzeczona, jej fascynacja nietoperzami. To Twoje „mhm” było dla mnie jak cięcie nożem, ponieważ ona wolała Snape’a i innych przerośniętych nietoperzy ode mnie. Ale mimo Twojego „mhm” postanowiłem zaryzykować. Pozostać przy dziewczynie, z którą jeszcze nawet nie rozmawiałem. Zacząć wszystko od początku i wyjść z bagienka. 26 czerwca znałem Cię troszkę lepiej, byliśmy na kilku randkach i powiedziałem chłopakowi, który chciał Cię zabrać na spacer, że „ona jest zajęta”. Potem powiedziałem, że Cię kocham. Ale kochałem Cię już wcześniej. Dzięki „Ono” i temu, że zdążyłaś mi nim tak wiele opowiedzieć.

Ostatecznie na szczęście okazało się, że nie jesteś Snaperką. Tylko po prostu lubisz nietoperze.

„Za horyzontem wielka korona gór
Na karoserii różowieje kurz
Odsuwasz dach, w rękę łapiesz wiatr
Powiedz prawdę, ile lat mnie kochasz?
Droga ucieka, noga już ciężka jest
Opór decha i z oczu znika sen
Będzie nam najbliższych czasem brak
Spalone mosty to najlepszy w życiu start

Ratujmy co się da
Obróćmy jeszcze raz
Kalejdoskop”

9. Studia teologiczne

Ty nie studiowałaś teologii, choć przecież też o tym myślałaś. Ja zacząłem je zaraz po maturze, na długo przed naszym spotkaniem. Chciałem zostać księdzem, więc wstąpiłem do Seminarium w Radomiu, a tam zafascynowałem się studiami teologicznymi. Niestety, założyłem bloga, który nie spodobał się przełożonym (konkretnie jednemu przełożonemu) i zostałem pozbawiony uczestnictwa w formacji teologicznej i ukochanych studiach. Potem przez dwa lata błąkałem się między Rzgowem a Łodzią, studiowałem polonistykę zaocznie, potem stosunki międzynarodowe (które miały być japonistyką), ale żadne z powyższych nie zainteresowały mnie tak, jak teologia. Na stosunkach międzynarodowych spotkałem jednak Ciebie i postanowiłem spróbować. „Ono” pomogło mi Cię pokochać, jednak dopiero potem, po pierwszym (zakończonym niepowodzeniem) zaproszeniu Cię na randkę, trafiłem na Twój blog. A tam – facet w niebieskich koszulach i ten sam facet z tałką. „Twój” facet z tałką. Byłem wstrząśnięty, bo ja już się Tobą fascynowałem, ale nie miałem pojęcia, że Ty fascynujesz się mną. Byłem przerażony, bo wtedy już wiedziałem, że wyjeżdżasz z Łodzi, jedziesz szukać swoich wymarzonych studiów w Warszawie. Z przerażeniem zagadałem z koleżanką i powiedziałem, że już za późno. Że wszystko straciłem – a to była moja jedyna szansa. Koleżanka odpowiedziała: „Dlaczego wszystko straciłeś? Jedź z nią do tej Warszawy!”. To było jak grom z jasnego nieba. Zrozumiałem, że odpowiedź była tam, gotowa i czekała na odkrycie: zupełnie zwyczajnie zostawić Łódź i pojechać za Tobą. Następnego dnia dzwoniłem na UKSW. To był jedyny i niepowtarzalny moment, by wrócić na teologię. By skończyć studia, których tak bardzo pragnąłem. Dziekanat powiedział, że przyjmą mnie na 2 rok. Poinformowałem Cię o tym w komentarzach – że jadę z Tobą i że już wiem, że mnie przyjmą. Zbiłem Cię z tropu. Przecież właściwie się nie znaliśmy. Ale ja wiedziałem, że dla mnie to jest jedyna szansa, by złapać dwie sroki za (jeden) ogon. Żeby mieć ciastko i zjeść ciastko. „You can have your cake and eat it”. Być z najbardziej idealną kobietą na świecie i skończyć wymarzone studia.

Skończyłem je. Dzięki Tobie. Cała przygoda z teologią to przygoda z Warszawą. Najpierw Bródno, potem Chomiczówka. Szybkie, dynamiczne zmiany w naszym życiu. I wiem, że to jeszcze nie koniec. Przede mną doktorat, muszę tylko wyczuć odpowiedni moment, żeby nań wskoczyć. Ale wiem, że to wszystko Twoja zasługa. Ty dałaś mi odwagę, żeby rzucić wszystko, zacząć od nowa, żeby postawić ponownie życie na ostrzu noża. Nawet jeśli życzliwi ludzie komentowali to tak: „Co roku powtarza się ta sama historia. Dziewczyna cię rzuca (tzn. trudno powiedzieć kto kogo rzuca), ty masz doła i zmieniasz studia. Może zmienił byś coś naprawdę?”. Zmieniłem naprawdę. Jestem teologiem (wybitnym) i mam (wybitną) Żonę. I dobrze mi z tym.

8. Filmy, które razem obejrzeliśmy

Jedną z rzeczy, które nas łączą, jest zamiłowanie do podobnych filmów i seriali. Wiele naszych randek to wypady do kina. Wprawdzie pierwsza nasza randka swój przebieg znalazła w parku na Stokach, a nie w sali kinowej, jednak już wkrótce poszliśmy razem na Piratów z Karaibów 3. A może to był Shrek 3? Nie pamiętam kolejności, ale pamiętam jak długo nie mogłem odważyć się, żeby schwytać Cię za dłoń. Przeczytałem bowiem kiedyś u Ciebie na blogu, że lubisz chodzić do kina z koleżankami, ponieważ nie obłapiają po rękach w czasie seansu i można się skupić. Zrozumiałem przez to, że nie lubisz, więc się wzbraniałem – a Ty czekałaś, kiedy się wreszcie zdecyduję. Po drugiej randce kinowej chyba pierwszy raz się pocałowaliśmy. Kiedy już odprowadziłem Cię do domu. Ale szczerze mówiąc – nie pamiętam.

Od tamtej pory zdążyliśmy już obejrzeć Piratów z Karaibów 4, Shreka 4 i szereg innych filmów. Wszystkie filmy Pixara, jeszcze zanim urodził się nasz syn, kolejny fascynat Buzza i Chudego. Kreskówki Dreamworks, już nie tak nałogowo i nie wszystkie, ale nadal sporo. Epoka Lodowcowa. Ogólnie kreskówki. Ale przecież nie tylko. Kiedyś mieliśmy fazę na komedie romantyczne. Głupie, polskie komedie klasy B, ale i zagraniczne. Po obejrzeniu „Rozważnych i romantycznych. Klub miłośników Jane Austen” tak się zafascynowałem pomysłem, że sam chciałem zakładać kółko literackie imienia Doroty Terakowskiej. „PS. Kocham Cię” zaintrygowała nas nie tylko jako umiejętne rozegranie wątku romantyczno-komediowego przy uprzedniej śmierci jednego z małżonków. W postaciach dostrzegliśmy też analogię do nas samych.

Filmami fantasy chyba ja Cię zainteresowałem. Dzięki mnie obejrzałaś „Gwiezdne Wojny”. Razem widzieliśmy „Władcę Pierścieni” i krytykowaliśmy „Hobbita”. „Gwiezdny Pył” nas oczarował, wracamy do niego z radością. Do tego dochodzą filmy przygodowe o poszukiwaczach skarbów. Klasyczny „Indiana Jones”, ale również „Skarb Narodów” i „Bibliotekarz”, bardziej nowoczesne odpowiedniki. Wreszcie seriale, kupowane nałogowo na DVD, również w wersji zagranicznej, jeśli w Polsce nie wyszły. „Lost: Zagubieni”, będący inspiracją tego wpisu. Później „Prison Break”, sprowadzani zza granicy „Sliders” poleceni przez Ciebie, na koniec „Fringe”. Czekam jeszcze na „Doctor Who?”, może i Tobie się spodoba.

Oglądane przez nas filmy są nie tylko elementem naszych wspólnych zainteresowań, ale także inspiracją dla przemyśleń i dyskusji, w których czasem się nie zgadzamy. Tak było ze „Szkołą uwodzenia”. Jednak najczęściej zdanie mamy podobne. Czasem pozytywne, jak w kwestii „Wpadki”. Czasem negatywne, jak przy „Robin Hoodzie”. Czasem zaś tak zachwycamy się wspólnie jakimś filmem, że staje się nie tylko pomysłem na tytuł notki, lecz czymś, co ujmuje określony problem w sposób doskonały. „To właśnie miłość”

7. Pierwszy wyjazd do Szkocji

Kiedy poznaliśmy się i zaczęliśmy być ze sobą, ja akurat wybierałem się na zarobek do Wielkiej Brytanii. Miałem tam przepracować wakacje i wrócić ubogacony. Po kilku poważnych burzach nasz związek się mocniej utwierdził i rzutem na taśmę postanowiłaś jechać ze mną, oczywiście wyłącznie po to, by zwiedzić Szkocję, o czym zawsze marzyłaś. Pojechaliśmy we troje, jeszcze z Dagunią, naszą koleżanką z uczelni, którą wcześniej oboje opuściliśmy (uczelnię, nie Dagunię; do tego Dagunia nie opuściła uczelni). To był dla nas prawdziwy chrzest bojowy i sprawdzian trwałości naszego związku. Zamieszkaliśmy razem po raz pierwszy, jeszcze przed przeprowadzką do Warszawy i wtedy też zaczęła się polemika na temat mieszkania razem przed ślubem i czy to się może łączyć z trzymaniem rączek przy sobie. Nie zarobiliśmy ani grosza – w jedynej pracy, w której mnie chciano, poszukiwano kogoś przynajmniej na pół roku. Ale nie przechlapane pieniądze, nie nasze zresztą, były w tym wszystkim najważniejsze. Najważniejsze było wprowadzenie codziennych rytuałów, wspólnego spędzania czasu. I to, że wtedy właśnie powiedziałaś mi, że mnie kochasz. A wiedziałem, jak poważne są to dla Ciebie słowa. I wiedziałem, że jeśli mówisz mi to, to mówisz to na serio. Kilka dni później byliśmy już zaręczeni.

Leżeliśmy sobie w kuchni na materacu i o czymś rozmawialiśmy. Ty w pewnym momencie powiedziałaś: „Ja się z tobą ożenię. To znaczy nie, ja wyjdę za ciebie, jeśli tylko mnie zechcesz”. Zdziwiony podjąłem temat, pytając czy masz świadomość, co przed chwilą powiedziałaś. Następnie, na wszelki wypadek, dopytałem jeszcze, czy za mnie wyjdziesz. Zgodziłaś się, oczywiście. Tak też dotrzymałem mojej wewnętrznej obietnicy, powodowanej dwukrotnym błędem, że nigdy więcej nie oświadczę się po trzech miesiącach związku. Oświadczyłem się po jednym.

Pierścionek mieliśmy kupić za pierwszą wypłatę, której nie dostaliśmy. Zamówiliśmy go już i postanowiliśmy, że ze Szkocji bez niego nie wyjedziemy. Więc wzięłaś pieniądze z bankomatu i wróciłaś z pierścionkiem. Ja go wykupiłem, a potem jeszcze odegrałem scenę na środku ulicy, z klękaniem i wręczaniem pierścionka. Jedna pani pomyślała, że to na serio i cofnęła się, żeby nam pogratulować. W sumie to było na serio. Tylko po raz drugi.

Ze Szkocji pozostało nam zamiłowanie do Nando’sa, w którym nie dostaliśmy właśnie pracy, za to dostaliśmy sosy peri-peri i jedliśmy je później, a jeszcze później kupiłem je w Warszawie, w Kuchniach Świata i jemy je do dzisiaj. A wtedy nawet nie mieliśmy za co spróbować, jak w tym Nando’sie karmią. Rozmiłowaliśmy się też w Subway’u, którego i w Polsce jadamy. Ja zamarzyłem o Doctorze Who po obserwowaniu wystawy w połączonym z biblioteką publiczną muzeum. W bibliotece korzystaliśmy za darmo z internetu. Wyjeżdżaliśmy zmienieni, poważniejsi. I smutni, że już nie mamy za co przedłużyć pobytu. I że musimy uciekać ze Szkocji.

6. Wspólne pragnienia

To jeden z tematów, który obejmuje ogólnie całokształt naszego istnienia. Naszego związku, od początku, aż do teraz. Zawiera się w tym Twoje mniej więcej największe marzenie zaznaczone w „Ono” i wszystko, co wokół niego. Wchodzą w to wszystkie oczekiwania dotyczące życia i przyszłości – te prozaiczne i te bardziej wzniosłe. Oboje na przykład pragniemy spokojnego, cichego życia w domku na wsi. Z ogrodem, do którego można wyjść zawsze i można dzieci wypuścić, z psem. O basenie marzę sobie sam, ale raczej nic i tak z niego nie będzie. Pragniemy jednak też żyć w przyjaźni z Bogiem. Być ortodoksyjnymi katolikami, trzymającymi się Kościoła, choć nasze wychowanie katolickie było pełne luk. Właśnie dlatego zeszliśmy się – bo oboje szukaliśmy sposobu, by umieścić Boga na pierwszym miejscu. Pragnęliśmy, by wszystko znalazło się tam, gdzie trzeba i udało się, bo zaczęliśmy być ze sobą z założeniem, że oddamy nasz związek Bogu. Oczywiście nie było łatwo. I nadal nie jest. Ale staramy się, by to pragnienie się wypełniało.

Od początku, nieco przewrotnie, pragnęliśmy mieć katolicką rodzinę pełną dzieci. I od początku zakładaliśmy, że to będzie nasza wspólna rodzina. Kiedy na drugiej randce zapoznawałem Cię z Albinem weszliśmy w temat gotowania. Okazało się, że żadne z nas tego nie potrafi. Zapytałem wtedy: „To kto będzie u nas gotował?”. I zdziwiło nas to dopiero jakiś czas później. Już wtedy, choć jeszcze nie do końca dogadując to, pragnęliśmy wziąć ślub. Pierwsza wyprawa do Szkocji tę sprawę wyciągnęła z ukrycia.

Pragnęliśmy katolickiej rodziny i pragnęliśmy jej szybko. Dlatego oboje chcieliśmy mieć dziecko zaraz po ślubie. To też nam się udało. Nasz Synek urodził się w niecałe 9 miesięcy po zawarciu przez nas sakramentu małżeństwa, co może się wręcz wydawać podejrzane osobom, które nie znają się na NPRze. A potem nasze pragnienia doprowadziły do pojawienia się Córki. Bóg jeden wie zaś kto będzie następny…

Wspólne pragnienia pchają nasz związek do przodu. Pragnienie wyjazdu we dwoje do Paryża, pragnienie wybudowania domu, kupienia samochodu. Pragnienie powiększenia rodziny i wychowania dzieci na dobrych katolików. Ale najważniejsze, że mamy jeden wspólny cel. Tym celem jest zbawienie, a małżeństwo nasze jest drogą do zbawienia. Pragniemy zatem być zbawieni. Razem, jak na katolickich małżonków przystało.

5. Domowy Kościół

We wcześniejszej młodości przechodziłem przez różne wspólnoty katolickie. Nie licząc wspólnoty seminaryjnej i ministranckiej zetknąłem się na rekolekcjach z Rodzinami Nazaretańskimi, należałem do wspólnoty św. Franciszka, tuż przed poznaniem Cię w Łodzi zaś do Neokatechumenatu. Nigdy nie byłem w Oazie (czyli w Ruchu Światło-Życie), ale męczył mnie zarówno Neokatechumenat, jak i Rodziny Nazaretańskie. U Franciszka było mi najlepiej – miał taki oazowy klimat. I jakoś zawsze wiedziałem, że mój klimat jest w Ruchu. Ty zaś skończyłaś całą formację młodzieżową i w pewnym momencie stwierdziłaś, że jak już będziesz miała męża, to wstąpisz do Domowego Kościoła. Miałaś też krucjatę, którą ja od dawna pragnąłem podpisać.

Kiedy zaczęliśmy być ze sobą, opowiedziałaś mi to wszystko i zafascynowałaś mnie. Znalazłaś niewypełnioną deklarację członkowską KWC i niedługo przed ślubem nareszcie ją podpisałem. Jednak kiedy wzięliśmy ślub, nie spieszyliśmy się ze znalezieniem wspólnoty. To ona znalazła nas. Małżeństwo moich znajomych z teologii pragnęło również należeć do Domowego Kościoła i szukali chętnych do wspólnego założenia wspólnoty. Natychmiast na to przystaliśmy.

Mówią, że człowiek może być zbawiony nie należąc do żadnej wspólnoty, ale to prawie niemożliwe. Oczywiście jest to duża przesada i żart, ale ma w sobie to coś. Comiesięczne spotkania bowiem sprawiają, że człowiek bardziej się mobilizuje do pracy na co dzień. Zobowiązania Domowego Kościoła pomagają w utrzymaniu dobrej relacji z Bogiem, ze współmałżonkiem, ale i z dziećmi, i z innymi ludźmi. A coroczne rekolekcje budują i dają moc na kolejny rok pracy nad sobą i współpracy z Panem. Gdyby nie Ty i to, że możemy należeć do Domowego Kościoła razem, nie wiem, gdzie byśmy teraz byli. Z pewnością nie tak blisko siebie i nie tak blisko Boga.

4. Jedność myśli

Na początku naszego związku i naszego małżeństwa zarzucano mi, że Cię zmanipulowałem, ponieważ dotychczas myślałaś tak, jak chciałaś, a teraz myślisz tak, jak ja uważam. To oczywiście nieprawda i sama dobrze o tym wiesz. Walczyliśmy z tym poglądem, choć najważniejsze było, że oboje znaliśmy prawdę. Tak naprawdę to my zwyczajnie myślimy tak samo. Nie, nie jest to wcale jakiś tajemniczy sposób porozumiewania się bez słów. Nie rozumiemy się intuicyjnie. Ale od początku w wielu znaczących i mniej znaczących sprawach zgadzamy się ze sobą niemal doskonale. Myślimy w ten sam sposób o problemach etycznych, jak aborcja, eutanazja, homoseksualizm. Zgadzamy się doskonale w kwestii antykoncepcji – jeszcze zanim się zeszliśmy, oboje przeszliśmy gruntowne studium tematu, a potem było tylko lepiej. Rozumiemy się świetnie w temacie wychowania dzieci, stosujemy podobne metody, choć nie zawsze prawidłowo. Ale trzymamy w tym temacie wspólny front, co każdemu wychodzi na zdrowie. Jeśli chodzi o bicie dzieci – owszem – również oboje z założenia tego nie robimy. Wcale tego wcześniej nie omawialiśmy!

Zgadzamy się i rozumiemy w tematach politycznych. Czytamy tę samą prasę, oglądamy te same programy, oburzamy się tymi samymi medialnymi doniesieniami. To niby proza. Każde małżeństwo powinno mieć taką jedność myśli. Ale sądzę, że właśnie dlatego jesteśmy stosunkowo udanym małżeństwem. Ponieważ w tak wielu tematach się rozumiemy i zgadzamy, że liczni nasi dyskutanci zarzucali mi manipulowanie Tobą. I ostrzegali, by nie zniszczyć dzieci w ten sam sposób…

3. Narodziny dzieci

Dwa różne momenty, dwie różne chwile, każda zupełnie inna, a jednak podobne. Oba te momenty wrzuciłem do jednego punktu, bo żadne z moich dzieci i żaden z ich porodów nie są dla mnie ważniejsze. Te momenty naszego wspólnego życia znajdują się na trzecim miejscu także dlatego, że uczestniczyliśmy w nich oboje. Jestem zwolennikiem i wielkim orędownikiem porodów rodzinnych nie dlatego, że taka teraz jest moda. Moda przychodzi i odchodzi. Teraz na przykład jest znowu moda, żeby rodzić z mamą albo przyjaciółką. Ja jednak jestem zdania, że w porodzie powinien uczestniczyć mąż równo z żoną, ponieważ poród jest jednym z najtrudniejszych momentów w życiu kobiety. A mężczyzna obiecuje przecież kobiecie w dniu ślubu, że będzie się o nią troszczył w zdrowiu i w chorobie, i że nie opuści jej aż do śmierci. Miejsce mężczyzny nie jest tylko przy pięknej, wymakijażowanej kobiecie. Jego miejsce jest przede wszystkim przy kobiecie cierpiącej. Wtedy ona potrzebuje jego wsparcia. I dlatego byłem już z Tobą dwa razy i zamierzam być więcej.

Syn rodził się w 2009 roku, w Szpitalu Świętej Zofii. Była noc, poród w pojedynczej sali był jeszcze płatny (drogo płatny, musiałem odłożyć niezłą sumkę), a my korzystaliśmy z udogodnień świetnego szpitala i razem czekaliśmy na Syneczka. Moment, gdy wreszcie wystawił główkę i pojawił się po tej stronie brzucha był jednym z najpiękniejszych w moim życiu. Bardzo się cieszę, że byłem tam wtedy z Tobą. Że byliśmy tam razem. Nigdy bym z tego nie zrezygnował.

Córka urodziła się w 2012 roku, w tym samym szpitalu. Był dzień, a sala nie była już płatna. Do tego była nowa, większa i posiadała jeszcze więcej dogodności i sprzętu. Trudno w to uwierzyć – pierwsza sala 3 lata wcześniej już wydawała się niemal idealna. Tym razem urodziliśmy szybciej, bardziej świadomie, bardziej spokojnie i – chyba – jeszcze mniej boleśnie. Córcia urodziła się do wanny, w wodzie. I tym razem wzruszyłem się. Bycie przy tym, jak rodzą się własne dzieci, to coś, czego ojciec powinien doświadczyć.

Rodzinny poród nie wywołał we mnie wstrętu ani obrzydzenia. Nie patrzę przez to na Ciebie jak na matkę, ale nie żonę. Wręcz przeciwnie – teraz, dzięki naszemu wspólnemu przejściu przez przybycie naszych maluszków na tę stronę brzucha, podobasz mi się jeszcze bardziej. Dla mnie zawsze byłaś najpiękniejsza, ale teraz piękniejesz jako dzielna, silna matka i troskliwa żona. Albo na odwrót. Gorąco pragnę powtórzyć to jeszcze. Wcale nie jeden raz.

2. Drugi wyjazd do Szkocji

Kiedy powiedziałem Ci po raz pierwszy, że Cię kocham, odpowiedziałaś, że powiem Ci to za trzy lata. Odparłem, że „Wtedy też Ci to powiem”. Jak obiecałem, tak też zrobiłem. Fundując Ci jednocześnie podróż-niespodziankę sentymentalną. Wróciliśmy tam, gdzie spędziliśmy najwspanialsze zarobkowe wakacje, w czasie których nic nie zarobiliśmy. Oczywiście Ty do samego końca nie wiedziałaś, dokąd jedziemy.

Ten wyjazd śmiało mogę nazwać przygodą naszego życia. Zostawiliśmy rocznego Synka z dziadkami, a sami wsiedliśmy w pociąg do Berlina. Tylko ja miałem plan podróży. I zaczęło się przeskakiwanie z pociągu do pociągu. W Berlinie przesiedliśmy się do szybkich kolei i już do samego Glasgow mknęliśmy 300 km/h. Po drodze, zamiast w Paryżu, nocowaliśmy w Saarbrücken – koleje francuskie miały strajk. Natychmiast pokochałem to miasto. Następnego dnia rano musieliśmy jednak dostać się do Paryża, żeby kupić kuzynowi upragniony krawat. Zakupu dokonaliśmy i pomknęliśmy do Londynu pod Kanałem La Manche. A potem do Glasgow, a z Glasgow do Paisley.

Dawne wspomnienia odżyły. Tym razem, ze zdecydowanie słabszą kondycją fizyczną, wszędzie jeździliśmy autobusami – poprzednio te dystanse pokonywaliśmy pieszo. Mieszkaliśmy we wspaniałym hotelu i jedliśmy w pysznej restauracji hotelowej. Odwiedziliśmy też naszą kamienicę przy 19 Neilston Road, w której poprzednim razem wynajmowaliśmy mieszkanie. Zjedliśmy wreszcie w Nando’sie, tym samym, w którym poprzednio miałem pracować. I, nareszcie, po trzech latach, powiedziałem Ci, że Cię kocham i chcę spędzić z Tobą życie.

Od tamtej chwili minęły kolejne 3 lata. W tym roku nigdzie nie wyjechaliśmy, jesteśmy w Warszawie, a ja piszę tę notkę. Być może wyjedziemy gdzieś później. Teraz zastanawiamy się, jak to możliwe, że do tamtych trzech lat, które wydawały się punktem niezwykle odległym, doszły kolejne trzy. Ale właśnie ze względu na te trzy tak bardzo zależy mi na dzisiejszej rocznicy. Bo dziś znów Ci to powiem…

„Your lipstick stains on the front lobe of my left side brains
I knew I wouldn’t forget you, and so I went and let you blow my mind
Your sweet moon beam, the smell of you in every single dream I dream
I knew when we collided, you’re the one I have decided who’s one of my kind

Hey soul sister,
ain’t that Mr. Mister on the radio,
stereo,
the way you move ain’t fair,
you know!
Hey soul sister,
I don’t want to miss
a single thing you do…
tonight”

1. Ślub

Nasz ślub nie był wcale najbardziej emocjonalnym momentem naszego wspólnego życia. Choć oczywiście był bardzo emocjonalny – sam płakałem jak bóbr. Nie był też zdecydowanie najbardziej interesującym momentem. Z całą pewnością pociągnął za sobą mnóstwo nieprzyjemności, w tym odnowienie i przetasowanie układów rodzinnych, dyskusje na temat alkoholu (albo wódka, albo my), ale też mnóstwo radości, jak wesołe tańce z rodzicami, z rodzeństwem. Ten moment nie był ani dość emocjonalny, ani dość interesujący, by trafić na pierwsze miejsce.

Ten moment był jednak najważniejszy. Krótka chwila i przysięga złożona przed ołtarzem odmieniła wszystko na zawsze. Wcześniej byliśmy tylko narzeczeństwem, byliśmy nim zdecydowanie za długo, teraz staliśmy się małżeństwem. To nie było tylko proste, nic nie znaczące „tak”, to było sakramentalne „tak”, to był początek nowego życia. Ksiądz Adam zapytał mnie w czasie kazania, czy kiedyś widziałem cud. Kiwałem głową, niby na tak, ale jednak na nie. On odparł, że cud właśnie tu się dokonał. Że to, że udzieliliśmy sobie nawzajem sakramentu małżeństwa sprawiło, że dokonał się cud, bo Bóg połączył nas w jedno.

To był początek naszej dobrej, wspólnej drogi. Niedługo minie pięć lat. Na naszym koncie ukończone studia, dwoje urodzonych i ochrzczonych dzieci, wiele pięknych i wiele trudnych chwil, rozmów. Pragnę, by było ich więcej. Codziennie więcej. Byśmy mogli obchodzić 10, 25 i 50 rocznicę małżeństwa. Byśmy mogli obchodzić 9, 15 i 30, a wreszcie 60 rocznicę związku. Bo, nawet kiedy jestem Ci obcy, nawet kiedy doprowadzam do kłótni, to pamiętaj, że bardzo Cię kocham. I zawsze będę Cię kochał.

To jest moje Top Ten. To są moje Greatest Hits. Nie znalazło się tu wiele rzeczy. Władysławowo, Pobierowo, koncert Coldplay. Dixit, Carcassonne… I oczywiście Majówka u Cytrynnów. Pewnie mógłbym długo wymieniać. Twoje największe przeboje naszego związku mogą być zupełnie inne. Mam jednak nadzieję, że lata przed nami sprawią, że lista ta będzie się zmieniać, przestawiać. Że jej numerki będą się przemieszczać.

A najważniejsze w tym wszystkim, że już zawsze będziemy się kochać. Tak, jak kochamy się teraz. Tak, jak przysięgaliśmy sobie na ślubie.

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Dupek w pozytywnym tego słowa znaczeniu

Dawno nie pisałem notki, a jeszcze dłużej nie pisałem notki w kategorii „O mnie”. Blog, który przez długie lata był blogiem prywatno-teologicznym, teraz wreszcie stał się czysto tematyczny. Mimo tego raz na jakiś czas coś sprowokuje mnie do prywatnych wynurzeń. Tym razem była to moja Małżonka, która zamieściła komentarz na blogu Cytrynny oraz sama Cytrynna, która ten komentarz zedytowała. Komentarz sam głosił, że koleżanki z pracy uważają mnie za „dupka w pozytywnym znaczeniu” jednak ze względów cenzuralnych słowo „dupka” przeinaczono na „tyłka”. Dowcip spalono, ale nie wiedziano o co chodzi, więc uznałem, że warto historię szerzej opisać, troszkę poddając się tak lubianemu przeze mnie kiedyś emocjonalnemu ekshibicjonizmowi.

Historia zaczęła się na późniejszych studiach, czyli już w Łodzi, już po usunięciu z Seminarium. Choć oczywiście towarzyszyła mi od zawsze, jako nienazwana. Nazwała ją znajoma, dziwna ogólnie istota, na owe czasy uczennica liceum. Poznałem ją na dyskotece, bo czasami jako były seminarzysta – buntownik wybierałem się w takie miejsca grzechu i rozpusty. Znajoma była zahukaną, smutną dziewczyną, która usiłowała znaleźć swoje miejsce. Wymieniliśmy się numerami telefonów i zaczęliśmy się spotykać. Nie wyszło z tego nigdy nic, co można by nazwać związkiem. Zwyczajnie przyjacielskie wypady na pizzę, czasem jakieś przytulenie, ale raczej pocieszające, a nie romantyczne. Znajoma zwierzyła mi się z wielu trudnych rzeczy i nie wiedziałem, czy jej wierzyć, choć na część z nich miała dokumentację medyczną. I oto pewnego dnia powiedziała mi, że nigdy wcześniej nikomu o tym wszystkim nie mówiła. Mnie jednak potrafiła zaufać i się zwierzyć. „Wiesz dlaczego?” zapytała. Nie wiedziałem. „Bo jesteś dupkiem”. Nie była to dla mnie pomyślna informacja. „Oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu” dodała, na wszelki wypadek.

Kontakt z tą znajomą urwał się chyba na dobre. Ale hasło „dupek w pozytywnym znaczeniu” przylgnęło do mnie w jakiś sposób na dłużej. Z uśmiechem używa go moja Małżonka, czasem też Albin – mój najlepszy przyjaciel. Przy okazji muszę przypomnieć, że matka owej znajomej pewnego dnia nazwała mnie „chuj, a nie facet”, co miało podobne znaczenie, z tym że mniej pozytywne. Ale jaka właściwie jest definicja dupka w pozytywnym znaczeniu? Sam się nad tym długo zastanawiałem. Dziś już jednak rozumiem i choć nie brzmi to zbyt pięknie, dobrze określa moje podejście do życia. Czy do kobiet.

Kiedy wyrzucili mnie z Seminarium, wiele dziewczyn, które dotychczas traktowały mnie jak kolegę i trzymały kciuki za moje powołanie, nagle zaczęło na mnie patrzeć jak na potencjalnego męża. Nazwałem to zjawisko napisem na czole. Napis, złotymi literami, głosił: „Byłem klerykiem. Nic Ci nie grozi”. W gruncie rzeczy nie chodziło jednak o bycie klerykiem, tylko o mój charakter w ogóle. To JAKIM byłem klerykiem. Otóż ja się z dziewczynami przyjaźniłem. Owszem, podobały mi się, ale bardziej jeszcze je lubiłem. Traktowałem je podmiotowo do tego stopnia, że czasem je to wkurzało. Niektórym dziewczynom, które starały się do mnie zbliżyć, przeszkadzało wręcz, że nie rzucam się na nie jak na kawałek mięsa, ale ja nie wiedziałem czemu miałbym to robić. One myślały, że mi się nie podobają, a więc pewnie są brzydkie. Ja widziałem w nich piękno cielesne, ale i wewnętrzne. Nie przekraczałem granic i trzymałem rączki przy sobie (dlatego mogłem sobie, moim zdaniem, pozwolić na mieszkanie z dziewczyną przed ślubem). Przytulałem dziewczyny, gdy tego chciały – bliższe i dalsze. I nigdy nie było to przytulanie erotyczne. W Seminarium wzbudzałem kontrowersje, bo kolegowałem się ze studentkami, które z nami studiowały teologię (część tych przyjaźni przetrwało do dzisiaj). Nie rozumiałem czemu to kogokolwiek oburza, przecież żadnej nie próbowałem poderwać. Podobnie było po Seminarium – dziewczyny chciały być ze mną bynajmniej nie dlatego, że byłem przystojny i mężny, lecz dlatego, że mogłem przytulić, pocieszyć i, potencjalnie, dobrze wychować dzieci. Nawet moja Żona zwróciła na mnie uwagę, gdy obserwowała moje umazane atramentem z pióra dłonie i stwierdziła, że te dłonie będą nosić jej dzieci. Noszą…

Oczywiście, to wszystko pozytywne. To, że wzbudzam zaufanie. To, że się zaprzyjaźniam, że czasem wysłucham, że przytulę i pocieszę. To jest faktycznie pozytywne. Znaczenie. Słowa „dupek”. Ja mogę wysłać koleżankom w szkole Walentynkę. Koleżanki się wzruszą, pocieszą, podziękują, odwdzięczą. Żadnej z nich nie przyjdzie do głowy, że próbuję je poderwać. Nawet, gdybym robił to właśnie w tym celu. Koleżankom na studiach prawiłem komplementy takie, że się czerwieniły. Przyjaźniliśmy się, ale żadnej z nich nie przyszło do głowy, że próbuję je poderwać. Więcej – podziwiały mnie jako męża i ojca. Czasem mówiły, że zazdroszczą mojej żonie tego, że ma takiego męża. Ale nigdy nie wydawały się odbierać mojego istnienia i zachowania jako próby podrywu. Ot, bardzo sympatyczny, przyjacielski facet. Czasem zabawny rubasznik – moje grube dowcipy są częścią mnie. Mogłem zrobić wiele rzeczy, mogłem powiedzieć wiele słów. I NIC! Ani krztyny podejrzliwości, ani krztyny oburzenia. Tylko szeroki uśmiech na twarzy.

O co chodzi? Nie jestem w stanie tego wyjaśnić. Gdzie jest ten element mojego charakteru, który sprawia, że to, co u innych byłoby odebrane jako próba podrywu, u mnie jest interpretowane jako miły komplement? Nie mam pojęcia. Jednak definicja, którą podała moja znajoma, oddaje to doskonale do tego stopnia, że moja Żona posługuje się nią w komentarzach. Moja Żona nie boi się, że poderwę koleżankę ze studiów czy z pracy, choćbym prawił im komplementy i wysyłał Walentynki. I ma rację. Tylko że sam nie rozumiem dlaczego.

Oto i cały dowcip. Teraz mam to z głowy.

Przepraszam Cytrynnę, że musiała przebrnąć przez cały ten stek wulgarnych wyrażeń ;).

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy

Imieniny

Bardzo ciekawe zdarzenia miało miejsce w moim życiu, coś co Cytrynna nazywa „chodzącymi motywami”. Motywy chodzą grupami, a co najmniej parami, jak wynika z wpisu owej. Ten przyszedł parą, ale wystarczyło, by stworzyć w mojej głowie pomysł na ważną notkę.

Popołudniu zajmowałem się synkiem bliskiej znajomej, podczas gdy ona podążyła do lekarza z migrenowym bólem głowy oraz po odbiór córki z przedszkola. Po powrocie opowiedziała mi, że siostry-przedszkolanki dały córce w przedszkolu cukierki, żeby je rozdała dzieciom, bo myślały, że ma imieniny. Po rozwinięciu tematu okazało się, że tak do końca nie wiadomo, czy siostry się pomyliły, bo córka zwyczajnie imienin nie obchodzi i jej mama nie wie właściwie, kiedy one wypadają. W tym domu obchodzi się urodziny. Z kolei po powrocie do własnego domu dostąpiłem zaszczytu przeczytania maila imieninowego, w którym znajoma nosząca imię Aleksandra życzyła mojej żonie, również Aleksandrze, wszystkiego dobrego, ponieważ ten dzień wybrała sobie na swoje imieniny i pomyślała, że moja żona mogła wybrać ten sam dzień. Notka zrodziła się w mojej głowie.

Cała sprawa nie wydaje się taka ciekawa, ot, kwestia obchodzenia czy nieobchodzenia imienin, dopóki nie spojrzy się na chrześcijańskie znaczenie imienia i dnia imienin – a wszystkie wymienione osoby są wierzącymi i praktykującymi katolikami. Otóż tradycją chrześcijan od najwcześniejszych lat chrześcijaństwa było nadawanie imion na cześć osób, które żyły w Kościele wcześniej i osiągnęły świętość. Nadawano więc imiona pod kątem patronów – osób, które miały za dziećmi (lub chrzczonymi dorosłymi) orędować u Boga w Niebie. Od dawna więc w Kościele dzień imienin jest świętowany huczniej, niż dzień urodzin, bo urodziny nie wnoszą wiele do naszego życia (niektórzy twierdzą wręcz, że należałoby obchodzić dzień „poczęcin” zamiast urodzin), a imieniny są dniem, w którym czcimy Boga przez naszego patrona, którego wspominamy tego dnia – najczęściej jest to rocznica jego śmierci, ale wspomnienie może być ustalone także na inny dzień, oczywiście ustala to Kościół. Są osoby, które dzień imienin traktują jako pamiątkę chrztu, ponieważ łączą sam fakt przyjęcia chrztu z nadaniem imienia, a więc i wyborem patrona. Połączenie nie jest nieuzasadnione, nawet gdy dziecko ochrzczono w innym dniu, niż przypadał dzień patrona.

My sami nadajemy naszym dzieciom imiona patrząc na patronów, którzy w Niebie będą za nimi orędować (i oto zamierzam wreszcie zdradzić część tożsamości dzieciów na blogu, czego dotąd unikałem skrupulatnie). Nasz syn nosi imiona Gabriel Michał, ma imieniny 29 września, dlatego, że tego dnia wspominamy świętych archaniołów, którzy nad nim czuwają. Córce nadaliśmy imię ze względu na zamiłowanie do niego od dawna, a imieniny ustaliliśmy, ponieważ dzień który wypadał miał dla mnie szczególne znaczenie. Jednak Natalia Agnieszka również obchodzi imieniny w dniu swojej patronki, świętej Natalii z Toledo, ściętej około 852 roku za wiarę. Drugich imienin nie obchodzimy, ale wypadają 21 stycznia, w dniu św Agnieszki Rzymianki, męczennicy.

Wybierając dzień imienin swoich czy swoich dzieci, wybieramy jednocześnie patrona dla siebie czy dziecka. Osobę, która w Niebie ma na nas uważanie, która z Bogiem rozmawia o naszych sprawach. I tak moja żona obchodzi imieniny 18 maja, jej patronką jest więc św. Aleksandra z Ancyry (Ankary), która miała być jedną z sześciu dziewic utopionych w grzęzawiskach za oddawanie czci Bogu i odmowę przemarszu z posążkiem Artemidy. Aleksandra z 12 grudnia ma zaś za patrona mężczyznę, św. Aleksandra umęczonego w Aleksandrii w 250 roku wraz ze św. Epimachem za niewzruszoną wiarę mimo licznych tortur. Córka zaś znajomej, nosząca imię Łucja, jeśli rzeczywiście jej imieniny przypadają 13 grudnia, jest pod patronatem św Łucji z Syrakuz, męczennicy, której ukazała się św. Agata i przepowiedziała jej śmierć męczeńską. Łucja odwołała wolę zamążpójścia i ślubowała czystość, za co niedoszły mąż wydał ją na śmierć, wyjawiając, że była chrześcijańską. Jeśli jednak znajoma nie wybrała jeszcze patronki, może odnaleźć wspomnienie innych świętych Łucji (wygląda na to, że głównie są to chińskie i koreańskie męczennice. Co otwiera dodatkowy rozdział znaczenia imienia – chrześcijanie na wschodzie przyjmują bowiem jak widać imiona świętych katolickich, choć przez lata nosili swoje szlaczkowe imiona), albo nawet wybrać na patronkę Łucję z Fatimy (koleżankę Franciszka, to ma znaczenie), która jeszcze wprawdzie błogosławioną nie jest, ale proces beatyfikacyjny jest w toku i w trybie przyspieszonym. Spodobał mi się też pomysł na wzięcie jako patronkę bł. Łucji z Narni. Okazuje się, że nie chodzi o Łucję z Narni po drugiej stronie Starej Szafy, lecz o włoską zakonnicę, stygmatyczkę i mistyczkę. Wspomnienie: 14 listopada.

Pamiętajmy zatem, że imiona które nadajemy naszym dzieciom i które sami nosimy, mają nie tylko znaczenie symboliczne czy sentymentalne, ale przede wszystkim wskazują na to, kto spośród świętych i błogosławionych Kościoła Niebieskiego opiekuje się nami i naszymi dziećmi. Dlatego zachęcam do zwrócenia szczególnej uwagi na to, jakich patronów wybierzemy. I do świętowania imienin!

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 8 Komentarzy

Nagrody i wyróżnienia

Szanowny i wielce lubiany bloger Caddicus Caddi nagrodził mnie na swoim blogu w konkursie „Blog roku 2012”. Z tego też powodu ja również publikuję notkę w tym temacie. Nie jest to typowy wpis jeśli chodzi o moją stronę, ale cóż się poradzi, słowo się rzekło, kobyła u płota… Przy okazji wyróżnię blogi, które osobiście cenię ponadwymiarowo. Zastanawiam się, czy wolno nagradzać blog, który nagrodził mnie. Czy nie ocenilibyśmy tego jako protekcji? Jednak niestety blog Caddiego jest dla mnie tak szczególny, że muszę i Jemu zwiększyć liczbę gwiazdek.

Blog of the Year 2012

Pierwsze jednak co zrobię, to zamieszczę listę reguł konkursu, napisaną w j. angielskim, zdobytą z oficjalnej strony tego zabawnego konkursu:

The ‘rules’ for this award are simple:
1 Select the blog(s) you think deserve the ‘Blog of the Year 2012’ Award
2 Write a blog post and tell us about the blog(s) you have chosen – there’s no minimum or maximum number of blogs required – and ‘present’ them with their award.
3 Please include a link back to this page ‘Blog of the Year 2012’ Award – http://thethoughtpalette.co.uk/our-awards/blog-of-the-year-2012-award/ and include these ‘rules’ in your post (please don’t alter the rules or the badges!)
4 Let the blog(s) you have chosen know that you have given them this award and share the ‘rules’ with them
5 You can now also join our Facebook page – click the link here ‘Blog of the Year 2012’ Award Facebook page https://www.facebook.com/groups/BlogoftheYear/ and then you can share your blog with an even wider audience
6 As a winner of the award – please add a link back to the blog that presented you with the award – and then proudly display the award on your blog and sidebar … and start collecting stars…

Teraz zaś, po dokonaniu formalności, przejdę do nominowania wybranych przeze mnie blogów:

Lolinka za pisanie o trudnych sprawach w łatwy i przyjemny sposób
Caddicus za literackie inspiracje i wędrówki na granicy rzeczywistości
Cytrynna za doskonałe połączenie bloga craftingowego i parentingowego ;)
Magdalenka za bezkompromisowość w pisaniu o wierze i teologii
Joanna za młodzieńcze i świeże zacięcie teologiczne
Honorata za pomieszanie z poplątaniem i tworzenie pięknych rzeczy
Agnieszka za polecanie ciekawych książek i inspiracje stosikowe
Cada Manana za piękne, choć dawno nieaktualizowane, opisy bliskich-dalekich podróży

W efekcie nominowałem blog, który nie był nawet aktualizowany w 2012 roku… Trudno, w 2011 go nie nominowałem ;). Wszystkim zwycięzcom serdecznie gratuluję, nagrody do odebrania na stronie projektu lub jego profilu fejsbukowym ;).

Wpis z 12 12 12 zaliczony.

EDIT: 15 grudnia dodałem nominację dla kolejnych blogów – Honoraty i Agnieszki.

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy

Ćwierćwiecze

Wydaje mi się to niesamowite i wręcz nieprawdopodobne, że od ostatniego wpisu o tej tematyce minęło już pięć lat. Pięć długich lat odkąd jesteśmy razem, pięć lat odkąd po raz pierwszy wspólnie świętowaliśmy Twoje urodziny. Znów mogę napisać: jak wiele się zmieniło od tej pory. A jak jednocześnie wszystko jest tak, jak było.

Wówczas, pięć lat temu, byłaś moją narzeczoną, o czym niewiele osób jednak wiedziało. Baliśmy się powiedzieć o tym w naszych rodzinnych domach, w których naówczas jeszcze, osobno, mieszkaliśmy. To był ostatni miesiąc, kiedy czuliśmy się jeszcze jak małe dzieci przyczepione z konieczności do swoich korzeni i skrywające wielką tajemnicę przed tymi korzeniami. Ja wówczas wypracowałem mój pierwszy własnoręcznie robiony wygląd bloga i zamieściłem go po północy, żeby ci zrobić niespodziankę. Dziś można zobaczyć jego fragment, ten z naszymi dłońmi i pierścionkiem (zwanym 164) jeśli dobrze się trafi na nagłówek tego bloga. Wtedy też napisałem tamtą notkę. A z samego rana wsiadłem do pociągu, w Kielcach przesiadłem się do PKSu i pojechałem do Ciebie, żeby Ci zrobić niespodziankę. Leżałaś chora w łóżku, ja wpadłem z różą. Poznałem Twoich znajomych, którzy też postanowili zrobić Ci niespodziankę. To również był ostatni raz.

Byłem oficjalnie Twoim chłopakiem, w rzeczywistości już narzeczonym. A potem wszystko zmieniło się jak w kalejdoskopie. Pod koniec września zamieszkaliśmy razem. Dziś nie będę się zastanawiał, czy był to raczej dobry, czy zły wybór, by zamieszkać razem przed ślubem. Postanowiliśmy zachować czystość przed ślubem i z małymi potknięciami cel osiągnęliśmy. A ślub był już rok później, 13 września. Nie musieliśmy długo czekać. Rok później urodziliśmy Synka. Kolejny rok później pojechaliśmy na wakacyjną wyprawę życia i wtedy powiedziałem Ci to, co miałem Ci powiedzieć za trzy lata (Że kocham Cię i chcę spędzić z Tobą życie). I od tamtego czasu minęły już ponad dwa lata… Dwa lata po tym urodziliśmy Córeczkę. Po pięciu latach jesteśmy małżeństwem z czteroletnim stażem, ukończonymi studiami i dwójką dzieci. Ludzie się dziwią, że tak szybko. Rzeczywiście, nigdy wcześniej żadne pięć lat nie minęło tak błyskawicznie.

A jednocześnie tak niewiele się zmieniło. Choć dziś pewnie dziękowałbym Ci za wiele innych rzeczy, niż wówczas. Mogę Ci dziękować za obiady, które mi gotujesz, za to, że dla mnie dbasz o dom, za dzieci, które wraz ze mną, z miłością wychowujesz. Za Twoją mądrość i inteligencję, za mądre argumenty w sporach moralnych czy wychowawczych. Za to, że mam w Tobie prawdziwą partnerkę, choć nie lubię tego słowa, bo zazwyczaj kojarzy się z „nie-żoną”. Za to, że jesteś po prostu. Ale jednocześnie wtedy też byłaś tak samo mądra, tak samo inteligentna i tak samo ze mną. Choć oboje wydorośleliśmy, nadal jesteśmy tak samo postrzeleni i zwariowani na swoim punkcie i na punkcie Pana Boga. Ale dziękuję Ci też za to, że pomogłaś mi się zmienić. Że dzięki Tobie opanowałem mój histeryczny charakter. Że dla Ciebie podjąłem odpowiedzialność za utrzymanie Ciebie i naszych dzieci. Za to również, że ukończyłem wymarzoną teologię na wymarzonej uczelni i że wspierasz mnie w innych moich planach i marzeniach.

Kochanie. Nigdy z nikim nie byłem tak długo i nigdy z nikim nie było mi tak dobrze. Choć wtedy miałaś dwadzieścia lat, a teraz masz dwadzieścia pięć, nadal tak samo Cię kocham i nadal tak samo jestem Ci wdzięczny. Oraz Panu Bogu, który pozwolił mi poznać kobietę, od której czuć Jego samego. Która tak bardzo poświęciła się Jemu samemu, że bezgranicznie potrafi poświęcić się małżeństwu i rodzinie. I pomaga mi osiągać to samo.

„Ludzie mówią, że nie kocha się za coś. Niektórzy mówią, że kocha się mimo wszystko. Ja nie kocham Ciebie ani za coś, ani mimo wszystko. Kocham Cię, po prostu. I piszę to tutaj, na tym blogu. Choćby niektórym się to miało nie spodobać.

Ale jeśli miałbym Cię kochać za coś, rzeczywiście, jeśli nie starałbym się, by to była miłość bezinteresowna, to właśnie za to wszystko bym Cię kochał.”

Wszystkiego najlepszego!

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

All the Best Cowboys Have Mommy Issues

Dziwne zjawisko obserwuję u siebie, przebywając czasem w miejscu, z którego pochodzę. Otóż w czasie rodzinnych rozmów z moją korzenną rodziną nie potrafię powiedzieć dobrego słowa o mojej małżonce. Wręcz przeciwnie: jak jestem chory, to krzyczy na mnie, że mam się wziąć w garść. Jak stłukę szklankę, to jest tragedia, bo to była szklanka. Zachowuję się – nie można tego inaczej nazwać – jak chłopiec, który męczy się u boku swojej żony i czeka z utęsknieniem na chwile, kiedy będzie mógł się wypłakać mamusi w rękaw. Z drugiej strony kiedy padnie jakiekolwiek złe słowo w związku z tą drugą, natychmiast staję w obronie. I najciekawsze, że sam tego nie zauważam.

Nie w tym rzecz, że nie obrywa mi się za stłuczenie szklanki – bo się zdarza. Rzecz w tym, że nie jest sprawą naszych rodziców, co się dzieje w naszym domu, między nami, a naszymi współmałżonkami. Oczywiście doskonale o tym wiedziałem marząc o ślubie i ten ślub biorąc. To, o co się kłócimy, to w czym się nie zgadzamy czy co robimy nie tak to jest nasza sprawa, a nie osób trzecich. A do osób trzecich zaliczają się też ci, którzy do niedawna byli dla nas najważniejsi. Niestety, zupełnie nieświadomie o tym zapominam kiedy przychodzi odpowiedni moment i dopiero moja małżonka musi mi o tym przypomnieć.

Jest coś, co się nazywa wierność. Ślubuje się to w czasie przyjmowania małżeństwa. Ale wierność dotyczy nie tylko jedności małżeńskiej, braku zdrad czy partnerów na boku. Wierność to również lojalność wobec swojego współmałżonka. Kiedy mama mówi „Twój mąż nie naprawi gniazdka” mówi się „Oczywiście, że naprawi jak znajdzie chwilkę”, chociaż do białej gorączki doprowadza nas, że 3 tygodnie nie może znaleźć czasu. Jak mama mówi „Kuchnia żony to nie to samo co u mamusi”, trzeba absolutnie zaprzeczyć, nawet gdy bardzo tęskniliśmy za „domowym” mielonym. A gdy dochodzi do nieprzyjemnej sprzeczki z rodzicami, trzeba trzymać stronę żony/męża, choć możemy nie do końca się zgadzać i mamy prawo powiedzieć jej/mu to po dyskusji. Ale na tym polega wierność małżonków, że tworzą zwarty front. Zarówno przy wychowaniu dzieci, jak i przy dyskusjach z rodzicami. I nie obrzucają się nawzajem błotem, jak kopnięty szczeniaczek…

Nieświadomie zdarza mi się łamać te podstawowe zasady małżeńskie. Ale dziś już mam świadomość, że mogę temu zapobiec. Dlatego przypominajmy sobie codziennie, że to ze swoją żoną/mężem wzięliśmy ślub, a nie z mamusią czy tatusiem. I to z nią/nim będziemy budować dalsze życie. Dlatego to z nimi przede wszystkim powinniśmy trzymać i się dogadywać. A pępowinę czym prędzej odciąć, nareszcie!

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Wtedy też Ci to powiem

Trzy lata temu wszystko sie zaczelo. Ja kochalem sie w Niej, Ona we mnie. Dyskretnie obserwowalismy sie na zajeciach, na tej prywatnej postkomunistycznej uczelni. Ja nie wiedzialem, ze Ona mnie obserwuje, Ona ze ja Ja. Kiedy dowiedzialem sie, ze zamierza przeniesc sie z Lodzi na studia do Warszawy, a bylo to na poczatku czerwca, postanowilem nareszcie zaczac dzialac. Wowczas dopiero odnalazlem pewne zrodlo, ktore swiadczylo niezbicie o tym, ze Ona tez tego pragnie… 26 czerwca 2007 roku powiedzialem Jej wiec, ze Ja kocham. I ze chce spedzic z Nia zycie. Nie odpowiedziala, ze tez mnie kocha. Powiedziala, ze powiem Jej to za trzy lata. Kiedy bede juz o niej wiedzial wszystko, co najgorsze. Odpowiedzialem: „Wtedy tez Ci to powiem”.

Dzis mijaja 3 lata. Wrocilismy do Szkocji. Do miejsca, w ktorym bylismy miesiac pozniej, w ktorym Ona powiedziala mi, ze mnie kocha. W ktorym sie zareczylismy. Nie przypuszczalismy wtedy, te trzy lata temu, ze zeby tu dojechac pociagiem, bedziemy musieli zostawic roczne dziecko z moimi rodzicami (bo nie sposob takiego malca ciagnac przez pol Europy). Nie mielismy nawet pojecia, ze bedziemy juz starym (prawie dwa lata) malzenstwem. Tyle sie zdarzylo przez ten czas w naszym zyciu, ze nie sposob tego opisac. Ale wiem, ze to nie tylko nasza zasluga. Jestem przekonany, ze jak nad kazdym dobrym zwiazkiem, takze i nad naszym czuwa Bog. Tak jak opiekuje sie kazdym malzenstwem, tak i naszym sie opiekuje. Wiedzialem to juz wtedy, dokladnie trzy lata temu. Bo ja potrzebowalem powrotu do gorliwej wiary. I Ona w zyciu stawiala na Pana. Sami sie zeszlismy i sami sie pokochalismy. Bo pomogl nam w tym Bog.

Dzis sa trzy lata i dzis nareszcie znowu Ci to powiem. Choc powtarzalem to wielokrotnie przez ten czas – i staralem sie pokazywac calym swoim zyciem. Nie zawsze sie udawalo, to prawda. Ale wiesz ze sie staram. Bo kocham Cie i chce spedzic z Toba zycie.

Dzisiaj tez Ci to powiem…

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy

Tupot płaskich stóp

Z żoną połączyło mnie kilka kwestii. Z pewnością przede wszystkim Bóg. A więc bardzo poważne podejście do naszej wiary z jednej strony, z drugiej zaś nieustająca łaska Stwórcy. Z pewnością również miłość. Ktoś mógłby powiedzieć, że wymieniając Boga, wymieniłem też miłość. Ale to nie do końca jest tak. Bo Bóg jest miłością, ale miłość nie jest Bogiem. Tak, jak kwadrat jest prostokątem, lecz nie każdy prostokąt jest kwadratem. Czyli miłość – jako obustronna, może trochę wariacka, decyzja podjęta na całe życie. Połączyły nas wspólne zainteresowania, pasje, marzenia. Połączyło nas też zamiłowanie do wyłapywania, wyszukiwania w świecie fałszu, kłamstwa, zła i obłudy, ukrywających się pod powłoczką poprawności politycznej, demokracji i równouprawnienia.

W zasadzie nie jestem do końca przekonany, czy we mnie to pierwotnie nie tkwiło mocniej. Ale ja wtedy, gdy żonę poznałem, sam przeżywałem kryzys. Więc może nie było tak, że to ja to w niej zaszczepiłem, może było to w nas i wybudziliśmy to w sobie dzięki sobie nawzajem? Tak czy inaczej hobbystycznie oglądamy TVN (oraz TVN Style), czytujemy Gazetę Wyborczą (zwłaszcza Wysokie Obcasy), zaglądamy na nasz ulubiony Pardon, wertujemy książki („Bóg nie jest wielki”, „Kod Leonarda da Vinci”), by trochę się powkurzać, po czym sięgnąć do kontr-źródeł i odeprzeć atak. Częstokroć media głoszą tak ewidentne głupoty, że bez zastanowienia wpadamy na argumenty przeciw nim. Nie osiadamy jednak na laurach i z dnia na dzień wzbogacamy swą bibliotekę o nowe książki (lub czasopisma) mogące umocnić nasze stanowisko, pomóc nam odnaleźć drogę między przeszkodami (polecam szczególnie książki Josha McDowella, ale są też inne znakomite pozycje, jak „Oszustwo Kodu Leonarda da Vinci” Carla E. Olsona i Sandry Miesel). Staramy się oczywiście przy okazji nie zaniedbywać modlitwy, by w chwilach intensywnych poszukiwań nie zapominać o Tym, który sam nas do prawdy poprowadzi. I od początku próbujemy dać przykład własnej wiary malutkiemu synkowi, by i on w przyszłości potrafił bez problemu wybrać właściwą drogę.

Ona nosiła się z zamiarem założenia tego bloga od dość dawna. Wreszcie wspólnie zdecydowaliśmy, że będzie to już dobry moment na rozpoczęcie pisania. I tak oto moja żona postanowiła założyć blog, który ma na celu rozpoczęcie polemiki ze wszelkimi bardzo liberalnymi i postępowymi mediami, z którymi się nie zgadzamy. Adres bloga „Tupot płaskich stóp” powstał na zasadzie przeciwieństwa do nazwy „Wysokie Obcasy”. Najbardziej radykalnego przeciwieństwa, jakie udało nam się wymyślić. Tytuł „…punkt widzenia kury domowej” ma zaś podkreślać fakt, że moja żona ma podejście absolutnie antyfeministyczne (w nowoczesnym tego słowa znaczeniu). Niniejszym kończę wreszcie ten nieciekawy wywód i najserdeczniej zapraszam do odwiedzenia strony z twórczością Inki. Link znajdziecie również gdzieś tam, po prawej stronie. Życzę jak najprzyjemniejszej lektury!

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Statystyka

Setki tysięcy. Może nawet miliony zabitych. Śmierć czyha na każdym kroku, gdzie się nie obejrzysz. Europa zatopiona we krwi niewinnych, choć jak mawiał Stalin, przy takiej ilości to już nie nieszczęście. To statystyka.

Nie mają broni, a oprawcy nie baczą na to. Traktują ich jak niewolników. Jak śmieci. Zabijają z zimną krwią. To nie ich zimna krew spływa do rynsztoków. Wyrzuty sumienia przyjdą. Później.

Trzecia wojna światowa? A może cofamy się w czasie do Rewolucji Francuskiej? Nie, nie, nie. To tylko obraz spustoszenia wywołanego przez aborcję. Czyli nieprzeliczone ilości zabójstw na istnieniach bezbronnych. Na ludziach niemogących decydować za siebie. A przecież ludziach.

Do napisania notki natchnęły mnie dziewczęta ode mnie z uczelni. Na przedmiocie „Prawo wspólnotowe” miały ukazać obraz aborcji w krajach Unii Europejskiej. Same fakty. Nim weszły na podium nauczycielka wygłosiła mowę na temat wystaw umieszczanych swego czasu w okolicach centrum Łodzi, ukazujących zabite podczas aborcji płody. Powiedziała, iż to bardzo trudna decyzja kobiety i nie powinno się nikogo narażać na takie widoki w miejscach publicznych. Dziewczyny miały szczęście, że pierwsza część prezentacji była za długa i kobieta kazała im kończyć wcześniej. Nie spodziewała się na jakie widoki zostaną narażone jej czułe oczy.

A może częściej powinno się nas narażać na wyrzuty sumienia?

>>Prezentacja<< umieszczona za zgodą dziewcząt: Oli, Magdy i Marty.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 15 Komentarzy