Monthly Archives: Listopad 2007

Ciężkie czasy

Mamy datę. 13 września 2008 roku. Trochę ponad dziewięć miesięcy. Wszystko staje się coraz bardziej realne. Wszystko zaczyna się coraz bardziej układać. Coraz dokładniej widzimy, o co w tym wszystkim chodzi.

Michalinie należą się przeprosiny. Bo Michalina w dużym stopniu ma rację. Jeśli chodzi o mieszkanie ze sobą przed ślubem. Niestety, a może na szczęście, nie oznacza to, że zacząłem się zgadzać z księdzem Malińskim. Nie, nadal uważam, że Malina racji nie ma. Malina nie trafił w problem. To znaczy trafił – ale nie w jego sedno.

Michalina, przepraszam, że nie zgadzałem się z Tobą. Masz rację. Szkoda, że w swym wytłumaczeniu problemu w zasadzie ograniczyłaś się do polecenia ks. Malińskiego. A nie podjęłaś się interpretacji.

Jeszcze raz przypomnę jakie dwa problemy wymienia Maliński. Problem pierwszy to to, że dwie osoby mieszkają ze sobą i żyją jak małżeństwo, ale w zasadzie nie czują się jakby byli małżeństwem, co wywołuje u nich schizofrenię. Problem drugi polega na tym, co wiąże się z męską buraczaną potrzebą seksu. To, że mężczyzna leżąc tak blisko kobiety (dodam: kobiecego ciała) podnieca się i nie ma jak tego podniecenia wyładować, bo nie są małżeństwem.

Po odsłuchaniu Maliny doszedłem do wniosku, że problem kogoś, kto postanowił kochać, nie dotyczy. Bo po pierwsze nie podnieca się leżąc przy swojej narzeczonej, bo nie traktuje jej jako przedmiotu, na którym mógłby wyładować swoje napięcie, które zresztą ładuje się samą obecnością tego przedmiotu. Traktuje ją jak najbliższą sobie na świecie osobę, jak kogoś, komu oddałby wszystko, jak kogoś, komu należy się cześć. Kogoś, kogo kocha jak nikogo. Po drugie zaś nie ma problemu ze schizofrenią, bo od początku ewentualnego wspólnego mieszkania, a może nawet od momentu podjęcia nienaruszalnej decyzji pokochania żyją i traktują się jak mąż i żona. Czują się jakby byli małżeństwem. I marzą o tym, by wreszcie tym małżeństwem zostać.

Jak już wspomniałem, Malina nie trafił w sedno problemu. Brał pod uwagę sytuacje w których dwie osoby mieszkają ze sobą traktując się jak osobne jednostki, ja jestem ja, ty jesteś ty. Nie mówił nic o tych, którzy niczego tak nie pragną, jak tego, by być jednym, by stać się wspólnotą. On o tym nie mówił, a my sądziliśmy, że problem nie istnieje, bo właśnie tak mamy. A sedno problemu tkwi tutaj dokładnie.

W różnych kwestiach do wspólnego życia dorasta się w różnym czasie. Do mieszkania ze sobą. Do gotowania sobie obiadów. Do chodzenia rano po pieczywo. Do odrywania się od swoich przyzwyczajeń i nałogów po to, by mieć więcej dla siebie czasu. Do wspólnego chodzenia do kościoła i do modlitwy. Do porannego mierzenia temperatury. Do wspólnego kupowania ciuchów. Do zrozumienia, że przyjaciele, rodzice, rodzeństwo i cały ten kram nie może być dla nas nigdy ważniejszy niż my dla siebie nawzajem. Do tego, że jesteśmy dla siebie najpiękniejsi na świecie, bo jesteśmy swoi i kochamy się, po prostu. Do wszystkiego tego, co mogę nazwać przyzwyczajeniem i rutyną. Tą totalnie najpiękniejszą rutyną, która z dnia na dzień jest coraz piękniejsza. Którą z dnia na dzień celebrujemy – to ciekawe, doszliśmy do tego niedawno – coraz pełniej. I owszem możecie pomyśleć, że to wszystko to zakochanie i jak już przejdzie, to będzie dopiero koszmar prawdziwy. No dobra, jest zakochanie. Są tacy, którzy mają to do siebie, że im bardziej kochają i im bardziej są kochani, tym piękniej się zakochują. Może nazwę to raczej zachwytem. Zachwyt jest związany z zakochaniem. Tylko trochę bardziej zależy od woli.

Wróćmy do tematu. Powoli dorasta się do tego wszystkiego. Kwestia seksualności może pozostać jakby obok. Śmialiśmy się, że problemy nas nie dotyczą (rzeczywiście – nie dotyczyły), bo traktujemy się jak osoby, i to sobie najbliższe. Mogliśmy też mówić, że seks jest oczywiście dobry, ale w małżeństwie i że mamy ku sobie pociąg (tak, ten, który nazywamy seksualnym tudzież cielesnym), ale jesteśmy wolni i skoro nie chcemy, to nie chcemy i nie musimy, bo to nie działa tak, że woda się musi zagotować, fizyki pan nie oszukasz. Tymczasem podświadomie seks jawił się nam jako coś złego. Różne przejścia na tym tle. Moje i Oli. Ale nie tylko przejścia. Także to, czego nie nazwę wstydliwością, ale raczej to, co nazwę tabu. Coś o czym się nie mówi. Coś, co jest tylko moje. I owszem, seks jawił nam się jako coś w tym stylu:

„No. Mój mąż jest cudowny. Wspaniały wręcz. Taki miły i kochany. Kupuje mi kwiaty. W mieszkaniu posprząta. Pieniążki przyniesie. A jakie ma cudowne zainteresowania! No wspaniały człowiek. Tylko czasem wieczorem przychodzi, kładzie się na mnie, robi co ma zrobić i idzie spać. Nie, w ogóle o tym nie rozmawiamy. To jest do przeżycia. Trochę boli czasami…”

Zgadza się. Oboje w pewnym sensie mieliśmy właśnie takie wyobrażenie. I ja mówiłem o zjednoczeniu, o wspólnocie, o „dwoje jednym ciałem” i takie inne. A podświadomie czułem, że nie będę dość dobry. Mówiłem, że miłość wystarczy. Ale bardzo się bałem, że nie wystarczy. I przez to śmialiśmy się z problemów przytoczonych przez Malinę, a nadal wydają się nam niesłuszne, ale nie widzieliśmy sedna problemu. Sedno problemu musieliśmy odkryć sami.

Sedno problemu polega na tym, że seks nie jest czymś oddzielonym od reszty życia. Nie jest czymś ponad, albo obok. Nie jest czymś cudownym i niesamowitym, wielką egzaltacją i ekstazą, wobec tego wszystkiego, co pozostaje poza nim. Jest wypełnieniem, owszem. Jest najwyższym stadium zjednoczenia małżeńskiego i wspólnoty. Ale nie jest czymś ponadnaturalnym. Czymś wyjątkowym. Czymś, co sprawia nagle, że życie małżeńskie dopiero teraz jest życiem małżeńskim. Jest czymś najzupełniej normalnym. Czymś, do czego dojrzałe małżeństwo dąży w tym samym stopniu jak do chodzenia razem na zakupy czy wspólnego jedzenia posiłków. I owszem, seks należy celebrować. Tak samo – co już przecież zaznaczyłem – jak każdy inny element życia małżeńskiego. Wspólnego życia ze sobą, we dwoje. Wtedy seks przestaje być czymś, czego się podświadomie boimy. Bo staje się zwyczajną sprawą. Czymś, do czego małżeństwo dojrzałe dąży w bardzo naturalny sposób. Staje się czymś, co nazywamy nie tyle zjednoczeniem, co ostatecznym i najwyższym stadium zjednoczenia.

W różnych kwestiach do wspólnego życia dorasta się w różnym czasie. I sądzę, że to działa podobnie we wszystkich przypadkach. Jeśli ludzie nie traktują narzeczeństwa tak, jak powinno się je traktować, czyli jako dorastania do małżeństwa, czyli do wspólnoty, muszą do tego wszystkiego dorastać tak samo będąc już małżeństwem. Na samym końcu dorasta się do seksu. Bo seks jest ostatnim, najwyższym etapem. I śmiem twierdzić, że jeśli bierzemy ślub nie próbując dorosnąć do tego wszystkiego przed nim, musimy dorosnąć po nim. I dorośniemy do wspólnych zakupów. I do gotowania obiadu pewnie też. Nie sądzę, by za łatwo przyszło nam dorosnąć do odcinania pępowiny. Od rodziców czy przyjaciół. Do rozmawiania o wszystkim ze współmałżonkiem, a nie z najlepszym przyjacielem. A jestem niemal pewien, że nie dorośniemy do seksu. Dlaczego? Z prostych przyczyn: bo zaczniemy go uprawiać zanim do niego dorośniemy. Zaczniemy go uprawiać w noc poślubną, zanim zdążymy dorosnąć do czegokolwiek co jest związane z życiem małżeńskim. Tak. Dziś stwierdzę coś bardzo dziwnego i macie pełne prawo do tego, by się ze mną nie zgodzić. Nie polecam uprawiania seksu w noc poślubną, jeśli w narzeczeństwie nie włożyliśmy całej swojej woli i całej miłości, i ogromu pracy w to, by dorosnąć do wszystkiego, co z małżeństwem związane, na końcu dorastając do seksu.

Tak, pewnie dlatego twierdzi się, że zjednoczenie seksualne zaczyna być prawdziwie piękne po 10 latach małżeństwa. Bo po narobieniu sobie nawzajem traum w noc poślubną potrzebujemy 10 lat by dorosnąć do seksu…

Jak już mówiłem, w różnych kwestiach do wspólnego życia dorasta się w różnym czasie. Godziny rozmów. Czekania na siebie. Doceniania i pracy. Na końcu dorasta się do seksu.

I tak, jeszcze raz podkreślę, Michalina ma rację. Bo przez to, że ludzie mieszkają ze sobą przed ślubem, jestem pewien, że dorastają do tego za wcześnie. Bo stają się jak małżeństwo zanim stają się małżeństwem. I oczywiście twierdzę, że większość tego, co dzieje się w ludzkim życiu, jest zależne od naszej woli. Czyli od nas samych. I to, czy współżyjemy przed ślubem nie zależy od naszej natury, od uwarunkowań społecznych, genetycznych, hormonów, feromonów i potęgi podświadomości. Zależy od tego, czy tego chcemy, czy nie. Nie – czy na to przyzwalamy, bo nie możemy wytrzymać. Tylko od tego, czy tego chcemy.

Dopóki nie jest się dojrzałym do seksu, można śmiać się z argumentów przyrodniczo wodogotujących, bo jest się wolnym i decyduje się samemu za siebie. I zwyczajnie można nie chcieć uprawiać seksu, bo się do niego nie dorosło. Potem może się zacząć chcieć…

Do niczego nie doszło. Podjęliśmy decyzję. Wcześniej chcieliśmy doczekać do ślubu, bo w ogóle nam się nie spieszyło. Dziś wiemy, że gdybyśmy sobie pozwolili na dopełnienie przed złożeniem sobie przysięgi, żałowalibyśmy tego bardzo. Pewnie do końca życia. I dlatego postanowiliśmy, że tak, poczekamy z tym do dnia, w którym po raz pierwszy powiemy sobie „mężu”, „żono”. Pamiętamy, że jest to moment, w którym sami się połączymy, a Bóg to pobłogosławi. I tylko, niestety, trochę bardziej jawi nam się to jako bezsensowne czekanie. Jako czekanie na papierek. Bo do sakramentu dojrzali jesteśmy już dzisiaj. Owszem, nie sądzę, by w pełni. Ale wystarczająco bardzo. Tylko wszelkie uwarunkowania zewnętrzne sprawiają, że musimy jeszcze bezsensownie czekać.

I tylko wiem teraz, że jeśli naprawdę dotrwamy, jeśli w noc poślubną zbliżymy się do siebie w pełni radości, to będziemy z siebie bardzo dumni. Że daliśmy radę. Teraz, kiedy już nie mogę powiedzieć, że problemu nie ma. Tylko dlatego, że faktycznie problemu nie ma, a jest tylko głupie czekanie. Bo kto wytrwa do końca…

Categories: Duchowość i moralność | 9 komentarzy

Love actually

Wolność nie jest swobodą ani sielanką. Wolność jest wówczas wolnością, gdy umieścimy ją w ramach Bożych przykazań. Boże przykazania zaś nie są dla naszej wolności ograniczeniami. Prawda jest taka, że ramy Bożych przykazań są wyraźną granicą między wolnością, a zniewoleniem. Między radością i szczęściem, a uzależnieniem. „Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko mi wolno, ale ja niczemu nie oddam się w niewolę.” (1 Kor 6, 12).

Bóg tak nas ukochał, że pozbawił się dobrowolnie części swej wszechmocy, by dać nam wolność. Ukochał nas jeszcze bardziej, dodając do tej wolności to wszystko, co mówi nam, jak daleko możemy się posunąć, by wolności nie utracić. Tak więc jest wolność i łaska – ta wieczna (jak dekalog) i ta codzienna, osobista.

Wolność łączy się z decyzyjnością i z dojrzałością. Człowiek podejmuje wybory zgodnie z własnym sumieniem. Te wybory nie muszą być mądre i korzystne: o ich korzystności dla nas i dla innych świadczy nasza dojrzałość. A może odwrotnie: o dojrzałości świadczy dorosłość, mądrość naszych wyborów.

Są wybory mniej ważne. Jak choćby to, że pójdę na studia tu czy tam. Te wybory można weryfikować, zmieniać, można podejmować również wybory odwrotne. Trafiam na studia do Łodzi, ale okazuje się, że to nie jest to, o czym myślałem. I mogę z tego zrezygnować, zmienić plany. Z zastrzeżeniem, że nie pozostanie to bez wpływu na moje dalsze życie.

Są wybory ważniejsze. Jak to, że chcę wziąć ślub. Z tych wyborów też można się wycofać. Tylko wówczas zastrzeżenie też jest poważniejsze.

Są jednak wybory sakramentalne. Decyzje życiowe. Kiedy już zawrzemy małżeństwo. Kiedy już przyjmiemy święcenia. Kiedy już się ochrzcimy. Nie da się tego cofnąć. Nie da się, z jakimkolwiek zastrzeżeniem, stwierdzić, że wycofuję się z takiej podjętej decyzji. Nie da się powiedzieć już po święceniach, że ja jednak nie chcę być księdzem. Wtedy możesz sobie chcieć albo i nie. Ale odwrotu nie ma. Dlaczego? Bo decyzje sakramentalne są najdojrzalszymi, najmądrzejszymi decyzjami, świadczącymi o tym, że jesteśmy ludźmi dorosłymi. I z tej dorosłości zdajemy relację wobec siebie, wobec innych, z tej dorosłości zdają relację o nas nasze decyzje. Kościół nie zezwala na rozwody – bo szanuje mądrość i dojrzałość naszych decyzji.

A do sakramentalnych decyzji nie zaliczam jedynie tego, co wiąże się z sakramentami bezpośrednio. I myślę, że można się z tym zgodzić ogólnie. Rzeczy w stylu KWC również traktuję jako decyzję sakramentalną, mądrą i dojrzałą. Złamanie takiej decyzji (bo absolutnie nie da się z niej wycofać) świadczy przeciw nam, a za to za naszą dziecięcością, i to nie tą, którą pochwalał Chrystus.

A jak mówił św. Augustyn – najdoskonalszym aktem woli, a więc najdoskonalszą decyzją, jest miłość.

Tak więc miłość, jako najdoskonalsza decyzja, jest najbardziej na świecie nieodwołalna.

Wyobraźmy sobie taką sytuację. Wybieramy studia, jedziemy do Krakowa. Siedzimy w tym Krakowie 2 tygodnie i nam się nie podoba. Czy możemy powiedzieć: Nie, ja jednak nie idę na studia do Krakowa? Nie możemy! Dlaczego? Bo już za późno. Bo już poszliśmy. Możemy jedynie powiedzieć, że jednak nie zostajemy na studiach w Krakowie, bo nam się nie podoba.

Jesteśmy małżeństwem, na ten przykład. No i żona się nuuuudzi! Czy możemy powiedzieć: Nie, ja jednak nie chcę się z tobą żenić, nie chcę być twoim mężem? Nie możemy! Bo już podjęliśmy decyzję i zostaliśmy związani sakramentalną wstęgą. Możemy najwyżej powiedzieć, że nie chcę z tobą mieszkać, że nie chcę cię widzieć na oczy, że odchodzę. To oczywiście oznacza brak dojrzałości, ale nie oznacza rezygnacji z decyzji. W najgorszym wypadku oznacza ekskomunikę – na własną odpowiedzialność.

Miłość, co może dziwić, bo wydaje się być tak nieuchwytna i jakaś transcendentna, jest tak naprawdę ponad tym wszystkim. Jest decyzją przewyższającą wszelkie decyzje. I jeśli podjęło się decyzję, że kocham, nie możemy z niej zrezygnować najbardziej ze wszystkich decyzji. Bo w zasadzie nie da się z niej zrezygnować. Wiemy, że pisał o tym m.in. św. Paweł: „Miłość nigdy nie ustaje, nie jest jak proroctwa, które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie.” (1 Kor 13, 8)

Nie można powiedzieć, że się kochało, bo się podjęło taką decyzję, ale się już nie kocha, bo się podjęło decyzję inną. Spróbujmy spojrzeć na to czysto utylitarnie. Byłeś z dziewczyną ileśtam lat. Mówiłeś, że ją kochasz. Potem powiedziałeś, że już nie kochasz. Zabiłeś w niej wszystko, całe poczucie bezpieczeństwa, wiarę w dojrzałość. Idziesz do drugiej, która zna Twoją historię. Wyżalasz się, a potem mówisz, że kochasz. Jakie podstawy ma ta osoba, by Ci uwierzyć? By zaufać, że po tych iluśtam latach nie powiedz, że już jej nie kochasz?

Dużo prościej i użyteczniej jest powiedzieć, że nie kochałeś tak naprawdę nigdy. Że tak naprawdę Ci się zdawało. Albo się pomyliłeś. Wtedy łatwiej Ci uwierzyć, że masz rację, że tym razem mówisz prawdę i Ci się nie zdaje. Sprzeciw!

Jesteś w tym Krakowie na tych studiach. I teraz – nie wiesz… Czego nie wiesz? Nie wiesz czy zdecydowałeś się studiować w Krakowie czy nie… Hmmm… Cóż. Siedzisz w ławce na UJ, notujesz jakieś tam rzeczy, i zastanawiasz się nad swoją niewiedzą – czy rzeczywiście zdecydowałem się by przyjechać do Krakowa? Czy to, gdzie siedzę, to aula Uniwersytetu Jagiellońskiego, czy nie?

Idźmy dalej. Byłeś w Krakowie. Jedziesz do Łodzi na przykład. Spotykasz ludzi. Rozmawiasz z nimi. I co im mówisz? Nie no, co ty! Nigdy nie studiowałem w Krakowie! Jak to? Masz świadków, że niby owszem? Nie, teraz dopiero studiuję.

Podkreślam, że za przykład podaję decyzję mało ważną. Miłość jest ze wszystkich najważniejsza. I wszystkie te przykłady odnoszą się do niej najbardziej.

A więc możesz w zasadzie powiedzieć, że nigdy nie kochałeś. Oraz, że nie wiesz, czy kochasz, czy nie. Pierwsza rzecz świadczy o tym, że kłamałeś, oszukiwałeś, tak, że nigdy nie podjąłeś decyzji, choć zawsze twierdziłeś, że podjąłeś. Druga rzecz świadczy o rozdwojeniu jaźni. Totalnym braku dojrzałości. Albo – w najmniej drastycznym przypadku – o nieprawdziwej definicji miłości.

Bo miłość można sobie próbować utożsamić z zakochaniem. Z uczuciami. I motylkami w brzuchu, wiecie jak to jest. Możemy mówić, że miłość przemija. Tylko to świadczy o tym, że próbujemy iść na łatwiznę. A na łatwiznę z miłością, jako i z Bogiem, jako i z wolnością, iść się nie da.

I dalej – ktoś jeszcze może powiedzieć, kochamy się, ale nie możemy się dogadać. W jakich kwestiach? Nigdy się nie dogadacie we wszystkich błahostkach. Jeśli chodzi o podstawy, o wartości, o priorytety – prawda jest taka, że jeśli się naprawdę kochacie, jeśli jesteście dla siebie najważniejsi po Bogu, to ze wszystkim się jakoś domówicie. A jak nie? No weź, przestań! Wyłącz wreszcie swój egoizm!

Miłość jest decyzją najwyższą, nieodwracalną, nie można nie wiedzieć czy się kocha i można powiedzieć, że jednak się nie kochało, z założeniem, że jest się tym samym najstraszniejszym kłamcą na świecie.

Nie można natomiast budować związku na innym fundamencie niż dana nam od Boga i zgodnie z naszą wolą postanowiona miłość. I owszem, możesz żyć jakiś czas w związku, w którym nic nie budujesz. I to jest jeszcze możliwe do przeżycia. Do przetrzymania. Możesz jakiś czas żyć w związku, w którym kocha tylko jedna osoba. Z założeniem, że ta druga stara się prawdziwie pokochać. I że nadejdzie wreszcie ten moment, w którym pokocha i będą mogli zacząć coś razem budować.

Nie można za to żyć w związku opartym od początku na kłamstwie. Bo nie mówię o jednym małym kłamstwie. Czy, powiedzmy, o zdradzie. Miłość ludzka nie jest doskonała. I czasem się o niej zapomina. To jest jak uderzenie młotem w budynek, który stoi na twardym fundamencie. Będzie ciężko naprawić szkodę. Ale w końcu się uda zaleczyć rany. Mówię o kłamstwie, które trwa od początku. O tym, że mówisz „kocham” kiedy tak naprawdę nie kochasz. I wtedy druga osoba, która postanowiła pokochać naprawdę, myśli, że coś budujecie. Tym czasem stawiacie dom na piasku – a Ty do tego nawet nie mówisz swemu partnerowi, że nie położyłeś fundamentów.

Jeśli ja kocham Ciebie, a Ty kochasz mnie, mamy jakieś 99% szans na zbudowanie szczęśliwego małżeństwa i spędzenie razem cudownego życia. Bo gdy kochamy, potrafimy odnaleźć spokój, potrafimy się zaangażować, zmobilizować i poustawiać swój system wartości tak, jak ustawiony być powinien. Bardzo ważne jest jednak właśnie to, że najpierw musimy kochać. Nic nie zbudujemy, jeśli miłości nie postawimy na pierwszym miejscu w hierarchii naszej wartości (a Bóg jest miłością, tak dla przypomnienia).

Jeśli ja kocham Ciebie, a Ty mnie nie, mogę poczekać i dać Ci szansę, a potem, jak już pokochasz, zaczniemy razem budować.

Jeśli ja kocham Ciebie, a Ty twierdzisz, że kochasz mnie, ale potem okazuje się, że jednak nie wiesz, albo że Ci się zdawało, albo że już nie kochasz, oznacza, że nie kochałeś od początku. To znaczy, że oszukiwałeś od początku. To znaczy, że nie umiesz podejmować decyzji dojrzałych, to znaczy, że jeśli w ogóle chcesz coś na czymś budować, to właśnie na kłamstwie i niedojrzałości, bylebym tylko ja się nie skapował.

I takiego związku, między osobą dorosłą (w pewnym sensie), a dzieckiem, nie da się budować. Nie da się budować na czymś, co od początku było iluzją.

I owszem, podejmuję decyzję już na początku. Tam, gdzie się nie zdarzyło – raniłem i niszczyłem ludzi (przepraszam Sylwię, jeśli nadal czyta, i Kasię, która nie czyta). I podejmuję ją z wszelkimi konsekwencjami. I z założeniem, że sam nic nie zbuduję. A uwierzcie, tu, na ziemi, nie mam całej wieczności na czekanie, aż ktoś, kogo pokochałem, przestanie być dzieckiem, a stanie się dorosłym. A już z całą pewnością nie zamierzam marnować czasu dla ludzi, którzy kłamią w żywe oczy, ale nawet nie przyznają się do tego przed samymi sobą. I Wam też tego nie polecam…

Oczywiście można jeszcze mylić się co do istoty miłości. Można twierdzić, że to uczucie, że to tęsknota, że to… No cóż. W tej sytuacji choćbym kochał najmocniej na świecie, i tak nic nie osiągnę. Sam niczego nie zbuduję, choćbym bardzo pragnął.

Miłość nie zobowiązuje mnie do męki. Do czekania w nieskończoność na coś, co może nigdy nie nastąpić. Miłość zobowiązuje mnie do budowania. Do marszu naprzód, nie zaś cofania się. Miłość nie jest tragedią, która mnie spotkała na mojej drodze, a do której muszę się dostosować. Miłość jest decyzją. Na której mogę zbudować wszystko, jeśli znajdę kogoś, kto nie chce budować na kłamstwie. I tak, jak bita przez męża żona nie ma obowiązku mieszkać z nim pod jednym dachem, tak ktoś kto nie jest kochany nie ma obowiązku tracić życia dla tej osoby. Czemu, w takim razie, jako jeszcze nie małżonek mogę odejść, a jako małżonek już nie? Bo decyzja małżeńska składa się z czterech części: miłości, wierności, uczciwości i tego, że nie opuszczę aż do śmierci. Taka decyzja. Nawet, jeśli nie jestem w małżeństwie kochany, to zdecydowałem o wierności i nie opuszczeniu. Kiedy postanawiam o miłości tylko, nic nie każe mi żyć całe życie przy kimś, kto mnie okłamuje, nie kocha, czy daje mi kosza. Przy kimś, kto w zasadzie wcale nie chce żyć przy mnie na zasadach zgodnych z miłością. I to wcale nie znaczy, że nigdy nie kochałem. I że nadal nie kocham. Tylko do tanga jednak trzeba dwojga…

Dziękuję osobom, które jednak umieją kochać…

Pod koniec w swej łaskawości zapraszam do dyskusji zarówno tu, jak i jeszcze pod poprzednią notką.

No i na samiutki koniec dziękuję serdecznie Wesołemu Siewcy Pesymizmu. Za wszystko co uczynił. Tak, żeby nie myślał, że nie umie przewidywać przyszłości.

Categories: Bóg i miłość | 2 komentarze

Brata Jasia głos w dyskusji

Str. 1, Str. 2, Str. 3, Str. 4.

Powyżej znajdują się linki odwołujące Was do czterech kolejnych stron Listu do chłopców, zeskanowanego z czasopisma Miłujcie Się. Aby zrozumieć poniższą notkę, należy koniecznie zapoznać się najpierw z przytoczonym artykułem.

Jaś Bilewicz, bodajże brat zakonny (choć tego pewny nie jestem) pisze w MS na tematy seksualności. Listy do chłopców równolegle z listami do dziewcząt, oba trochę inaczej, jednocześnie oba bardzo pewnie i dobrze. Daje porady, biorąc jednocześnie udział, mniej lub bardziej świadomie, w wielkiej dyskusji nt. czystości, wewnątrz i na zewnątrz Kościoła katolickiego. Czytając przytoczony list tuż po odsłuchaniu przeze mnie wykładów ks. Malińskiego, postanowiłem dołączyć jego głos do odbywającej się wśród nas dyskusji.

Jeśli przesłuchaliśmy Malinę i przeczytaliśmy Bilewicza, jesteśmy w stanie zauważyć subtelne różnice. Po pierwsze w sprawie podniecenia. Maliński wypowiada się o nim jako o problemie, robi to również Bilewicz. W czym tkwi różnica? W tym, że Malina twierdzi, iż problemem jest podniecenie wówczas, gdy nie możemy go rozładować, bo jeszcze nie jesteśmy małżeństwem. Gdy jeszcze nie powinniśmy współżyć. Bilewicz określa podniecenie jako zło. Jako coś wypływające z pożądania: „Czymś innym – zupełnie innym – jest podniecanie się ciałem żony, a czymś innym zachwycanie się nim. Podniecenie wynika z pożądania, zachwyt – z miłości” (czyt. str. 4). A człowiek pożądliwy przeżywa swoją seksualność w sposób prymitywny, zwierzęcy… A więc Bilewicz mówi o podnieceniu jako o czymś złym nie tylko przed, ale i po ślubie.

Poniższy akapit opisuje coś, czego w artykule nie przeczytacie.

Podniecenie nie jest więc zwykłym stanem biologicznym. Powiedzmy – tym, co nazywamy erekcją. Erekcja nie jest czymś co oznacza „pociąg seksualny” ani czymś, co oznacza „podniecenie”. Jest to biologiczna czynność organizmu, częstokroć – rzeczywiście – niezależna od nas. Niezależna od tego, czy widzę koleżankę, czy żonę, czy narzeczoną, czy kładę się do łóżka sam, czy obok kogoś. Pożądanie czy podniecenie które z niego wynika – to już zupełnie inna broszka. To już reagowanie na bodźce biologiczne własną wolą, własnymi decyzjami.

Cały przytoczony list Bilewicza jest, chyba niechcący, zaprzeczeniem tego, co mówił Maliński. Bo hasło „Malina, mam problem, śpimy ze sobą a ja się podniecam” powinno mieć zupełnie inne znaczenie. Dlaczego? Bo to, że nie jest za fajnym fakt podniecania się przed ślubem nie oznacza, że będzie fajny po owym. Jaś Bilewicz podkreśla to, co podkreślam i ja. Że seks nie jest żadną buraczaną (za Malińskim) potrzebą mężczyzny. Że podniecenie jest złe nie tylko przed, ale i po ślubie. Że mężczyzna nie musi współżyć gdy znajdzie się koło kobiety, ew. w jednym łóżku. Że współżycie to jedność, to wspólnota, a nie zaspokajanie męskich buraczanych potrzeb, bo się podniecam.

I dlatego, podkreślę jeszcze raz, nie ma problemu. Nie ma, bo nie mam żadnych buraczanych potrzeb. Bo podniecanie się ciałem kobiety jest złem nie tylko przed ślubem, ale i po nim. Po pociąg nie oznacza chęci zaspokajania potrzeb, lecz chęć zjednoczenia i wspólnoty. I stąd moje stwierdzenie, że pożądliwe spojrzenie na kobietę, które już jest cudzołóstwem odnosi się również do własnej żony („A kto pożądliwie spojrzy na kobietę, już w swej głowie dopuścił się z nią cudzołóstwa. I tu nie jest mowa jedynie o kobietach, które nie są naszymi żonami. Mam ci ja rację?” – LINK). I stąd również moje twierdzenie o dziewictwie zachowanym nawet po ślubie, nie wykluczając współżycia (LINK).

Dlatego Jaś Bilewicz jest dla mnie autorytetem, a ks. Maliński nie jest.

A dodatkowo powiem jeszcze, że ks. Pawlukiewicz też mówił o mieszkaniu ze sobą przed ślubem i używał podobnych do Malińskiego argumentów. I choć z nim również się nie zgadzam, to traktuję go trochę inaczej. I nie robię z niego idioty.

Dlaczego?

Bo z Maliny nie starałem się robić idioty. Starałem się tylko posługiwać używanym przez niego językiem…

Głos mój i Brata Jasia jest głosem w dłuższej dyskusji. I dlatego mam nadzieję, że zostanie wzięty pod uwagę i skomentowany.

Categories: Duchowość i moralność | 13 komentarzy

Na drugi brzeg

Tak jest mało czasu mało dni serce bije tylko kilka chwil
Niespokojne czeka wierci się kiedy w końcu Ty przytulisz je
Tak jest mało czasu mało dni serce bije tylko kilka chwil
Nie wiem czy Cię poznam ale wiem że na pewno Ty rozpoznasz mnie

W oktawie Wszystkich Świętych, w zasadzie w Zaduszki. Jakoś tak te dwa dni następują jeden po drugim. A we mnie znów otwiera się refleksja nad przemijaniem. Czy nad przemijaniem…?

Wierzymy. W Boga, w miłość, w Pismo Święte, czasem również w Kościół. A mimo tego wszystkiego panicznie boimy się śmierci. Usiłujemy zrobić wszystko, wszystko co tylko możliwe, by przed nią uciec. I wówczas śmierć dopada nas w najmniej oczekiwanym momencie, jak pies rzucający się na ofiarę. I tylko krzyczymy, że jeszcze nie dziś, nie teraz, i znowu ten przeklęty czas, od którego jesteśmy uzależnieni. Jakby od tego zależało nasze życie, nasze szczęście. Nie od tego na co nam ten czas, ale od tego, żeby go mieć.

Zabierzesz mnie na drugi brzeg
Za Tobą będę do nieba biegł

Nasza religia jest religią Prawdy. Jest jedyną religią w której prawdziwy Bóg stał się prawdziwym człowiekiem i prawdziwie zmarł. Bóg umarł. My Go zabiliśmy. Ale jeszcze więcej – Bóg zmartwychwstał. I powiedział, że jeśli w Niego uwierzymy, śmierć nas nie spotka. Nigdy nie umrzemy naprawdę. Ziarno musi, musi obumrzeć, żeby wydać plon. By zacząć prawdziwie żyć.

Nie jest wcale ciężko kiedy wiem że na końcu drogi spotkam Cię

Chociaż było tyle trudnych dni codziennie bliżej nieba – warto żyć!
Tak jest mało czasu mało dni serce bije tylko kilka chwil
Nie wiem czy Cię poznam ale wiem że na pewno Ty rozpoznasz mnie

Ostatecznym celem naszego życia jest śmierć. I naprawdę tylko od nas zależy jak będziemy na nią patrzeć. Czy będzie dla nas jakimś mrocznym, strasznym widmem, którego próbujemy nie zauważać, czy też nadzieją na lepsze, prawdziwsze, piękniejsze życie. U boku Boga.

Gdy byłem w Seminarium ze świecą szukać musiałem kogoś, kto tak jak ja nie boi się śmierci. Kto czeka. Jeśli tam było to tak ciężkie, co dopiero poza murami owego budynku? Miejsca, które nazywałem Domem?

A jednak. Jednak znalazłem. I to jest jeden z powodów, dla których znalazłem też nowy Dom. Taki z dużej litery.

Zabierzesz mnie na drugi brzeg

Za Tobą będę do nieba biegł

Nigdy nie było tak, że mówiłem „chciałbym umrzeć”. Dziś nie jest tak tym bardziej. Nigdy wcześniej tak naprawdę nie miałem takiej woli życia. Mam po co i dla kogo żyć. A jednak nadal, chyba właśnie jeszcze bardziej, nie boję się śmierci. I jeszcze bardziej na nią czekam.

A gdybyś Ty umarła? Nie smuciłbym się…? Nie wiem. Pewnie owszem. Pewnie bym się smucił. Ale tylko po wierzchu. W głębi wiedziałbym, że osiągnęłaś cel. I sama dobrze wiesz jaki byłby tego symbol. A Wy wszyscy dowiecie się w swoim czasie. W razie gdy Ona odejdzie. Albo ja wcześniej…

Mijają godziny mija czas szukam Cię na niebie pośród gwiazd
Nie wiem czy Cię poznam ale wiem że na pewno Ty rozpoznasz mnie

Bóg na pierwszym miejscu. A potem wszystko inne samo się poustawia. Wiemy o tym bardzo dobrze.

Wszystkich Świętych to dzień, w którym płaczemy, w którym niebo płacze, w którym groby wyją smętkiem i zadumą. Dlaczego? Po co? Przecież jeśli oni naprawdę kochali Boga, jeśli byli Mu bliscy, to są najszczęśliwsi na świecie. I Ty też będziesz, i ja, i Wy wszyscy! Tylko zaufać. Uwierzyć naprawdę. Pokochać. Wiara, nadzieja i miłość. I przestać się bać.

Zabierzesz mnie na drugi brzeg
Za Tobą będę do nieba biegł

Arka Noego

KLIK to hear the music! :)

Categories: Bóg i miłość | 2 komentarze