Monthly Archives: Luty 2011

In vitro po polsku?

Nowoczesna popkultura coraz bardziej nas zadziwia. Do niedawna jedyne wojny i propagandy ideologiczne, na które napotykaliśmy się czytając pisma typu „M jak mama”, skierowane do młodych matek i przyszłych matek, dotyczyły pieluszek jednorazowych i karmienia piersią. Natrafiając jednak na numer grudniowy przeżyliśmy wielki szok – duża część tego numeru poświęcona była bowiem zapłodnieniu in vitro. Tytuł głównego artykułu brzmiał właśnie „In vitro po polsku”. Chciałbym skupić się jedynie na niektórych fragmentach z omawianego artykułu i postarać się zdementować tkwiącą w nich nieprawdę.

Światowa Organizacja Zdrowia uznała niepłodność za chorobę, a zapłodnienie pozaustrojowe jest w pewnych sytuacjach jedyną metodą jej wyleczenia.

Ciekawe jest stwierdzenie, że WHO uznało niepłodność za chorobę. WHO uznało również, że homoseksualizm chorobą nie jest, dlatego na logikę nie sugerowałbym się tym, co stwierdzi WHO. Niepłodność jest chorobą – i nie potrzeba tu żadnych odgórnych stwierdzeń – ponieważ czymś naturalnym dla kobiety (a także dla mężczyzny) jest bycie płodnym. A to, co wykracza poza naturę jest chorobą. Zastanawia mnie, dlaczego pismo takie jak „M jak mama” musi powoływać się na Światową Organizację Zdrowia, żeby powiedzieć, że niepłodność jest chorobą. Niestety, mimo tak dobrego początku trafiamy na kolejne stwierdzenie, że zapłodnienie pozaustrojowe (in vitro) jest czasem jedynym sposobem wyleczenia niepłodności. Wierutna bzdura – i prawdopodobnie podkreślam to po raz kolejny, a jeszcze będę podkreślał. Nie słyszałem, żeby ktokolwiek został wyleczony z niepłodności wskutek zapłodnienia in vitro. Owszem, ten ktoś zostaje zapłodniony, nosi i rodzi dziecko, ale czy to sprawia, że staje się w efekcie płodny? Czy, przy kolejnym zbliżeniu w odpowiednich okolicznościach, zajdzie w ciążę w sposób naturalny tylko dlatego, że wcześniej miał dziecko z in vitro? Takie prosto zadawane pytania i odpowiedzi doprowadzić nas muszą do oczywistego wniosku: zapłodnienie pozaustrojowe nie jest metodą wyleczenia niepłodności, ponieważ niczego nie leczy! Człowiek, który urodzi dziecko w ten sposób nie staje się zdrowy, a więc nie staje się płodny! To tak, jakby kogoś bolała wątroba i brałby na nią apap. Owszem, wątroba przestałaby go boleć, ale ból wróciłby ze zdwojoną siłą po odstawieniu środków przeciwbólowych. Dokładnie zresztą tak samo ma się sprawa ze środkami hormonalnymi, które przepisuje się na wszystko: na pryszcze, zbyt długie miesiączki, intensywne bóle. Co z tego, że wszystko się pod ich wpływem „reguluje”, jeśli tak naprawdę cykle przestają istnieć, a hormony odpowiedzialne za powstawanie wyprysków po odstawieniu tabletek wybuchają ze zdwojoną siłą?

Owszem, zdarza się, że kobieta, która urodzi dziecko z in vitro następne płodzi w sposób naturalny. Ale to nie oznacza, że zapłodnienie pozaustrojowe wyleczyło ją z niepłodności. Oznacza to raczej, że była płodna od samego początku, ale nie chciało jej się próbować.

Przyjmując, że w Polsce rodzi się rocznie ok. 1700 dzieci poczętych w wyniku zapłodnienia pozaustrojowego, stanowią one niespełna 0,5 proc. wszystkich urodzeń. Podczas gdy są kraje (Dania, Belgia, Słowenia, Skandynawia), gdzie odsetek ten sięga 4 proc., a w Izraelu metodą in vitro został poczęty co 10. noworodek! Porównania te są kompromitujące.

No rzeczywiście, powinniśmy się wstydzić. Tylko 0,5 procenta dzieci w naszym kraju pochodzi z próbówki, a nie z normalnego, prawidłowego współżycia między kobietą a mężczyzną, do czego owo współżycie w końcu służy. Powinniśmy sypać nasze głowy popiołem, że jesteśmy tak daleko w tyle za cywilizowanym światem jeśli chodzi o niezgodne z naturą, a w efekcie szkodliwe dla ludzkiego zdrowia działania medyczne.

Ryzyko powikłań po zapłodnieniu pozaustrojowym nie wynika z samego faktu zastosowania tej procedury – mówi prof. Sławomir Wołczyński z Kliniki Rozrodczości i Endokrynologii Ginekologicznej UM w Białymstoku – ale z występowaniem ciąż wielopłodowych. Kiedyś, gdy pacjentce wszczepiano po kilka zarodków, takie ciąże występowały stosunkowo często. Obecnie jednak nie transferujemy więcej niż dwóch zarodków, a i dwa przenosimy wyjątkowo. Najczęściej ograniczamy się do transferu tylko jednego zarodka o prawidłowym potencjale rozwojowym. Wkrótce do lamusa odejdzie więc mit, że ciąża po in vitro to często ciąża wielopłodowa.

No, tu już mamy niejaki postęp. Wystarczy „przetransferować” tylko dwa, a często już jeden zarodek w czasie zabiegu. A więc nieznośne przeświadczenie, że będzie się miało więcej niż jedno wymarzone dziecko na raz zaczyna zanikać! Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że każda ciąża wielopłodowa to automatycznie ciąża trudniejsza, cięższa i mniej bezpieczna – i oczywiście automatycznie kwalifikująca się jako powikłana – ale przecież zdarzają się i w naturze ciąże bliźniacze, a nawet trojacze. Jakoś nikt nie podnosi z tego tytułu larum. Ciekawe swoją drogą co się dzieje z tym drugim zarodkiem, gdy przenosi się dwa? Oraz ile razy trzeba przenieść zarodki, by wreszcie ciąża się przyjęła (a każda nieprzyjęta ciąża również jest swego rodzaju powikłaniem, zwłaszcza gdy obumrze trochę później niż natychmiast). W innym miejscu artykułu możemy przeczytać, że „Za 12. razem urodziła dziecko polska rekordzistka, która wcześniej miała 11 nieudanych prób in vitro”. Chwalimy się? Pani musiała być nieźle zdesperowana, skoro pochowała (co najmniej) 11 dzieci i jeszcze próbowała urodzić dwunaste…

Nieprawdziwe jest też rozpowszechniane przez przeciwników tej metody przekonanie, że zarodki przed implantacją poddawane są badaniom genetycznym, by wybrać najlepszy z nich. Takie badania wykonuje się tylko wówczas, gdy wiadomo, że rodzice mogą przekazać dziecku poważną chorobę genetyczną, często uniemożliwiającą przeżycie. Badania robi się więc po to, by mieć pewność, że dziecko uniknie groźnej choroby, a nie po to, by zaprogramować mu płeć czy kolor oczu…

Jakże szlachetnie to brzmi! Robimy badania genetyczne tylko po to, aby dziecko uniknęło groźnej choroby. A więc rodzice będą mieli zdrowe, wychuchane dziecko. To nic, że w naturze rodzą się dzieci z chorobą downa, a także z chorobami, przez które się umiera. To nic również, że zarodek (a więc bardzo młody człowiek), który począł się z chorobą genetyczną nie dostanie szansy na dalszy rozwój i zostanie zamrożony na wieki. Co więcej – ja na przykład wcale nie twierdzę, że te badania genetyczne robi się po to, żeby dobrać kolor oczu czy płeć. Twierdzę jedynie, że takie działanie jest tylko kwestią czasu. Nie wierzę, że mogłoby być inaczej.

Dlaczego Polacy nie mogą liczyć na pomoc państwa w tak ważnej sprawie? Odpowiedź jest znana – metody in vitro nie akceptuje Kościół katolicki. Pozaustrojowe zapłodnienie jako metodę leczenia – niekiedy z pewnymi zastrzeżeniami – zaakceptowały wszystkie wielkie religie: judaizm, islam, buddyzm i oraz pozostałe kościoły chrześcijańskie. Sprzeciwia się temu jednak Kościół rzymskokatolicki, a sprzeciw ten tworzy wokół in vitro klimat strachu, niechęci, tabu.

I wszystko się wyjaśnia – Polska jest zaściankiem, bo rządzi w niej niepodzielnie ostanie zaściankowe wyznanie, a więc Kościół katolicki. Wszystkie inne religie zaakceptowały tę metodę leczenia, co oznacza, że Kościół jest zacofany. Nie będę się teraz rozwodził nad powodami, dla których Kościół sprzeciwia się in vitro. Tekst zresztą też o tym nie mówi. Polska jest zacofana, bo Kościół jest zły, bo zakazuje in vitro. Dziękuję, że chociaż słowo Kościół napisała Pani wielką literą…

Najwspanialszą treść można przeczytać jednak w ramce na górze strony 26. Pojawia się tam wypowiedź doktora Sławomira Wołczyńskiego, którego cytowałem już wcześniej. Możemy tam przeczytać między innymi:

Nie oznacza to jednak, że (in vitro) ma stać się polem walki ideologicznej. Na nic zdadzą się próby podważania wiarygodności współczesnej medycyny i twierdzenia, że istnieje inna medycyna – lepsza od tej – i nazywa się naprotechnologia. Ta rzekomo nowa dziedzina nie jest przedmiotem publikacji naukowych i analiz w światowym obiegu informacji medycznej, a więc jest tylko wątpliwą ideą. Nikt na świecie ze znawców problemów rozrodu człowieka jej nie zna. Medycyna jest jedna.

Pan strzela jak z pepeszy. Nieważne czym jest wspominana przez niego naprotechnologia, ważne że nikt jej nie uznaje, nikt o niej nie pisze i w ogóle nikt, ale to nikt o niej nie słyszał. I niech sobie nie myślą, że cokolwiek zdziałają, bo nie zdziałają, kropka. A może nawet wykrzyknik! Tymczasem istnieją publikacje i konferencje, analizy i tym podobne, choć może ludzie pokroju pana doktora się nimi nie interesują. Co więcej, nikt nie próbuje twierdzić, że odkrył nową medycynę. Napro wykorzystuje dokładnie tę samą medycynę, która jest jedna, tylko w inny sposób. Dokładniej bada cykl rozrodczy kobiety, zachowania małżonków itp. Opiera się głównie na podstawowych badaniach – i okazuje się, że wielokrotnie zachowując się w odpowiedni sposób małżonkowie są w stanie zajść w ciążę bez posuwania się do in vitro, które może wydawać się nieuniknione. Medycyna jest jedna i naprotechnologia poza nią nie wykracza. Nie ma nic wspólnego z medycyną naturalną albo z homeoterapią. Dotyka tylko najbardziej podstawowej biologii człowieka. I, w przeciwieństwie do in vitro, często pomaga wyleczyć się z niepłodności. A jeszcze częściej – pomaga odkryć, że niepłodność była wyłącznie złudzeniem. A in vitro nie powinno być miejscem wojen ideologicznych – zgadzam się. Powinno zostać ocenione w prawdzie. A pan doktor ma z tym duży problem.

Wpis ten zakończę analizą zdania wprowadzającego do wymienionej ramki z wypowiedzą p. Wołczyńskiego:

Dzieci są skarbem – czas na prawo, dzięki któremu będzie ich więcej.

Najwyższy czas zdelegalizować wreszcie w pełni aborcję. I antykoncepcję również. Czego sobie i Państwu z całego serca życzę.

Dopisek: Po konsultacji z żoną doszliśmy do wniosku, że istnieją choroby uniemożliwiające zajście w ciążę, które cofają się lub leczą w dużym stopniu kiedy jest się w ciąży. W tej sytuacji in vitro nie jest metodą leczenia niepłodności, ale bycie w ciąży już tak – a in vitro byłoby jedynym możliwym sposobem zajścia w ciążę. Czy można więc dla dobrego celu wykorzystać niegodny środek? Tutaj rodzi się poważny moralny dylemat, do dalszego omówienia.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 komentarze

Rozwód nie istnieje

Ostatnio natknąłem się na blog człowieka, który po rozwodzie walczy o prawo do opieki/spotykania się ze swoimi dziećmi. Wdałem się niepotrzebnie w dyskusję nad potrzebą rozwodów samych w sobie. Niepotrzebnie, ponieważ zostałem wyśmiany za stwierdzenie, że rozwód jest największym grzechem wobec małżeństwa, większym nawet niż zdrada. W związku jednak z tym nieprzyjemnym zajściem postanowiłem zrobić krótki przegląd związany z rozwodami i tym podobnymi. Chętnie zahaczę również o popularną w ostatnich czasach sprawę unieważnienia małżeństwa…

Rozwód – W tytule mojej notki napisałem, że rozwód nie istnieje. Ten kto mnie zna zdaje sobie jednak sprawę, że zwykłem twierdzić, iż np. czas również nie istnieje. Oczywistym jest, że zarówno czas, jak i rozwody są czymś realnym. A jednak rozwodów jako takich, tj. rozwiązywania małżeństw sakramentalnych, nie ma. Owszem, małżeństwo nie jest wyłącznie tworem religijnym. Dziś wiele osób bierze tzw. ślub cywilny, czyli uprawomocnia swój związek. Zawiązują wspólnotę majątkową (czasem poprzedzając ją intercyzą), mogą odwiedzać się w szpitalu itp. Mogą też oczywiście się rozwodzić – właśnie po to im jest ta intercyza, żeby nie było problemu z podziałem majątku. No to później mogą brać jeszcze jeden ślub, znów się rozwodzić i tak w nieskończoność. W sensie ścisłym jednak – a jako sens ścisły uznaję to, co jest związane ze słowami Chrystusa, a więc z prawdą objawioną – tacy ludzie nie są nigdy prawdziwym małżeństwem. A co za tym idzie każdy małżeński seks musi być uznany za seks pozamałżeński, a więc za cudzołóstwo. Ludzie, którzy nie zawarli sakramentalnego małżeństwa nie są małżonkami. Dlatego m.in. ktoś, kto wziął ślub cywilny, rozwiódł się i zamierza wziąć ślub w Kościele, może to zrobić, ponieważ dotąd nie był w prawdziwym małżeństwie, a jedynie w tworze prawnym nie do końca prawidłowo nazywanym małżeństwem. Ale – co za tym idzie – ktoś, kto już wziął ślub w Kościele rozwieść się nie może. Jezus sam powiedział, że nie wolno dawać listów rozwodowych. „I rzekł: Dlatego opuści człowiek ojca i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela. Odparli Mu: Czemu więc Mojżesz polecił dać jej list rozwodowy i odprawić ją? Odpowiedział im: Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych pozwolił wam Mojżesz oddalać wasze żony, lecz od początku tak nie było. A powiadam wam: Kto oddala swoją żonę – chyba w wypadku nierządu – a bierze inną, popełnia cudzołóstwo. I kto oddaloną bierze za żonę, popełnia cudzołóstwo. Rzekli Mu uczniowie: Jeśli tak ma się sprawa człowieka z żoną, to nie warto się żenić. Lecz On im odpowiedział: Nie wszyscy to pojmują, lecz tylko ci, którym to jest dane” (Mt 19, 5-11). Jak widzimy, uczniowie stwierdzili, że skoro nie wolno oddalić żony, to nie warto się żenić w ogóle. Jak to możliwe – pytali bowiem – by z jedną kobietą spędzić całe życie? Jezus odparł, że nie wszystkim jest dane to zrozumieć. I dziś te słowa się sprawdzają, ponieważ liczba rozwodów rośnie. Także ludzie, którzy mają ślub kościelny idą do urzędu i rozwiązują swoje małżeństwo. Trzeba jednak podkreślić, że jeśli ktoś zrobi to, w oczach Boga i Kościoła (a tym samym realnie) wciąż pozostaje w związku sakramentalnym. I jeśli rozwiedzie się, a ożeni się z inną kobietą w urzędzie, popełnia cudzołóstwo. Grzeszy wobec siebie, niej i swojej prawdziwej żony. Ponieważ w Kościele rozwód rzeczywiście nie istnieje. Dlatego stwierdziłem, że rozwód jest największym grzechem względem małżeństwa. I nie powinniśmy się zastanawiać co zrobić, by odzyskać opiekę nad dziećmi po rozwodzie, tylko co zrobić, żeby się nie rozwieść.

Unieważnienie małżeństwa – Bardzo popularne w ostatnich czasach, zwane także rozwodem kościelnym. W ciekawy sposób pisała o tym pani Ewa Nowak w książce „Niewzruszenie”. Tam było małżeństwo, które wzięło ślub w Kościele, potem się rozwiodło, ale babci zależało żeby wszystko było po bożemu, więc wywarła nacisk żeby unieważnić małżeństwo. Owi małżonkowie następnie zapadli w romantyczną miłość i ponownie wzięli cywilny ślub tuż przed tym, jak z Watykanu przyszła decyzja o unieważnieniu małżeństwa. Śmiech mnie bierze gdy czytam takie bzdury, ale z całą pewnością mnóstwo ludzi, którzy przeczytają książkę pani Nowak pomyśli, że tak właśnie rzeczy się mają. Tymczasem unieważnienie małżeństwa nie istnieje. Naprawdę nie istnieje.

Stwierdzenie nieważności małżeństwa – Czy ci spośród moich czytelników, kiedy zwracają komuś, kto mówi o „unieważnieniu małżeństwa” uwagę, że chodzi o „stwierdzenie nieważności” spotykają się z pytaniem „a jaka to jest różnica”? Ja niejednokrotnie się z tym spotkałem. Wytłumaczę to więc, choć nie wszyscy i tak chcą to zrozumieć. Bo dla wielu, którym mówi się o braku rozwodów kościelnych unieważnienie małżeństwa jest argumentem za istnieniem rozwodów kościelnych. I tak byłoby rzeczywiście – bo „unieważnienie małżeństwa” oznaczałoby sprawienie, że coś, co było ważne staje się nieważne. Czyli de facto rozwód. Ktoś, kto był małżonkiem, przestaje nim być. Powiedziałem już jednak, że unieważnienie małżeństwa nie istnieje. Istnieje stwierdzenie nieważności, które różni się zasadniczą rzeczą – tym, że jest to potwierdzenie faktu, że małżeństwo nigdy nie zostało zawarte. Idzie taka para młoda do ołtarza i ślubuje, ale są jakieś przeszkody które sprawiają, że ich ślubowanie od początku jest nieważne. Np. on ukrył przed nią, że jest gejem. Albo ona ukryła, że jest niepłodna. Jeśli dowiedzą się o tym po ślubie wówczas okazuje się, że ich małżeństwo jest nieważnie zawarte – ponieważ brali ślub z kimś innym, niż myśleli. Tj. on myślał, że żeni się z kobietą płodną, a ona była niepłodna – a ona myślała, że wychodzi za heteroseksualistę, a wyszła za geja. Mogą oczywiście wybaczyć kłamstwo i zaakceptować tę ważną rzecz, o której nie wiedzieli. Wówczas małżeństwo staje się ważne i nie ma żadnego problemu. Mogą jednak również stwierdzić, że nie brali ślubu z tą osobą i ubiegać się o stwierdzenie nieważności. Proces przebiega w dużo bardziej skomplikowany sposób niż zwykły proces rozwodowy, potrzebni są świadkowie, zeznania – to trwa latami. I nie ma takiej sytuacji, że małżonkowie zaczynają się dogadywać, a nagle przychodzi decyzja z Watykanu. Jeśli zaczęli się dogadywać i ponownie wzięli ślub (jak w książce Nowak), to znaczy że ich małżeństwo jest i było ważne. Z kolei skoro się dogadali – to kto zeznawał w sądzie za stwierdzeniem nieważności? W całym tym procesie są jeszcze dwie kwestie: Jeśli małżeństwo okazuje się być nieważne, to nie oznacza, że dzieci są nieślubne. Wszystko, co działo się za czasów domniemanego małżeństwa uważane jest za odbywające się w małżeństwie. A co za tym idzie – druga kwestia – jeśli ktoś ubiega się o stwierdzenie nieważności małżeństwa bo ma ku temu poważne przesłanki, a w tym czasie spotyka się już z kimś innym (randkuje, trzyma za rękę, całuje, zaręcza się) to zdradza swoją żonę nawet wówczas, gdy małżeństwo później zostanie uznane za nieważne. Dlatego, że do wyroku sądu domniemane jest istnienie, a nie nieistnienie małżeństwa.

Separacja – Kościół zezwala również na coś, co nazywamy separacją. Małżonkowie zamieszkują osobno, rozdzielają majątek w jakiś sposób, ale nie przestają być małżonkami. Jest to spowodowane np. ochroną kobiety przed agresywnym mężem. Ksiądz Marek Dziewiecki napisał, że Kościół nie zgadza się na rozwód, ponieważ szanuje decyzję człowieka, ale zgadza się na separację, ponieważ szanuje jego godność. Separacja jest alternatywą wówczas, gdy ktoś zmienił się w dużym stopniu na niekorzyść już w czasie trwania małżeństwa. Np. dotąd troskliwy mąż załamał się, zaczął pić i bić żonę i dzieci. Jeśli jednak był agresywny przed ślubem, ale to ukrywał i ukazał dopiero po ślubie (a jego skłonności były potwierdzone np. medycznie), małżeństwo jest nieważne. Za separację uznaje się w Kościele również sytuację, gdy mąż czy żona zdradzili, opuścili swojego współmałżonka, związali się z kimś innym i założyli nową pseudo-rodzinę. Mogli nawet doprowadzić do rozwodu. Wówczas strona poszkodowana, prawnie rozwiedziona, żyje w separacji ze stroną winną. Tj. małżeństwo jest ważne, a jak długo pozostaje mu wierna, tak długo może w dalszym ciągu korzystać z sakramentów i życia Kościoła. Taka osoba, z oczywistych względów, nie może się związać z kimś innym. Ideałem byłoby, gdyby oczekiwała na powrót małżonka.

W wypadku nierządu – Słowa te występują m.in. w przytoczonym przeze mnie cytacie z Ewangelii Mateusza. Są różnie przez wielu interpretowane. We wspólnotach protestanckich często są uznawane za zezwolenie na rozwód w przypadku gdy ktoś kogoś zdradzi. My zdajemy sobie sprawę, że w dziejach Kościoła takie sytuacje nie miały miejsca. Wiemy natomiast np. o przypadku św. Augustyna, który postanowiwszy nawrócić się na chrześcijaństwo oddalił swoją żonę. Jego małżeństwo nie było jednak związkiem sakramentalnym – i jest to jedna z możliwych interpretacji: mianowicie, że można oddalić współmałżonka, który w rzeczywistości nim nie jest (czyli np. tego ze związku cywilnego, ale nie kościelnego). Inni twierdzą, że greckie słowo oznaczające „nierząd” mogło odpowiadać hebrajskiemu słowu oznaczającemu „nieważność”, a to pozwalałoby na interpretację, że można stwierdzić małżeństwo nieważne jako nieważne. Oczywiście fragment ten jest bardzo kontrowersyjny i wiele osób ma problemy ze zinterpretowaniem go. Dlatego tylko pokrótce opisałem kilka możliwości.

Tak właśnie prezentuje się kwestia pojęć związanych ze ślubem i rozwodem. Jeśli czegoś nie dopowiedziałem, lub rodzą się w Was jakieś wątpliwości, zapraszam do komentowania i zadawania pytań.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 4 komentarze