Monthly Archives: Luty 2012

God or Not

Tak jakby podsumowując pracę bloga postanowiłem powrócić do jego istoty, a mianowicie sięgnąć po coś stricte teologicznego. W notce niniejszej chciałbym odnieść się do własnej pracy magisterskiej, a więc również zająć się tematem, na którym powinienem znać się najlepiej. Dodatkowo pragnę przywrócić (tymczasowo) honor wydawnictwu Vocatio, w którego pogrążaniu ostatnio współuczestniczyłem, ponieważ bez pomocy udziału owego moja praca w tej postaci nigdy by nie powstała. Wreszcie na koniec chciałbym odpowiedzieć znajomej Świadkowej Jehowy na mail, którego dawno temu mi napisała.

Z góry zaznaczam, że będę się tu powoływał na moją pracę magisterską zatytułowaną Apologia Jezusa w „Przewodniku apologetycznym” Josha McDowella, którą obroniłem w zeszłym roku w czerwcu. Będę zamieszczał cytaty albo z samej pracy, albo z „Przewodnika apologetycznego”, który był głównym źródłem, z którego korzystałem. Sam „Przewodnik…” został nota bene wydany właśnie przez wydawnictwo Vocatio.

Od dawna toczę zażartą dyskusję z kilkorgiem Świadków Jehowy, którzy rzecz jasna nie są ze mną się w stanie zgodzić w najważniejszych kwestiach (a ja z nimi). Jedną z tych kwestii jest Bóstwo Jezusa – dla nas znaczące, dla nich wykluczone. Na ten temat właśnie maila otrzymałem już dość dawno temu. W mailu tym pojawiają się argumenty za tym, że Jezus jest pierwszym stworzeniem Bożym, że nie uważał się za Boga ani za Bogu równego, że również po Jego wniebowstąpieniu uczniowie uważali go za mniejszego od Boga. Ja jednak pisałem pracę magisterską stawiając tezę wręcz odwrotną i szukając argumentów na nią. Postarajmy się więc zestawić te dwa punkty widzenia. Znajoma pisze:

Jezus został oskarżony o bluźnierstwo w następstwie swej wypowiedzi: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (Jn 10:30). Nie twierdził bynajmniej, że jest Ojcem ani że jest Bogiem, a wynika to z dalszych jego słów (…). Kontekst tej wypowiedzi wyraźnie wskazuje, o jaką jedność mu chodziło. Jezus mówił o swych dziełach i o trosce, jaką otaczał podążające za nim „owce”. Zarówno jego dzieła, jak i słowa dowodziły, że między nim a Ojcem panuje całkowita jednomyślność, wykluczająca jakikolwiek rozdźwięk — i właśnie to podkreślił w swojej odpowiedzi (…). Obaj w jedności ze sobą chronili symboliczne „owce” i prowadzili je do życia wiecznego (Jn 10:27-29; por. Eze 34:23, 24). Jedność między Jezusem a jego Ojcem nie polega na tym, iż są tą samą osobą, lecz na tym, iż mają te same cele i zmierzają do nich jednakowymi drogami — co potwierdza modlitwa Chrystusa o jedność wszystkich jego ówczesnych i przyszłych uczniów. Prosił w niej, żeby jego uczniowie „wszyscy byli jedno”, tak samo jak on i jego Ojciec (Jn 17:20-23).

Pierwszą rzeczą, którą muszę podkreślić, jest uparte twierdzenie Świadków Jehowy, że my, katolicy, uważamy, iż Jezus był tą samą osobą, co Ojciec. Nie dociera do nich, że odróżniamy osoby (Ojciec jest osobny od Syna) i istotę (jedność w Bóstwie, w byciu tym samym Bogiem). W dalszej kolejności należy zaznaczyć, że tę wypowiedzianą przez Jezusa jedność da się również interpretować inaczej (wręcz powinno się interpretować ją inaczej). McDowell w „Przewodniku…” przytacza omawiany fragment jako jeden z najbardziej znaczących argumentów za Bóstwem Jezusa, umieszczając go w szerszym kontekście: „Rzekł do nich Jezus: […] Ja i Ojciec jedno jesteśmy. I znowu Żydzi porwali kamienie, aby Go ukamienować. Odpowiedział im Jezus: »Ukazałem wam wiele dobrych czynów pochodzących od Ojca. Za który z tych czynów chcecie mnie ukamienować?« Odpowiedzieli Mu Żydzi: »Nie chcemy Cię kamienować za dobry czyn, ale za bluźnierstwo, za to, że Ty będąc człowiekiem uważasz siebie za Boga«” (J 10,25-33). Zauważyłem, że Jezus ani tu, ani nigdzie indziej nie nazwał siebie Bogiem, lecz tylko jednym z Bogiem, więc Świadkowie mogą to spokojnie interpretować po swojemu. Przytoczyłem (i tu przytoczę) cytat z jednego z blogowych artykułów Zwiastuna, na który już kiedyś dawałem u siebie odpór: „w wersecie tym po hen musielibyśmy wprowadzić rzeczownik rodzaju nijakiego, np. taki jak pneuma (usposobienie), (…)»Mój Ojciec i ja jesteśmy jednym« (hen) usposobieniem. Nie może to być theos (Bóg) ani ousia (istota), ponieważ wymagałyby one kolejno męskiego heis i żeńskiego mia. Zgadzamy się, że Ojciec, Syn i Duch Święty są jednym w usposobieniu, jednym w sercu, umyśle i woli, lecz nie są jednym Bogiem” (http://zwiastun.wordpress.com/2009/08/12/7-biblijnych-testow-trojcy/, data: 6 maja 2011). McDowell wydaje się jednak nie mieć problemu z takim argumentowaniem. Przytacza u siebie w „Przewodniku…” słowa J. Carla Laneya, który stwierdza: „Jedno (hen) jest rodzaju nijakiego i mówi o jednej istocie, a nie jednej osobie. […] Ojciec i syn są uczestnikami jedności Boskiej istoty, pozostając jednak dwiema odrębnymi osobami Bóstwa” (Laney J.C., John, w: Moody Gospel Commentary, Chicago 1992, s. 195-196, za: McDowell J., Przewodnik apologetyczny, s. 133). Kilku znawców, kilka interpretacji słowa „hen”. Co więcej, sam zauważyłem, że „greka zawiera również wiele innych słów rodzaju nijakiego, mogących paść w tym zdaniu, ale żadne w ogóle w nim nie pada. „Jedno jesteśmy” nie musi oznaczać „Jesteśmy jedno usposobienie”, ani „Jesteśmy jednomyślni”. Nie musi w ogóle nic oznaczać poza tym, co zostało napisane, a więc tym, że Ojciec i Syn są jednym, jednością” („Apologia…”, s. 72). McDowell zauważa także, że „Ci, którzy usłyszeli to twierdzenie, nie mieli więc wątpliwości co do tego, iż Jezus podaje się za Boga. (…) Próba ukamienowania Jezusa za bluźnierstwo wskazuje, że przeciwnicy dobrze zrozumieli Jego nauczanie. Pokazuje też, że nie chcieli się nawet zastanawiać, czy Jego twierdzenie o swej Boskości nie jest prawdziwe!” (McDowell J., Przewodnik apologetyczny, s. 133). Jezus zaś nie zaprzecza tym oskarżeniom, nie mówi „Wcale nie powiedziałem – jestem Bogiem”, lecz wkrótce potem dopowiada: „Wierzcie moim dziełom, abyście poznali i wiedzieli, że Ojciec jest we Mnie, a Ja w Ojcu” (J 10,38), ponownie utożsamiając siebie z Ojcem.

W kwestii jedynego i wyłącznego Synostwa Bożego znajoma napisała tak:

Żeby dyskutować o tym dogmacie, powinniśmy się jeszcze raz zastanowić nad pojęciem „jednorodzony”. Pamiętam, że w tej sprawie nie byliśmy zgodni, bo wg Biblii ja rozumiem, że jako jednorodzony Syn Boży, jest jedynym Synem stworzonym bezpośrednio przez samego Jehowę Boga (jako początek stworzenia). Jest on pierworodnym wśród wszystkich stworzeń. Za jego pośrednictwem zostało stworzone wszystko inne w niebie i na ziemi. Jest drugą z największych osobistości we wszechświecie. I tu Państwo nie zgadzaliście się ze mną. Pamiętam, że porównał Pan określenia „jednorodzony” i „stworzony” z wydaniem na świat [G.M. – mojego syna, zamieniono z imienia, przyp. Maurycy] (jednorodzony) i wyrobem (stworzeniem) – o ile miałby Pan takie zdolności – kubka lub czegokolwiek . Oczywiste jest, że [G.M.] dziedziczy po Panu geny, określone cechy charakteru lub wyglądu zewnętrznego, co nie znaczy, że jesteście tą samą osobą, choć może być między Wami jedność pod wieloma względami, co uwidoczni się dopiero wtedy, kiedy [G.M.] dorośnie. Ale często się zdarza, że syn idzie swoją drogą, mając swoje własne poglądy niezależnie od ojca/rodziców. I wtedy w żadnym wypadku nie można mówić o takiej jedności z ojcem, o jakiej Jezus wspominał wielokrotnie , która łączyła go z jego Ojcem.

Oczywiście, zrodzenie syna ludzkiego i Syna Bożego to zupełnie inne zrodzenie. A jednak twierdzenie, że Bóg stworzył Jezusa, o czym mają świadczyć słowa „pierworodny” są bardzo daleko idącą nadinterpretacją. Ja w mojej pracy magisterskiej ująłem to tymi słowami: „Jeśli Jezus był prawdziwym i jedynym w swoim rodzaju Synem Bożym, oznaczało to, że musiał być Bogiem z natury, jako wychodzący czy zrodzony z Boga. Przeciwnicy tego argumentu stwierdzają wprawdzie, że Jezus jest Synem Bożym jako pierwsze stworzenie, jednak żaden cytat z Pisma Świętego nie wydaje się tego potwierdzać. Świadkowie Jehowy piszą np. tak: „Chrystus pierwszym stworzeniem Bożym” , podając na to dowody z Pisma, które w rzeczywistości przemawiają za zrodzeniem, nie zaś stworzeniem Słowa: „On jest obrazem Boga niewidzialnego – Pierworodnym wobec każdego stworzenia” (Kol 1,15), czy za tym, że był On początkiem, a więc źródłem czy zasadą, stworzenia: „Aniołowi Kościoła w Laodycei napisz: To mówi Amen, Świadek wierny i prawdomówny, Początek stworzenia Bożego” (Ap 3,14). Nigdzie zatem w Piśmie Świętym nie da się znaleźć argumentu za tym, że Syn został stworzony, można odnaleźć natomiast wiele za Jego zrodzeniem. To zaś daje prawo sądzić, że skoro Bóg Go zrodził, to zrodził Boga.” („Apologia…”, s. 73-74). Z cytatów Pisma Świętego wyraźnie można odczytać, że Jezus został zrodzony (a wręcz „jest” zrodzony, jest od początku), a nie stworzony przez Boga. O nikim innym nie ma w Piśmie mowy, że Bóg go zrodził, jest więc ogromnym nadużyciem twierdzenie, że zrodzić to tak, jakby stworzyć jako pierwszego…

Bardzo ważne są, nie przytaczane przez moją Panią Dyskutant, cytaty, w których Jezus stwierdza „Ja Jestem” – gr. „Ego eimi”. Wielokrotnie Jezus tak o sobie mówi, najbardziej dobitnie zaś tu: „Rzekł do nich Jezus: »Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Zanim Abraham stał się, JA JESTEM«” (J 8,58). Jezus trafia tu w dwa czułe punkty jednocześnie. Po pierwsze posługuje się słowami, które w Starym Testamencie oznaczały Boga – Jestem: „Odpowiedział Bóg Mojżeszowi: JESTEM, KTÓRY JESTEM. I dodał: Tak powiesz synom Izraela: JESTEM posłał mnie do was” (Wj 3, 14). Żydzi gniewają się o to, że Jezus mówi o sobie Jestem, choć tylko Bóg miał tak prawo o sobie mówić. Po drugie zaś Jezus podkreśla tu swoją przedwieczność. Jezus nie BYŁ przed Abrahamem. On JEST zawsze, przed Abrahamem. Następstwo czasu przeszłego i teraźniejszego byłoby zupełnie niegramatyczne, gdyby nie przyznać, że Jezus nie mówi o jakimkolwiek swoim początku. O momencie stworzenia. On po prostu jest…

Wiele innych słów Jezusa potwierdzających Jego utożsamienie z Bogiem przytacza McDowell. Nie będę się teraz na ich temat jednak rozpisywał, bo czas nagli, a są przecież jeszcze argumenty płynące od uczniów Jezusa, którzy nie mieli wątpliwości, że był On Bogiem. Choć sam Jezus nigdy siebie bezpośrednio Bogiem nie nazywa, to Jego uczniowie są wielokrotnie bardziej dosłowni. W Liście do Rzymian Paweł pisze: „Do nich należą praojcowie, z nich również jest Chrystus według ciała, który jest ponad wszystkim, Bóg błogosławiony na wieki. Amen” (Rz 9,5). Świadkowie Jehowy oczywiście oddzielają te fragmenty od siebie, tworząc z nich „…Chrystus według ciała, który jest ponad wszystkim. Bóg niech będzie błogosławiony na wieki”, co jest, rzecz jasna, niezgodne z treścią greckiego oryginału, a o czym Świadkowie wielokrotnie nie wiedzą.

Bardzo ważnym cytatem jest fragment z listu do Filipian, na który i moja znajoma się powołuje: „A w Filip.2:6 wyraznie napisano, że nie był i w żadnym wypadku nie chciał być równy Ojcu!” Rzeczony fragment, przytoczony szerzej, brzmi: „On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest PANEM – ku chwale Boga Ojca” (Flp 2,6-11). Rzeczywiście, dowiadujemy się, że Jezus, Syn, nie skorzystał z możliwości bycia na równi z Bogiem – słusznie podkreśliła moja znajoma. Co to jednak, szerzej, oznacza? Przecież istniał w postaci Bożej, ale nie skorzystał poprzez postanowienie o uniżeniu się do postaci człowieka, sługi. Paweł pisze wyraźnie: uniżył samego siebie, choć istniał w postaci Bożej. Bóg zaś ponownie oddał mu Bóstwo po Jego śmierci krzyżowej. Co więcej, bardzo ważny jest fakt, że w tym fragmencie w stosunku do Jezusa użyte są słowa, które w Starym Testamencie odnosiły się do Boga. Jest mowa o imieniu ponad wszelkie imię (a więc jednak Imię – Jehowa – nie jest najwyższym imieniem?) i o zginających się kolanach. F.F.Bruce, na którego powołał się McDowell, pisze: „W hymnie tym powraca tekst Iz 52,13 […] a także Iz 45,23, gdzie Bóg przysięga na samego siebie: »Przede Mną zegnie się wszelkie kolano, wszelki język na Mnie przysięgać będzie«. Jednakże w hymnie poświęconym Chrystusowi ten sam Bóg ogłasza, że każde kolano zegnie się na imię Jezusa i że każdy język wyzna, że Jezus Chrystus jest Panem.” (Bruce F.F., The Real Jesus: Who Is He?, w: The Jesus Library, s. 202, London 1985, za: McDowell J., Przewodnik apologetyczny, s. 136). Pominięty fragment to: „Oto się powiedzie mojemu Słudze, wybije się, wywyższy i wyrośnie bardzo” (Iz 52,13). A więc – cytat odnoszący się do Boga jest jednocześnie cytatem odnoszącym się do Jezusa. Prosty rachunek: Jezus niezaprzeczalnie jest Bogiem. A imię Jezusa jest ponad wszelkie imię. Nawet ponad Imię – tak by to wyglądało…

Wypadałoby napisać o pierwszym rozdziale z Ewangelii Jana, ale temat jest tak szeroki, że zajmę się nim w jakiejś kolejnej notce. Teraz spojrzę jeszcze tylko pokrótce na fragmenty Pisma Świętego, w których ukazane jest oddawanie czci Jezusowi (której też czci momentami pragnął, a momentami nie negował). Podkreślić należy, że cześć należała się wyłącznie Bogu, nie żadnemu stworzeniu. Oto są przykłady cytatów: „A oto zbliżył się trędowaty, upadł przed Nim…” (Mt 8,2); „Upadli przed Nim, mówiąc: Prawdziwie jesteś Synem Bożym” (Mt 14,33); „Jezus usłyszał, że wyrzucili go precz, i spotkawszy go rzekł do niego: Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego? On odpowiedział: A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył? Rzekł do niego Jezus: Jest Nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie. On zaś odpowiedział: Wierzę, Panie! i oddał Mu pokłon. Jezus rzekł: Przyszedłem na ten świat, aby przeprowadzić sąd, aby ci , którzy nie widzą, przejrzeli, a ci, którzy widzą stali się niewidomymi.” (J 9,35-39); „Następnie rzekł do Tomasza: »Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym«. Tomasz Mu odpowiedział: »Pan mój i Bóg mój!«” (J 20,27-29). Skądinąd wiemy przecież, że Jezus ganił innych za oddawanie czci nie-Bogu: „Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz” (Mt 4,10; Łk 4,8) powiedział diabłu na pustyni.

Najbardziej znaczący jest fragment mówiący o św. Tomaszu, o oddaniu Jezusowi pokłonu i gorliwym nazwaniu Go Bogiem i Panem. Jezus mówi „uwierzyłeś”, nie próbuje zaś zaprzeczać, że przecież wcale nie jest Bogiem. Świadkowie w tym miejscu stwierdzają, że Jezus żywy wywarł na Tomaszu takie wrażenie, iż ten wydał z siebie paniczny okrzyk, który można utożsamiać z naszym „O mój Boże!”. Taka interpretacja wydaje się być jednak typowym zapychaniem dziury w teorii, która tych dziur posiada sporo.

Oczywiście mail, który dostałem, zawierał zdecydowanie więcej argumentów. Zdecydowanie więcej argumentów jestem też w stanie przytoczyć i zapisać. Pora już jednak późna, a i zależy mi na umieszczeniu notki z tą tajemniczą datą. Nie ulega jednak wątpliwości, że wystarczy tych kilka argumentów, by zauważyć, że Jezus uważał się za Boga, chciał by oddawano Mu cześć równą Bożej, oraz że Jego uczniowie również widzieli w Nim Boga i jako takiego Go czcili. Można mieć wątpliwości co do wiarygodności całego nauczania Jezusowego, ale jeśli, tak jak Świadkowie Jehowy, uznaje się Pismo Święte za przez Boga natchnione, nie ma się innej możliwości, jak tylko uznać Jezusa za Boga prawdziwego.

Na tym kończę na dziś. Mam nadzieję, że ktoś to w ogóle do końca doczytał. Jeśli zechcecie, zostawcie jakiś znak, że dobrnęliście aż dotąd.

Chciałbym jeszcze zaznaczyć, że to ostatni wpis na blogu w tej postaci, w jakiej go znacie. W przyszły poniedziałek możecie oczekiwać blogowej rewolucji. Ciekawe, jakie są Wasze opinie na ten temat…

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 4 komentarze

Carcassonne

Wprawdzie jest to niewątpliwie blog teologiczny, ale i teolog ma prawo do niezobowiązujących, ale rozwijających rozrywek. Dlatego dziś chciałem polecić Wam, mało teologicznie, genialną grę zaliczaną do gier planszowych. Ta gra nazywa się Carcassonne, w 2001 roku zdobyła zaszczytny tytuł Gry Roku, w Polsce znana jest jednak od niezbyt dawna. W rzeczywistości nie jest również typową planszówką, zamiast typowej planszy posiada raczej planszę opartą o system „zrób to sam” – czyli zbuduj sobie swoją własną planszę. Pionki również nie poruszają się po owej planszy (nie licząc dostępnego wraz z jednym z dodatków smoka), lecz raczej stoją w miejscu, obejmując w posiadanie tereny. Opiszę jednak pokrótce na czym polega rozgrywka.

Przykładowa rozgrywka w Carcassonne na 5 graczy, z dodatkami "Karczmy i Katedry", "Kupcy i Budowniczowie", "Księżniczka i smok", "Wieża" oraz małymi dodatkami "Rzeka" i "Kult, oblężenie, kreatywność".


Gracze wybierają jeden z pięciu (z jednym z dodatków sześciu) kolorów pionków, ustawiają na stole kilka stosików kwadratowych żetonów i rozpoczyna się gra. Na stół trafia żeton startowy, następnie gracze po kolei dociągają ze stosików żeton i dołączają go do pierwszego na zasadzie puzzli. Żetony bowiem posiadają trzy rodzaje terenów: łąki, drogi i miasta. Poszczególne żetony zaś mogą stykać się wyłącznie powierzchnią jednakowego terenu z żetonem wcześniej położonym. Kolejnym krokiem jest zajmowanie terenów przez pionki graczy. Gracze zajmują miasta, drogi, łąki lub znajdujące się na niektórych żetonach klasztory, a zamykając je otrzymują za nie punkty. Mogą również oczywiście przejmować sobie nawzajem budowane tereny, zdobywać na nich dominujące wpływy itp. Tak gra toczy się aż do zużycia wszystkich żetonów ze stosu – wówczas podlicza się punkty za wszystkie tereny nieukończone. I tak toczy się cała gra.

Pionki pozostające w puli żółtego gracza, wraz z dużym pionkiem ("Karczmy i katedry"), świnką i zdobycznym towarem ("Kupcy i budowniczowie").


Pierwotna gra rozpoczyna się od 72 żetonów i trwa około 30 minut. Jednak po wielkim sukcesie Carcassonne jej twórcy postanowili wydać dodatek do niej, potem zaś drugi i trzeci dodatek. W efekcie w dniu dzisiejszym dostępnych jest 8 dużych dodatków, kilka mniejszych, malutkie dodatki dostępne wyłącznie z niektórymi numerami niemieckich pism o grach i ze 3 wersje gry podstawowej, które rzecz jasna można ze sobą łączyć. I tak w dodatkach pojawiają się karczmy i katedry, zwiększające wartość ukończonych dróg i miast, smok zjadający pionki graczy, wieża pozwalająca na branie wroga do niewoli, burmistrzowie zwiększający wpływy w dużych miastach, rzeki ciągnące się przez krainę Carcassonne i mnóstwo, mnóstwo innych. Każdy kolejny dodatek kusi, ale bez wątpienia jest grzechu wart. Gra bowiem, choć po zakupie czterech dodatków trwa już 2-3 godziny, jest niezwykle pasjonująca i pozwala na bardzo ciekawe spędzenie wolnego wieczoru.

Smok wędruje po polach, poluje na żeńskie klasztory... :)


Polecam grę zarówno dużym rodzinom, grupom przyjaciół (może grać w nią do 6 graczy), jak i pragnącym spędzić miły wieczór małżeństwom. Rozgrywka na dwie osoby jest równie fascynująca, jak ta na większą ilość graczy, a czasem można w mniejszym gronie zbudować o wiele ładniejsze kompozycje z żetonów. Jeśli gra się z dziećmi, odradzane są dodatki „Księżniczka i smok” oraz „Wieża”, pozbawiają one bowiem wpływów na planszy w dość nieprzyjemny sposób, doprowadzając podobno do niepotrzebnych nerwów. Moje dzieci są jeszcze za małe, żeby grać (choć G.M. uwielbia rozkładać Carcassonne jak puzzelki i szeregować ludzików, świnki, architektów wg kolorów i gatunków), ja zaś bardzo sobie cenię wędrującego po planszy, polującego na wszystkich smoka. Nawet, gdy czasem jestem zmuszony do zjedzenia samego siebie.

Polecam Carcassonne zarówno na długie zimowe wieczory, jak i na miłe wczasy w lecie.

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 7 komentarzy

Antyantykoncepcja

Zadziwia mnie ostatnio pewna prawidłowość. Mam w głowie jakąś notkę, a dokładniej pomysł na notkę i kiedy mam ją napisać, pojawia się akurat jakiś dodatkowy materiał w sprawie. Ostatnio była to książka o tresowaniu dzieci, teraz komentarz Mateusza pod jedną z historycznych notek. Miałem pisać przeciw antykoncepcji, a wspomniany komentarz dodatkowo mnie zmotywował.

O tym, czy człowiek jest dobry całkowicie, czy nie do końca bynajmniej nie świadczy fakt, że może być jako dobry postrzegany. Można kogoś obserwować i dojść do wniosku, że jest spoko, ale nasz wniosek może być błędny. Nie każde też zachowanie, które przez wielu postrzegane jest jako dobre rzeczywiście jest dobre. Można postrzegać choćby aborcję jako wyzwolenie kobiety spod niepotrzebnego brzemienia, a więc uważać, że jest dobra. Chociaż obiektywnie rzecz ujmując jest morderstwem, a więc czymś naprawdę bardzo złym. Podobnie, choć nieco delikatniej, sprawa się ma z antykoncepcją.

„Wyznacznikiem prawdziwości i uczciwości np. w małżeństwie nie jest używanie lub nie używanie kawałka lateksu. (…) moralna waga stosowania takich czy innych gumowych wyrobów jest znikoma” – pisał między innymi Mateusz i prawdopodobnie niezwykle wielkiej ilości ludzi wydałoby się słuszne to, co zostało wspomniane. Powszechnie bowiem przyjmuje się, że używanie prezerwatyw nie tylko zapobiega niechcianej ciąży, ale również wielu chorobom przenoszonym drogą płciową. Oczywiście najprawdopodobniej współżyjący małżonkowie tego drugiego problemu nie mają. Mają natomiast pierwszy. A więc prezerwatywa pomaga małżonkom cieszyć się sobą nawzajem w akcie małżeńskim, ale pozwala również robić to bez obaw, że dojdzie do poczęcia i pojawienia się na świecie dziecka. Dlaczego jednak nie do końca jest tak, jak tu napisałem? Dlaczego moralna waga stosowania „takich czy innych gumowych wyrobów” wcale nie jest znikoma?

Po pierwsze: małżonkowie łącząc się w sakramencie małżeństwa, łączą się całkowicie. Jednoczą się i oddają sobie nawzajem w całości. Akt małżeński jest zaś zobrazowaniem i najdoskonalszym wypełnieniem tego zjednoczenia, zarówno cieleśnie, jak i duchowo. Nie na darmo autor natchniony napisał „staną się jednym ciałem”. Czy myśląc o najpełniejszym zjednoczeniu myślimy jednocześnie o tym, jak zapobiec temu zjednoczeniu? Zastanawiając się jak połączyć się całkowicie, myślimy również jak w tym samym czasie jednak się rozdzielić? Oczywiście, tak naprawdę prezerwatywa ma na celu zapobiegnięcie ciąży. Ale dzieli, rozdziela małżonków. Nic się na to nie poradzi. A tym samym zamiast do zjednoczenia, prowadzi do osobistej cielesnej satysfakcji z miłością daleko z tyłu. Co więcej – pojawia się jeszcze jedna bariera w trakcie współżycia, a tą barierą jest strach przed dzieckiem. Współżyjąc bowiem w poczuciu strachu, w lęku, niszczymy zjednoczenie, a pozostaje tylko, wówczas zdecydowanie mniejsza, przyjemność cielesna.

Ale to nie jedyny powód. Drugi dotyczy nie tylko mechanicznych, ale i chemicznych środków antykoncepcyjnych. Tym powodem jest fakt, że są to środki antykoncepcyjne. A więc zapobiegające poczęciu. Moralne zło wynikające z tego sposobu użycia środków wynika ze słów Boga, które już przy innej okazji wspominałem na blogu: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się”. Antykoncepcja zaś ubezpładnia. Oczywiste jest, że dla niewierzących ten cytat jednak nie będzie argumentem. Ale w tym przypadku wystarczy stwierdzić, że Boży nakaz płodności i rozmnażania leży głęboko w naturze człowieka, a tak naprawdę w naturze samego seksualnego współżycia. Jak wiemy wszelkie gatunki współżyjące ze sobą współżyją, ponieważ z tego powstaje potomstwo. Człowiek nie jest w tej sytuacji wyjątkiem i nie pomaga tu fakt, że jest inteligentny, w przeciwieństwie do reszty przyrody, więc dla niego seks nie musi się wiązać z prokreacją. To jednak że jest inteligentny zmienia coś innego w naturze współżycia. Zmiana w stosunku do reszty przyrody polega na tym, że człowiek w czasie współżycia odczuwa przyjemność. Ciekawie to wymyśliła matka natura. Większość zwierząt współżyje bowiem, ponieważ w ten sposób się rozmnażają. Podpowiada im to instynkt i tym się kierują, nawet jeśli oznacza to dla nich fizyczny ból. Człowiek zaś posiada inteligencję, dlatego musiałby szybko wyginąć jako gatunek. Z pewnością bowiem nie byłoby zbyt wielu śmiałków, którzy poświęcaliby swój komfort po to, by iść się rozmnażać. I dlatego mateczka natura dała nam przyjemność z seksu. Ale nie po to, byśmy sobie współżyli bez konsekwencji, lecz żeby w czasie przyjemnego współżycia poczynać dzieci. Oddzielenie przyjemności ze współżycia od naturalnych konsekwencji wynikających z natury bierze się ze zwykłego ludzkiego cwaniactwa i nadmiaru egoizmu. Nic nie pomoże tutaj mądra wypowiedź domorosłych antropologów, że u ludzi od tysięcy lat współżycie nie idzie w parze z prokreacją. Choćby było to faktem, nie zmieni innego faktu, że nie wynika to z natury ludzkiego współżycia, które ma być przyjemne, żebyśmy mieli odwagę płodzić potomstwo.

Seks jednoczy, ale i uzależnia. Należy jednak pamiętać, że jego pierwszym i podstawowym zadaniem jest prokreacja, rozmnażanie się. Bycie płodnym. Blokowanie płodności za pomocą gumek, tabletek hormonalnych, spiral i podcinania jajowodów jest w związku z tym moralnym przestępstwem. Jeśli więc rzeczywiście blokujemy podstawowe zadanie współżycia, by czerpać z niego pozbawioną konsekwencji przyjemność, jesteśmy grzeszni bez względu na to, czy jesteśmy katolikami, czy nie.

Współżycie jest czymś pięknym, ponieważ jednoczy dwójkę małżonków i otwiera ich miłość na innych ludzi, na nowe życie. W tej jednak sytuacji nie mogą istnieć ani bariery między małżonkami, ani pseudo-leki (leki tylko z nazwy, bo ich głównym celem jest trucie, nie zaś leczenie) blokujące kobiecą płodność. Wówczas bowiem żaden z najważniejszych celów współżycia nie byłby spełniony, a ono samo sprowadziłoby się do czerpania z siebie nawzajem przyjemności.

Jest jeszcze Naturalne Planowanie Rodziny. Ono nie korzysta z gumek, tabletek, itp. Nie wprowadza nic między małżonków i nie zamyka drogi do płodności. Rzeczywiście – dzięki niemu można regulować kiedy decydujemy się na dziecko. Jest to jednak wyłącznie odpowiedź człowieka na sygnały, które wydaje ze swej natury kobiece ciało. Bez barier. Z obowiązkowym otwarciem na nowe życie, planowane czy nie. O tym chyba jednak napiszę szerzej już innym razem.

________________________________________________________

Notka została poprawiona i zaktualizowana 19 lutego 2012 o 12:00.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 komentarze

Mój syn nie jest mułem amiszów, a ja nie jestem za biciem dzieci

Notka planowana od jakiegoś czasu już, w związku z niedawno rozpętaną dyskusją pod dalszym ciągiem podstępu szwedzkiego. Ale zanim zdążyłem odnaleźć w sobie natchnienie, do wątku dołączyły nowe rewelacje. Mianowicie, znów dzięki profilowi Super Niani, trafiłem na książkę w Polsce wydaną i promowaną przez katolickie wydawnictwo Vocatio, pod wiele mówiącym tytułem „Jak trenować dziecko?”, autorstwa Michaela i Debi Pearl. Opis książki, jak również wystarczającą ilość bezpłatnie udostępnionych fragmentów, by zrozumieć główne jej tezy, możemy znaleźć NA STRONIE wydawnictwa. Choć odnoszę dziwne wrażenie, że w ciągu kilku ostatnich dni przytoczony fragment uległ zmianie, będę się z nim musiał zapoznać od nowa. Spróbuję się tu jednak skupić na tym, co przeczytałem wcześniej, nie mogąc się jednak podeprzeć dokładnymi cytatami.

Otóż trening oznacza w tym przypadku nie do końca nawet trening, lecz spokojną i regularną tresurę dziecka od najmłodszych lat. Rodzic, który chce wychować swoje dziecko na bezwzględnie posłuszne, powinien ćwiczyć je w posłuszeństwie od najmłodszych lat, a nawet miesięcy. Aby ćwiczyć, konieczna jest obecność dziecka, rodzica, chwili czasu i, obowiązkowo, rózgi. We fragmencie, który przeczytałem wcześniej, mogliśmy znaleźć kilka przykładowych opisów takiego ćwiczenia. Oto na przykład mamy dziesięciomiesięczne dziecko, które uczy się chodzić. Ponieważ zaś umie już chodzić, powinno jednocześnie nauczyć się przychodzić na zawołanie. Tak oto siadamy w innym pokoju, wcześniej dając dziecku zabawkę, która ma je zaabsorbować (a więc stwarzamy sytuację do ćwiczenia). Następnie, kiedy widzimy, że dziecko zatopiło się w zabawie, wołamy je do siebie. Ponieważ dziecko nie przychodzi, idziemy do niego, tłumaczymy o co nam chodziło i przyprowadzamy na miejsce. Następnie odprowadzamy ponownie do zabawki, czekamy aż się nią zajmie, po czym znów wołamy. Skoro dziecko nadal nie przychodzi, wracamy do dziecka, uderzamy dwa razy rózgą po rękach, aby odczuło, że nieposłuszeństwo powoduje ból i znów prowadzimy do siebie. Regularnie powtarzamy podobne ćwiczenia, aż dziecko zacznie słuchać poleceń. Dzięki temu opisywane dziecko do momentu opuszczenia domu rodzinnego rzucało wszystko natychmiast i przybiegało na każde zawołanie ojca.

Inny przykład ćwiczenia: uczymy kilkumiesięczne dziecko, że nie każdy przedmiot wolno łapać w rączki. Zakładamy okulary, zbliżając twarz do dziecka. Dziecko w naturalnym odruchu wyciągnie rękę po nasze okulary. Mówimy więc spokojnie, nie modulując głosu „nie” i odsuwamy twarz. Ponownie ją zbliżamy, dziecko znów wyciąga rękę, tym razem mówiąc „nie” wymierzamy raz rózgą po ręce. I tak ćwiczymy, aż zrozumie związek bólu z poleceniem „nie”. Później już do ćwiczeń nie trzeba nawet używać rózgi!

Oczywiście jest jeszcze problem z niemowlętami gryzącymi brodawki. Takie niemowlę matka powinna pociągać za włosy w momencie, gdy poczuje ból. Jeśli nie ma włosów, trzeba wymyślić coś innego. Przypuszczam, że można ciągnąć za uszy.

Córka autora, która jako raczkujący bobas uwielbiała wchodzić po schodach, dostawała wierzbową witką po gołych łydkach dopóty, dopóki na widok witki nie zrezygnowała z wchodzenia po schodach w ogóle.

Przykłady można by mnożyć.

Książka, na stronie wydawnictwa posiadająca oczywiście wyłącznie pozytywne opinie (mojej np. nie opublikowano) nie prezentuje żadnych metod treningu, który zdaniem autorów ma być spokojny i – co ciekawe – pozbawiony przemocy (zdrada małżeńska pozbawiona cudzołóstwa), lecz regularną zwierzęcą tresurę połączoną z wyrafinowanymi metodami tortur. We wstępie pan autor napisał, że opisane metody nie są żadną nowością, lecz doskonale wypróbowanym przez amiszów sposobem sprawdzonym w czasie tresury wołów. To podobno świadczy świetnie o metodzie. Rzeczywiście, wypróbowaliśmy ją na zwierzętach, działa, teraz czas sprawdzić ją na dzieciach. Jaki jest problem w metodzie? Po pierwsze: brak modulacji głosu. Założenie jest proste: dziecku twój codzienny, spokojny ton powinien się kojarzyć z kategorycznym rozkazem. Dlatego w normalnych warunkach będzie ci bezwzględnie posłuszne. Owszem – to prawda. Szkoda tylko, że nikt nie zauważył, że takie posłuszeństwo oparte jest na wrytym w podświadomość strachu przed ciosem rózgą. Zwykły, spokojny ton ojca wypowiadającego np. „choć do mnie” jest równoznaczny z ciosem rózgą po łapach, łydkach, pociągnięciem za włosy czy czym tam jeszcze. Dziecko słucha i przybiega rzucając wszystko natychmiast – to nie jest zachowanie zdrowego człowieka. Kieruje się on bowiem strachem, nie zaś logicznym posłuszeństwem ojcu.

Po drugie: problem rózgi. Znowu: polecenie wydawane przez ojca, podkreślane uderzeniem rózgi, ma wywoływać natychmiastową reakcję. I znów dziecko, wyćwiczone we wczesnym dzieciństwie, będzie dożywotnio posłuszne, ponieważ krótkie ojcowskie „nie” już na zawsze pozostanie dla niego ciosem wierzbową witką po gołych łydkach.

Po trzecie: jesteśmy szczęśliwi, kocham moje dzieci, bo są mi posłuszne. Egoizm do kwadratu. Pojawia się w książce opis znajomej autorów, która powiedziała dzieciom, że mają się bawić spokojnie same, bo ona będzie rozmawiać. I bawiły się, nie przeszkadzały. Kiedy któreś poprosiło o coś mamę i usłyszało „nie”, rzuciło jej się na szyję i powiedziało „kocham cię, mamusiu”. Matka stwierdziła, że są prawdziwie szczęśliwą i kochającą się rodziną. A mnie zastanawia, dlaczego dziecko jest tak skore do wyrażania miłości właśnie wtedy, gdy słyszy „nie”? Mnie się to kojarzy z terrorem psychicznym. Matka ustawiła sobie dzieci za pomocą rózgi, teraz na każde „nie” mają ogromny przypływ dziecięcych uczuć. A matka sądzi, że dzięki temu właśnie dzieci te są szczęśliwe.

Tak jak napisałem, książka jest opisem wyrafinowanej tresury połączonej z psychofizycznym znęcaniem się nad swoim dzieckiem, by wyrobić w nim bezwzględne posłuszeństwo na całe życie. A sobie spokój rodzicielskiego popołudnia. Tak jak napisałem w tytule jednak, mój syn nie jest mułem amiszów i wychowywanie go w ten sam sposób jest zupełnie niedorzeczne. Oczywiście, że musi rozumieć konsekwencje swoich czynów, ale nie muszą to być dla niego konsekwencje połączone ze strachem przed rodzicami. Metody time out nie są wcale domeną wyłącznie Super Niani, lecz potwierdzonym przez lata, skutecznym sposobem na nauczenie dziecka mądrego (nie bezwzględnego) posłuszeństwa. Wpisują się w pedagogikę personalistyczną, mającą mocne ugruntowanie w podmiotowości osoby ludzkiej. Człowiek to nie zwierzę, nie muł, choć może i muła można by było wyszkolić inaczej? Ludzi nie powinno się być, chyba że w obronie (własnej lub czyjejś), bez względu na ich wiek i stopień wychowania. Są, zawsze są, inne metody wychowawcze. I naprawdę nie istnieją takie sytuacje, ja przynajmniej ich nie znam, kiedy należy uderzyć dziecko, bo inne metody nie działają.

A już z pewnością nie wolno nam nikogo bić prewencyjnie. Bardzo mi przykro…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 6 komentarzy

Kampania w sprawie inwigilacji

Mama półrocznej Magdy przedstawiła inny bieg wydarzeń, niż dotychczas rozpatrywany. Najprawdopodobniej nie było to porwanie, lecz nieumyślne spowodowanie śmierci/zabójstwo w afekcie/zabójstwo z premedytacją (niepotrzebne skreślić) z rąk rzeczonej mamy. Trwające długi czas poszukiwanie porywacza oraz zaginionej okazało się być bezsensowną stratą czasu i pieniędzy. Teraz zmieniło się zaś w poszukiwanie zwłok dziewczynki, którą podobno matka miała niechcący wypuścić z kocyka, przez co ta straciła życie. Miejsce ukrycia zwłok podobno wskazała matka.

Przez to, że porwanie okazało się jednak nie być porwaniem los półrocznej Magdy nie stał się ani odrobinę mniej tragiczny. Trochę bardziej tragiczna stała się zaś otoczka budowana wokół (do przed chwilą bardzo prawdopodobnej) teorii o porwaniu. Bo oto bezwzględny porywać uderza kobietę, tak że ta traci przytomność, po czym uprowadza jej dziecko. Psy śledcze gubią trop na parkingu. I tu do akcji wkraczają… reporterzy z TVN24.

Z ekranu telewizora dobiegają nas słowa mówiące o tym, co w takiej sytuacji można zrobić. Pierwsza rzecz to zdobycie informacji od sieci telefonii komórkowych. Telefonie bowiem posiadają rejestr wszystkich swoich numerów telefonów (mają taki obowiązek) i są w stanie wskazać, które numery telefonów były aktywne w pobliżu miejsca porwania, w czasie kiedy się ono odbyło. Informacja zdobyta w ten sposób może pomóc namierzyć bezwzględnego porywacza po numerze telefonu. Kolejną rzeczą są – rzecz jasna – kamery miejskie. Podobno w Sosnowcu tego typu kamer nie ma zbyt wiele, ale pozostają jeszcze prywatne kamery, np. sklepowe, z których nagrania należy przejrzeć, bo być może któraś z nich wyhaczyła przestępcę.

To cudownie, gotowi jesteśmy pomyśleć, że mamy współcześnie tak wiele możliwości wyszukiwania przestępców. Kamery, śledzenie numerów telefonów, pewnie i podsłuch rozmów… Tak, sytuacje typu „porwane dziecko” są wspaniałą pożywką dla wzrostu w ludziach ochoty do bycia zniewolonym. Kiedy powiedzą komuś: „Będziemy teraz podglądać każdy twój ruch i nagrywać twoje rozmowy”, on odpowie „Wara!” Jednak gdy powiemy: „Kamery i nagrania są potrzebne, żeby nikt nie porywał dzieci”, wielu odpowie „W porządku”. To, po raz kolejny, jest gra na uczuciach osób, które boją się stracić kogoś bliskiego, albo po prostu ciężko przeżywają krzywdę małych dzieci. A ta gra na uczuciach ma doprowadzić tylko do jednego: do ogólnospołecznego przyzwolenia na bycie inwigilowanym i na znalezienie się w społecznej niewoli. Przesadzam? Może. Chociaż widziałem film „Raport mniejszości”. Niby zwykłe science-fiction, z jasnowidzkimi bohaterami, a jednak ukazujące to, o czym próbuję napisać. Czyli to, co może stać się z ludźmi, gdy będą chcieli za wszelką cenę zabezpieczyć siebie i swoje dzieci przed jakimkolwiek nieszczęściem. Oto mężczyzna, któremu porwano dziecko, włącza się w kampanię w sprawie inwigilacji, polegającą na podłączeniu trójki jasnowidzów do komputera, który ukazuje miejsce i czas dokonania przestępstwa zanim się ono wydarzy. Dzięki temu niedoszły przestępca jest unieszkodliwiany przed czynem i karany wiecznym wydaleniem ze społeczeństwa. Oczywiście – kiedy bohater zostaje uwikłany w sprawę, w której to on ma stać się zabójcą, okazuje się, że cała kwestia inwigilacji jest niebezpieczną maszynką, nad którą kontrolę trzyma, kogo byśmy się wcale nie spodziewali. A w konsekwencji wyciągnięty jest wniosek: przesadne obserwowanie społeczeństwa nie pomaga mu, lecz szkodzi. I drugi: nie można nikogo karać prewencyjnie.

Tak jak mówiłem, film science-fiction, ale niezwykle trafnie ukazuje to, co czeka każdego z nas, gdy wiedzeni niskimi uczuciami zaczniemy zgadzać się na zwiększanie obserwacji naszego życia z zewnątrz, kosztem naszej wolności. Tak przy okazji przyszło mi jeszcze do głowy, zupełnie od czapy, że w czasie trwania wielkiej nagonki anty-ACTA to jest sytuacja, która może odwrócić ludzką uwagę od tegoż sporu. Co więcej, nie tylko odwrócić uwagę, ale może i zwiększyć nasze społeczne zezwolenie na wprowadzenie ACTA. No bo przecież, skoro dzięki zaglądaniu mi do komputera małe dzieci byłyby bezpieczniejsze…

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 3 komentarze