Monthly Archives: Wrzesień 2008

Two become One

I już po wszystkim. Jesteśmy małżeństwem. I cóż mogę powiedzieć? Hmm… niewiele się zmieniło. Nosimy obrączki i mówimy do siebie „mężu”, „żono”, ale w zasadzie jakoś nam się zażyłość nie pogłębiła niespodziewanie. Wciąż tak samo się przytulamy, uśmiechamy się do siebie. Tak samo się kłócimy. A jednak przecież, nie mamy co do tego wątpliwości, zdarzył się cud.

Ostatnią noc przed ślubem, a po spowiedzi, spędziłem z Albinem w hotelu. Postanowiłem zobaczyć swą narzeczoną dopiero tuż przed ślubem. Było kilka sytuacji, w których się o siebie niemal ocieraliśmy, ale w końcowym rozrachunku plan się powiódł. Ponieważ Albin wybył do Diany na obiad, ja – zostawszy w hotelu – pełniłem honory gospodarza (obok dwóch innych osób). I z każdą chwilą coraz bardziej się wzruszałem, bo ja mam oczy na mokrym miejscu. Najpierw przybył Szejk z Arabii (pod Ciechanowcem), potem ciocia z Andrychowa. Wreszcie autobus pełen gości ode mnie (i w rzeczy samej – moich gości). W tym całkiem spore stadko Qrczaków, wraz z kilkoma całkiem nowymi sztukami, oraz Maggie B. we własnej osobie. A na sam koniec – Magdalena, Marta i Dagunia (tak, ta sama, co ze Szkocji) – nasze kochane psiapsiółki z WSSM. Potem zresztą musiałem się ubierać. I, ku memu przerażeniu, okazało się, że rano zostawiłem bieliznę w kufrze samochodu, który z kolei zostawiłem koło lokalu, w którym miało odbywać się przyjęcie. Zabiłem więc na alarm, złapałem Albina (który już przyjechał) i pana Limuzynę (który też już przyjechał) i ruszyliśmy pędem pod Starą Szkołę. Bielizna – na całe szczęście – rzeczywiście znajdowała się tam, gdzie ją zostawiłem. W tym czasie mój pokój opanowali już Expugnis z Piętusiem, więc całą ekipą nadzorowali ubieranie się pana młodego, szamotanie z częściami garderoby, oraz ocierali łzy płynące jak z Niagary. Przy wkładaniu krawata okazało się, że Albinowi jakoś nie poszło wiązanie go. Przed ostateczną rozpaczą i skoku z pierwszego piętra hotelu uratował mnie dziadek. I babcia, dzielnie dopingująca. Krawat zawiązany, garnitur ubrany, rodzice gotowi – można jechać. Jeszcze tylko zadzwoniłem do Szejka, żeby wyjechał z zespołem grającym wcześniej, by zdążyli się przygotować.

W domu przepięknie ubranej Panny Młodej (będą zdjęcia to zobaczycie – póki co jeszcze nawet my ich nie mamy) zebrało się już pół rodzinki (m.in. kuzynka, u której będziemy się bawić za miesiąc). Sesja zdjęciowa, Boro dzwoni (że niby już po 18, a Szejk się jeszcze nie stawił), ja dzwonię do Szejka, Szejk mówi, że 10 minut, błogosławieństwo. I pod kościół.

Pod kościołem tłum ludzi, którzy usiłują się z nami zobaczyć, tylko nie ma zespołu oczywiście. Lecimy do księdza ostatnie papierki załatwiać (oczywiście zapomnieliśmy przynieść karteczek ze spowiedzią, w czym zorientowaliśmy się dopiero następnego dnia), bus ze Skarżyszczanami przybywa, a Szejk z dziewczyną i zespołem wciąż nieobecny. Telefon do Szejka. Są na Szkolnej. Pan kamerzysta na to: „To w Grocholicach!” Dla wyjaśnienia – Grocholice to taka część B., która w zasadzie jest jakby miejscowością dołączoną, i z całą pewnością znajduje się na najbardziej odległym krańcu miasta. Okazuje się, że Szejk podał Alinie (taka żeńska odmiana Tomka) namiary na salę weselną, zamiast na kościół. No to go wywiozła. A wracać musiał na czuja. Dochodzi 18:45, a zespołu jak nie było, tak nie ma. W szeregach rozpacz, świadek wysłany do księdza, żeby go trochę zagadać. 18:47, panna młoda zabawia gości pod kościołem, pan młody przed bramą wjazdową wyrywa sobie włosy z głowy. Nagle są. Zielony Rover (nie mylić z rowerem) z piskiem opon hamuje na parkingu, Boro, Zarębianka i Kabaczek wysypują się z tylnego siedzenia i tylko śmigają młodemu przed oczami, z sukienkami (nie licząc Bora) w rękach. 18:50, wchodzimy do kościoła. Kabaczek z Zarębianką starają się dostroić flety, poza tym towarzyszy nam cisza. Dopiero gdy dochodzimy do ołtarza, organista zaczyna grać. Flety nie zagrały do samego końca. Ale i tak było pięknie.

Najpierw napięte oczekiwanie na Adasia i pierwsze czytanie (nie wiem, chyba siedział gdzieś na końcu kościoła). Oczywiście Zarębianka z Kabaczkiem zdążyły zejść z chóru na psalm i drugie czytanie. Na drugie ksiądz podszedł do ambonki, by założyć Kabaczkowi lekcjonarz, ona myśląc, że będzie czytał, siadła nagle w pierwszej ławce :). Ale i to czytanie wyszło świetnie (udało nam się przemycić cały rozdział 13 z 1 listu do Koryntian – ale ksiądz nie wyglądał na zaniepokojonego tym faktem). Potem ewangelia, i kazanie o cudzie właśnie (ksiądz próbował też dialogować z młodymi, ale okazali się być dla niego kiepskimi rozmówcami). „Do tej pory byliście dla siebie obcymi ludźmi. Odtąd będziecie rodziną”. No to jesteśmy.

Przysięga jakoś sama przyszła i sama poszła. I tak oto staliśmy się mężem i żoną. Dostaliśmy brawa na „możecie się pocałować” :). Jeszcze tylko obrączki – i nareszcie mogłem się popłakać. Rozwaliłem się na Baranku Boży (wspaniałe wykonanie – Zarębianka z Borem i Kabaczkiem na dwa głosy), potem pociągnąłem przez Komunię, towarzyszącą jej Łanię, Albina z chusteczkami i rozbawioną małżonkę, aż do błogosławieństwa, po którym nastąpiła Pieczęć – pieśń, którą zespół specjalnie szykował na tę okazję (mało brakło, a wypadłaby z repertuaru). Po wyjściu z kościoła życzenia – i zaskoczyli mnie niektórzy, zarówno spośród obecnych, jak i nieobecnych. A potem, autkiem pana Limuzyny, prosto na salę! Tym razem to Magda, Marta i Daga zgubiły drogę. A potem weszły nie na to przyjęcie, co trzeba. Cóż. I najlepszym się zdarza :).

Co tu dużo mówić – przyjęcie udało się wspaniale. W życiu nie przypuszczałem, że będziemy bawić się tak dobrze. Kieliszek szampana (piccolo rzecz jasna), obiadek, potem walc dedykowany Szejkowi (bo gdyby nie Szejk, nigdy bym go nie usłyszał). A dalej to już pan DJ poprowadził imprezę jak się patrzy. Na parkiecie rządziły Qrczaki, wspierane gorąco przez Maggie i Szejka z partnerami. Z drugiej strony Ola M., Ola CeHa i ich partnerzy, jak również nasi kochani świadkowie, nie pozostawali daleko w tyle. No i jeśli chodzi o moją rodzinę (tudzież znajomych rodziny), nie było pojedynczej osoby, która by choć raz nie zatańczyła. Czego nie mogę powiedzieć o drugiej części sali (wśród nich także pewien człowiek, który na wszelkich imprezach alkoholowych jest duszą towarzystwa, a tu siedział jak struty). Ukłony w stronę męża mojej chrzestnej, który stwierdził, że pierwszy raz bawił się na bezalkoholowym i bawił się naprawdę świetnie.

Nie było oczepin, był za to tort (przepyszny). Było kilka dedykacji (m.in. dla państwa świadków, którzy po północy mieli półrocznicę), tonight tonight tonight, były i prezenty (a pisaliśmy, że nie musicie przywozić… no dobra, to całkiem miłe). Mieliśmy siedzieć do 1, posiedzieliśmy do 2. Pożegnaliśmy się – a większość gości zaczęła ewakuację równo z nami. I rzeczywiście, wbrew wszelkim przypuszczeniom, bawiliśmy się idealnie. Nie tylko my zresztą. I kto mówił, że na takim bezalkoholowym złamas-party nie idzie się dobrze wybawić…?

Teraz czas na podziękowania. Dziękuję serdecznie Adasiowi za pierwsze czytanie, oraz za pełnienie roli prowodyra w zabawie; Asi, za dotrzymywanie mu kroku; Kabaczkowi za drugie czytanie, śpiew i to, że chciała przyjechać, choć pierwotnie nie była zaproszona na przyjęcie; Benzylowi, że dał się zaprosić w ostatniej chwili; Piętusiowi za walczenie głowa w głowę z Adasiem; Makocie za nasz portret (mam na nim muchę, ale nie mogłaś wiedzieć, że będę w krawacie :); Zarębiance za psalm i śpiew, i bycie szefową zespołu; Borowi za gitarkę i za to, że się nie gniewał o bezalkoholowe. Wszystkim wyżej wymienionym za cudowny prezent z dedykacjami i kartką z autografami, nad którą oboje się popłakaliśmy. Dziękuję Szejkowi za wsparcie, transportowanie zespołu i odwiezienie Maggie; Maggie za przybycie (również zaproszenie w ostatniej chwili) i szaleństwo (oraz za obiad we wtorek); Ewie i Mikołajowi za towarzyszenie powyższej dwójce. Dziękuję Oli CeHa, Oli M., Krzakowi i Jeżątkowi, a także Paulinie, za bycie z nami, wspaniałe podarki prosto z serca i moc wzruszeń z powodu naszego szczęścia. Za to samo dziękuję Magdzie, Marcie i Dadze – to przecież właśnie Wy byłyście z nami od początku. Dziękuję także Wioli i Karolowi, oraz wszystkim innym, którzy, mimo niemożności bycia z nami postanowili złożyć nam choć symboliczne życzenia. Jak również tym, którzy mieli możność bycia i przyszli na ślub, choć nie byli zaproszeni na przyjęcie.

Rodzicom (w pierwszej kolejności) za zorganizowanie wszystkiego – w dużej mierze jednak po naszej myśli, choć o dniu następnym pisać już nie będę; również dziękuję.

Dziękuję także całej mojej rodzinie (oraz przyjaciołom rodziny), zarówno tej, która zdołała przybyć, jak i tej, która wysłała tylko życzenia. Dziękuję za życzliwość i wyrozumiałość (mimo wyraźnej gdzieniegdzie niechęci – czemu się wcale nie dziwię). Za Waszą obecność dziękuję. Za to, że próbowaliście przynajmniej dobrze się bawić. Choć mogę domyślać się, że nie wszyscy przyjechaliście po to, by być tam ze mną. A jednak potrafiliście uspokoić się do tego stopnia, by spróbować się uśmiechnąć i przemilczeć pewne niewygodne kwestie…

Na koniec dziękuję świadkom. Dianko, Albinku, to cudowne, że byliście z nami. Że nam towarzyszyliście, pomagaliście, uspokajaliście, że także dzięki Wam przeżyliśmy najpiękniejszy dzień w naszym życiu. Mam nadzieję, że pewnego pięknego dnia będziemy mogli się Wam odwdzięczyć (nie koniecznie jako świadkowie) i również towarzyszyć Wam w Waszym szczególnym dniu. Życzę Wam kolejnego pięknego półrocza, a potem jeszcze dużo, dużo więcej.

I zapomniałbym. Przecież żonie mojej. Oleńko. Dziękuję Ci. Bez Ciebie nie byłoby tego dnia. Bez Ciebie nie byłoby nas. „I ślubuję Ci”, Łobuziaku.

Obiecałem jeszcze Szejkowi, że napiszę jak było w nocy. Było dość chłodno. I mgliście. Coś tam mżyło z całą pewnością. Ciężko było dojechać do hotelu. A w hotelu…? W hotelu zamówiliśmy śniadanie za 30 złotych, potem się ubraliśmy i wyszliśmy. A co było przedtem, to było za zamkniętymi drzwiami. I tego akurat wiedzieć nie musisz (a pewnie źle się domyślasz :).

Na koniec dodam, że jestem niepoprawnie szczęśliwy. Choć jest malutka drzazga. Wcześniej, jak się kłóciliśmy, mogliśmy się postraszyć, że ze sobą zerwiemy. Wtedy się przestraszaliśmy, biegliśmy do siebie, i natychmiast następowała zgoda. Teraz nie możemy odejść. Możemy się tylko nastraszyć, że czeka nas małżeństwo oparte na pytaniach „co chcesz na obiad?”. To potwornie przestraszające. Ale mało motywujące. Dlatego musimy jeszcze dużo nad sobą popracować. Bo inaczej dzieci to z tego nie będzie…

Reklamy
Categories: O mnie | 4 Komentarze

Notka w przypływie radości

Piszę nową notkę, choć nie przypuszczałem, że będę miał jeszcze czas i ochotę by to zrobić przed ślubem. Ale ponieważ nastrój troszkę mi się odmienił, postanowiłem coś jeszcze dopisać.

Przed napisaniem poprzedniej notki miałem już doła – bo działy się rzeczy, których bardzo nie chciałem, a jednocześnie było mi jeszcze bardzo przykro, że nie odczuwam radości z powodu zbliżającego się ślubu. Ponieważ nie mogłem uczynić nic, by naprawić sytuację i by wszystko odbyło się jednak tak, jak sobie wymarzyliśmy (bez alkoholowych poprawin), napisałem notkę na blogu, który służy mi czasami do wykrzyczenia się i odreagowania. To, co się wydarzyło potem sprawiło, że zdołowałem się jeszcze bardziej. Bo niewielki zaledwie odsetek ludzi zrozumiał nasze myślenie, a jednocześnie udało mi się niechcący urazić pół mojej rodziny. Uwierzcie, gdybym przypuszczał, że w jakiś tajemniczy i magiczny sposób moją notkę przeczytają wszyscy członkowie mojej rodziny, którzy posiadają dostęp do internetu, notka wyglądałaby odrobinę inaczej. I może starałbym się omijać kwestie, które mogłyby gości urazić.

Staram się nie mieć żalu do anonimów (tudzież osób podszywających się pod inne osoby), które postanowiły się wypowiedzieć, w niektórych przypadkach również mnie zwyzywać. Domyślam się, że w pewnym sensie sobie zasłużyłem. Prawdopodobnie zasłużyłem sobie również na to, by zostać zignorowanym i by niektórzy nie pojawili się na naszym ślubie. Przepraszam więc wszystkich, którzy poczuli się nie moimi gośćmi po przeczytaniu notki. Prawda jest taka, że nie ma i nie będzie nie moich gości – bo choć niektórzy z Was są zaproszeni dlatego, że mama czy babcia tego chciała, to wszyscy zostaliście zaproszeni przez nas, osobiście, na wypisanych własnoręcznie zaproszeniach. I wszyscy, każdy z osobna, będziecie mile widziani przez nas na naszej uroczystości, jeśli tylko pragniecie przyjechać po to, by z nami świętować i cieszyć się z nami naszym szczęściem.

Przepraszam również tych gości, którzy przyjadą autobusem ze Skarżyska (a może już zrezygnowali?). Mogliście pewien fragment mojej notki zinterpretować jako próbę wygonienia Was po śniadaniu busem do domu. Źle się wyraziłem – co zresztą zdarza się często, a potem bywają z tego tytułu kłopoty. Nigdy nie uważałem, że będę kogokolwiek „wyrzucał” po śniadaniu. Jak już może wiecie, założenie było takie, że obiad kończy się około północy, goście odsypiają wygodnie w hotelu, a następnie, wyspani, mogą wrócić do domu. Nie miało to nic wspólnego z wyganianiem kogokolwiek. Słowo „wyrzucać” wymyślił ktoś inny, by podkreślić zasadność robienia obiadu na drugi dzień. I ja tą zasadność wówczas nawet byłem gotów przyjąć – i byłem gotów pojawić się z żoną na tym obiedzie – dopóki nie dowiedziałem się, że prawda leży z lekka gdzie indziej. Dlatego wybaczcie, jeśli poczuliście się dotknięci tym, że chciałem Was wyrzucać. Prawda jest taka, że nie chciałem – a plan był taki, że przecież wybawimy się wszyscy na obiedzie, a Wy wrócicie bezpiecznie do domu.

Tak więc wszystkich serdecznie, z całego serca przepraszam. Nie napisałem tej notki po to, by się powyzłośliwiać na Was. Napisałem ją, by odreagować wielkie rozczarowanie, które spotkało nas ze strony bliskich nam osób. Dlatego proszę, i nie robię tego ze względu na nikogo innego, jak tylko na nas i na Was, wybaczcie moje grubiaństwo i brak taktu w niektórych wypadkach. Przyjedźcie na ślub (i naprawdę, jak już napisała moja narzeczona, nie musicie przywozić żadnych prezentów) i złóżcie nam szczere życzenia, przyjmując od nas szczere podziękowania. Potem przyjdźcie na przyjęcie i spróbujcie się bawić, mimo braku alkoholu – bo zawsze zdawało mi się, że obecność szczęśliwych państwa młodych może z powodzeniem zastąpić najlepszą wódkę.

Przyjdźcie również na obiad niedzielny, choć nas na nim nie będzie. Mam nadzieję, że mimo braku państwa młodych będziecie się dobrze bawić w towarzystwie naszych rodziców. Mam również nadzieję, że nie odczytujecie nas jako głupców, kiedy dostajecie informację o obiedzie z obecnością alkoholu na kilka tygodni po tym, jak z naszych rąk otrzymujecie zaproszenie na przyjęcie bezalkoholowe. Jak również, że rozumiecie dlaczego nas na tym obiedzie nie będzie (nie licząc tego, że nim się o nim, jako ostatni, dowiedzieliśmy, mieliśmy już plany na niedzielę).

Piszę tę notkę dlatego, że jest mi autentycznie głupio, iż niechcący zraniłem tak wielu ważnych dla mnie ludzi. Piszę ją również dlatego, że z pewnych powodów humor mi się nieco poprawił. Jednym z nich jest to, że coś się ponaprawiało – jeden bardzo ważny aspekt, którego nie będę wymieniał, ale z którym męczyliśmy się ponad dwa tygodnie (i wszystko przez te kolonie…). Kiedy rano obudziłem się, by usłyszeć od narzeczonej, że się naprawiło, jednocześnie doszedł mnie SMS od Szejka, który dodatkowo wprawił mnie w radosny nastrój. Ostatecznie humor doprawił komentarz od Kogoś Kogo Nie Zdążyłem Lepiej (skądinąd ciekawy nick :), który to Ktoś – jako pierwszy z rodziny – zechciał zrozumieć moje rozgoryczenie i zdenerwowanie, a jednocześnie delikatnie i rzeczowo wytknąć mi błędy – dzięki czemu mogłem Was, z pełną żalu świadomością, przeprosić. Dodatkowo dziś dostałem jeszcze maila od przyjaciółki, która odpowiedziała mi równie rzeczowo (choć nie, nie będzie toastów winem ani szampanem, Przyjaciółko, ani jednego. Krucjata to krucjata, a sądzę, że Albin może potwierdzić, iż toasty z pomocą piccolo są równie przyjemne i z całą pewnością tak samo wesołe).

Kończę te wywody, mam nadzieję, że choć odrobinę owocne. Muszę od tej pory pamiętać, że czyta mnie cała rodzina. I że muszę dużo bardziej uważać na słowa. Bloga już nie zamknę. Mam dość – zarówno zakładania nowych i uciekania, jak i chowania ze strachem głowy w piasek. Cieszę się, że znalazłem wielu nowych czytelników. Bardzo serdecznie zapraszam do dalszej lektury.

A na koniec dodam, że cała ta akcja z komentarzami odwróciła moją uwagę od powodu, z jakiego napisałem poprzednią notkę. Już mnie więc ten obiad alkoholowy nie przybija tak mocno :). Nie wiem tylko, czy to dobrze, czy źle :P.

Categories: O mnie | 2 Komentarze

Przedślubne perypetie

Notka na 9 dni przed ślubem – tak jak obiecałem, piszę coś jeszcze przed zmianą stanu cywilnego. Myślę, że kolonie byłyby bardzo dobrym tematem. Myślę jednak również, że Ci, którzy czytają mojego bloga, są raczej bardziej zainteresowani przygotowaniami do ślubu. Myślę zresztą, że jest to temat bardzo na czasie i może uda mi się chociaż kogoś zainteresować.

Byłoby superaśno, gdybym mógł napisać, jak bardzo jest bajkowo i kwiatkowo, i cudownie. Niestety, nie mogę. Istnieją ku temu co najmniej cztery powody (a przynajmniej cztery powody przychodzą mi teraz do głowy). Wymienię je wszystkie na raz, żeby się nie rozdrabniać. Rodzice.

Tak, tak, dotychczas rzeczywiście nie zdarzało nam się za bardzo narzekać. To znaczy owszem, trochę narzekania było, ale ogólnie bilans był dodatni. Wiadomo, trzeba iść na kompromis tu czy tam, żeby w czymkolwiek na swoim postawić. Więc zapraszanie osób takich jak kuzyn babci, czy rodzice żony brata musiało przejść. Ale za to chociażby na przyjęciu nie będzie alkoholu. Cudownie. Możemy też zaprosić swoich znajomych księży (jeśli się zmieszczą wśród zaproszonych). Świetnie. No i przynajmniej przyjęcie skończy się wcześniej, a my będziemy mogli spędzić noc w wynajętym pokoju hotelowym. Nie tak szybko!

Zaczęło się od pytania rzuconego przez mamę Oli, czy noc po ślubie będziemy spędzać w domu. Uśmiechnęliśmy się i odpowiedzieliśmy, że nie – zupełnie, jak się okazało, niepotrzebnie podając nazwę hotelu, w którym postanowiliśmy się zatrzymać. Mama spytała ile to kosztuje, to nam zapłaci, my odpowiedzieliśmy, żeby noc poślubną zostawiła nam. Nie minęło wiele czasu, a moi rodzice pojawili się w B. podczas gdy moja siostra była u nas w Warszawie. Gdy po fakcie zjawiliśmy się w Skarżysku, ten, którego imienia nie wolno wymawiać, rzekł że w czasie wizyty w B. i zwiedzania okolicy zajrzeli także w pobliże naszego hotelu, tego w którym będziemy spędzać noc. Wiecie, taka ciekawostka turystyczna. Bardzo wesoły pomysł, rozgrzebać wszystko, co jest do rozgrzebania i jeszcze się troszkę pośmiać…

Ale nie to jest najstraszniejsze. Chociaż boli i to bardzo. Najstraszniejsze, że podczas tej samej wizyty w Skarżysku oglądaliśmy mapkę, którą rodzice wydrukowali panu autobusowi, by bezpiecznie dowiózł gości ode mnie (choć niekoniecznie moich gości). Na tej mapce, co podkreśliła moja m., było też zaznaczone miejsce w którym odbędzie się… obiad na drugi dzień. Bo „nie wypada wyrzucać gości do domu zaraz po śniadaniu w hotelu”. A dlaczego nie wypada? Myślałem, że właśnie wypada… Że taki był plan. Że żadnych poprawin nie będzie – bo i mowy o tym nie było. „To nie będą poprawiny, bo nie będzie na nich muzyki”. Świetnie. A będą tylko goście ze Skarżyska (wcześniej zaplanowana jest jeszcze wycieczka po B. – ciekawe, czy jednym z punktów programu jest nasz hotel)? „Nie, część ludzi z B. też zadeklarowało się, że chętnie zwiedzi kopalnię”. Przyszło nam zrozumieć, że sala jest już zamówiona na obiad – i że wszyscy o tym wiedzą, tylko nie my. Dało się zresztą zauważyć, że to raczej wszystko nie było pomysłem mojej m., bo mówiła o tym dość swobodnie, a w B. dzień wcześniej nikt nam nic nie powiedział. „Jak nie chcecie, nie musicie być na tym obiedzie” – dodała m., a ja powiedziałem, że się zastanowimy.

Wkrótce wróciliśmy do B. ze względu na praktyki przedszkolne. Mama wyłapała moment, kiedy Ola będzie sama (byłem bodajże w łazience) i zagadnęła ni stąd ni zowąd: „Będzie obiad drugiego dnia, dla gości. Na obiedzie będzie alkohol. Przyjdziecie?”. Nie – odpowiedziała Ola. Nie przyjdziemy. Ale widzę, że ten brak alkoholu wyraźnie ich swędzi poniżej łopatki. Powiedzieliśmy, że na przyjęciu nie będzie alkoholu, to zrobili sobie poprawiny na drugi dzień. Bez udziału państwa młodych – przecież nie oni są w tym wszystkim najważniejsi. Raz dwa obdzwoniliśmy moich znajomych, którzy chcąc nie chcąc będą musieli uczestniczyć w niedzielnym obiedzie, bo przyjeżdżają autobusem ze Skarżyska. Znajomi zostali poproszeni o nie dotykanie alkoholu, który będzie podany. By uczcić pamięć tych, którzy są może i państwem młodymi, ale w całej tej grze pozorów akurat najmniej się liczą.

Kilka dni wcześniej zostaliśmy zganieni za to, że jesteśmy niezwykle rozrzutni – bo chcieliśmy zamówić sobie dekorację samochodu, jako że pan, który będzie nas wiózł, nie ma tego wliczonego w cenę. Dziś uśmiechamy się do siebie – czym jest bowiem 100 złotych na dekorację auta w porównaniu do zakrapianych (nawet nie wbrew woli państwa młodych, lecz bez ich wiedzy) poprawin na drugi dzień? Poprawin, o których była bardzo wyraźna mowa, że ich nie będzie. To znaczy mowa była, ale z naszej strony. Jak widać rodzice pytając, czy chcemy poprawiny, chcieli być raczej grzeczni, ale nie brali naszych preferencji pod uwagę. No i okej. Jak lubią. Tylko znów pada pytanie: dlaczego tata Oli mówi jej, że zachowuje się jak mały dzidziuś, kiedy w zasadzie sam nie jest lepszy?

Jedyne do czego się nie wtrącają, to oprawa ślubu. Sam sakrament. Nie obchodzi ich kto będzie błogosławił, kto będzie śpiewał (choć tu w pewnym sensie tak – bo obecność jednej z poproszonych osób na przyjęciu jest rodzicom wyraźnie nie w smak), kto będzie czytał czytania. Mama nie chodzi z nami do księdza, do urzędu, nie załatwia papierków. To oczywiście bardzo dobrze. Bo to, co najważniejsze, jest właśnie w naszych rękach, w naszej gestii. My możemy zająć się sami tym, na czym najbardziej nam zależy. Ale świadczy dobitnie o jednym: że dla nich tak naprawdę wcale nie liczy się to, że my bierzemy ślub i zostajemy małżeństwem. Najważniejsze jest to, by goście (z których część wypada zaprosić, bo jakże możnaby nie) świetnie się bawili i byli przywitani z honorami. Ciekaw jestem jak przeszło przez cenzurę nasze zaproszenie. Przecież napisano na nim, że to my pragniemy zaprosić, a nie rodzice. No i jeszcze ten dopisek o przyjęciu bezalkoholowym… Choć tu akurat cenzura zadziałała. Bo pierwotnie miało być „obiad bezalkoholowy”.

Rodzice Oli wspominają swój ślub jako jeden wielki koszmar. Dziwi mnie, że nie zastanowili się nad tym, iż dokładnie to samo usiłują zaserwować swoim dzieciom. Ale dość tego narzekania. Prawda jest taka, że za dziewięć dni nastąpi najpiękniejsza chwila w naszym życiu. I nikt, choćby próbował, nie odbierze jej nam. Zamierzam się świetnie bawić i cieszyć z tego, że odtąd zawsze będziemy szli już razem. Bo to, co najważniejsze, i tak nastąpi na początku, kiedy prawie nikt nie będzie jeszcze gotowy na „zabawę”. Być może znajdą się i tacy, którzy przyjdą dopiero na przyjęcie? Kto wie, kto wie…

Przecież zwykło się raczej mówić, że „idziemy na wesele”, a nie „idziemy na ślub”…

Categories: O mnie | 21 Komentarzy