Monthly Archives: Lipiec 2007

Moje ideały

Makota ma racje. Tak sobie lezalem w kuchni, na materacu, troche konsultowalem to z Ola, troche z Panem Bogiem. I zrozumialem, ze Makota ma racje. Si. W zasadzie to bylo jasne juz od dawna. Coz. Jestem idealista. Przekletym, pieronskim idealista z idealami wzietymi nie wiadomo skad, z ksiezyca chyba. Jestem idealista i wszystko rozbija sie o moje idealy.

Goska sie rozbila o moje idealy.

Monika tez sie rozbila o moje idealy.

Seminarium… Trzeba przyznac, ze chyba i Ono nie wytrzymalo moich idealow.

Statystyka potwierdza swoje. Liczac z Seminarium, jest 3:0. Liczac z Kabaczkiem nawet 4. Makota ma racje, wystarczy spojrzec na statystyke.

Bog na pierwszym miejscu. Zawsze najpierw Bog, potem dopiero czlowiek. Kosciol zalozony przez Boga, prawowierna nauka. Czlowiek grzeszny, Bog bezgrzeszny. Czas nie istnieje, wszystko musi byc tu i teraz. Bo jutro mozemy wpasc pod samochod. Bo jutro moze nie istniec. Modlitwa calym zyciem, caly czas. Wszystko albo nic. Nie oddasz Bogu duszy, zatrzymujac cialo dla wlasnych potrzeb. Nie oddasz Bogu palca, zatrzymujac nos. Nie oddasz Bogu swej prywatnosci zatrzymujac swoje malzenstwo dla siebie. Bogu ufac wariacko. Totalnie wariacko, wierzac, ze zrobi ci dobrze, zawsze. Ufac nieskonczonej mocy Boga zawsze, zawsze, nie buntowac sie nigdy, zawsze ufac. Totalnie ufac mocy sakramentow. Chrztu. Bierzmowania. Malzenstwa, kurde, tez. Nie bac sie, bo strach paralizuje i zabrania myslec. Zreszta, myslenie nie jest najwazniejsze. Najwazniejsze jest podejmowanie decyzji. Czesto wariackich, tak, jak wariacko trzeba Panu ufac. Nielogicznych, ale jedynych slusznych. Zawsze wierzyc, ze wszystko sie uda, nawet, jesli dotychczas nic sie jeszcze nie udalo.

Podstawka. Ja tak moge dlugo jeszcze. Moje idealy. Ale mnie wnerwia brak polskich znakow… :)

Moje idealy – bo jestem Judym. Tomasz Judym. Makota ma racje, wszystko sie rozbija o moje idealy. A one nadal mi mowia: wierz w nas, a wszystko sie ulozy.

Odkad nie wyszlo mi z Goska, wiedzialem, ze musze byc z kims, kto podziela moje idealy. Byl tylko jeden Kolo, Bog sie nazywal. Stwierdzilem, ze malzenstwo z Bogiem da mi gwarancje, ze nigdy nie bede zdradzony w moich idealach. Bo wiedzialem, ze jestem Judym. I ze zadna dziewczyna ze mna nie wytrzyma, a i ja nie bede mial raczej mozliwosci wytrzymania z nia. Bo kocham swoje idealy. Bo uwazam, ze sa sluszne. I ze istnieje cos, co jest tylko biale. To cos to Bog, prawdziwa Milosc. I ze nie jestem Jezusem. Przepraszam, ze tak kiedys powiedzialem, do tej pory to we mnie tkwi, odkad napisalyscie o tym. Ale nie jestem Jezusem. I nigdy nie bede. I bede popelnial bledy. Ale chce byc jak Jezus. Mam prawo bladzic. Ale mam obowiazek sie podnosic. Mam obowiazek dazyc do calkowitej bieli. Zaufanie. I pokora…

Jestem Judym, ale wywalili mnie z Seminarium.

Dlatego stwierdzilem, ze moze moje idealy nie sa az tak wymagajace. Pomyslalem, ze musze znalezc kobiete, ktora podziela moje idealy. To trudne, zostawic wszystko i isc za Bogiem, ale gdzies musza byc takie osoby przeciez.

Napisalem o tym kiedys przeciez, o TU. O samym Judymie. Potem, gdzies dalej, o tym, ze moze moje idealy nie sa az tak wymagajace. Wiem juz kiedy byla ta notka… Kiedy okazalo sie, ze mialem racje.

A potem polasilem sie po raz drugi. I po raz drugi moje idealy nie daly sie strawic, choc na poczatku naprawde wszystko wygladalo tak bardzo obiecujaco. Przepraszam, ze probowalem w ogole…

Teraz probuje po raz kolejny. Nie obiecuje, ze ostatni. Ostatni mial byc, gdy wiazalem sie z Goska, gdy idealy dopiero sie rodzily. Gdy pojawial sie Mateusz, ten z Seminarium. Ktory istnieje do dzisiaj.

Probuje po raz kolejny, chcialbym, by byl ostatni. Ona jest najblizej tego wszystkiego. I chce sie jeszcze bardziej zblizyc. Po komentarzu Makoty ostrzeglem Ja. Ze bedzie trudno. Ze nikt tego jeszcze nie przeszedl. Ze wszystko naprawde rozbija sie o moje idealy. Powiedzialem, zeby sie wycofala, poki czas. Poki jeszcze sie nie wystraszyla. Powiedziala, ze nie chce sie wycofywac. Ze boi sie, owszem, ale wie czym jest odwaga. I ze chce probowac, bardzo mocno probowac. Nikt jeszcze nigdy nie zrobil dla mnie tak wiele…

Owszem, moje idealy psuja wszystko. Bo sa trudne do zaakceptowania i trudne do zaadoptowania. Bo nie uprawiam seksu przed slubem i nie dlatego, ze mi sie nie podoba. Bo nie zamierzam, nie, nie bede uzywal antykoncepcji. Bo nie boje sie tego, co nastapi za dwa lata, o co bardzo mocno sie modle. Wariacko.

Nawet nie zapytalem.

Bo jestem Judym. I nie pozbede sie swoich idealow dla zadnej Joasi. Ale wierze, w przeciwienstwie do Judyma, ze jest na swiecie jakas Joasia, ktora nie rozbije sie o moje idealy. Ktora je pokocha. I potem okaze sie, ze wszystko jest cudownie. Bo jest Bog. I jest na pierwszym miejscu.

A jak znow sie okaze, ze Judym mial racje, to pojde na pustynie. I bede jadl weze.

Kredki sluza do malowania. Ale tak na serio: mozesz spytac Dagi i Oli po co im, ja ich nie kupowalem :).

Praca chyba bedzie. W Nando’s. Maja superowe sosy. Adas, wysle Ci w paczce. Spodobaja Ci sie :).

Moje idealy. Byc jak najmniej ludzkim. A jak najbardziej Bozym. Byc. Bozym.

Wariatem.

Reklamy
Categories: O mnie | 9 Komentarzy

List do Albina

Mój Najdrozszy Przyjacielu!

Po pierwsze pisze do Ciebie ze szkockiej biblioteki w Paisley, nie moge ustawic polskich znakow, wiec ten list bedzie pisany wlasnie tak.

Po drugie nie wysle Ci go na maila, lecz zamieszcze na blogu tak, aby kazdy zainteresowany mogl sobie przeczytac co tez slychac u mnie, czyli u niego, czyli u Twojego najlepszego przyjaciela, a takze troche u Lolinki I u Dagusi. Dlatego tez musisz mi wybaczyc, ze nie napisze o wszystkim, o czym moglbym napisac I o czym z pewnoscia chcialbys przeczytac. Bo to tutaj jest glownie do Ciebie, ale inni tez moga sobie pokomentowac.

Po trzecie Mylog znowu ma jakies klopoty I jest niedostepny. Mam tylko 5 minut, korzystajac z biblioteki jako gosc. I z tych dwoch powodow zaczynam pisac ten list 28 lipca, ok. 12:20, ale nie wiem kiedy go skoncze. Przesle go sobie na maila I wroce do niego po zarejestrowaniu sie w bibliotece. Wtedy bede mial dluzszy dostep do neta…

Po czwarte – wszystkie “i” przerzuca mi automatycznie na duza litere…

No ale zacznijmy juz pisac. Zarejestrowalem sie w bibliotece I mam 1:15 do wykorzystania, lepiej gdy zaczne sie streszczac.

O tym jak jest w Paisley. Bo mieszkamy w Paisley, malym miasteczku nieopodal Glasgow, a nie w samym Glasgow. Podroz stad do Glasgow zajmuje okolo 20 minut, szukamy wiec pracy w najblizszej okolicy, nie chce nam sie dojezdzac taki kawal. Na zdrowie nam to moze nie wyjsc, bo z pewnoscia wiecej pracy jest w Glasgow niz tutaj. Ale postanowilismy, ze jak nic nie bedzie do poniedzialku, dajemy na kurczaki. Poki co, mamy nadzieje…

A tu jest pieknie. Male, brytyjskie miasteczko, takie bajkowe jak na filmach. Male, slicznie domki. Nasze mieszkanie wymiata. Mamy one bedroom z duza kuchnia. Daga spi w bedroomie, my z Ola przerzucilismy sie przedwczoraj z materacem do kuchni. Wiesz, ja chrapie, Dadze to przeszkadzalo, no I wiesz, jak to jest… Mieszkamy poki co na “kocia lape”, bo mieszkanie mamy oplacone od sierpnia, a Bogu dzieki nadal mamy lipiec. Drzwi do lazienki sie nie domykaja, ale nie podgladam dziewczyn pod prysznicem. One mnie podobno tez nie… :) Tylko z pradem jest dziwnie. Wbija sie takie smiesznowate kupony, taki klucz jakby. No I 5 Funtow schodzi nam w 2 dni. Mozna sie okocic, tak latac do sklepu I nabijac te kupony… Smiesznie jest, trzeba przyznac.

W centrum Paisley jest piekny deptak. Przy nim ksiegarnia, bank w ktorym zalozylismy konto, kawalek dalej Job Centre Plus, gdzie szukamy dzien w dzien roboty, jeszcze dalej biblioteka, w ktorej wlasnie siedze I pisze do Ciebie. Ludzie sa wspaniali, zawsze chetni do pomocy. Smialismy sie nawet czemu niby mowi sie o polskiej goscinnosci. Jeden gosc, pierwszego dnia, jak nas zobaczyl z tymi tobolami, podwiozl nas 5 mil. I nie chcial za to zadnej zaplaty…

O tym jak jest w kosciele. Bo poszukiwania kosciola zajely nam caly pierwszy dzien wlasciwie. Daga juz z nami nie mogla. Nie moglismy jej nijak wytlumaczyc, ze to musi byc kosciol naszego obrzadku. Caly czas tylko chodzilismy I patrzylismy na wszystkie koscioly. Wiekszosc z nich to Scotish National Churches. Ale wreszcie, wieczorem, kiedy Dage zostawilismy juz w domu, jeden mily pan wskazal nam kierunek na katedre sw. Mirina (nie mam pojecia jak imie tego kolesia brzmi po polsku :). Dopiero w sobote poszlismy na 13 (to jest na 1 p.m.) na msze, by zobaczyc czy to nasi. Spiewy maja nieco inne. Sa jakby bardziej radosni. Komunie rozdaja swieccy, podajac Ja na dlonie. A ksiadz jest Murzynem. Ale to z cala pewnoscia nasi. I naprawde bardzo sie cieszylem, gdy w niedziele moglismy pojsc razem do kosciola. Usiasc obok siebie, trzymajac sie za rece modlic sie do Pana. Pojsc ramie w ramie do Komunii. Pieknie mi sie plakalo ze szczescia. A jutro znowu idziemy…

Jak to jest z dziewczynami. Trzeba przyznac, jak na faceta, ktory spedzil ostatnie pol roku z trzema laskami w jednym domu, nie radze sobie najlepiej. A tutaj sa tylko dwie… Bo Magda nie pojechala, jako ze zlamala ponoc reke noszac bagaze. Coz. Dziewczyny sa czasami nie do wytrzymania, I prawdopodobnie ja rowniez taki jestem. Strach troche, bo to dopiero tydzien. A planowane dwa miesiace tak naprawde jeszcze sie nie zaczely… Nie mamy pracy, ja mialem tylko tyle pieniedzy, zeby oplacic mieszkanie, dziewczyny za to zyja sobie na kredyt. Kolczyki to jeszcze maly pikus. Dzis kupily kredki, 50 kolorow. Oczywiscie Ola nie mogla sie opanowac I w dniu premiery bajnela sobie Harry’ego. Daga juz go przeczytala. Nie zywimy sie zupkami chinskimi. Codziennie jest kurczak, spagetti I inne takie bajery. O, wczoraj byly na przyklad nalesniki. Pieniadze plyna sobie, plyna, plyna, ja tylko patrze I sie smieje. I mam nadzieje, ze znajdziemy prace, zeby mozna bylo oddac to potem rodzicom. Ale obiady sa wspaniale (nawet gdy ja gotuje). I kredkami tez sie chetnie pobawie…

Jak to jest z Ola. Bo to juz inna kwestia. Z Ola jest trudno. Oj, nawet sobie nie wyobrazasz jak trudno jest z Ola. Oli ze mna jest jeszcze trudniej niz mi z Ola. Pierwsze dni jeszcze jakos tam sobie minely, bezkonfliktowo. Bylo milo, przyjemnie, cieszylismy sie soba. Ale od dwoch dni co chwila sie cos dzieje. Co I raz wyjdzie jakis konflikt, jakas mala, albo I wieksza sprzeczka. Wychodzi ciekawie, bo najczesciej towarzyszy nam Daga, I w tych wszystkich trudnych momentach wlasnie Daga ma najwiecej do powiedzenia, wyzywajac mnie od kabatow. Zeby pogadac z Ola w cztery oczy, trzeba odczekac. Oczywiscie, Daga ma racje wyzywajac mnie od kabatow, bo kabat ze mnie nieprzecietny. I cham, I prostak. Ale wiesz co jest w tym najpiekniejsze? Ze potrafimy jakos dojsc do porozumienia. Ze potrafimy sluchac siebie nawzajem I nie probujemy sie przekrzyczec, jedno drugiego. Tak, ciezko jest mieszkac pod jednym dachem z kims, kto jest dla ciebie tak wazny. I spedzac z nim 24 godziny na dobe. Ale czytalem w jednej z tych psychologicznych ksiazek, ktore, jak stwierdzil Zgredzik, sa do niczego, ze nie mozna budowac domu, w ktorym nie dochdzi do sprzeczek. W ktorym ciagle sa same kompromisy, w ktorym jedno idzie na reke drugiemu za kazdym razem. A przez te klotnie stajemy sie sobie nawet blizsi. Jeszcze lepiej sie poznajemy. Ola powiedziala, gdy sie wczoraj dogadalismy po wielkiej burzy (I po zdradzaniu mnie z Empeczem na dlugim spacerze, co wykorzystalem na zdradzanie jej z Potterem – no I z Dagusia oczywiscie :), ze nigdy tak sie z nikim nie klocila. Ja moge przynajmniej stwierdzic, ze mam jeszcze Kabaczka :). Jednakowoz musze sie nauczyc cierpliwosci…

Do wczorajszej klotni chcialem tu napisac, ze bardzo zazdroszcze Pietusiowi jego totalnego upantoflenia. Tego, ze jak mu Makota z Kabaczkiem powiedza: “Pozmywaj naczynia”, to bez slowa pozmywa. Jak Zarebianka kaze mu skoczyc z okna, to skoczy. Jak Dziku mu powie, ze mu ladnie w rozowym, to on to rozowe zalozy. Oczywiscie upantoflenie Pietusia dotyczy glownie Makoty, ew. Kabaczka, ale rozciaga sie tez na inne istoty tej samej plci. No I do wczoraj mu potwornie zazdroscilem, bo ja, owszem, chetnie pozmywam naczynia, ale ile sie przy tym nanarzekam, to glowa mala… Ale potem okazalo sie, ze mezczyzna powinien miec swoje zdanie I nie powinien dawac soba pomiatac. Nie powinien przesadnie rozpieszczac I romantyzowac. No I co? I dzis juz nie wiem czy bardziej mam zazdroscic Pietusiowi, czy Adasiowi. Adasiowi, ktory potrafi postawic warunki, ultimatum, potrafi uderzyc piescia w stol. I on jest chyba z Agnieszka szczesliwszy. Czy dziewczyny naprawde wola stanowczych drani od maslanych potworow? Wiesz, powiem Ci, jestem maslanym potworem. Ale zebys Ty widzial jak mocno potrafie uderzyc piescia w stol! Hehe, wczoraj naprawde bylo niezle. Nie. Nie zazdroszcze ani Pietusiowi, ani Adasiowi. Jestem szczesliwy. Taki, jaki jestem. I jest mi z tym dobrze. I jestem z cudowna istota, ktora moge porozpieszczac, ktorej dziwactwa moge kochac, ktora kupuje kredki I farbuje wlosy na rudo (o, nie napisalem o tym! Stary, zobaczysz zdjecia to zdebiejesz :). Jestem z istota, ktora moge nosic na rekach I z ktora moge normalnie rozmawiac. Jestem z istota, ktora mysli tak samo jak ja I ma takie same zasady. Z istota, z ktora, nareszcie, moge sie normalnie poklocic!

I jestem z istota, ktora mnie kocha…

Napisales mi w SMSie, ze niby nie chcialem tych slow uslyszec jeszcze dlugo. Nie prawda. Byly to slowa, ktore chcialem uslyszec najbardziej na swiecie. Wtedy, kiedy dojrzeja. Kiedy bedzie gotowa, by je powiedziec. Kiedy pokona strach, kiedy pokocha. I cieszylem sie, gdy ich nie slyszalem, to prawda. Bo wiedzialem, ze tym razem, gdy je uslysze, to bedzie naprawde. I dlatego nagle, 20 lipca, tuz przed wpol do 12 w nocy, na moscie, nad White Cart Water, najpiekniejsze slowa, ktorych kiedykolwiek nie slyszalem, staly sie najpiekniejszymi slowami, ktore uslyszalem w zyciu. Stalem tam, plakalem I nie moglem wymowic slowa. Caly swiat sie pozmienial. Jestem z dziewczyna, ktora jest totalnie zwariowana, postrzelona, z ktora sie kloce jak nigdy z zadna moja dziewczyna sie nie klocilem, ktora kupuje kredki za pieniadze, ktorych nie ma, ale ktore “zarobi, jak dostanie prace”, I ktora mnie kocha. Tak, Przyjacielu, tak! Kocha mnie… Nareszcie…

“Boże, dawno mi w życiu nie było tak dobrze.”

Na zawsze Twoj

Mateusz

PS. Szkoda, ze Cie tu nie ma…

artdico@poczta.onet.pl

Categories: O mnie | 8 Komentarzy

O spalonych mostach, o tym jak to wyglądało naprawdę, a także trochę o tym, że ten blog tak nagle przestał być blogiem tematycznym

Nigdy w życiu nie przypuszczałem, że mógłbym zostać niezaproszony na grilla do Kabaczków…

Zaczniemy od tego, że w zasadzie ten blog nigdy tak do końca nie był blogiem tematycznym. Zawsze starałem się pisać o Bogu i o Kościele, ale często pisałem również o moim życiu. Bo to jest mój blog, mówiący o moim życiu i roli Boga w owym. A jednak ostatnio cała masa notek nie mówi o Bogu i o Kościele samych w sobie. Zadziwiająco często piszę o swoim prywatnym życiu. Do tego służą blogi, tak? Ten blog będzie obracał się zawsze w tematach katolicyzmu. Bo ja zawsze będę się w tych klimatach obracał. Ale też zawsze będzie moim blogiem. I będzie traktował o moim życiu.

Jak się domyślacie, ta nota będzie bardzo sprywatyzowana. Jeśli nie chcecie czytać moich prywatnych rozkmin, odrzućcie to. Jeśli chcecie mnie poznać, czytajcie dalej. Oczywiście pewna kategoria osób już wie, że raczej powinna to przeczytać. No to – do startu, gotowi, start!

Kilka notek napisanych w ostatnim czasie doprowadziło do przerzucania argumentów między tymi jednymi, a tymi drugimi. Nie napiszę „dobrymi, a złymi”, bo w zasadzie wszyscy jesteśmy dobrzy. Z tym tylko, że osoby stojące troszkę z boku dowiadywały się z naszych komentarzy jedynie kawałka prawdy. Dziś chciałbym przedstawić ją trochę szerzej, dla lepszego zrozumienia sytuacji. Nie całą. Bo całej nie wolno mi przedstawić (co wiedzą niektórzy, i czasem nawet wykorzystują). Ale to, co mogę napisać, napiszę dzisiaj, tutaj. Od początku, do końca.

Miałem doła. Źle się czułem, robiłem sobie w Maku i spałem pół dnia. To wiecie wszyscy. A była sobie na świecie pani Kabaczkowa, która już dawno, na pamiętnej dyskotece, jeszcze w czasach gdy byłem klerykiem, wpadła mi w oko. Wtedy wymyśliłem sobie nawet hasło, które towarzyszy mi do dziś, choć już nie aktualne: „Żaden Kabaczek, nawet siłą, nie wyciągnie mnie z Seminarium”. I gdy tak sobie później gniłem w Rzgowie, zacząłem pisać sobie listy z Kabaczkiem. I z tych listów, obustronnie, wynikało, że chyba coś między nami może kiedyś być. Postanowiłem Cię więc pokochać. Tak, niestety, bo tak to właśnie wygląda. No i jak już pokochałem, to napisałem Ci o tym w liście, i oczywiście miałaś być jedyna i najwspanialsza, wiadomo, jak to jest. Ale Ty się wystraszyłaś. Dałaś mój list Makocie, po konsultacji z nią (prawdopodobnie) doszłaś do wniosku, że najlepiej to wszystko, jak najdelikatniej, przerwać. Poszliśmy do kina. No i wtedy dałaś mi kosza. A ja nazywałem Cię Gwiazdką i obiecałem, że żadna dziewczyna już nigdy nie zostanie tak przeze mnie nazwana. Że Ty na zawsze będziesz moją Gwiazdką.

Dostałem od Kabaczka kosza, ale na szczęście nie zdążyło między nami dojść do niczego, co mogłoby sprawić, że załamałbym się jeszcze gorzej. Zwłaszcza, że wkrótce potem, w czasie ferii na których przebywaliście u mnie, na wieczorku zwierzeń, bolesnym, ale i oczyszczającym, Monika powiedziała mi, że jej się podobam i że miała jakieś nawet plany związane ze mną, ale mnie podobała się jej siostra, więc dała sobie spokój. To zwierzenie było szokiem dla wszystkich zgromadzonych. Konsultowałem się potem przez jakiś czas z Albinem i wreszcie doszedłem do wniosku, że może tutaj zaryzykuję. Skoro już dostałem kosza od Kabaczka, skoro nic z tego nie będzie, przecież nie będę szaleńczo latał za nią w nieskończoność. A może Monika okaże się inna? Wiedziałem przynajmniej, że nie da mi kosza.

Połączył nas Brian Adams, pamiętasz? Kabaczek nie lubiła go, Ty go pokochałaś. Ja już wiedziałem, że chcę być z Tobą i Cię kochać, i że pewnie i tak się wszystko wyda w Twoje urodziny, 8 kwietnia, jak dostaniesz kwiaty. Wyszło na jaw wcześniej, bo mnie wciągnęłaś w pułapkę z tym Brianem po nocy. No i zaczęliśmy być razem, choć zanim się spotkaliśmy, upłynęło trochę czasu.

Oczywiście Kabaczkowi i Makocie nie spodobała się ta sytuacja. Do tej pory im się nie podoba. Oczywiście, cieszyłyście się z naszego szczęścia i życzyłyście nam wszystkiego dobrego. Co by nie było, Monika była jedną z najbliższych Wam osobą. Ale byłyście złe, że dopiero co deklarowałem Kabaczkowi wieczną miłość, a tu nagle zaczynam się spotykać z jej siostrą. Cóż, prawda jest taka, że deklarowałem Kabaczkowi wieczną miłość. I że, gdyby ją przyjęła, miałaby ją na wieki wieków. Kabaczek nigdy mi nie powiedziała, że mnie kocha, miała więc święte prawo ze wszystkiego się wycofać. Miała również prawo czuć potem zawiść, że ja coś najpierw obiecuję, a potem znów obiecuję to komu innemu. Ale po tym, jak ostatecznie dała mi kosza i postanowiła, że powinniśmy zostać przyjaciółmi, nie miała do tego podstaw. Bo ja nie zamierzałem psuć sobie całego życia tylko dlatego, że powiedziałem komuś, że go kocham i nie zostało to przyjęte z aprobatą. W tej sytuacji musiałbym zepsuć już sobie życie gdy skończyłem spotykać się z Gośką.

Bo są dwaj kolesie. Jeden się nazywa Judym, a drugi Wokulski. Judym ma przede wszystkim ideały, a Wokulski ma przede wszystkim głupią miłość, a może raczej głupie uzależnienie. Ja zawsze byłem bardziej Judymem. Znam też jednego Wokulskiego, co gania za swoją Izabelą. Wy też go znacie. Współczuję mu, ale równocześnie podziwiam za jego upór i determinację. Ale spróbujcie zrozumieć, że ja nie chcę być taki jak on. Ja nie chcę być takim Wokulskim.

Byłem sobie z Moniką. Kiedy wreszcie się spotkaliśmy, poszliśmy na spacer i powiedziałem jej, że ją kocham. Usłyszałem w zamian „ja też”. I słowa w tym stylu słyszałem w zamian jeszcze przez długi czas. A potem zaczęły się rozmowy o ślubie. Nie ja je zacząłem. To Monika zaczęła zarzucać takie tematy. Pewnego dnia powiedziała mi, że jej mama pytała, co by zrobiła, gdybym jej się oświadczył. Takiej podpuchy nigdy jeszcze nie słyszałem, zwłaszcza że absolutnie nie chciała mi powiedzieć, co takiego odpowiedziała. Uśmiechnąłem się tylko i doszedłem do wniosku, że może jeszcze raz spróbuję. Ja ją kocham, ona mnie kocha, oboje ufamy Bogu, wierzymy Mu, może spróbuję jeszcze raz. Zwłaszcza, że tym razem to ona zaczęła z tym ślubem. A nie ja.

Bo jak byłem z Gośką, to mnie na tym najbardziej zależało. To ja próbowałem doprowadzić do ślubu. To ja miałem ideały, które próbowałem w Goście zaszczepić, a ona później uwierzyła, że to są również jej ideały. Fakt jest taki, że wtedy jeszcze nie wiedziałem, co to jest miłość. Ale wiedziałem, że mogę wziąć z nią ślub. I że będę szczęśliwy. I nigdy, nawet przez chwilę, nie żałowałem, że chciałem się żenić po maturze. Bo…

No to teraz, mam nadzieję, że się nikt nie obrazi, zacytuję fragment maila, którego napisałem wczoraj do Oli:

„Dokładnie w ten sam sposób odbierałem małżeństwo, gdy chciałem się żenić z Gośką. I z Moniką w zasadzie też. Odbierałem je jako skok w przepaść na bungie, tylko bez bungie. Za to z takim małym aniołkiem przyczepionym do twoich pleców, który rozłoży skrzydła. Rozłoży na pewno, tylko musisz w to mocno uwierzyć. I ja wierzyłem w tego aniołka na zabój. Ale one się bały. Bały się, bo nie rozumiały, że jeśli oddasz się Bogu, zyskasz po tysiąckroć.”

I nadal nie żałuję, i śmieję się z Waszych słów, gdy mi piszecie, że po jednej takiej nieudanej próbie nie zmądrzałem i postanowiłem ją ponowić. Śmieję się, bo rzeczywiście nie zmądrzałem. Bo wciąż tak samo szalenie wierzę w tego aniołka, który rozłoży skrzydła przed samą ziemią. Wciąż tak szaleńczo ufam Panu Bogu i mocy Jego sakramentów. I mocy miłości.

Oświadczyłem się Monice kilka dni po tym, jak mi opowiedziała o pytaniu swojej mamy. Tamtego pamiętnego dnia powiedzieliśmy sobie nawzajem rzeczy, które były w naszych życiach najtrudniejsze. Okazaliśmy sobie wzajemnie ostateczne zaufanie. I wtedy, kiedy nie uciekłaś, i kiedy ja nie uciekłem, zapytałem Cię ponownie, jaka była odpowiedź na pytanie Twojej mamy. Nie chciałaś powiedzieć. Więc załatwiłem to tradycyjnie.

Pierścionek kupiliśmy kilka dni później.

No i wszyscy czytelnicy bloga dalszą historię znają pod taką postacią: Oto ja zrywam z dziewczyną, którą niby kochałem, po pół roku od zaręczyn. Przedstawię ją jak wyglądała naprawdę.

Planowaliśmy ślub, po maturze oczywiście. Czyli jakoś tak teraz by był, na dniach. Myśleliśmy ilu gości zaprosić, jaką sukienkę kupić. Kupiłaś książkę „Nas Dwoje”, przeczytałaś ją, potem chciałaś, żebym ja ją też przeczytał. Bałem się jej, bo obawiałem się, że będzie jakaś pokrzywiona, nieprawdziwa, błędna. Zacząłem czytać z ciężkim sercem i odetchnąłem z ulgą, gdy okazało się, że jest ona taka właśnie, jak potrzeba, żeby była. Taka prawdziwa. Dokładnie o tym, o czym Ksiądz Marek nauczył mnie na psychologii. I dziękowałem Bogu, że dał Ci tą książkę i że zrobiła na Tobie takie wrażenie… Że do Ciebie trafiła. Cóż. Okazało się później, że chyba raczej nie trafiła.

Chciałem robić ćwiczenia z tej książki, chciałem kontynuować nasze wspólne modlitwy, chciałem, byśmy razem przygotowywali się do ślubu, do wspólnego życia. I byłem pewien, że Ty też tego chcesz. I cieszyłem się jak szaleniec.

A pewnego dnia jednak się przestraszyłaś. Pewnego dnia zapytałaś mnie nieśmiało, co bym zrobił, gdybyśmy przesunęli datę ślubu o rok. Co mogę napisać? Chyba tylko tyle, że był to dla mnie wstrząs. Mocny, ale powiedziałem Ci, że okej. Że w porządku. Że nie spieszy się. Że rok jeden, czy rok drugi. Co za różnica.

A wracając do domu krzyczałem sobie na Boga. Że znowu wszystko runęło. Znowu wszystko się skończyło. Znowu nic się nie udało. I że pewnie jeszcze będę Mu musiał za to dziękować. Bo nigdy mi się nic nie udaje, a potem i tak muszę Mu być za to wdzięczny.

Bo ja już wtedy wiedziałem, że to nie jest jeden rok. Że to jest nigdy. I że to jest koniec.

A jednak miałem tą głupkowatą nadzieję, że może jednak, kurde, nie.

Wtedy odważyłaś się powiedzieć o naszych planach swojemu tacie. Wtedy, albo jeszcze po tym drugim kroku wstecz. Po tym, kiedy stwierdziłaś, że z tym ślubem to może nie za dwa lata, tylko na razie w ogóle przestańmy o tym myśleć. No i powiedziałaś swojemu tacie o naszych planach, których przecież już wtedy nie było. I Twój tata zachował się zupełnie tak, jak moja mama. Tak, oczywiście, przecież i tak nic z tego nie będzie, więc czemu nie?

A potem był trzeci krok wstecz i trzecie uderzenie tego młota, co burzy sobie stare domy. Powiedziałaś, że nie wiesz, czy mnie kochasz. Choć tego się nie odwołuje i nie da się tego nie wiedzieć. Bo to nie jest coś poza nami, tylko jest zależne od nas. O tym pisali dokładnie w ten sposób w książce, która tak Cię zainteresowała i z takim zapałem mi ją dałaś. Że miłość to decyzja. I nie można nie wiedzieć. Albo się kocha, albo nie kocha.

A więc mnie nie kochałaś. To było jasne dla mnie. A to znaczyło, że chyba od początku nie byłaś pewna. Że od początku mnie okłamywałaś. I choć były i inne kłamstwa (może raczej niedopowiedzenia), ale były mniej bolesne. Nie burzyły tego, co wydawało mi się, że razem wybudowaliśmy. No, przynajmniej nie burzyły fundamentów.

A, jak wiadomo, nie można budować domu na piasku.

Potem się jeszcze okazało, a przekazałaś mi to przez telefon, że wszystko jest w porządku i że tak ma cała masa dziewczyn, i że tamta Twoja znajoma Ci powiedziała, że to się nie ma co przejmować, i że będąc narzeczeństwem wcale nie trzeba myśleć o ślubie, i że można nie wiedzieć, czy się kocha. Wiesz, że nim to usłyszałem, żyłem w ogromnym strachu. Ogromnym lęku. Bałem się potwornie i spać po nocach nie mogłem. Bałem się, że właśnie okaże się to, co się okazało. No i wtedy, w tamtym momencie, zerwałem zaręczyny. Byłaś tym zdziwiona i przerażona. A ja wiedziałem, że nie ma sensu łudzić się nadzieją i trzymać się tego pierścionka jak ostatniej deski ratunku. Bo tak właśnie robiłem będąc z Gośką. Wierzyłem, że ten pierścionek uratuje świat. A przecież wtedy, po tym wszystkim, ten pierścionek już nic nie znaczył. To znaczy owszem, był właśnie tą brzytwą, której się chwyta tonący.

Czytając Wasze komentarze zdziwiłem się, że nie napisałyście „opuścił dziewczynę po pół roku od zaręczyn, po drodze jeszcze zrywając te zaręczyny”.

Fakt, reszta to była już tylko kwestia czasu. Modliłem się tylko, żebyś uwierzyła. Żebyś zmieniła zdanie. Żebyś pokochała. I bałem się panicznie, że wreszcie powiesz stop!

Ja nie wiem, czemu Tobie w tym związku było tak wygodnie, że nie chciałaś go zakończyć. Może czułaś się bezpiecznie? Brałaś dużo, dopóki chciałem Ci dawać. Ale mało dawałaś w zamian. Ja nie miałem poczucia bezpieczeństwa. A nawet nie mogłem Ci nijak pomóc, bo Ty wcale nie chciałaś, żebym Ci pomagał. Więc do dziś nie mogę zrozumieć dlaczego tak bardzo bałaś się tego rozstania.

Decyzję o rozstaniu podjąłem sam. Z kilku powodów. Dlatego, że się bałem i chciałem przestać się bać. A nie mogło się to stać nijak, jak tylko w ten sposób. Chyba, że byś mnie nagle pokochała i zaczęła błagać o ślub, ale to było kompletnie niemożliwe, a pewnie i tak bym w to nie uwierzył.

Dlatego, że wiedziałem, że nie będziemy razem szczęśliwi, bo nie da się, jak powiedziałem, budować domu na piasku, bez fundamentów, czyli bez miłości.

Ale również dlatego, że było Ci cieplutko, tak mi się wydaje, i że trzymałaś się mnie tak, jakbym był jedynym Twoim szczęściem. Mimo tego, że tak wiele zrobiłaś, oczywiście nie z Twojej winy, tylko z winy Twego wszechogarniającego strachu, żeby to wszystko zburzyć. A Ksiądz Marek mówił nam na psychologii o metodzie odstawienia. Kiedy alkoholik przychodzi do domu, żona mu daje kapcie, sadza przed telewizorem, przynosi obiadek. On myśli, że to co robi jest dobre, a nawet jeśli wie, że jest niedobre, to czuje się komfortowo w tej sytuacji. Dopóki żona nie wystawi mu walizek przed drzwi. Z miłości. On wtedy nagle traci oparcie i może zrobić dwie rzeczy: 1) albo upić się, zapić na śmierć, umrzeć pod mostem z wyziębienia, 2) albo przestać pić i oddać żonie miłość, którą mu dała. To oczywiście przykład. A ja stwierdziłem, że ta metoda może zadziałać i w Twoim przypadku.

Co wybrałaś?

Przez długi czas jeszcze wierzyłem, że Monika przemyśli to wszystko i dojdzie do odpowiednich wniosków. A ona nagle informuje mnie, że już nie tylko nie wie, czy mnie kocha. Teraz także nie wie, czy ja kocham ją. Bo definicja miłości wysuwana przez jej znajomą różni się od tej wysuwanej przeze mnie. Więc muszę się mylić.

Wróciłem na studia mówiąc jej, żeby jeszcze raz przeczytała tą książkę, którą z takim zapałem już raz mi poleciła. Niedługo potem dostałem radosnego SMSa, z którego wynikało, że zrozumiała, z tej właśnie książki, że mam rację, że ją kocham i że miłość to decyzja. Naiwnie zacząłem się cieszyć, co Dagmara (ona jest tą Waszą innowierczynią?) może potwierdzić. Uwierzyłem, że będzie dobrze, że już się zaczęło zmieniać. Że odstawienie zadziałało. Że będzie działać.

A potem była długa, długa przerwa. Czekałem trochę, trochę wątpiłem. Coraz bardziej wątpiłem. Aż nagle poinformowałaś mnie SMSem, akurat byłem w Skarżysku, że się musimy spotkać. Bo się zmieniło. Dużo. I że mnie kochasz. Byłem w szoku i zagadałem do Adasia, a Adaś powiedział: spokojnie. Przejdzie jej. No to napisałem, żebyśmy się spotkali. Oczywiście, nie wierzyłem Ci. Chciałaś się spotkać w środę. Zaproponowałem dzień później, bo w środę i tak miało Cię nie być. Przyszedł czwartek i chyba Twój SMS mnie nawet obudził. Wynikało z niego, że się rozkojarzyłaś. I że znów nic nie wiesz. Że Adaś miał rację i że ja też miałem rację. Tylko się uśmiechnąłem do swoich myśli. A miałem iść do Ciebie na Sylwestra i w środę sobie myślałem, że może w tego Sylwestra znowu będziemy razem.

W Sylwestra trochę pogadaliśmy. Tak sobie minął. A potem była Studniówka i moja obietnica. Może nawet nasza. Już ją opisałem w którymś komentarzu. Możesz ją przejrzeć i potwierdzić, albo napisać, że brzmiała inaczej. Z pewnością nie zapamiętałem jej słowo w słowo. Ale jestem pewien, że mniej – więcej tak właśnie brzmiała.

No i nadeszły wakacje. Mieliśmy się spotkać, jeśli uznamy, że jest w ogóle o czym rozmawiać. A jeśli nie, i jeśli się zmienimy do tego czasu, przynajmniej będziemy mieć radość z naszego nawrócenia. I ja mam tą radość. Czy Ty ją masz? Czy udało Ci się wypracować wszystko, co niby miałaś wypracować do wakacji? Przestałaś się bać spowiedzi? Nie, nie że przestałaś. Że nauczyłaś się pokonywać ten strach. No i wreszcie, czy gdybyśmy się jednak spotkali, czy powiedziałabyś mi, że mnie kochasz? Nie wiem. I pewnie się nie dowiem.

Poznałem Olę. Doznałem Olśnienia. Moje życie nabiera ponownie barw. Ponownie zacząłem wierzyć, że się ułoży. W życiu. Nie koniecznie z Olą. Może z kim innym. Chciałbym, by to było z Olą. Ale jak nie będzie, mogę nawet iść na pustelnię. Choć jak powiedziałem dziś jakoś nie wiem po co mamie o moich ideałach i o tym, że nic poza Bogiem nie potrzebuję, to się zdenerwowała. „Gadasz bzdury”. „Nie. Gadam to, w co wierzę”. Zmieniłem się, zrozumiałem wiele, nagle, w sekundzie. Spełniłem obietnicę. Nie mam o czym z Tobą rozmawiać, bo nie chcę być z Tobą. Nie wiem, czy Ty chcesz być ze mną. Ale jeśli naprawdę pragnęłaś wypełnić tą obietnicę po to, żebym do Ciebie wrócił, to to nie było dobre. I to nie było wypełnieniem obietnicy.

Z Panną S., jak to mówicie, nigdy zaś tak naprawdę nie byłem. Spotkaliśmy się dwa razy. A jak doszedłem do wniosku, że to nie to, dałem sobie spokój. I jej również. Dziś spotkała kogo innego. Cieszę się z tego i życzę jej powodzenia. I nie czuję zawiści, choć trzy tygodnie temu pisała mi, że mnie kocha. Czuję radość, że tak szybko się z tego otrząsnęła.

Nie chcę Cię prosić, Moja Pani, byś odpisała coś sama, bez pośrednictwa Twoich dwóch rzeczniczek. Nie ma sensu taka prośba. Jeśli chcesz, odpisz, odeprzyj to, jak uważasz, że tak trzeba. Ale jak nie chcesz, nie musisz.

Taka jest właśnie prawda. Podawałem tylko fakty, nawet nieraz co do dnia tygodnia. Moje rozkminy i przypuszczenia przedstawiałem jako przypuszczenia właśnie. I ich nie musicie brać za pewnik. Jeśli zaś fakty nie są pewnikiem, proszę osoby wiedzące o sprostowanie ich. W komentarzach.

Napisałem to wszystko, bo musiałem się wreszcie obronić przed Waszymi atakami. Bo należy mi się sprawiedliwość, tak jak i Wam się należy. I będę właśnie do sprawiedliwości dążył.

Ale dlaczego postanowiłem to wszystko jednak napisać, choć miałem tego wcale nie robić? Choć do głowy mi to jeszcze do momentu Waszego z gór powrotu nie przyszło? Powód macie na samej górze. Bo ja naprawdę nigdy nie przypuszczałem, że kiedykolwiek nadejdzie taki moment, że zorganizujecie grilla, na którego Artdico Gnorofex nie zostanie zaproszony. A to wzbudziło we mnie poważne obawy. Że może nigdy nie należałem do paczki. Że byłem takim przylepcem, co się ciągnął za swoim bratem. Że do nowej Wspólnoty Franciszkańskiej też należałem jak piąte koło u wozu. A już na pewno, że do owych w tej chwili raczej nie należę. Wiecie, kiedy okazało się, że nie pojechałem na początku lipca do Szkocji, miałem ogromną ochotę dołączyć do Was w Beskidach. Rodzice coś mówili, że nie ma kasy. Ale dziś wiem, że oni wiedzieli. Że Wy mnie tam, z Wami, prawdopodobnie wcale nie chcecie. Że, z bólem serca to stwierdzam, nie ma mnie w paczce, bo paczka się rozmyśliła, bo związek dwóch osób z paczki negatywnie wpłynął na całość. Dziś wiem, że Monika nie ma ochoty mnie oglądać. Makota i Kabaczek pewnie też nie. Nie dziwię się. Tylko mi przykro.

Nie będę się z Wami wszystkim żegnał. Nie będę się żegnał z żadnym z Was. Bo „żegnaj” to strasznie mocne słowo, a ja się od Oli uczę, jak nie nadużywać mocnych słów. Nie powiem „do zobaczenia” Adasiowi i Adze, bo ich stosunki ze mną są silniejsze, niż stosunki panujące między Qrczakami. Nie powiem też tego Piętusiowi, bo jego też znam dłużej niż Was, Dziewczęta. Ale Wam powiem: Do zobaczenia kiedyś, Moniko, Dominiko, Aneto. Do zobaczenia kiedyś, albo i nie. Kiedyś może, kiedy stosunki między nami jakoś ochłoną. Wrócą do normy (Zdefiniuj normę, jak powiedział Eragon do Saphiry). Ale póki co Wy grillujecie. A ja piszę do Was. Czyli chyba wszystko jest na właściwym miejscu.

Jeszcze raz dziękuję za wszystko, co mi dałyście. I, Monisiu, gratuluję Lublina. Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę.

Kiedy pisałem o spalonych mostach w mojej kalejdoskopowej notce, nie sądziłem, że dojdzie do tego. Ale jednak. „Będzie nam najbliższych czasem brak. Spalone mosty to najlepszy w życiu start”. A więc palę te mosty. Choć może Wy już je za mną spaliłyście. I naprawdę będzie mi Was brakowało…

Categories: O mnie | 7 Komentarzy

Nota raz w miesiącu

„Co najmniej raz w miesiącu”, powinno się napisać, bo bywało i częściej. Na początku. Przez pierwsze 3 miesiące. No i jakoś teraz, ostatnio, znowu. Początki silne i interesujące, wielka lawina i diametralna zmiana życia (połączona ze zmianą bloga z ograniczonego ramami na nieograniczony). Potem brak czasu i brak neta. Do końca przyświecała mi idea – nie wolno ci dopuścić do wybicia miesiąca, w którym nic nie napiszesz. Więc po jednej nocie przez wiele, wiele miesięcy. I teraz, na dniach, znów się zaraziłem. Nowy entuzjazm. I jakby tak blog się znów ożywił.

Mamy dwa lata. Któż mógłby przypuszczać, że to minie tak szybko? A jak dużo się wydarzyło przez ten czas… Dwa lata.

Gdy pisałem rocznicową notkę przed rokiem, dokonałem podsumowania statystycznego, rezygnując z dziękowania Wam wszystkim imiennie. Dziś zrobię na odwrót. Może po części dlatego, że chciałbym zrobić w swym sercu podsumowanie, kto najwięcej w moim życiu pozmieniał, kto najwięcej wniósł do tego życia. A po części dlatego, że mi się nie chce liczyć :).

Ostrzegam. Będzie długo. Jak ktoś nie chce czytać całości, może poszukać siebie. Jak się nie znajdzie, może przejść do pięciu ostatnich akapitów.

Makota. No i Piętuś. A może Piętuś i Makota. Nie wiem, które najpierw, a które potem. Zaraziliście mnie blogowaniem. To Wasze blogi skłaniały mnie do polemiki, a potem do założenia własnego bloga. Kiedyś pisaliście częściej, klikało się codziennie by sprawdzić, czy nic nowego się nie pojawiło. Dziś musicie informować o nowej notce jeśli chcecie, żeby ktoś w ogóle przeczytał. No i Makota jeszcze założyła hasło. Piętusiu, dziękuję Ci za wsparcie moralne i duchowe, za to, że mogę nazywać odwiecznego przyjaciela swego brata moim przyjacielem. Makoto, Tobie dziękuję za to, że choć mamy mnóstwo argumentów przeciw sobie, nadal się do siebie odzywamy i czasami nawet jesteś miła. Ja też czasami jestem miły :). Pamiętaj, nie cierpię Cię, ale nie wiem co bym bez Ciebie zrobił.

Adaś i Aga. Kolejność uzasadniona. Pierwszy to mój brat. Druga to jego dziewczyna. Od 4 lat. Od 14 roku życia. Jesteście jak stare dobre małżeństwo. Adamie, dziękuję Ci za stanie się moim przyjacielem i podzielenie się swoimi przyjaciółmi z własnym bratem. Agusiu, Tobie dziękuję za to, że tak często stoisz po mojej (to nie znaczy – właściwej) stronie, przez co narażasz się niektórym ważnym dla nas obojga osobom. Wam obojgu dziękuję za to, że pozwalacie mi wierzyć w to, że można prawdziwie kochać i można związać się szczęśliwie już w tak młodym wieku. Dajecie mi nadzieję, że może mnie też się kiedyś uda.

Kabaczek. Dziękuję Ci za to, że wskrzesiłaś we mnie nadzieję na to, że może kiedyś moje życie będzie mogło wyglądać inaczej. Lepiej. Że wyjdę z doła. Wprawdzie nie cieszyłem się tą Twoją nadzieją nazbyt długo, ale za to również Ci dziękuję. Dziękuję Ci też za trafne, a czasem mniej trafne, uwagi pod moim kątem, udzielane częstokroć w towarzystwie Makoty, boć obie myślicie tak samo i to samo. Uwagi, które stawiały mnie na baczność i motywowały do działania (niekoniecznie z czystymi intencjami). I dziękuję za to, że mogłem nazywać Cię Przyjaciółką, przez duże P.

Monroł. W minionym roku, przepraszam, w minionych dwóch latach wniosłaś w moje życie ogromny dorobek. Dzięki Tobie moja nadzieja nie uległa ponownemu załamaniu i dzięki Tobie spędziłem kilka pięknych miesięcy. Chociaż szybko przestało być słodko zarówno dla mnie, jak i dla Ciebie, to mogłem się dzięki Tobie przekonać, że miłość nie jest uzależnieniem. Dziękuję Ci też za ten ostatni upadek, któremu przecież nie byłaś winna, ale był związany z Twoją osobą. I dziękuję Ci, że nadal gdzieś tam jesteś. Że nadal jesteśmy w jednej paczce, więc nie ma obawy, by kontakt się urwał.

Zarębianka, Dziku. No i Boro. Dzięki, że dopełniacie nasze Qrczaki. Aga, dzięki za wizytę u rektora w mojej sprawie. Dominika, dzięki za odwiedzanie mnie u mnie i siedzenie godzinami, i przekomarzanki. I za Helliozę Wildson. Marcin, dzięki za gitarę. I za 12 Apostołów. Bez Ciebie by ich nie było.

Miśku, Gosia, Kasia. Cioteczni. Dzięki za bycie ciotecznymi. Za te wszystkie śmieszne perypetie, przez które przechodziliśmy. Za wspólne wakacje, za zrozumienie. Miśku, dziękuję że można zawsze z Tobą pogadać i że nigdy się nie obrażasz. Gosiu, dzięki za wybaczenie mi listu, zwłaszcza. Kasiu. Kasiu, dziękuję, że jako jedyna w rodzinie mnie nie przerosłaś. Jeszcze…

Albin. No, Stary, Tobie to dziękuję po stokroć. Nasze spotkanie sprawiło, że po tych niemal (pierwsze trzy miesiące to okres bez Ciebie) dwóch latach mogę powiedzieć, iż nigdy nie miałem przyjaciela takiego, jak Ty. Dziękuję Ci za płomienne wsparcie i za Twoje optymistyczne, podnoszące na duchu rozmowy i SMSy. Dziękuję Ci za miłość, jaką może obdarzyć tylko jeden mężczyzna drugiego mężczyznę, i to bez podtekstów seksualnych. Dziękuję Ci za to, że byłeś, jesteś do końca. Za Twoje dwa ostatnie komentarze, których się nie spodziewałem, a które tak wiele dały. Nam wszystkim. I dziękuję, że nie tylko pozwoliłeś mi Cię zostawić tam, w tej szarej Łodzi, nie tylko dałeś mi błogosławieństwo. Mnie i Jej. Ale także obiecałeś, że będziesz mnie odwiedzał. Nas odwiedzał.

Olga. Nie znam Cię za bardzo. Ale dziękuję Ci, że jesteś z Albinem. Że udowadniasz mu, iż jest jeszcze szansa na szczęście w jego życiu. Bo ja i Albin jesteśmy do siebie tak podobni, że mogę się domyślać co on czuje i myśli, i wie, odkąd Ciebie spotkał. Dziękuję Ci, że jesteś dla niego.

Ania, Jacek, Paulina, Piotr. Nie wiem, czy to czytacie. Jesteście częścią Paczki. Paczki, która jakoś nie może się spotkać. Trudno. Nie wiem, kiedy widzieliśmy się wszyscy razem, w szóstkę. I kiedy się zobaczymy. Ale myślę, że mam nadzieję, że się domyślam… Aniu, dziękuję Ci za to, że udowadniasz, iż można kochać tak bardzo, by jednak brać ten ślub. W wieku 21 lat i po roku znajomości. Jacku, dziękuję za to, że nazwałeś mnie swoim przyjacielem. I za to, że stamtąd, z wysokości stanowiska redaktora naczelnego, schodzisz na dół do nas, maluczkich, by napić się z nami piwa. Paulinko, dziękuję Ci za dom i pracę, i za to, że się o mnie troszczyłaś jak starsza siostra, choć jesteś młodsza o rok. Piotrze, dziękuję Ci za chińskie żarcie i za książkę fantasy. Za uśmiech wiecznie goszczący na Twojej twarzy. Wam wszystkim dziękuję za Paczkę. Bez której w zeszłym roku pewnie nie dałbym rady.

Arek. Arku, dziękuję Ci, że jesteś z Anią. I że ją kochasz. I że bierzecie ślub. Zresztą powiedzcie wszyscy, czy to nie piękne oświadczyć się tak szybko i to w takim miejscu? To był Giewont czy Kasprowy? I dziękuję za to, że byłeś tam wtedy, w Lawendowych. Ja naprawdę żartowałem, że Cię nikt nie zapraszał…

Dziewczyny blogowiczki. Przede wszystkim Tikula vel. Animaedimidium, ale także Anka Amerykanka, Ludzie są Aniołami, a także wiele, wiele innych. Dziękuję za budujące komentarze, za zainteresowanie moimi sprawami, za radość z moich radości i smutek z moich smutków. Tobie, Tikulo, przede wszystkim dziękuję za to, że mnie przeklęłaś. I że się o mnie martwiłaś. I że zażegnałaś swoje żegnaj. Dziękuję.

Zgredzik. No, Chłopie, Tobie się należą ogromne podziękowania. Za pisanie wspaniałych, mądrych słów, z którymi nie zawsze się zgadzam. Ale wnosisz w to miejsce taki świeży powiew mądrości i polemiki. Częstokroć są to najciekawsze komentarze, właśnie te napisane przez Ciebie. I dziękuję za to, że się nie poddajesz. Choć wiesz, że się i tak nie ugnę. Że i tak nie zmienię zdania. A Ty ciągle drążysz i dajesz odpór. I jesteś.

Eniu. Ernest, dziękuję Ci za to, że jako jedyna osoba sprzed bloga i sprzed Seminarium, a nie należąca do rodziny, jesteś tu nadal. Pomagasz, wspierasz, czasem komentujesz. Czasem się denerwujesz. Czasem dzwonisz w najbardziej dramatycznym momencie, bo musisz się nauczyć do dziesięciu liczyć, i ratujesz mi życie. Kolega z klasy. I dziękuję za komputer. Nie udało mi się go odpalić, ale to nie szkodzi :).

Ania Siatkareczka. Wiem, że to czytasz, dlatego dziękuję Ci za pojawienie się w moim życiu, i to jeszcze w jaki ciekawy sposób… Dziękuję za znalezienie czasu i ochoty na uczestniczenie ze mną w Neokatechumenacie, przynajmniej przez jakiś czas. Za to, że trzymałaś przez ten czas naszą grupę silną dłonią. I za to, że przyszłaś na koniec, na tą ostatnią Eucharystię, i że zostałaś do końca.

Wrogowie. Nie wiem czy moi, wiem że mnie na tym blogu. Podejrzewam, że głównie Wojciechu. Ale i inni. Dziękuję Wam, za to, że nie pozwalacie na to, by ten blog pozostawał różowo – pomarańczowy. Że komentujecie, walicie z ostrej rury, ładujecie, przeklinacie, rzucacie mięsem, obrażacie. Dziękuję Wam za to, bo bez Was ten blog nie byłby taki, jak jest. I nie zamierzam blokować Wam IP ani kasować komentarzy. Taki już Wasz urok, taki już urok tego bloga. Dzięki Wam jest jaki jest.

Ludu Duloc! To jest, chciałem powiedzieć, Ludu WSSM! Niewielu z Was to czyta. Ale wiem, że jest Iza (która już czmychnęła, ale też się liczy). Dzięki za to, że czytasz, choć się nie zgadzasz. Wiem, że jest Marta. Dzięki za podchody i zaproszenie na tamten wykład, wtedy. Magda. Magda też pewnie jest. Dziękuję Ci za te same podchody, co Marcie. I za fantasy. I za Mirriel (choć Mirriel zawdzięczam w rzeczywistości Tikuli. Ale mniejsza o to).

Chłopaki. Kamil, Kuba, Słoju, Juras. Także Ted i Kiler. I dziewczyny. Martyna i Iza. I Ania. To było piękne, choć emocjonujące, wspólne pół roku. Mieszkanie w salonie, z Wami wszystkimi, wódka o 2 w nocy, Różaniec w kącie łóżka. Dziękuję, że szanowaliście mnie takim, jakim jestem, i że szanowaliście moje przekonania. Dzięki, że czytaliście. Czy nadal czytacie?

No to teraz Wy, moje współlokatorki. Szaweł, Pasek i Krzysio. A przy okazji również parę innych osób. Jarek. Wojtek. Bobek i Tomek. Pałcia i Kasia. Czarek. Szawle, dziękuję Ci za bycie szefową. Za trzymanie tego całego burdelu silną dłonią. Za to, że nawet pomimo tych psów mnie lubiłaś i że mogłem się przed Tobą otworzyć. Pasku, dziękuję Ci za to, że pozwalałaś się czasem porozpieszczać, kupić sobie jogurt, pozmywać po sobie naczynia. I za to, że byłaś taką wariatką. Krzysiu, Tobie za to dziękuję za spokój, za to, że wariatką nie byłaś i za te pamiętne słowa „jaki on jest słodki”. Jarku, dziękuję za Twoją obecność w naszym domu, także podczas rekrutacji, Wojtku – za rozmowy teologiczno-filozoficzne oraz za partyjkę w Magica, Bobuś – za oddanie mi pokoju i za logiczną ocenę sytuacji, Tomku – za „nie kłam więcej”, Pałciu – za Twój uśmiech taki uroczy, Kasiu – za gadki-szmatki i dyskotekę, Czarku – w zasadzie nie wiem za co. Chyba za to, że mnie ochrzaniłeś jak wywaliłem butelki. Tak. Definitywnie za to.

Bartolomeo und Jaunty. Za Ciechanowiec. Dzięki za to, że kompletnie mnie nie rozumiecie i że się ze mnie nabijacie, a jednak nie da się tego nijak negatywnie odebrać. No, i dziękuję Ci, Bartku, za kasę na bilet powrotny. Choć całkiem na serio wolałbym posiedzieć z Wami trochę dłużej…

Maggie B. Madziu, dziękuję za przyjaźń, którą darzysz mnie od wieków. Za wyskoczenie z pomysłem wyjazdu do Warszawy, na krzywy ryj, na 102, na o matko i na ojezu. Za to, że wiesz jakie są moje marzenia i że pomagasz mi je spełniać, zwłaszcza wtedy, gdy ja nie widzę dla siebie nadziei. Dziękuję Ci za rozmowy na gg nocami. Rozmowy, które tak wiele wnoszą… I za to, że po tym wszystkim, co się działo w naszym życiu, nadal jesteś na wyciągnięcie ręki.

No i nowa ekipa. Goodwitch. Dziękuję Ci za to, że jesteś dla mnie taka miła, że tak przyjemnie się z Tobą rozmawia. Za to, że choć Ty znałaś mnie tylko z opowiadań (które z pół roku trwały), a ja Ciebie w zasadzie wcale, od początku wywiązała się między nami taka nić porozumienia. I za to, że jak wszystko pójdzie dobrze, będziemy studiować w Warszawie razem. Bo to w zasadzie Twój pomysł był z tym wszystkim…

Michalina. Niespodziewanie spotkana siostra w wierze, dla wszystkich, którzy siostry w wierze potrzebują. Pełna miłości i dobroci. Dziękuję Ci za komentarze, które wspierają mnie pod kątem teologii, ale pod innymi względami częstkoroć ganią mnie i krytykują. Dziękuję za ostre słowa, które niejednego oburzają. I dziękuję za tego psychologa. Prawie mnie namówiłaś :).

Dianka. I Ty nie wiem, czy nadal to czytasz. Kiedyś chyba czytałaś. Dziękuję Ci za to, że nie lubisz maślanych pajacyków. Nie wszyscy muszą ich lubić i to wcale nie jest wada. Oczywiście nie jest również wadą bycie maślanym pajacykiem, choć Ty pewnie tak uważasz. Nieważne. Ważne, że pojawiłaś się tak samo nagle jak cała reszta nowej ekipy. I za to Ci dziękuję. Ach, i za wspieranie Lolinki. Musi być wspaniale mieć taką przyjaciółkę, jak Ty.

Oluś. Ola CeHa. Michał. Może chociaż jedno, może chociaż dwoje z Was to czyta. Nie śmiem więc Wam również nie podziękować. Ta nowa ekipa jest taka niesamowita. Dziękuję Wam, że do niej należycie i że potrafiliście się, na różne sposoby i w różnym stopniu, jakoś w moje liche życie zaangażować.

No i wreszcie. Ola. Lolinka. Virginsuicide @ wordpress… Za tak wiele powinienem Ci podziękować, ale w zasadzie nie muszę robić tego publicznie. Najbardziej dziękuję Ci za to, że nie jesteś ze mną dlatego, że tak trzeba i nie dlatego, że musisz mi pomóc, no i nawzajem, ale dlatego, że choć bez tego jest dobrze, to może z tym będzie jeszcze lepiej. Albo chociaż równie dobrze. No i dziękuję Ci za to, że uzależniasz blogiem. To przez Ciebie mój blog przestał być miesięcznikiem i znów wraca na stare tory. A że przestaje być blogiem tematycznym? Cóż. W zasadzie to chyba nigdy tak do końca nie był…

Panie Boże! Inni pojawiali się i znikali, byli i zmieniali się, przychodzili i odchodzili, a Ty jesteś od początku. Dziękuję Ci za miłość, którą darzysz mnie od zawsze, choć ja nie zawsze Cię nią darzę. Dziękuję za to, że mnie powołałeś, a potem odwołałeś. Za to, że miałem doła i za to, że poznałem tylu cudownych ludzi. Za to, że doznałem przewrotu, potem jeszcze jednego, że pozwoliłeś mi wejść do bagna, choć wiedziałeś, że to nie będzie dla mnie zdrowe. Ale wiedziałeś, że jak do niego nie wejdę, nie będę w stanie docenić tego, co znajduje się poza nim. Wreszcie dziękuję Ci za Olśnienie i za to, że uczysz mnie kochać na nowo. Jeszcze raz. I za to, że pozwalasz wierzyć, że nigdzie nie będzie szczęścia, jak tylko przy Tobie. Dziękuję Ci, Panie…

Na koniec, choć to mniej ważne, niż to ostatnie, chciałbym podziękować Lordowi Niconowi. Za wszystko w zasadzie. I za to, że mnie wspierał. I za to, że był w Łodzi, choć się nie spodziewałem. Ale najbardziej to dziękuję Ci za serwer. Serwer na którym mam swoje strony. Zwłaszcza za serwer na którym mam forum. Forum Blogowe, które niniejszym uroczyście otwieram, z okazji drugiej rocznicy urodzin bloga. Póki co jest puste. Ale dzięki Wam wszystkim będzie się zapełniało. Zapraszam do logowania się i do wypowiadania! Link na dole, pod każdą notką. Dzięki, Piotrze!

I wszystkim, którzy czytają, a których nie wymieniłem. Wszystkim serdecznie dziękuję za to, że jesteście. Na wierzchu, albo ukryci. Dziękuję za Waszą obecność.

Acha, na koniec jeszcze się pochwalę. Od dziś znów jestem studentem teologii na UKSW! Tak bardzo się cieszę. Czekam jeszcze na polonistykę. I na Lolinkę.

A teraz zróbcie mi prezent i pokażcie ile Was jest. Dziś każdy zostawia komentarz! Do boju!

Categories: Pozostałe | 14 Komentarzy

Olśnienie

Wczorajsza (teraz to już przedwczorajsza) burza była potworna. Najpierw komentarze Kabaczka i Makoty, których przecież się spodziewałem, a jednak mnie uderzyły. Potem rozmowa z Aniołem, który przez pół roku niegadania przestał być Aniołem. A na koniec telefon i pół godziny rozmowy z Olą. Rozmowy z której wywnioskowałem, że Ola mi nie ufa. Przynajmniej nie do końca. Nie wierzy mi – bo mnie nie zna i zanim mnie pozna musi minąć dużo czasu, długi okres poznawania. Więc trochę wierzy mi, trochę wspomnianym wcześniej dwom paniom, ma swoje oczka i nimi próbuje znaleźć prawdę. A ja liczyłem na to, że teraz to znalazłem kogoś, kto wszystko rozumie, kto mi ufa mimo wszystko, kto mnie, właśnie mnie wesprze w każdej sytuacji. A przecież mówiła mi, że się mnie boi. Skleroza?

Przecież to Ona wyciągnęła mnie z bagna i Ona teraz ma mnie prowadzić. A nie wysyłać do psychologa, do jasnej ciasnej! I ma mi wierzyć, tak? Tak?

I nagle, wtedy, w jednej sekundzie, dostałem olśnienia. Wstrząs – i w momencie z wściekłości wybuchła radość. Ekstaza niemal. „Już wszystko w porządku” – wyszeptałem tylko i dowiedziałem się, że mam zmienne nastroje. Hehe. Nie wytłumaczyłem o co chodzi, bo nie do końca sam rozumiałem. Ale już rozumiem. I już wytłumaczę.

Ja Jej nigdy tak naprawdę nie potrzebowałem.

Kropka? Kropka. Tak jak nie potrzebowałem nigdy Gośki ani żadnej innej spośród moich dziewcząt, które zmieniam jak rękawiczki. Nigdy. Bo żadna z nich nigdy nie miała mocy, aby mnie z bagna wyciągnąć.

Potrzebowałem tylko dwóch osób. Boga. I Lustra.

Teraz, z tej perspektywy to wydaje się tak śmiesznie oczywiste. Moi Kochani! Tak naprawdę nikt nigdy nie potrzebował drugiego człowieka, który mógłby wyciągnąć go z bagna i wyprowadzić go na dobrą drogę. To znaczy owszem, często Bóg wystawiał ludziom drugich ludzi (Apostołów?) po to, by służyli Jemu jako narzędzia. Ale nigdy nie wyglądało to tak, że człowiek potrzebował drugiego człowieka tylko dlatego, że chciał go potrzebować.

Gdy ostatnio rozmawiałem z Olą powiedziałem Jej, że gdy byłem w Seminarium, nikogo kompletnie nie potrzebowałem. I najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że oni właśnie tam wtedy byli. Ale właśnie wtedy ich nie potrzebowałem. Bo miałem Boga. Tylko Boga potrzebowałem. A oni wszyscy? Byli narzędziami Boga, bo On ich potrzebował, żeby wykorzystać, żeby mi pomóc. Potrzebował Kubę, Księdza Marka, Zbycha i Ojca Maćka. Ale ja ich nie potrzebowałem! I właśnie wtedy byłem szczęśliwy! Bo miałem Boga.

Mówiłem o tym Oli z taką oczywistością, a dotarło to do mnie dwa dni później…

Olśnienie jest tak jasne, że aż mnie zdumiewa. Ja tak naprawdę nigdy nie potrzebowałem nikogo. I nikt nigdy nikogo nie potrzebował. Potrzebował Boga. I swojej własnej woli.

I teraz nareszcie rozumiem, że Anioł nie jest Aniołem. Bo nigdy nim nie była! Bo ludzie nie są aniołami. Bo ja patrzyłem na każdego człowieka z ogromną ufnością, jak na Boga, wierząc, że on mi pomoże, że mnie wyciągnie, że mnie zmieni. A o Bogu zapominałem. Naiwnie oddawałem swe serce ludziom, którzy potem mnie ranili. A tak naprawdę ja sam siebie raniłem. Bo wierzyłem ludziom jakby byli Bogiem. A nie są! Nie są!

Nie potrzebuję Cię. Ani Ciebie, ani Ciebie, Ciebie, Ciebie i Ciebie. I Wy, do jasnej ciasnej niespodziewanej, też mnie nie potrzebujecie! Wszyscy my razem potrzebujemy Boga. Boga i siebie samych, wolnych. Całkowicie.

I teraz nareszcie rozumiem, że możesz się mnie bać. I że możesz mi nie ufać. I że możesz mi nigdy nie powiedzieć, że mnie kochasz. Bo jestem tylko człowiekiem, tak jak Ty jesteś tylko człowiekiem. I nie potrzebujesz mnie, tak jak ja nie potrzebuję Ciebie. Nie potrzebuję Twojej ufności, Twojej miłości, Twojej wiary. Oczywiście, nie obrażę się, jeśli kiedyś to otrzymam. A jeśli nie otrzymam? Matko moja, jeśli nie otrzymam, to też się nie obrażę! Bo wystarczy mi Bóg. Jego miłość i Jego wiara.

Bo na zaufanie z Jego strony to przecież nie ma co liczyć… :)

Bo jedynym celem naszego życia jest zbawienie. Bóg. I to, jak do niego dojdziemy, nie jest najważniejsze. Można przez małżeństwo. A można przez kapłaństwo. A można przez celibat, ale po świecku. A można jeszcze inaczej. Ale tylko Bóg jest celem. I żadna droga nie jest celem sama w sobie.

Szedłem do domu i śmiałem się, że to takie oczywiste, że to nie Ona, nie Ty (ani żadne z Was) wyciągnęło mnie z bagna. Że to Bóg. Tylko Bóg i ja, bo się na to zgodziłem. I może posłużył się Olą jako narzędziem. I Bogu niech będą za to dzięki. Ale to nie oznacza, że teraz Ona jest Bogiem. Ona jest tylko człowiekiem. Tylko narzędziem.

I teraz dopiero słowo „kocham” nabiera prawdziwego sensu!

Jezu! Jakie to jest oczywiste. I przecież podświadomie o tym wiedziałem. „Ja nie potrzebuję dziewczyn by wyjść z bagna. Potrzebuję miłości”. A przecież to Bóg jest miłością…

Potrzebujemy tylko Boga. Tylko. I czasem potrzebujemy spojrzeć w lustro.

Jestem wdzięczny Bogu. I dziś wyspowiadałem się z tego, że zamiast być wdzięcznym Bogu, byłem wdzięczny Oli. A ksiądz powiedział: „Jej też możesz być wdzięczny. Bóg nie jest zazdrosny o wdzięczność”.

Więc dziękuję Ci, Olu. Jestem Ci wdzięczny. Nie tylko Tobie. Wam wszystkim, którzy pomogliście mi odkryć tą prawdę, też dziękuję! Dziękuję!

I teraz nie wiem tylko czy wypełniłem umowę na dwa tygodnie przed terminem.

Czy na dwie godziny…

Wróciłem do domu i nie mogłem wyjść z podziwu nad prostotą i oczywistością tego. Dawno mi się z Bogiem nie gadało tak dobrze :). Odmówiłem sobie różaniec z ogromną radością, a między dyszkami zatapiałem się w długie z Panem rozmowy, więc zeszło nam ze dwie godziny. A gdy kładłem się spać i wiedziałem, że muszę Wam o tym wszystkim napisać, stwierdziłem, że pewnie to i tak wywietrzeje przez noc. Zawsze tak jest, że jak się kładziesz spać w euforii, to to słabnie, a rano się budzisz i już jest wszystko normalnie.

Ale rano wstałem i poszedłem do łazienki. Spojrzałem w lustro na swoją paskudną mordę i uśmiechnąłem się szeroko. I wtedy powiedziałem dwa słowa do samego siebie:

„Zioooom! Wymiatasz!”

Categories: Duchowość i moralność | 10 Komentarzy