Monthly Archives: Czerwiec 2007

Przeklęty na miłość

Przed przeczytaniem tej notki upewnij się, czy zapoznałeś się z notką Gavson kontra Artdico Gnorofex.

Pół roku temu zdarzyło się coś, co sprawiło, że postanowiłem o zmianie. Zmianie na lepsze. Pół roku temu umówiłem się, wydawało się niektórym, że z kimś, ale tak naprawdę z samym sobą, że daję sobie czas. Czas, w który nie wierzę, ale który był mi potrzebny. Czas na wprowadzenie radykalnych zmian. Na dojście do stolicy i stanie się Artdico Gnorofexem. Ponownie.

Pół roku temu pokłóciłem się z kimś, na kim naprawdę bardzo mi zależało. Ten ktoś miał rację, jak zawsze miewał rację, a ja się myliłem. I ten ktoś powiedział do mnie: „Przeklinam Cię, na miłość!” A potem powiedział „żegnaj”. Nie wiem, czy temu komuś zależało na tym, by rzeczywiście przekląć mnie na miłość, ale to właśnie zrobił. Wtedy umówiłem się z kimś innym, a tak naprawdę wyłącznie z samym sobą, że do wakacji się zmienię. I w wakacje będę już zupełnie inny.

No i właśnie wtedy dopiero zacząłem się zabagniać.

Każdy kolejny dzień był coraz gorszy. Coraz głębsze szambo grzechu, coraz trudniejsze brodzenie. Ale było coraz cieplej, przytulniej, przyjemniej. „Kiedy bagienko jest cieplutkie strasznie szkoda z niego wychodzić” – powiedziała wczoraj jedna z moich współlokatorek. Wtedy zapomniałem o tym, że komuś, tj. sobie obiecałem poprawę. Radykalne spojrzenie na siebie, radykalne zmiany od już i od teraz. Zapomniałem, że ktoś bardzo mi bliski przeklął mnie na miłość. Ale byłem przeklęty.

Każdy dzień na początku wyglądał tak, że myślałem sobie: od jutra. Na początku, bo potem i o tym „od jutra” zapomniałem. Podświadomie wiedziałem, że „od jutra” powinno zacząć się „dziś”. Albo „wczoraj”. Ale się nie zaczynało.

A Ona była. Moje przekleństwo rzucone przez kogoś innego i moja obietnica złożona komuś innemu. Moja pomoc. I ja o Niej wiedziałem. Cały czas tam była, z krzyżykiem na szyi, z prezentacją o aborcji. Biła z niej siła, która sprawiała, że się bałem. A podobno ludzie uważają, że Ona jest taka słabiutka. Ale bił z Niej Bóg. Bardzo mocno bił. Od wtedy, właściwie.

I wiedziałem tu, głęboko, w sercu, że Ona jest i że ja potrzebuję. Że jak podejdę, że jak porozmawiam, zagadnę, to wyjdę z bagna. Tak, jak dawno temu wyszedłem jednym silnym krokiem kiedy poznałem Gosię. Wiedziałem, że wystarczy podejść i wyjdę. Zacznę pracować. I wypracuję wszystko do wakacji.

Ale nie podszedłem.

Bałem się. Wiecie czego się bałem? Bałem się wyjść z bagienka. Było mi tak dobrze, tak cieplutko w moim malutkim, ciaśniutkim świecie grzeszku, że nie chciałem podchodzić do tego ogromnego, jasnego, ale, o zgrozo, dużo cieplejszego świata Boga. Bo z perspektywy bagienka wydawał się taki chłodny… Nie chciałem wychodzić.

A Ona była. I wiedziałem o tym. I krążyła, patrzyła, przędła sieć w którą miałem spaść, bylebym tylko chciał się puścić. Bezpiecznie spaść. Była i ja wiedziałem, że jest. I przestawałem niechcieć.

Za późno.

Za późno? Dwa tygodnie przed wakacjami to za późno? Nie! Dla człowieka to za późno. Dla człowieka, ale nie dla Boga.

Podszedłem. Podszedłem, bo wiedziałem, że jak tego nie zrobię, to moja pomoc ucieknie. A była jedyną moją nadzieją. Wiedziałem o tym od wieków. Ale żeby to zrozumieć, musiałem wpaść w to bagno tak głęboko, żeby zacząć się dusić.

Musiałem całować się na pierwszej randce z dziewczyną, której nie znałem.

I gdyby nie Ernest nie mam pojęcia, czy na całowaniu by się skończyło. Dzięki, Eniu…

A w tym czasie czytałem książkę. Książkę, którą Ona mi pożyczyła, bo poprosiłem Ją o to. Choć to Ona chciała, żebym ją przeczytał. A ja, głupi, myślałem, że to ja chciałem ją przeczytać.

I czytając postanowiłem przypomnieć sobie co to znaczy kochać. Jeszcze raz. Byłoby bardzo fajnie, gdyby ostatni. I przypomniałem sobie. Postanowiłem pokochać, choć z Nią rozmawiałem może ze dwa razy. Choć nie wiedziałem o niej nic. Tylko tyle, że to Ona. Że to musi być Ona.

A potem, jak już pokochałem, okazało się, że Ona wie to jeszcze dłużej.

I zdążyłem. Zdążyłem na dwa tygodnie przed wyznaczonym sobie terminem. Choć nie pracowałem nad sobą ani chwili. Ani chwili nie próbowałem sobie pomóc. Z każdą chwilą zagłębiałem się w bagno coraz bardziej. I zdążyłem wyjść z niego w ostatniej chwili. Dzięki Niej.

Dzięki Tobie.

Na koniec mała rozmowa z samym sobą:

– Kochasz ją?
– Tak, kocham.
– Jak bardzo?
– Najbardziej na świecie.
– Tak bardzo, żeby nigdy nie chciała odejść?
– Nie. Bardziej.
– Jak bardziej? Nie można bardziej.
– Tak bardzo żeby mogła odejść, jeśli tylko będzie miała na to ochotę…

I jeszcze jedno. Aniele, teraz jest jedyna szansa by zażegnać Twoje „żegnaj”. Bardzo gorąco o to proszę…

Categories: O mnie | 19 komentarzy

You can have Your cake and eat it

Park na Stokach jest mały, choć z zewnątrz wydaje się większy, co zresztą Ola już zauważyła. Łażenie po nim w kółko pięć razy może być denerwujące, ale nie kiedy myśli się kompletnie o czym innym. Niektóre popołudnia są najpiękniejsze w życiu i człowiek myśli wtedy, że może jeszcze chyba kiedyś być szczęśliwy…

Powiecie, że to głupota. Zgredzik zaraz podkreśli, że unikam Boga. Ale czyż to nie brzmi śmiesznie, być oskarżonym o unikanie Boga wtedy, gdy się Go akurat odnalazło? Nie, nie unikam Boga. Próbuję Go znaleźć, bo Go zgubiłem. I czuję, że jestem na dobrej drodze.

Powiecie, że to głupota. Bo szczęście trzeba widzieć tu i teraz, a nie myśleć „jak to zrobię, będę szczęśliwy”. Ale tu i teraz go nie ma. Nie widzę. Kiszę się na stosunkach międzynarodowych, choć szedłem na japonistykę. W beznadziejnej hiperdrogiej szkole, choć szedłem do elitarnej szkoły prywatnej. Nie jestem szczęśliwy, choć miałem być. Ale i tu można spotkać kogoś, kto pokaże Ci, że mógłbyś być szczęśliwy.

I to nie prawda, że ciągle narzekam, że jestem nieszczęśliwy, i że jak coś zrobię to zacznę być. Pamiętacie ten rok podczas którego byłem w Seminarium? Wtedy byłem szczęśliwy. I nie mówię tego z perspektywy. Wtedy wiedziałem, że jestem szczęśliwy. Wtedy wszyscy wiedzieli, że jestem szczęśliwy. Chcę być tak szczęśliwy jak wtedy. I wierzę, że będę jeszcze szczęśliwszy.

Jeszcze nie wiem jak powiem to mamie, ale zabieram papiery. Trzeci raz w życiu. Zacznę wszystko od początku, ale nie od pierwszego roku. Jadę do Warszawy, na UKSW, na drugi rok teologii. I może jeszcze na drugi rok polonistyki? Madziu, dziękuję Ci za pomoc w podjęciu tej decyzji. Decyzji szybkiej i impulsywnej, nieprzemyślanej i wariackiej, ale jedynej słusznej. Olu, dziękuję Ci, że jesteś. I że też postanowiłaś zacząć wszystko od początku.

Mówią, że nie złapiesz dwóch srok za jeden ogon (tak, z całą pewnością tak brzmi to przysłowie). Albo rybki, albo akwarium… You can’t have Your cake and eat it. A ja Wam powiem – Yes, You can. You can have Your cake and eat it! I właśnie zamierzam to zrobić. Zamierzam znaleźć Boga. Bo, masz rację Zgredziku, On jest wszędzie. Ale nie zawsze się chce Go poszukać. Teraz chcę. I teraz właśnie przestaję Go unikać.

Za horyzontem wielka korona gór
Na karoserii różowieje kurz
Odsuwasz dach, w rękę łapiesz wiatr
Powiedz prawdę, ile lat mnie kochasz?
Droga ucieka, noga już ciężka jest
Opór decha i z oczu znika sen
Będzie nam najbliższych czasem brak
Spalone mosty to najlepszy w życiu start

Ratujmy co się da
Obróćmy jeszcze raz
Kalejdoskop

Budka Suflera

Categories: O mnie | 14 komentarzy

Perełka pośrodku niczego

W akcie desperacji. W plecak dwie pary majtek, szczotka do włosów, notatki z japońskiego. Bania został na kanapie. I tak nie przeczytam 600 stron… Ostatnie 30 złotych wydane na bilet do Białegostoku. Z nadzieją, że na powrotny dadzą mi, no, może pożyczą… Ale mogliby nie. Mógłbym tu zostać.

Każdy ma swoje miejsce, gdzie żyje. Gdzie oddech jest równy, wzrok ostry, węch superczuły. Gdzie Bóg siedzi na drzewie i macha do Ciebie. Ciechanowiec. Perełka pośrodku niczego. Babcia z pysznym obiadem, lewicująca jak pieron ciocia, Bartek – brat cioteczny, najwspanialszy kuzyn na świecie. Pola, łąki. Stary, zabytkowy kościół. Rynek. Kapliczka przy której zawsze klękaliśmy jak byliśmy dziećmi, w drodze z kościoła na rynek. Lodziarnia z włoskimi, najlepsza na świecie. Miłość. Radość. Dom.

Tak, chciałbym, by tu był mój dom. Jestem tu tulko raz na rok. W wakacje. A w te wakacje nie będę. A Bartek? A babcia? A Ciechanowiec?

Japoński, jak zdam, to tylko fartem. Ten semestr nie był pomyślny. Ale w akcie desperacji ważniejszy jest ON. To miejsce, tętniące Bogiem, choć rodzina niewierząca… Czasem trzeba wszystko postawić na jedną kartę. Spakować się i jechać. Albo i nie pakować się. Jechać i już.

Bo ja się zgubiłem. I pomyślałem, że tu się odnajdę. Może jeszcze za wcześnie, by mówić, czy się odnalazłem. Ale zaczęło się.

Bo zgubiłem Boga w sobie. A On tu jest. Zawsze był. Siedział na drzewie i machał.

Chciałbym komuś chociaż podziękować. I napisałbym „Dziękuję Ci, wiesz, że mówię do Ciebie”. Ale nie napiszę tego. Bo czyta Was więcej. I każda z Was chciałaby, żeby to było do niej. A jest tylko jedna. Przykro mi…

Mogę za to podziękować Bartkowi. Dzięki, Bartek. Dzięki, że cały czas czytasz. Choć w to nie wierzysz, pewnie nie rozumiesz. Dzięki, że jesteś. To Ty pomogłeś mi uwierzyć, że to miejsce ma w sobie Boga. Choć sam w to nie wierzysz…

Ciechanowiec. Perełka pośrodku niczego…

Categories: O mnie | 4 komentarze

Statystyka

Setki tysięcy. Może nawet miliony zabitych. Śmierć czyha na każdym kroku, gdzie się nie obejrzysz. Europa zatopiona we krwi niewinnych, choć jak mawiał Stalin, przy takiej ilości to już nie nieszczęście. To statystyka.

Nie mają broni, a oprawcy nie baczą na to. Traktują ich jak niewolników. Jak śmieci. Zabijają z zimną krwią. To nie ich zimna krew spływa do rynsztoków. Wyrzuty sumienia przyjdą. Później.

Trzecia wojna światowa? A może cofamy się w czasie do Rewolucji Francuskiej? Nie, nie, nie. To tylko obraz spustoszenia wywołanego przez aborcję. Czyli nieprzeliczone ilości zabójstw na istnieniach bezbronnych. Na ludziach niemogących decydować za siebie. A przecież ludziach.

Do napisania notki natchnęły mnie dziewczęta ode mnie z uczelni. Na przedmiocie „Prawo wspólnotowe” miały ukazać obraz aborcji w krajach Unii Europejskiej. Same fakty. Nim weszły na podium nauczycielka wygłosiła mowę na temat wystaw umieszczanych swego czasu w okolicach centrum Łodzi, ukazujących zabite podczas aborcji płody. Powiedziała, iż to bardzo trudna decyzja kobiety i nie powinno się nikogo narażać na takie widoki w miejscach publicznych. Dziewczyny miały szczęście, że pierwsza część prezentacji była za długa i kobieta kazała im kończyć wcześniej. Nie spodziewała się na jakie widoki zostaną narażone jej czułe oczy.

A może częściej powinno się nas narażać na wyrzuty sumienia?

>>Prezentacja<< umieszczona za zgodą dziewcząt: Oli, Magdy i Marty.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 15 komentarzy