Monthly Archives: Październik 2007

Wizja, czyli sto sześćdziesiąt cztery

10 września, 00:58

Nie no, bo ja już mam dość. Dość tego siedzenia cicho i owijania w bawełnę, i udawania, że nie dzieje się to samo, co się dzieje za każdym razem. Dość mam tego liczenia na to, że może się nie domyślą, więc nie będzie złośliwości, że znowu to samo, i że który to już raz, i że wreszcie bym zmądrzał i się zaczął uczyć na własnych błędach. I może Ola będzie nie do końca zadowolona z tego, co tu napiszę, ale napiszę. Bo nie lubię tego, że się z czymś kryję, jakby to było przestępstwo.

164 jest widoczne, wprawdzie dość niewyraźnie, dokładnie tu, pod notką. 164 to jest 149+15. 15 to ubezpieczenie. 149 to koszt białego złota. I trzech diamentów o rozmiarze 0,1 karata. Koszt liczy się w Funtach. W przeliczeniu na złotówki wychodzi jakieś 919 złotych.

Jak doszło do zaręczyn? Leżeliśmy, jak już pisałem, na materacu. I gadaliśmy, jak zawsze. I w pewnym momencie Ola powiedziała, przytulając się do mnie: „Gajek, ja się z tobą ożenię. To znaczy nie tak, ja za ciebie wyjdę. Jeśli tylko mnie zechcesz”. Szok dla mnie, gdzieś taki jak wtedy, gdy powiedziała, że mnie kocha. Z 10 minut dopytywałem, czy jest świadoma tego, co właśnie powiedziała, zanim zadałem pytanie. Odpowiedziała, że przecież już nie muszę pytać. A mówiłem sobie: „tym razem kupię pierścionek i będę czekał na odpowiedni moment”. Chciałem dobrze. A wyszło jak zwykle…

Zamówiliśmy pierścionek jak dostałem pracę w Nando’sie. W Szkocji na zarobienie 919 złotych wystarczy pół tygodnia pracy, na najniższej krajowej. Niestety, nie dane nam było pracować pół tygodnia. Pierścionek leżał sobie u H. Samuela i czekał. Czekał dopóki Ola się nie zdenerwowała i nie powiedziała, że nie, i że nie wyjedziemy ze Szkocji bez pierścionka. No to wymieniliśmy Euro. I wyciągnęliśmy pieniądze od Oli z konta. I kupiliśmy ten pierścionek. Teraz, jak się rozejdziemy, to przynajmniej nie będę mógł powiedzieć „Oddawaj pierścionek!” :)

27 czerwca 2009 to była pierwsza przymiarka. Doktorek od zębów odmienił losy świata. I być może będzie wcześniej. Za rok się znaczy. No, i to jest właśnie to. Bo ja już nie pierwszy raz to mówię. Trzeci raz ustalam datę. Ale nie. Nie, bo nie ustalam. Tak, w zasadzie chyba pierwszy raz w życiu ustalamy. Moja mama dziś, tak jakby już było dla niej najzupełniej oczywiste, że jak mam dziewczynę, to się z nią żenię, mówi: „Zobaczysz, ona się jeszcze z 10 razy rozmyśli z tym ślubem”. Po pierwsze dziwne, przecież nie mówiłem mamie, że cokolwiek planujemy. A po drugie – wierzę. Wierzę, że tak się nie stanie. Że się ułoży i że będzie dobrze. Że tym razem to my to planujemy. Na serio i na poważnie, z tym typowym wariactwem.

O wizji miało być. Tak, dziś w kościele byłem (pewnie wczoraj, bo jak zamieszczę tą notkę, będzie po północy). I jak siedziałem i słuchałem Ojca Rafała jak grał na gitarze i całej tej scholi, to mi się zaczęła wizja tworzyć. To znaczy pojawiła się. To będzie koncelebra. Spora. Nie wiem, czy Ola ma jakichś znajomych księży, których by chciała zaprosić. Ale ja mam kilku. W tej wizji był Ojciec Rafał. Tylko nie jako koncelebrans. Rafał grał na gitarze. Tak, jak dzisiaj, na dziewiątą w klasztorku. Tylko nie było scholi. W zasadzie, pomyślałem, Zarębianka mu wystarczy. No i Boro ewentualnie. Tak. Zarębianka śpiewająca Ave Maria. Złapałem ją dziś po kościele. I powiedziałem, że będzie śpiewała u nas na ślubie. Że będzie musiała to zgrać z O. R. Spytała, czy Ave Maria, i zaraz zaczęła ćwiczyć. Myślę, że to będzie cudowne. To, i jakieś pieśni oazowe. Żeby było ładnie. I prawdziwie. I wzruszająco. Organista? Nie. Chyba nie będzie nam potrzebny…

Nie wiemy jeszcze kogo wybrać na świadków. Kto się najlepiej nada. Nawet ja wybieram i wybrać nie mogę. Adaś? Czy Albin? Albin czy Adaś? Ślub pobłogosławi, nie wiem, chyba Ojciec Maciek, mój ojciec duchowny z Seminarium. Miał mówić kazanie, a Rafał miał błogosławić. Ale Rafał będzie śpiewał. Kazanie powie ksiądz Marek. Tak, wiem, to jest wizja. I nie wiem, czy oni wszyscy, a także ksiądz Niemirski czy Ojciec Seba będą mogli być. Czy będą chcieli być. W Ciechanowcu jeszcze. Bo w zasadzie Ola chce jakieś egzotyczne miejsce. A ja wpadłem na ten Ciechanowiec. I tak jakoś się zgodziliśmy.

Siedziałem tak w klasztorku, popłakiwałem sobie, tęskniąco, i pomyślałem o weselu. O tych wszystkich tańcach, o żarciu do upadłego. O disco w polu, o szłach dzieweczkach, o wódce pociąganej spod stołu, bo oczywiście będzie bezalkoholowe. O tych żenujących gorzko gorzko. O „zgadnij czy to twoja żona” po obmacywaniu łydek dziesięciu wybranych kobiet. O jakichś tradycyjnych obowiązkowych tańcach z kim tam trzeba. Zestawiłem to z bielą Jej sukni. Z księdzem Markiem mówiącym kazanie. Z Zarębianką śpiewającą Ave. I pomyślałem, że co ja sobie niby myślałem, marząc o weselu?! Po co mi to? Cieszyć się z przyjaciółmi? No, to ja mogę. Tak, cieszyć się, a nie obżerać do rozpuku i zastanawiać się, jak tu ich zadowolić. Nie, moi drodzy, ja wcale nie chcę wesela. Chcę dużego, uroczystego obiadu. Może być i na 200 osób. Pewnie nie wyjdzie taniej, to znaczy nie za bardzo. Ale wyjdzie lepiej. Kulturalniej. A jak kiedyś się nam zbierze na świętowanie, można będzie świętować. Tylko trochę bardziej po Bożemu. Wesele nie może zaćmić ślubu. Nie chcemy wesela, prawda?

A skąd kasę? No i co ty myślisz, że niby studia to kiedy skończysz? A jak się dzieci pojawią nagle? A ja powtórzę to, co Zgredzik często powtarza, tylko chyba w trochę innym znaczeniu. Można sobie nawet zaśpiewać, podam wersję śpiewaną: „Szukajcie wpierw Królestwa Bożego i Jego sprawiedliwości, a wszystko inne będzie wam przydane, alleluja!”

Tak. Wiem, wariackie podejście. Jak zawsze i do wszystkiego. Ja tak mam, że wariat jestem. Ale czy to znaczy, że jestem niepoważny? Że nie myślę poważnie o przyszłości? Że teraz ślub wezmę, a potem co, nikt nie wpadnie na to, co potem? Potem myślę, że rodzice pomogą. A jak nie, to znajdę sobie pracę. Ważne, tak naprawdę, by Bogu zaufać. A On nas ubierze. I da nam jeść. Tylko oddać Mu się, na zawsze. Marzę o tym. Czekać dłużej? Są ludzie, którzy po ośmiu latach narzeczeństwa zrywają ze sobą na zawsze. A są tacy, co po miesiącu w ciążę zachodzą, biorą ślub i są szczęśliwi do końca życia. Mam czekać tylko dlatego, że w moich zasadach nie leży zabieranie się za to od drugiej strony?

A to, że gadam tak po raz trzeci? Gadam. Ale tym razem nie tylko ja gadam. I tym razem zamierzamy powiedzieć rodzicom wspólnie. Żeby nie było podejrzeń, domysłów i zawodów. Żeby się za wszystko wziąć. Już sobie użyźniłem glebę. Przyszli teściowie mnie polubili. Za miesiąc powinniśmy zacząć myśleć. Jeszcze bardziej na poważnie.

To jest ten temat monotematyczności, Makoto.

No. Powiedziałem. Zaraz mi lepiej…

Dziś, czyli chwila obecna

Notka zamieszczona na chwilkę, pod wpływem rozmowy z Olą zdjęta. I dobrze, bo wiele się zmieniło. Nie wiem, czy teraz będzie mniej emocjonalnie. Może. Czy mądrzej. Pewnie tak. Z pewnością nie więcej. Tyle ile było, pewnie jeszcze mniej.

Po pierwsze 164 już nie jest widoczne. Było widoczne w czasie poprzedniego laya.

Po drugie rodzice już wiedzą. Moi podobno nareszcie, pierwszy raz w życiu, myślą o tym poważnie. Tata nadal twierdzi, że za wcześnie, ale mama ma szczerą nadzieję, że jednak tym razem się ułoży. Przed chwilą potwierdził to Adaś, podczas rozmowy na gg.

Po trzecie – rodzice Oli też zostali poinformowani. I również nie mają innego wyjścia – muszą myśleć o tym na poważnie. Nie sądzę, by byli do końca zadowoleni, ale widzę perspektywy na przyszłość i nie wyglądają jakoś masakrycznie źle. Pod warunkiem, że będziemy się uczyć :).

Wesela nadal w planach nie mamy. Choć na weselu Uli i Piotra (brata Oli) byliśmy i bawiliśmy się bardzo dobrze. Ale chcemy, by setki gości, huczna zabawa i tradycje nikomu nie potrzebne nie przesłoniły tego, co najważniejsze. Tak, w dniu naszego ślubu Ola stanie się dla mnie jeszcze bardziej najważniejsza na świecie, niż jest w tej chwili. Kiedy powiemy sobie „ślubuję ci”, zakładając sobie obrączki, pierwszy raz w życiu powiemy do siebie „żono”, „mężu”. Nie chcemy momencie, w którym staniemy się dla siebie wszystkim, udawać dobrych gospodarzy i zajmować się nagle wszystkimi, którzy są dla nas odrobinę mniej ważni.

No i co ważne – nie chcemy, by wesele przesłoniło ślub. By zabawa przesłoniła sakrament. By wśród ludzkich pomysłów zniknął gdzieś Bóg. Chcemy by wszyscy wiedzieli, że bierzemy ślub po to, aby oddać się sobie nawzajem. Wobec Boga i Kościoła. A nie po to, by się świetnie zabawić. Ani nie po to, by zebrać pieniądze na nowe mieszkanie.

I choć nadal chcę, by Zarębianka śpiewała na naszym ślubie i by ksiądz Marek powiedział kazanie, to również nie jest już takie ważne. Najważniejsze jest to, że jest Ola. I że ja od tej pory będę Oli mężem. A ona moją żoną.

Acha – a świadkiem będzie Albin. Już mu nawet o tym powiedziałem :).

Chodzimy na kurs przedmałżeński. Przygotowujemy się. Modlimy się.

Prosimy również o Waszą modlitwę. Z pewnością się przyda.

I zapraszamy :).

Categories: O mnie | 9 komentarzy

Wychowywanie, utrzymywanie, granie w banie na tapczanie

KONFERENCJE do ściągnięcia i przesłuchania, jeśli życzymy sobie dobrze zrozumieć niniejszą notkę. Te ks. Malińskiego, zwłaszcza 3, ale również pozostałe.

Ksiądz Maliński mądrze rzecze. Rzecze do rzeczy. Nie chcę i nie pragnę udowadniać, że ów ksiądz mówi cokolwiek, co mogłoby zaszkodzić, a nie pomóc, bo nie mam o tym pojęcia. Są rzeczy, które mi się zdają. Ale o tym, co mi się zdaje, pisać nie będę. Napiszę o tym co mi się nie podoba, oraz napiszę o tym, dlaczego.

Czyli napiszę o wychowywaniu sobie męża i utrzymywaniu męża przy sobie. Oraz o zaufaniu, o którym w konferencji nie było za wiele…

Teza pierwsza: męża trzeba sobie wychować. Przykłady na wychowanie męża padają m.in. takie: Jest wieczór, jesteście sami, deszcz, ulewa, kolacja była, teraz dziewczyna otwiera drzwi i wygania faceta w ten deszcz. „Spadówa”. On marznie, moknie, czeka na autobus, jej jest go szkoda. Ale się cieszy. Bo w ten właśnie sposób wychowuje go do małżeństwa. Bo on sobie myśli „kiedy to się skończy, takie wyganianie za drzwi?” I dochodzi do wniosku, że jak się ożeni, to będzie mógł zostać. A jak ona mu pozwoli zostać przed ślubem i on rozłoży sobie karimatkę na podłodze w kuchni (no sex man!), to rano się obudzi i pomyśli, że tak jest fajnie. I po co się żenić?

Teza druga: męża trzeba umieć przy sobie zatrzymać. Bo mężczyzna to jest taka istota, która się nudzi. Która poszukuje nowych wrażeń, bodźców, która potrzebuje tajemniczości i zdobywania. Więc – nie odkrywać wszystkich tajemnic przed mężem. W zasadzie na początku być zupełnie tajemnicza. A w wieku 80 lat mieć jeszcze ten pieprzyk do pokazania, żeby, jak już się znudzi wszystkim innym, zainteresował się nią choćby ze względu na ten pieprzyk.

Be-ze-dura!

Jestem gorącym przeciwnikiem wychowywania sobie męża. Tudzież wychowywania sobie żony. Dwakroć próbowałem. Co może ogólnie wydawać się śmieszne, ale tak. Mam jakieś tam myślenie, jakieś tam podejście i spotykając na drodze dziewczę, z którą chcę się ożenić, próbuję jej to myślenie (moim zdaniem – jedyne słuszne) przekazać. Co mną kieruje? Nie wiem… Egoizm? Może. „Jak mnie kochasz, to się zmienisz. To dasz się wychować”. Próbuję jak mogę i ile mogę. Potem zostaję, pewnie słusznie, oskarżony o terroryzm. I odchodzę niepocieszony. Bo nie da się wychować. Bo nie da się, ba, nie wolno zmieniać drugiego człowieka dlatego, że wybrałem go sobie na męża, na żonę. Więc muszę go sobie dostosować do swojego obrazu człowieka idealnego. Z tym mi się kojarzy wychowywanie do małżeństwa.

Więcej: Jak ów podany w przykładzie mężczyzna podchodzi do małżeństwa? Podany w przykładzie mężczyzna patrzy na małżeństwo jak na jakiś komfort. Jak na jajeczniczkę podawaną rano przy stole. Jak na „kiedy to się skończy?” Jak na niewystawanie na deszczu i czekanie na autobus. I niekoniecznie jak na seks, tj. dotyczy to faceta podanego w przykładzie, który mówi, że poczeka, że wytrzyma, gdy ona go pyta o seks. Ten pan czuje, że poza małżeństwem jest deszcz i brak jajeczniczki, a w małżeństwie jest ciepło i jajecznica. Odruchy Pawłowa? Może mi się źle kojarzy. Ale to coś jakby – świeci się żarówka, będzie jedzenie. Nie świeci się – nie będzie. And… Where’s the love? Gdzie jest miłość, ale nie tylko? Gdzie jest rozum, wola, gdzie jest człowiek? Dlaczego wychowywanie do małżeństwa jest tu przedstawiane jak tresowanie chłopa? Jak pieska. Wystawianie go na dwór na deszcz. Nie uczymy nikogo w ten sposób miłości. Nie uczymy małżeństwa takiego, jakim być powinno. Nie uczymy jedności z Bogiem. Uczymy odruchów warunkowych – będzie łóżko i jajecznica, jak się z nią ożenię.

I chyba właśnie po to musimy jeszcze, prócz wychowania gościa do małżeństwa, nauczyć się go w nim utrzymywać.

Odkrywać tajemnice po kolei. Nie wszystko naraz. Ten pieprzyk to taki przykład. Z pewnością, po 20 latach małżeństwa, trudno jest jednak ukryć jeszcze jakiś pieprzyk. Nie mówiąc o 50 latach. Ale mieć zawsze coś, coś, nie wiem, listy od kolegi z podstawówki, o których się przez przypadek nie powiedziało. Umiejętność pieczenia karpatki, której się nie piekło przez całe te lata, tylko po to, żeby się z tym odkryć. I teraz ten pan, Twój mąż, który co chwila się nudzi Twoją osobą, bo wszystko już zna na pamięć, odkrywa coś nowego, tudzież staje się zazdrosny o coś nowego i zakochuje się na nowo. Zapatruje się na nowo. Znów nie musi szukać nic nowego poza swoją żoną, bo znajduje to w swojej żonie.

Where’s, kurde, the love?

Kto tu kogo ma nie kochać? Żona nie kocha męża, bo traktuje go jak psa, któremu pokazuje kość, i cały czas ma jeszcze jakieś Scoobysnacki do zaoferowania. Mąż nie kocha żony, tylko jajecznicę, ciepłe łóżko i te kosteczki odsłaniane cały czas. Nikt nigdy nikogo nie pozna do końca. Nikt nigdy nikogo do końca nie pokocha. Nikt w zasadzie nikogo nie pokocha wcale. Będą się zwodzić przez całe życie. I ona zawsze będzie miała jeszcze coś, czym będzie go mogła utrzymać przy sobie, a on zawsze będzie marzył o tym, czego jeszcze nie ma, więc kupi jej te kwiatki i pozmywa naczynia. Egoizm. A nie miłość.

Gdzie jest miłość? Gdzie jest wierność? Gdzie jest uczciwość małżeńska? Wiara? Nadzieja? Przyjaźń, oddanie, partnerstwo, dialog? Gdzie jest zaufanie?

Nie wychowywać męża. Znaleźć sobie męża, którego nie trzeba wychowywać. Przekazywać wartości, owszem. Coś, co ja wiem, a mąż nie wie – jasne. Ale nie wychowywać. Uczyć. Się. Jego. Ją. Rozmawiać. I tłumaczyć. I rozumieć. Ale nie wystawiać na deszcz. Nie uczyć, że w małżeństwie to będzie jajecznica, a poza nim nie będzie. A w ogóle to ta jajecznica też dopiero po kilku latach małżeństwa, jak już się wszystko inne znudzi.

Ostatnio modlimy się z Olą. Przed snem. Myślimy o wspólnym różańcu i czytaniu Pisma Świętego. Odmawiamy modlitwę przed posiłkiem. Ola do niedawna miała ogromne opory. Uprzedzenia. Nauczyliśmy się. Zmieniło się. Nie dlatego, że teraz, jak się razem modlimy, to Ola dostaje ode mnie jednego cukierka więcej. Dlatego, że oboje wiemy, że wspólna modlitwa jest dobra. A uprzedzenia są złe. Nie dla cukierków. Dla modlitwy.

Modlitwa jest z miłości. A nie z egoizmu. Modlitwa jest nagrodą. A nie dla nagrody.

Małżeństwo jest nagrodą. A nie dla nagrody. Nie dla jajecznicy, spania ze sobą, seksu, nie dla poczucia bezpieczeństwa. Małżeństwo jest dla samego siebie. Jest zwieńczeniem, oddaniem się sobie nawzajem i Panu Bogu, ofiarowaniem. Jest nagrodą.

Wynika z miłości. Z której wynika również to, że ona nie ma wobec niego żadnych tajemnic. Żadnych. Nie ma sekretów, nie ma ukrytych pieprzyków, ani listów od kolegi z podstawówki. Jest przed nim naga. Jest sobą w całości. On przed nią też. Są przyjaciółmi, są kochankami, są ze sobą na zawsze. Z takimi, jakimi są. Bez ukrywania się. Bez kuszenia własnego męża.

Ona kupuje miniówkę. Tudzież nie wiem, idzie do fryzjera by dla niego ładnie wyglądać. Nie w obawie, że on znajdzie sobie kogoś lepszego. Nie w obawie, że już mu się znudziła, więc trzeba odkryć coś nowego. Robi to, bo go kocha. Bo chce mu sprawić przyjemność. Nie boi się o swoją pozycję w małżeństwie. Chce tylko, by on miał więcej radości. Nie egoizm. Miłość.

A on? On ją przecież kocha. Do głowy mu nie przyjdzie, że mógłby ją zostawić po 20 latach. Bo kocha! Jest człowiekiem a nie pieskiem! Nie musimy go tresować. I skoro kocha, ona jest dla niego najpiękniejsza kiedy kupi sobie miniówkę i zrobi trwałą – i on jest niezmiernie szczęśliwy, bo zrobiła to dla niego. Ale jest dla niego najpiękniejsza także wtedy, gdy ma na głowie papiloty i chodzi w szlafroku poplamionym sosem z mięsa. Nie musi być dla niego odsztafirowana na bóstwo. Musi być dla niego sobą, bez masek, prawdziwą. Wtedy będzie najpiękniejsza. Bo najukochańsza.

Uczmy, że małżeństwo jest dobre, bo jest małżeństwem. A nie – bo nie będę musiał moknąć na dworze. Kochasz go? To mu rozłóż tą karimatkę na podłodze w kuchni, jeśli spanie ze sobą przed ślubem jest złe. I sprawdź, czy on uważa, że małżeństwo jest dobre dla samego małżeństwa, a nie dla jajecznicy z rana. Ani nie dla współżycia. I choć to współżycie jest zarezerwowane dla małżeństwa, nie może stać się marchewką dla konia wóz ciągnącego.

Sprawdź, czy Twój potencjalny mąż uważa, że małżeństwo jest dobrem samym w sobie. I czy potrafi Cię pokochać za to, jaka jesteś, czy tylko za to, co masz mu jeszcze do zaoferowania. Bo jak myśli inaczej, to go nie wychowuj. „Nie budźcie ze snu, nie rozbudzajcie miłości, póki sama nie zechce” (PnP 2, 7). Pokochaj kogoś, kto pokocha Ciebie. Nie próbuj, tak myślę, nauczyć kochać kogoś, kto nie jest gotowy, by pokochać.

I jeszcze jedno: Potrzebą faceta nie może być uznanie, pełny żołądek i seks. Tak, jak potrzebą kobiety nie może być bycie wysłuchaną. Potrzebą każdego z nich musi być sprawianie, by ta druga osoba była szczęśliwa. Potrzebą faceta musi być wysłuchanie kobiety. Potrzebą kobiety musi być okazanie uznania facetowi. Dlatego, że to sprawi, iż nie tylko ta druga osoba stanie się szczęśliwa. Ale także ja. A tak naprawdę nasze „my”.

A seks? I pełny żołądek? „Buraczane potrzeby”? Nie istnieją. Nie wolno nam sprawić, by zaistniały. Seks nie jest potrzebą. Chyba zwierzęcą. Potrzebą może być zjednoczenie. Wspólnota. Bycie dla i przyjmowanie od. A nie seks. Nie przedmiotowość. Nie kopulacja.

Panowie, błagam, przemyślcie to! Nie pozwólcie sobie na buraczane potrzeby.

Cytat z Oleńki: „Tak, jeśli para ma takie problemy to faktycznie, nie powinni mieszkać razem przed ślubem. W pewnym sensie zastanowiłabym się też nad samym ślubem.”

Nie pisałem tu o mieszkaniu przed ślubem. Pisałem o miłości. Zaufanie obszedłem z boku, choć chyba można się na jego temat doczytać. Jeśli nie ma zaufania, lecz wychowywanie i zachowywanie tajemnic, by utrzymywać męża przy sobie, to ja się zgadzam z Olą. W pewnym sensie zastanowiłbym się nad samym ślubem.

A, jeszcze. Jeśli zawiodę zaufanie raz? Przepraszam. Ale nie mam już tu czego szukać. Choć mogę błagać, jeśli kocham prawdziwie. Drugi raz? Trzeci? Nie. Nie, bo sam nie byłbym chyba w stanie zaufać trzeci raz.

Jeśli kochasz, nie dajesz sobie powodów do odbierania zaufania. Może się zdarzyć? Pewnie może.

Oby nam się nigdy nie zdarzyło. Bo ja chyba sam bym sobie nigdy nie wybaczył…

PS. Powinno być „sranie w banie na tapczanie”. Ale nie używam wulgaryzmów w tytułach notek.

Categories: Duchowość i moralność | 13 komentarzy

Tomasz Liga i Samoobrona, czyli nie taki Tusk wysoki, jak go filmują

Nadchodzą wybory. Może ktoś z Was pamięta jeszcze moją notkę pisaną przed poprzednimi wyborami do parlamentu, kiedy jeszcze byłem w Seminarium? Jak nie, proszę odnośnik: „Wybory”.

Dziś parlament pada i zbliżają się nowe wybory. A ja piszę drugą notkę polityczną. Bez zamiaru rozpisywania się na temat mojej opcji politycznej, moich faworytów ani bez pisania o tym, na kogo zamierzam głosować. Kiedy się popsułem, odszedłem od mojej kleryckiej zasady – oceniaj poglądy, a nie ludzi, namawiaj do głosowania na wartości, a nie na nazwiska. Dziś wracam do starych reguł. Najlepszych reguł.

Tytuł notki w zasadzie nieaktualny. LiS się rozpadł, Samoobrona jest Samoobroną, a LPR połączył się z UPR i PR, co jest ogólnie ciekawym pomysłem, dającym panu G., panu M.J., jak również panu Korwinowi, pewne szanse na wejście do Sejmu. A Lisa właściwego, jak słyszałem, bo osobiście nie oglądam telewizora (telewizji też nie) podobno wywalili z telewizji, czy z telewizora. A co do Tuska – niestety, nie posiadam zdjęcia, które myślałem, że posiadam, więc tezy nie udowodnię i będziecie mogli jedynie uwierzyć mi na słowo.

Ostatnio przeczytałem, że takatoataka partia tłumi demokrację. Przez co? Otóż przez to, że zamierza sobie podporządkować media. A ja zapytam: skąd to wiemy? Od babci, cioci, czy może sami wymyśliliśmy. A odpowiedź brzmi: z mediów. Tak, niestety. Z mediów, które, również niestety, są, niestety, stronnicze. Niestety.

Że może kupione? Dowodów nie mam. Jak na wiele innych spraw.

A więc podporządkowane partii media krytykują partię, że je podporządkowała, czyli dowiadujemy się wszystkiego z bardzo bezpośrednich źródeł :).

Czemu piszę, że media są stronnicze? Jakoś, kiedy Lis (jak również LiS) istniał jeszcze w telewizorze, trafiłem na jego program. Studio, Lisek, Giertych, Lepper, Kalisz, ktoś z Platformy i ktoś z PiSu. Oczywiście Samo i Liga już są dobrzy, bo odeszli z koalicji i trzymają się razem. I pada jakieś pytanie. Kalisz odpowiada. Ludzie zgromadzeni biją brawa. Odpowiada Giertych, opowiadając jakiś dowcip. Publika się śmieje. Odpowiada pan z PiS. Znów śmiech publiki. Niestety, tym razem szyderczy, przerywający posłowi wypowiedź w środku zdania. I tak ciągle i ciągle, aż do końca programu.

A z czego się śmiano? I dlaczego klaskano? Z prostej przyczyny. Kaczmarek. Kaczmarek wówczas zaczął kablować na PiSowców. Niestety, okazało się, że składał fałszywe zeznania. Więc, zgodnie z zasadami, został za to ukarany. I teraz pan Kalisz informuje publiczność, że oto właśnie jest ta niszcząca Polskę, smarująca łapki ekipa. I że ta ekipa właśnie w PiSie się znajduje. I że to właśnie PiSowcy są tą ekipą, która rozwala Polskę. I brawa publiczności.

Jak wielu z nas pamięta czasy, gdy Kaczmarek był zły? Gdy zły był Romek i Andrzej, bo z PiSem trzymali? Kaczmarek zły, bo kablował na nieswoich. Stał się dobry, jak zaczął kablować na swoich. A kto z nas pamięta czasy, kiedy panowie z partii centrolewicowych czepiali się partii rządzącej, że cała ekipa, którą należy rozwalić, znajduje się właśnie wszędzie, poza PiSem? Dlaczego zmiana stanowiska po pojawieniu się sprawy Kaczmarka tak szybko została przez nas zaakceptowana? Dotychczas ekipa była TYLKO poza PiSem, dziś jest TYLKO w PiSie. I jakby niebardzo nam przeszkadza, że to są dwie sprzeczne ze sobą rzeczy. Obie tylko przeciwko PiSowi.

I sprawa Tuska. Otóż, jak wiemy, bracia Kaczyńscy to konusy i kartofle. A pan Tusk jest przystojny, czyli wysoki, i dobrze wyglądający. Dwa lata temu pojechaliśmy na Kaszuby. Tusk przewodniczył tam mistrzostwom we wciąganiu tabaki. Moja siostra wyruszyła ku niemu po autograf. Poinformuję, że ja mam w dowód wpisane 172 centymetry. Moja siostra jest o kilka owych ode mnie wyższa. Otóż pan Tusk wchodził mojej siostrze pod pachę. Prawda jest taka, że Kaczory są niskie. A Tusk od nich niewiele wyższy. Naprawdę, może o tyle, o ile wyższa ode mnie jest moja siostra. Tylko, oczywiście, nikt o tym nie wie. Bo panowie w telewizji dobrze wiedzą pod jakim kątem skierować kamerę, by Tusk wyglądał na wysokiego. Jakie w zasadzie wzrost ma znaczenie? Cóż. Choćby takie, że z Kaczyńskich można się pośmiać. Wyśmiać. Trudno. Tuska nie można.

Niestety, jak wspomniałem, zdjęcia nie mam. Nie udowodnię. Przepraszam.

Kiedy padł komunizm, Czesi rozliczyli się z przeszłości. Słowacy rozliczyli się z przeszłości. Litwini, Łotysze i Estończycy rozliczyli się z przeszłości. Węgrzy rozliczyli się z przeszłości. Polacy złapali co kto mógł i mają do tej pory. Dziś twierdzi się, że za późno na rozliczenia. Że co sobie rząd niby wyobraża, jakieś zeznania lustracyjne. I pewien rektor pewnej elitarnej szkoły prywatnej, do której miałem niewątpliwą przyjemność uczęszczać, zbiera się z kumplami rektorami i decydują, że się lustrować nie będą. Rektor był kiedyś w partii. Po nadejściu odwilży złapał kasę. Dziś zarabia prawie 100000 złotych miesięcznie na swojej elitarnej szkółce. Jeden z kolesi, przez których w Polsce żyje się tak, jak się żyje. Przykład z życia. Nie da się zlustrować. Dlaczego? Bo to niezgodne z demokracją? No oczywiście. Bo co komu do tego, skąd on wziął swoje pieniądze. W czasach, gdy demokracja dopiero się rodziła. Tak. To typowe dla tych partii. Rozliczać się z przeszłości? Jakiej przeszłości?

Nie piszę, że zagłosuję na PO. Ani na PiS. Ani na LPR, ani na Samoobronę. Ani na LiD. Ani na PSL. Ani na ĘĄ, ani na tych Debili czy jak im tam. Nie namawiam też nikogo z Was do głosowania na kogoś konkretnego. Namawiam jedynie do tego, by wyrobić sobie własne zdanie. A nie słuchać tego, co powie nam telewizja. Co wyśmieje publiczność opłacona by klaskać gdzie trzeba i śmiać się gdzie trzeba. Jesteśmy za socjalizmem? Zagłosujmy na LiD. Za zasadami bliższymi demokracji? Tu mamy większy wybór. Chcemy ulg dla rolników? Samoobrona albo PSL. Idźmy do wyborów z własną wiedzą. Z własnym wyborem. Nie sugerując się tym, co mówią w mediach, kontrolowanych podobno przez rząd, czy coś takiego. Tudzież opłaconych podobno przez opozycję, czy coś takiego. Idźmy zagłosować zgodnie z własnym sumieniem.

Nie sugerując się tym, co ja tu powypisywałem.

A. I na koniec cytat z Michaliny: „Jakie to szczęście, że są „Mohery”. Ilu się rodaków będzie mogło za nimi schować.”

Categories: Świat i Kościół | 8 komentarzy

Big City Life

Jadąc tu zastanawiałem się nad tym, jaka będzie ta notka. Notka o tym tytule. Jak odbiorę, jak odbierzemy wspólne życie w wielkim mieście. W stolicy. W zasadzie jesteśmy tu dopiero drugi tydzień. Dopiero zaczynamy. A już zdążyliśmy się parę razy pożreć. A jednak… Jednak, zabawne, każda taka kłótnia po chwili już wydaje się jakby nie było jej wcale.

Na studiach cudownie. Na teologi i na polonistyce. Może na polonistyce bardziej nawet…? Omawiamy Romantyzm. Zobaczymy, zobaczymy, czy po tym kursie może uda się coś nowego na ten temat gdzieś napisać. Tak, myślę, że mogę nawet chcieć pisać magisterkę z Romantyzmu. Się zobaczy.

Dowiedzieliśmy się ostatnio, że podobno już samo mieszkanie ze sobą przed ślubem, nie tylko spanie w jednym łóżku, ale już choćby dzielenie wspólnego pokoju, ba, stołu, jest grzechem ciężkim. Bezwzględnie. Bez wyjątków. Bez zwrócenia uwagi na intencje. Na indywidualne przypadki. Tak, o tym chyba napiszę osobną notkę. Tylko znajdę może najpierw źródła, bo ponoć nawet specjalna instrukcja w Watykanie wyszła na ten temat. Tak czy inaczej, najpierw się wkurzyłem, bo Kościół nie jest wspólnotą Prawa, lecz Miłości. Potem zacząłem się zastanawiać. I ogarnia mnie zdumienie. Dawno nie spotkałem się z czymś takim. Kościół, jak i Jezus przecież, stawiają sprawy niezwykle radykalnie, zawsze tak było. Ale w swym radykalizmie kierują się miłością i zrozumieniem. I każdy przypadek rozpatrują osobno. Dlaczego w tej sytuacji akurat ma być inaczej? Tak, ale o tym innym razem. Jak znajdę instrukcję i zapoznam się z prawdą, a nie z ostrym cięciem jednego księdza.

Bo, mimo wszystko, właśnie w Twoich ramionach czuję się najbezpieczniej na świecie. Zarówno w dzień, jak i w nocy. Wreszcie mogę spać spokojnie, wiedząc, że jest ktoś, kto kocha mnie z wzajemnością, naprawdę. I lubię jak mnie całujesz. Czy to też jest grzech ciężki?

I nadal trzymam łapki przy sobie. I nie czuję się narażony na żadną pokusę. Bo podobno już samo narażanie się na pokusę, no, wiadomo. Więc informuję, że nie, nie czuję się narażony na żadne pokusy. Czasem tylko naprawdę chciałbym być już Twoim mężem. Ale nie jestem. I oboje o tym wiemy.

Soon our work is done,
All of us one by one.
Still we live our lives,
As if all this stuff survives.

I take a moment to relax,
Before I do anything rash.

Wisła pięknie wygląda, rano, jak jadę do szkoły, wieczorem, jak wracamy od świętej Anny. Pałac Kultury mruga do nas, gdy stoimy na balkonie w nocy, w dzień uśmiecha się przez mgłę. Pomnik komunizmu. Dar Stalina. A jednak nasz. Polski. Warszawski. Tak. Warshaffka wymiata.

Odkryłem piekarnię na osiedlu. Mogę wstawać o 5:30 żeby Ci kupić codziennie bułeczki z samego rana.

I to jak idziesz w dal, na autobus, jak odchodzisz, a ja stoję na balkonie i patrzę na Ciebie. Próbuję usłyszeć Twoje kroki. Wspomnienia dni, gdy się nie znaliśmy. A oboje wiedzieliśmy i to teraz wydaje się być takie oczywiste.

The Linguist across the seas and the oceans,
A permanent Itinerant is what I’ve chosen.
I find myself in Big City prison, arisen from the vision of man kind.
Designed, to keep me discreetly neatly in the corner,
you’ll find me with the flora and the fauna and the hardship.
Back a yard is where my heart is still I find it hard to depart this Big City Life.

Nie wiem ogólnie, jaki wydźwięk ma ta piosenka w oryginale. Teraz wydaje mi się, że pozytywny. Chyba tak. Jakoś zaczyna mi się to: I find it hard to depart this Big City Life. Tu jest mój Dom. Mieć ciacho i zjeść ciacho. Wszystko w nadmiarze. Jak ja Ci się za to wszystko odwdzięczę?

Wiem, wiem, miałem się położyć na godzinkę, jak wyjdziesz…

Don’t you wanna know me?,
Be a friend of mine.
I’ll share some wisdom with you.
Don’t you ever get lonely,
From time to time
Don’t let the system get you down

Big City Life,
Me try fi get by,
Pressure nah ease up no matter how hard me try.
Big City Life,
Here my heart have no base,
And right now Babylon de pon me case.

Mattafix

Categories: O mnie | 2 komentarze