Monthly Archives: Kwiecień 2010

Palec pod budkę…

…Kto idzie na wódkę.

Nie, nie zapraszam. Tak mi tylko to hasło w głowie utkwiło i to jest notka z tym związana. Z „tym” to znaczy – z żałobą narodową. Właściwie już po jej zakończeniu, tj. po pogrzebie pary prezydenckiej. Ale to nie znaczy, że ogólna żałoba się skończyła. Dla mnie skończyła się już wcześniej – kiedy (wydaje mi się) zaczęła w dużej mierze być męcząca, a czasem wręcz śmieszna. I trwa dotychczas, bo każdy ma swój własny punkt oparcia w żalu, w przeżywaniu. Bo jeszcze nie wszystkich pochowano, nie wszystkich nawet przywieziono do kraju. Nie wszystkich rozpoznano. Są media, które na bieżąco informują kto wrócił, kiedy i gdzie czyj pogrzeb. I dobrze. Bo ja czekam na tę jedną osobę. Której, podobnie jak kogokolwiek innego z tego samolotu, nigdy osobiście nie poznałem.

„Palec pod budkę kto idzie na wódkę” zawołała Natalia na swojej Facebookowej tablicy na niedługi czas przed jej ostatnim lotem. Przejrzałem jej tablicę naprędce, ale to hasełko, takie zabawne i przykuwające uwagę, rzuciło mi się na mózg i już teraz siedzi. A przecież jestem niepijący… Natalii tablicę ktoś zablokował, by obcy ludzie jej nie oglądali. Nie dziwię się, choć tym, którzy mają moje hasło do Facebooka czy Naszej Klasy mówię, że gdyby coś mi się kiedyś przydarzyło, to żeby palcem nie tykali. Ktoś zablokował tablicę Natalii, ale konto jeszcze trwa, z uroczym, uśmiechniętym zdjęciem. Nie, nie znałem Natalii. Studiowała na uczelni, na której studiuje kuzynka mojej żony, nasza współlokatorka. Była najmłodszą osobą w samolocie – pewnie dlatego stała się dość popularna, choć na początku nie wymieniano jej nawet (tak jak i reszty załogi) wśród ofiar katastrofy. Przypuszczam, że jeśli dowiemy się, kiedy i gdzie będzie pogrzeb, to zjawi się na nim wielu obcych za życia Natalii ludzi. Sam chciałbym się tam zjawić. Póki co piszę tylko, że to właśnie Natalia jest moim osobistym wyznacznikiem żałoby.

W czwartek, półtora dnia przed lotem, zamieściła ten film na swojej tablicy. Nie wiem czemu, ale często kiedy ktoś umiera, odnosi się wrażenie, że w jakiś tam sposób powiedział „do widzenia”.

Kiedy siedziałem w internecie szukając czegoś na temat Natalii, moja żona uśmiechnęła się do syna i skomentowała to tymi słowami: „Tata się zakochał”. A nawet jeśli – to co z tego? Przecież i tak nie pójdę nigdy z Natalią na wódkę…

„Lecz powiadam wam: Odtąd nie będę już pił z tego owocu winnego krzewu aż do owego dnia, kiedy pić go będę z wami nowy, w królestwie Ojca mojego” (Mt 26,29).

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 2 komentarze

Myli się Pan, Panie Dawkins

Pańską książkę, „Bóg urojony” czytam z dużym zainteresowaniem. Wraz z żoną dostaliśmy ją w prezencie ślubnym od pewnych pozytywnie do Pana nastawionych znajomych. Być może przypuszczali, że ta książka skłoni mnie do zmiany światopoglądu. Muszę jednak stwierdzić, że nie sądzę, aby jakikolwiek wierzący człowiek, który ma swoją wiarę w miarę poukładaną, mógł się dzięki Pańskiej książce „nawrócić” na ateizm. Być może przekonuje Pan tych, dla których wiara ma niewielkie znaczenie, utwierdza ludzi już przekonanych, ale wierzący człowiek może w bardzo prosty sposób zauważyć, że się Pan myli. Oczywiście, by odeprzeć Pańskie zarzuty, wypadałoby napisać całą książkę, co pozostawiam raczej osobom mądrzejszym od siebie (kilka podobnych książek już zresztą powstało). Chciałbym się w niniejszym tekście skupić więc tylko na jednym krótkim zagadnieniu, które wyraźnie nie daje Panu spokoju.

Pisze pan co następuje: „Bóg zdolny do zaprojektowania Wszechświata (czy czegokolwiek innego) sam musi być istotą niezmiernie złożoną, a zatem, statystycznie rzecz biorąc, nieprawdopodobną” (str. 217). Następnie zaś podkreśla Pan, że Pańscy dyskutanci w odpowiedzi mówili o Panu tak: „że brutalnie wmuszam właściwą dla nauki epistemologię teologii, która w najmniejszym stopniu jej nie potrzebuje. Kimże bowiem jestem ja, naukowiec, by pouczać teologów o złożoności Boga. Wszak naukowe argumenty (a do takich przywykłem w mojej własnej dziedzinie) są nieadekwatne, jako że teologowie zawsze utrzymywali, iż Bóg pozostaje poza zasięgiem nauki” (str. 217). Cytat z Pańskiej książki, w którym przytacza Pan, z pewnością nie dosłownie, wypowiedź dyskutantów, brzmi dość ironicznie – nic dziwnego, w końcu to Pańska książka, a Pan się z rozmówcami nie zgadzał. Jestem jednak w stanie domyślić się (o ile owi wspominani teologowie rzeczywiście mieli rozum tam, gdzie być powinien), jak wyglądała właściwa odpowiedź na Pańskie argumenty. Ja odpowiem Panu właśnie w ten sposób.

Otóż kiedy pisze Pan o tym, że Bóg, gdyby istniał, musiałby być niezwykle złożony i niezwykle nieprawdopodobny (a w innych miejscach, że musiałby być stworzony przez coś lub kogoś jeszcze bardziej złożonego), podchodzi Pan do tej kwestii z punktu widzenia naukowego dogmatyka. To jest właśnie to, co nazwał Pan wmuszaniem właściwej dla nauki epistemologii teologii. Nas nazywa Pan dogmatykami, ale sam nie jest w tym od nas gorszy. Kiedy bowiem mówi Pan o hipotezie Boga, zakłada Jego „stworzenie” przez człowieka, a właściwie – przez naukowca. Co więcej – sam Pan tworzy sobie swoje własne wyobrażenie Boga, który musi (nie ma innego wyjścia) poddać się zasadom fizyki, logiki i prawdopodobieństwa. Jeśli ktoś zaś twierdzi, że jest inaczej, Pan wyśmiewa to, używając słów: „teologowie zawsze utrzymywali, iż Bóg pozostaje poza zasięgiem nauki”. Owszem, Bóg jednak pozostaje poza zasięgiem nauki. Ale nie dlatego, że dzięki temu łatwiej jest Go sobie założyć. Postaram się Panu wyjaśnić to, co wcale nie jest takie skomplikowane.

Kiedy mówi Pan o Bogu jako nieprawdopodobnym i nieskończenie złożonym, wkłada Go Pan w ramy tego świata. Używa Pan słów teologów, podkreślających, że Bóg nie jest z tego świata, nawet nie próbując ich w jakikolwiek sposób zrozumieć. A gdyby Pan spróbował, to przecież mógłby Pan pojąć, bo to nie jest takie trudne. Chyba, że zakłada się, że nie może istnieć nic, co jest nie z tego świata. Co ogólnie brzmi dość dziwnie, jeśli ma się przed sobą człowieka, który uważa za wielce prawdopodobne istnienie życia (a nawet cywilizacji) na innych planetach, czy choćby większej ilości wszechświatów, choć własnych tez nie opiera na żadnych konkretnych podstawach – a Pan właśnie jest takim człowiekiem. Co ciekawsze, stwierdza Pan, że możliwość tego, by nasz świat był przez kogoś stworzony jest nieskończenie niewielka, ale jednocześnie uważa, że stworzenie życia w laboratoryjnych warunkach jest więcej niż prawdopodobne.

Jeśli wydaje się Panu, że człowiek jest w stanie sprawić, by w zupełnie sterylnych warunkach powstało życie, to chyba jest Pan również w stanie przyjąć, że w dalszym ciągu to życie będzie podlegać ewolucji, aż, w konsekwencji, stanie się jakimś złożonym gatunkiem, a być może nawet założy cywilizację. Skoro jesteśmy w stanie (Pana zdaniem) stworzyć życie, to jesteśmy również w stanie ukierunkować jego rozwój, czyż nie? Skoro do tego jest Pan zwolennikiem teorii o istnieniu życia na innych planetach, to dlaczego nie bierze Pan pod uwagę możliwości następującej: Jakaś pozaziemska cywilizacja zechciała zrobić sobie eksperyment, wzięła więc próbówkę i stworzyła sobie życie. Niniejszym właśnie zażywiła ziemię. Przepraszam, skoro człowiek jest, Pana zdaniem, zdolny do stworzenia życia, to co każe nam twierdzić, że sam również nie został wcześniej stworzony (przez taką choćby obcą cywilizację), tylko powstał w wyniku kilku przypadków i długotrwałego doboru naturalnego (co, oczywiście, jedno się z drugim nie wyklucza).

Wyobraźmy sobie bardziej skomplikowaną sytuację. Nie mamy do czynienia z cywilizacją z tego wszechświata (z obcej planety), tylko z jakiegoś, proponowanego przez Pana, innego. Dajmy na to – tamten jest większy. Albo inny w ogóle. W naszym panują takie zasady biologiczne, fizyczne, logiczne, etc., a w tamtym zupełnie inne. Gdybyśmy tam trafili, nie potrafilibyśmy nic zrozumieć, bo w żadnym wypadku nie byłoby to zgodne z naszym rozumem – ichnia logika czy fizyka byłyby bowiem „spoza tego świata”. Ciężko sobie to wyobrazić, ale sam Pan stwierdził, że gdyby człowieka ze średniowiecza przenieść w nasze czasy, to uznałby większość tego, co zobaczy, za cud. Będąc płaszczakiem (osobą żyjącą w hipotetycznym dwuwymiarowym uniwersum) nie potrafilibyśmy sobie wyobrazić świata trójwymiarowego, choćbyśmy nawet przypuszczali, że coś takiego może istnieć. Tak też i nam trudno sobie wyobrazić wszechświat, który jest zupełnie inny (rządzą nim inne prawa), niż nasz. Ale spróbujmy sobie wyobrazić, że takie coś istnieje. I właśnie istoty z tamtego świata stwarzają sobie w próbówce nasz wszechświat – zupełnie inny niż ich. Mogą mieć oczywiście problemy z pojęciem go, ale przecież gdybyśmy my stworzyli świat płaszczaków na kartce papieru – oni by nas nie potrafili pojąć, ale my ich – owszem. Tak więc przypuszczam, że jest Pan w stanie jednak wyobrazić sobie, że obca cywilizacja nie z tego świata (wszechświata, czy czego tam) stwarza nasz wszechświat i nas samych w próbówce – skoro jest Pan sobie wyobrazić, że my potrafilibyśmy życie stworzyć.

Oczywiście kiedy mówię o hipotetycznych obcych cywilizacjach czy wszechświatach, nie mam na myśli Boga. Podaję je tylko jako przykład, że sam Pan zgadza się na istnienie czegoś, co jest poza tym światem, a sądzę, że byłby Pan również w stanie zgodzić się na istnienie czegoś, co działa na zupełnie innych zasadach niż ten świat (choć bardzo trudno jest sobie wyobrazić inną logikę czy inne prawdopodobieństwo). Kiedy mówię jednak o Bogu, mam na myśli to, co słowo „Bóg” oznacza. A więc jest to istota nie z tego świata w takim znaczeniu, że ogólnie nie jest ze świata. Kiedy Pan mówi o Bogu jako niezwykle złożonym bycie, który musiałby być jeszcze przez kogoś stworzony i którego istnienie jest niezmiernie nieprawdopodobne, wychodzi Pan od dołu, od swojego naukowego myślenia, od własnego pojęcia stworzenia, od własnego rachunku prawdopodobieństwa, od pojęć pochodzących i rozumianych w tym świecie. Tymczasem jeśli Bóg istnieje (a Jego istnienia nie będę tutaj dziś udowadniał), to dla Niego żadne prawdopodobieństwo czy inne, czysto ludzkie pojęcia i rozumowania nie mają zupełnie żadnego znaczenia. Dlatego, że On jest prosty, niezłożony (Panu wydaje się, że musiałby być złożony, bo Pan musi Go sobie we własnej głowie poskładać, jeśli chce Go Pan sobie podporządkować), a przede wszystkim – że właśnie jest, sam dla siebie, swoim własnym „nie tym” światem. Jeśli więc Bóg istnieje, to stworzył świat wraz z jego fizyką, logiką i rachunkiem prawdopodobieństwa. Dlatego też właśnie „teologowie zawsze utrzymywali, iż Bóg pozostaje poza zasięgiem nauki”, bo jeśli Bóg istnieje – to właśnie On stworzył świat, w którym my możemy naukę uprawiać. Świat, który jest logiczny i prawdopodobny według naszej logiki i prawdopodobieństwa, danych nam tylko po to, żeby łatwiej nam się było w tym świecie poruszać.

Dlatego za głupotę uznaję słowa pewnego teologa, którego przytacza Pan w swojej książce: „Teizm uznaje, że istnieje taka jedna przyczyna – osoba o nieskończonej mocy (Bóg może zrobić wszystko, co jest logicznie możliwe), nieskończonej wiedzy (Bóg wie wszystko, co jest logicznie możliwe do wiedzenia) i nieskończonej wolności” (str. 211). Otóż człowiek ten robi dokładnie to, co Pan, tylko od innej strony – wymyśla sobie Boga zgodnego z ludzkim myśleniem. Jedyna między Wami różnica to to, że on zakłada, że Bóg jest, a Pan, że Go nie ma. Bóg zaś może zrobić i wie wszystko, niezależnie od tego, czy jest to zgodne z naszą, ludzką logiką, czy nie. On bowiem raczej stworzył nas tak, że jesteśmy zgodni z naszą własną logiką. I nic nie stałoby na przeszkodzie, by stworzył cokolwiek innego, co nie byłoby z tą logiką w żaden sposób zgodne. Oczywiście, trudno nam to sobie wyobrazić. Ale musi Pan wiedzieć jedno – jeśli Bóg istnieje, to nie jest absolutnie ten Bóg, którego Pan w sobie zaprzeczył.

Z pozdrowieniami.

Maurycy Teo

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 6 komentarzy